Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mahershala Ali. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mahershala Ali. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 kwietnia 2019

"True Detective" (sezon 3, 2019)


You ever been somewhere you couldn't leave, and you couldn't stay, 
both at the same time?

Im dalej od tegorocznych Oscarów, tym bardziej wydają mi się słabe, więc na jakiś czas postanowiłem poświęcić się nadrabianiu serialowych zaległości. Parę ładnych lat upłynęło nim twórcy "True Detective" podnieśli się po totalnej klęsce drugiego sezonu. Kompletne, lecz jednocześnie wyjątkowo odważne, odejście od stylistyki i klimatu z premierowej odsłony wzbudziło tak wiele negatywnych emocji, że miałem spore wątpliwości czy kiedykolwiek projekt zostanie jeszcze wznowiony. No, ale minęło trochę czasu, widownia pewnie zapomniała grzechy przeszłości, a hajs się musi zgadzać się czemu nie. Do trzeciej odsłony serialu twórcy przygotowywali się naprawdę na grubo. Wystarczy choćby wspomnieć, że angaż do głównej roli otrzymał Mahershala Ali, który po tegorocznej gali przygarnął już drugiego Oscara (tym razem za występ w recenzowanym niedawno "Green Book"). A dodatkowo akcję osadzono w niezwykłym, specyficznym miejscu. Płaskowyż Ozark to kraina obejmująca obszary leżące w czterech stanach: Missouri, Arkansas, Oklahoma oraz Kansas. Obszar pod wieloma względami (m.in. etnicznym, kulturowym) wyraźnie wyróżnia się na tle pozostałych regionów w USA. Niemniej w trzecim sezonie "True Detective" ograniczono się jedynie do części Ozark leżącej w stanie Arkansas. Wydawało się zatem, że wszystko idzie wręcz znakomicie i ręce same będą się składać do oklasków.
© 2019 Home Box Office Inc.
Akcja trzeciej odsłony "True Detective" rozpoczyna się w 1980 roku. Wyraźnie znudzeni pracą detektywi stanowej policji z Arkansas Wayne Hays (Mahershala Ali) i Roland West (Stephen Dorff) otrzymują sprawę tajemniczego zaginięcia dwójki dzieci Toma (Scoot McNairy) oraz Lucy (Mamie Gummer) Purcell. Dzieciaki, wybrawszy się na rowerową przejażdżkę po okolicznych lasach, nie wróciły nigdy do domu. Śledztwo od samego początku wydaje się być czymś więcej niż tylko prostą sprawą dotyczącą zaginięcia, a aktywny udział miejscowych notabli oraz władz stanowych nie pomaga funkcjonariuszom w wyjaśnieniu tajemnicy. Już z pierwszego odcinka dowiadujemy się, że nie wszystko w 1980 roku poszło tak jak powinno, gdyż akcja płynnie przenosi się także do roku 1990, gdy wznowiono zamknięte śledztwo oraz do 2015, w którym sędziwy i miewający poważne problemy z pamięcią detektyw Hays udziela wywiadu telewizyjnej dziennikarce śledczej.
© 2019 Home Box Office Inc.
Czołówka została konsekwentnie utrzymana w dotychczasowym stylu, niemniej z przykrością muszę zawiadomić, że wykorzystana tym razem piosenka Death Letter wykonywana przez Cassandrę Wilson zrobiła na mnie dosyć średnie wrażenie. W efekcie postanowiłem ją umieścić na trzecim miejscu w moim prywatnym rankingu (króluje oczywiście Nevermind Leonarda Cohena z drugiej odsłony). Utwór co prawda dobrze wpisuje się w nieśpieszny klimat sezonu, ale zdecydowanie brakuje mu wyrazistości i trochę bardziej kojarzy mi się z Głębokim Południem niż z płaskowyżem Ozark. Już na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że twórcy "True Detective" wyraźnie pragnęli zapomnieć o drugim sezonie i postanowili stworzyć coś przypominającego klimatem premierową odsłonę serii. Jeśli zwrócimy baczną uwagę na początkowe śledztwo z 1980 roku to można odnieść niezwykle mocne wrażenie, że słomiane laleczki przypominają analogiczne artefakty z Luizjany i wszystko będzie rozgrywać się wokół jakiegoś mistycznego, brutalnego obrządku polegającego na składaniu dzieci w ofierze starym bogom, ewentualnie pedofilii. Co więcej twórcy serialu postanowili stworzyć coś w rodzaju uniwersum "True Detective", ponieważ w jednym z odcinków pojawiają się informacje o finale pierwszego sezonu (widocznie drugi pozostanie szczelnie przykryty całunem milczenia).
