Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Morse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Morse. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2015

"True Detective" (sezon 2)



Publiczne, jak to mawiał Hank (i to nie Moody Moi Drodzy, lecz Chinasky – poczytajcie od czasu do czasu), brandzlowanie nad pierwszym sezonem "True Detective" zdecydowanie przerosło moje oczekiwania. Dlaczego nie uważam tegoż serialu za arcydzieło nad arcydziełami napisałem już w zeszłym roku – recenzję znajdziecie tutaj: "True Detective" (sezon 1). Oczywiście nie miałem wtedy i nie mam teraz zamiaru umniejszać doskonałości postaci Rusta Cohle’a, którego przecież zaliczyłem w poczet największych serialowych bohaterów. Niemniej, jak wspominałem w poprzedniej recenzji, nakręcenie drugiej odsłony było tylko kwestią czasu. Pamiętam doskonale, ileż emocji wzbudziło podanie nazwisk odtwórców głównych ról męskich. O ile trochę upadły Colin Farrell wydał mi się całkiem na miejscu, o tyle Vince Vaughn to już lekka kontrowersja, a angaż drewnianego dotychczas Taylora Kitscha można było rozpatrywać w kategorii chorego żartu. W sumie jednak pomyślałem, że każdy zasługuje na szansę by zabłysnąć, więc nie miałem zamiaru skreślić nikogo już na samym starcie. Podobnie było z umiejscowieniem akcji drugiego sezonu. Tym razem zamiast przedziwnej i niemal mistycznej, ale za to najlepszej ekranowej Luizjany, wraz z bohaterami przemierzamy, wydawałoby się, nadmiernie eksploatowaną Kalifornię. Jak napisał kiedyś wieszcz: to lubię! – aczkolwiek wysłuchiwanie lamentacji oraz utyskiwań znajomych było wysoce frustrujące.
źródło: http://www.impawards.com
W przeciwieństwie do pierwszej odsłony liczba głównych bohaterów uległa wyraźnej multiplikacji. Trudno wskazać, kto gra pierwsze skrzypce, mamy do czynienia raczej z równorzędnymi członkami kwartetu. Pozwólcie zatem, że zacznę od moim zdaniem najciekawszych i najbardziej złożonych postaci. Detektyw Ray Velcoro (Colin Farrell) to degenerat, alkoholik, narkoman oraz brudny gliniarz, walczący z byłą żoną o opiekę na swoim rudym synem. Zmagając się z demonami przeszłości zostaje sługusem kliki rządzącej kalifornijskim miastem Vinci. Jednocześnie, grając na dwa fronty, wspomaga lokalnego, niezwykle ambitnego gangstera Franka (Vince Vaughn). Idylliczna egzystencja naszych bohaterów kończy się, gdy w tajemniczych okolicznościach zostaje zamordowana lokalna szycha – Ben Casper. Na wyjaśnieniu zbrodni bardzo zależy Frankowi, który z nieboszczykiem przeprowadzał intratne interesy. Władze dosyć średnio interesują się zgonem, ale mimo to powołują zespół śledczych, w którego skład oprócz wspomnianego detektywa Velcoro wchodzą niepokorna detektyw Ani Bezzerides (Rachel McAdams) oraz zwyczajny funkcjonariusz drogówki Paul Woodrugh (Taylor Kitsch).