© 2019 Home Box Office Inc.
W tym miejscu muszę przyznać, że trzeci sezon "True Detective" ogląda się naprawdę świetnie (klimat, klimat, klimat), a jednocześnie jest przy tym wyjątkowo wciągający. Przy okazji finałowego odcinku zaistniał nawet poważny spór z Grażką dotyczący terminu seansu, który mógł skutkować spóźnieniem na wyjątkowo ważny mecz Garbarni Kraków (niestety znowu wpierdol, wracamy na Ludwinów). Cały sezon składający się z ośmiu odcinków udało się nam obejrzeć na przestrzeni mniej więcej 24 godzin. Pod tym względem produkcja HBO jest niezwykle udana i gdyby mieć wystarczająco dużo czasu, można by obejrzeć cały sezon za jednym posiedzeniem. Realizacyjnie jest to po prostu majstersztyk – piękne, klimatyczne zdjęcia, podkreślone fajną ścieżką dźwiękową oraz świetne kreacje aktorskie tworzą po prostu niesamowite wrażenia. Właśnie tak trzeba kręcić seriale – HBO po raz kolejny zaprezentowało naprawdę wysoki poziom. Ponadto "True Detective" dobrze oddaje rzeczywiste aspekty policyjnej roboty: wieloaspektowe tropy, poszlaki, niezakończone wątki, znikający podejrzani, naciski na szybkie zakończenie śledztwa ze strony przełożonych i władz stanowych czy psychologiczne rozterki bohaterów. Na ogromny plus zasługuje również znakomita charakteryzacja bohaterów – przedstawić tak odmiennie postacie grane przez tych samych aktorów w różnych planach czasowych to prawdziwa sztuka. Warto również docenić jedną z nielicznych sekwencji prawdziwej akcji w całej serii – tym razem wygląda jak przejmujące i gorzkie nawiązanie do pierwszego Rambo.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ale czy naprawdę jest aż tak wspaniale? Osobiście, nie ujmując niczego, odbieram trzeci sezon jako bardzo zachowawcze zagranie ze strony twórców wobec widowni. Chcieliśmy zrobić coś w innym stylu (drugi sezon), nie wyszło kompletnie, więc teraz dostaniecie coś na co czekacie i co kochacie. Jakkolwiek by jechać po drugim sezonie, to nie sposób nie docenić odwagi zrobienia czegoś kompletnie innego. W tym przypadku odnoszę wrażenie mocnej wtórności i typowego zagrania pod publiczkę. Para głównych bohaterów pod wieloma względami przypomina Rusta i Marty’ego, otrzymujemy podobny klimat oraz po raz kolejny do śledztwa mieszają się czynniki lokalnej, można by powiedzieć nawet skorumpowanej władzy, które utrudniają jego rozwiązanie (jak w niesławnym drugim sezonie). Przy opisie poszczególnych postaci napiszę trochę więcej, ale już teraz muszę stwierdzić, że w serialu zdecydowanie brakuje wyrazistości i poglądów filozoficznych w stylu Rusta Cohle'a. Jeśli chodzi o poszczególne linie czasowe to zdecydowanie najbardziej pod względem fabularno-klimatycznym podobała mi się pierwsza. Ze środkowej mam chyba najmniej wspomnień, a trzecia z powodu problemów z pamięcią Haysa wydaje się przytłaczająco przygnębiająca. Finał delikatnie mnie rozczarował, a zważywszy że wyjaśnienie sprawy zajęło aż 35 lat to może jednak bohaterowie nie byli takimi zajebistymi detektywami (poraża w szczególności ignorancja Haysa, który nie chciało się przeczytać pewnej książki).
© 2019 Home Box Office Inc.
O ile w przypadku zdecydowanej większości bohaterów ze wszystkich trzech sezonów wiem o co mniej więcej jakie mają plany i ambicje, o tyle przypadek Wayne'a Haysa zaliczam do grupy o chuj ci chodzi człowieku? (z chłodnymi pozdrowieniami dla Woodrugha i Bezzerides). Weteran wojny wietnamskiej nabył niezwykłą umiejętność wkurwiania wszystkich dookoła: regularnie wkurwia żonę, partnera z policji, a przede wszystkim przełożonych. Knąbrność, tendencje do strzelania fochów oraz kompletnie nieuzasadniona kłótliwość zdecydowanie wyróżniają postać graną przez Ali’ego na tle innych bohaterów. Jednocześnie Hays charakteryzuje się najbardziej złożoną psychiką w serialu. Wyrwawszy się z totalnej biedy dzieciństwa do koszmaru wojny w Wietnamie, który odcisnął wyraźnie negatywne piętno na jego duszy, Wayne z bezmyślnym uporem prze do rozwiązania śledztwa, znosząc po drodze mniej lub bardziej subtelne rasistowskie docinki (a akcja rozgrywa się przecież znacznie później niż oscarowy "Green Book"). Naprawdę ciężko polubić tak trudny charakter, ale wręcz wypada szanować go za konsekwencję i poświęcenie sprawie, do których można dorzucić autentyczne współczucie z powodu problemów z pamięcią i halucynacji z najpóźniejszej linii czasowej. Mahershala Ali spisał się jak zwykle znakomicie, bezbłędnie oddając emocje targające swoich bohaterem oraz stan permanentnego wkurwienia na cały świat.
© 2019 Home Box Office Inc.
Stephen Dorff wcielił się natomiast w o wiele bardziej sympatyczną i przystępną połówkę policyjnego duetu. Roland West jawi się bowiem jako bardziej ludzki, zabawniejszy, a przede wszystkim lżejszy w odbiorze kobieciarz. Swoją drogą twórcy zdecydowanie bardziej starali się nakreślić skomplikowany portret psychologiczny Haysa zapominając trochę skupić się na jego partnerze oraz ich wzajemnych stosunkach. Niemniej jest to również świetnie zagrana postać, dysponująca dosyć ciekawą relacją z ojcem zaginionych dzieciaków. Zresztą oboje rodzice to znakomicie zagrane role, które wyjątkowo mocno zapadają w pamięć. Zarówno Scoot McNairy, jak i Mamie Gummer, wznieśli się na wyżyny swoich możliwości, tworząc przejmujące kreacje. Jednakże moim osobistym faworytem z drugiego planu pozostaje Michael Graziadei, wcielający się w kuzyna Lucy, Dana O'Briena. Momentami wręcz odrażający, ale dysponujący jakimś urokiem bad boya bohater zrobił na mnie spore wrażenie. Z ważniejszych występów warto również wspomnieć o fajnej i bardzo ciepłej roli Carmen Ejogo (Amelia Reardon), przygnębiającym występie Rhys Wakefield (Freddy Burns), któremu śledztwo zamieniło życie w gówno, czy też o Michaelu Greyeyesie, który brawurowo zagrał kolejnego wietnamskiego weterana z uszkodzoną psychiką, Bretta Woodyarda. Do całej układanki średnio pasuje mi jedynie Ray Fisher, wcielający się w już dorosłego syna Haysa, Henry’ego.
© 2019 Home Box Office Inc.
Wydaje mi się, że do dzisiaj mam problem z oceną trzeciego sezonu "True Detective". Pod wieloma względami udało się stworzyć świetny klimat wyraźnie inspirowany pierwszą odsłoną serialu, ale sam finał pozostawił u mnie bardzo duży niedosyt. Pod względem konstrukcji czasowej pierwszy wątek wydaje mi się zrealizowany najlepiej, a im bliżej współczesności, tym gorzej. Wielkim plus stanowi natomiast świetne aktorstwo oraz mnogość znakomitych postaci drugoplanowych. Podsumowując muszę zatem stwierdzić, że sezon trzeci z pewnością nie przeskoczył jakością oryginału, ale był zdecydowanie lepszy niż odważna w formie, acz kompletnie nieudana druga odsłona. Za tę serię przepraszać nie trzeba.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ocena: 7/10.