Ray.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Usłyszałem kiedyś opinię, że drugi sezon "True Detective" to już nie będzie to samo. Oczywiście, kurwa, że to nie było to samo! Chwała twórcom za to, że nie poszli na łatwiznę kręcąc kolejne przygody Rusta i Marty’ego, ale pokazali jaja ze stali i zaserwowali widzom coś zupełnie nowego. Niestety, jak się szybko okazało, sama odwaga i tupet nie wystarczą do stworzenia dobrego serialu. Nie ukrywajmy: pod względem fabularnym jest to kompletna i bezapelacyjna porażka. Zamiast wątku mistycznego mamy do czynienia z kwestiami ekonomicznymi, które niestety nie wzbudzają aż tylu emocji i odzierają serial z tajemniczej otoczki. Niemniej, niektóre rozwiązania fabularne zakrawają na albo najbardziej oklepane motywy (najlepszy przykład to przypadkowe podsłuchanie tajnej narady złych bohaterów) albo najprawdziwszy dramat. Zanotować taki zjazd na przestrzeni jedynie dwóch sezonów? Niebywałe! Chociaż aż troje z czwórki głównych bohaterów serialu pracuje w policji to nie ma co liczyć na mozolną pracę śledczych, znaną choćby z "The Wire". Zaiste, śledztwo toczy się mozolnie, ale wynika to raczej z faktu, iż niemal kompletnie nikomu nie zależy na jego rozwiązaniu. Kolejne wątki dochodzenia nie są odkrywane w logiczny, przyczynowo-skutkowy sposób, lecz na zasadzie całkowitego przypadku (przykład: w jednym z odcinków bohaterowie udają się do domku w górach, a nieopodal akurat przypadkowo kręci się pełno padlinożernych ptaków).
Frank.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Ogólnie rzecz biorąc w drugim sezonie twórcy postanowili porzucić minimalizm pierwszej odsłony i zaserwować widzom mnogość wątków, głównie obyczajowych (tzw. proza życia). Niestety, praktycznie 90% z nich nie wzbudziło u mnie jakichkolwiek emocji. Do najgorszych zaliczam z pewnością walkę Velcoro o opiekę na synem, epicką batalię z własną gejozą Woodrugha (vide Maverick z "Top Gun") oraz życie uczuciowe Bezzerides. W zasadzie to można się jeszcze przyczepić do żenującej relacji Woodrugha z matką oraz równie ułomnego motywu ze służbą w Black Mountain (jakby ktoś nie wiedział o co chodzi to jest to dosyć nachalne odniesienie to najsłynniejszego PMC świata, czyli niesławnej Blackwater). Zrezygnowano również z jednoczesnego prowadzenia akcji w kilku planach czasowych. Jedyną tego rodzaju zabawą jest linearny przeskok dwa miesiące w przód. Twórcy zdecydowanie odcięli się również od filozoficznych monologów Rusta, które stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów pierwszego sezonu. W drugiej odsłonie rozważania i dialogi bohaterów dotyczą o wiele bardziej prozaicznych aspektów życia. Ponadto serial jest kompletnie nierówny. Za najlepszy przykład może posłużyć odcinek numer sześć, w którym znalazła się genialna scena śniadaniowa Raya i Franka. Niestety w dalszej części nastąpił tak dramatyczny zjazd, że zacząłem uważać go za najgorszy odcinek w całej serii. Warto poruszyć także kwestię zakończenia. Już finał pierwszego sezonu pozostawiał wiele do życzenia, ale tym razem jest naprawdę słabo. Po obejrzeniu ostatniego odcinka zanotowałem sobie, że było chujowo, ale zawsze mogło być gorzej. Dosyć marne pocieszenie, nieprawdaż?
Woodrugh.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Czy zatem "True Detective" posiada jakiekolwiek jasne strony? Z pewnością jako niewielki plus można zaliczyć ukazanie mechanizmów oraz zależności rządzących miastem Vinci, ale także policją czy prokuraturą (w Polszy powiedzielibyśmy: układ). Generalnie nic nie jest proste, jeżeli nie masz mocnych pleców albo nie jesteś rezydentem rosyjskiej mafii. Wielki props należy się za intro oraz piosenkę Nevermind Leonarda Cohena, które po prostu deklasują czołówkę z pierwszego sezonu. Jednakże największą zaletą drugiej odsłony są bezapelacyjnie piękne i doskonałe zdjęcia. To nie jest wesoła, plażowa Kalifornia znana z dotychczasowych seriali. Epicka sieć autostrad stanowiąca swego rodzaju układ krwionośny stanu, gigantyczne zakłady przemysłowe czy obskurne mordownie (w szczególności ulubione miejsce spotkań Franka i Raya) wywarły na mnie ogromne wrażenie. Gdybym miał przyznać ocenę wyłącznie w tej kategorii to z pewnością wystawiłbym notę 10/10 (szczególnie piękna jest panorama Los Angeles z piątego odcinka). Sam wygląd fikcyjnego miasta Vinci zdecydowanie odbiega od typowego wyobrażenia kalifornijskiej, spokojnej mieściny. Za przekształcenie Słonecznego Stanu w totalnie depresyjną i odbierającą chęć do życia miejscówkę należą się wielkie brawa. Pragnę również zwrócić Waszą uwagę na masakrę, która ma miejsce w jednym z odcinków. Epicka rzeź, przypominająca rozmachem bitwy meksykańskich karteli rozgrywające się na ulicach Mexico City albo Ciudad Juárez, również przypadła mi do gustu (aczkolwiek główni bohaterowie byli oczywiście nieśmiertelni i fragowali jak über pro). Mimo wszystko warto podkreślić, że w serialu znalazło się przynajmniej kilka znakomitych scen (m.in. wspomniana wyżej rozmowa Franka i Raya), aczkolwiek w porównaniu do pierwszego sezonu ich ilość nie powala na kolana.
Bezzerides.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Jeśli chodzi o postacie i aktorstwo to pozwólcie, że zacznę od tych, którzy zasługują na brawa. Jak już wspominałem najbardziej złożonym bohaterem jest Ray Velcoro, w którego świetnie wcielił się Colin Farrell. Wieści o upadku tego aktora wydają się być przesadzone, ponieważ jeżeli tylko dostanie do zagrania ciekawą postać zazwyczaj wypada znakomicie. Ray w jego wykonaniu jest naprawdę w porządku, a ponadto widać prawdziwą chemię między nim a Frankiem. Ambitny, kalifornijski gangster również zaskarbił moją sympatię, chociaż trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do facjaty Vaughna. Oczywiście nie sposób ukryć, że zdarzały mi się momenty kompletnej irytacji wywołanej działaniami Franka, ale w ogólnym rozrachunku zaliczam go na plus. Bardzo cieszyłem się z angażu Kelly Reilly i jak zwykle nie zawiodłem się. Jordan w jej wykonaniu nie tylko wygląda zjawiskowo (chociaż są tacy, który nie doceniają jej urody - brzydka, bo ruda), ale także staje się postacią z krwi i kości, która wydatnie przyciąga uwagę widza. Z pewnością nie można tego samego powiedzieć o Ani Bezzerides. Nie mogę odmówić Rachel McAdams jej wysiłków, ale jak to mawiano w "Whiplash": not quite my tempo. Ogólnie rzecz biorąc oceniam tę postać neutralnie z lekkim negatywnym odcieniem. I w ten oto sposób możemy płynnie przejść do kompletnych rozczarowań. Nie ukrywajmy: Taylor Kitsch to dramat. Nie dość, że otrzymał najgorszą i najbardziej sztampową postać (dramatyczna walka z własnym homoseksualizmem oraz psychiczny uraz po służbie w Iraku), to jego drewniany warsztat aktorski tylko pogarsza zaistniałą sytuację. Woodrugh został wrzucony przez scenarzystów do oceanu gówna, z którego mało który aktor byłby się w stanie wygrzebać. No ale i tak powiecie, że jest przecież przystojny! David Morse, typowy bad ass motherfucker, obsadzony w roli Eliota, pociesznego hipisa i jednocześnie religijnego guru? Beztroska postać ojca detektyw Bezzerides pasuje raczej do lekkostrawnego serialu pokroju "Californication", a nie do spuścizny Rusta oraz Marty’ego! Chociaż tym razem bohaterów drugoplanowych jest cała masa to naprawdę z trudem muszę przyznać, że nikt nie zrobił na mnie większego wrażenia – de facto wielu z nich zapomniałem od razu po odcinku, w którym się pojawili.
Jordan.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Recenzja rozciągnęła się ponad miarę, więc przydałoby się jakieś podsumowanie. Drugi sezon "True Detective" to niestety kompletna porażka, która ani przez chwilę nie była w stanie udźwignąć dziedzictwa pierwszej odsłony. Nieliczne przebłyski geniuszy nie mogą bowiem wpłynąć na ostateczną ocenę tego nieciekawego i nakręconego bez pomysłu przedsięwzięcia. Warto polecić jedynie ze względu na postacie Raya, Jordan i Franka, piosenkę Nevermind otwierającą każdy odcinek oraz piękne zdjęcia przemysłowej Kalifornii, za które podnoszę ocenę o jedną gwiazdkę.
Ukochana mordownia Franka i Raya.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Ocena: 5/10.

wtorek, 30 października 2012

"The Negotiator"



Historia przedstawiona w "Negocjatorze" częściowo opiera się na rzeczywistych wydarzeniach. We wrześniu 1988 roku Anthony D. Daniele, oficer policji z St. Louis oskarżony o malwersacje finansowe w policyjnym funduszu emerytalnym i skazany na 8 lat więzienia, wziął zakładnika i zabarykadował się w biurowcu w centrum miasta. Przetrzymywaną osobą był John Frank, prawnik i cywilny urzędnik miejscowej policji, który ujawnił skandal. Co ciekawe Daniele wchodził w skład policyjnej brygady zajmującej się odbijaniem zakładników. Nie może zatem dziwić, że negocjacje trwały aż 25 godzin. Historia wydaje się być niezwykle interesująca, nieprawdaż? Sprawdźmy zatem jak Hollywood przerobił prawdziwe wydarzenia na filmowy scenariusz.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Policyjny negocjator Danny Roman (Samuel L. Jackson) zalicza kolejną udaną akcję. W czasie świętowania sukcesu jego partner, Nate (Paul Guilfoyle), zdradza koledze, że jest na tropie poważnych malwersacji finansowych w policyjnym funduszu emerytalnym. Wkrótce Nate zostaje zamordowany, a wszystkie poszlaki prowadzą do Danny’ego. W jednej chwili policjant traci szacunek i poważanie swoich współpracowników. Przekonany o własnej niewinności w akcie desperacji bierze kilku zakładników z wydziału spraw wewnętrznych. Mając świadomość totalnej korupcji w rodzimym komisariacie, domaga się aby negocjacje prowadził policjant z innej części miasta, Chris Sabian (Kevin Spacey).
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Jeśli oglądamy "Negocjatora" po raz pierwszy to rozwój fabuły może wydać się zaskakujący. Niestety jako weteran poniedziałkowych megahitów Polsatu doskonale poznałem film i kolejne projekcje nie przynoszą już tyle radości. Ale cóż poradzić, tak to jest w przypadku produkcji, które posiadają twist. Nie da się ukryć, że Hollywood znacznie uprościło i złagodziło prawdziwą historię z St. Louis. W kwestii uproszczenia chodzi mi o to, że Roman jest kryształowym policjantem bez skazy na swym obliczu. Od razu wierzymy w jego niewinność, a przecież ciekawiej byłoby, gdyby musiał udowodnić ją również widzom. U część zakładników Danny’ego od razu widoczny jest syndrom sztokholmski. Dla zwiększenia napięcia dodano kilka efektownych fajerwerków typu szturmy SWAT, pożar i różne działania na pałę. Wszystko w myśl zasady im mniej realizmu, tym więcej zabawy. Same negocjacje również nie przedstawiają się imponująco, a w zasadzie ograniczone zostały do przedstawiania co jakiś czas listy żądań i bezowocnych pogaduszek. Oczywiście mamy również do czynienia z tradycyjnym konfliktem kompetencyjnym między miejscową policją a FBI.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Sporo uciechy na pewno przynosi aktorstwo. Samuel L. Jackson i Kevin Spacey dobrze sprawdzają się głównych rolach, ponadto wspiera ich rzesza solidnych aktorów drugoplanowych. Moim faworytami są na pewno David Morse (Beck) oraz nieżyjący już niestety J.T. Walsh (Terence Niebaum). Morse w roli wyjątkowego i bezlitosnego skurwysyna jest niezwykle przekonujący. Reszta nie odstaje za bardzo, ale poza wymienionymi szałowych kreacji już nie ma. Pomimo pewnych ułomności fabularnych oraz wtórnych rozwiązań "Negocjator" to całkiem przyzwoite kino sensacyjne godne polecenia. Oczywiście jeśli nie oglądało się go milijion razy w telewizji.

Ocena: 7/10.