Recenzje pozostałych sezonów poniżej:

poniedziałek, 18 lutego 2019

"Green Book" (2018)


Being genius is not enough, it takes courage to change people's hearts.

Po kompletnie przypałowym pod względem nagród, aczkolwiek całkiem eleganckim w odbiorze "Wildlife" przechodzę wreszcie do tradycyjnego cyklu recenzji omawiających tegoroczne produkcje nominowane w kategorii najlepszy film. W tym roku Akademia wybrała ośmiu kandydatów do prestiżowej statuetki, a ja pisząc te słowa miałem okazję zapoznać się już z trzema z tego grona. "Green Book", wyreżyserowany przez Petera Farrelly’ego (znanego dotychczas raczej z lekkich komedii typu "Głupi i głupszy" czy "Sposób na blondynkę"), oprócz wspomnianej nominacji został wyróżniony jeszcze w czterech kategoriach: najlepszy aktor (Viggo Mortensen), najlepszy aktor drugoplanowy (Mahershala Ali), najlepszy scenariusz oryginalny oraz najlepszy montaż. W międzyczasie na konto produkcji wpadło też parę innych ważnych nagród: trzy Złote Globy (najlepszy film, scenariusz i najlepszy aktor drugoplanowy) oraz jedna BAFTA (Mahershala Ali za najlepszego aktora drugoplanowego). Użytkownicy IMDb docenili "Green Book" tak bardzo, że wjechał do ekskluzywnego zestawienia 250 najwyżej ocenionych filmów w serwisie (w połowie lutego 2019 roku zajmuje 134 miejsce na liście). Mogło się zatem wydawać, że wszystko jest sztywniutko i zapowiada się pyszna filmowa uczta! Gwoli wyjaśnienia tytułu wspomnę jeszcze, że pochodzi z przewodnika The Negro Motorist Green Book (znanego również jako The Negro Travelers' Green Book), wydawanego w latach 1936-1966. Książka zawierała informacje oraz wskazówki dla afroamerykańskich kierowców, które miały pozwolić na uniknięcie kłopotów w trakcie podróży po USA.
© 2019 Universal Pictures.
Akcja "Green Book" rozgrywa się w 1962 roku. Tony "Tony Lip" Vallelonga (Viggo Mortensen), wszechstronnie utalentowany wykidajło, chwilowo pozostaje bez pracy po zamknięciu klubu nocnego na czas remontu. W trakcie pochłaniania hot-dogów na bezrobociu pojawia się nietypowa oferta pracy. Tony ma zostać kierowcą i ochroniarzem czarnoskórego pianisty Dr Dona Shirleya (Mahershala Ali), który wybiera się w kilkutygodniowe tournée po niegościnnych dla jego braci stanach Głębokiego Południa. I jak to najczęściej bywa w tego rodzaju opowieściach współpraca kulturalnego i wyedukowanego muzyka z chamskim, brutalnym osiłkiem nie zapowiada się zbyt owocnie.
© 2019 Universal Pictures.
Film Petera Farrelly’ego to naprawdę solidne kino drogi, oparte na prawdziwej historii, a przede wszystkim poruszające ważny temat społeczny, niemalże skrojone pod Oscara za najlepszy film (w szczególności jeśli uwzględnimy roszczenia i pretensje czarnoskórej mniejszości w USA, które dotyczą przemysłu filmowego). Jest to również, jakkolwiek banalnie to brzmi, dosyć optymistyczna opowieść o przemianie wzajemnie oddziałujących na siebie bohaterów oraz narodzinach tolerancji i szacunku. Nie da się ukryć, że twórcy bardzo ładnie, a przede wszystkim realistycznie, przedstawili codzienne życie nowojorskiej włoskiej rodziny na początku lat 60-tych XX wieku (co ciekawe do obsady zaangażowano żyjących członków rodziny głównego bohatera). I chociaż nie jest to żadna ze słynnych Pięciu Rodzin, to jednak ledwie widoczna obecność mafijnych wpływów objawia się w życiu Tony’ego od czasu do czasu. Wielką zaletą "Green Book" są także bardzo żywe, a przede wszystkim autentycznie zabawne, konwersacje między bohaterami (w szczególności w tej kategorii przodują luźne pogawędki Tony’ego z dr Shirleyem). Film Petera Farrelly’ego dobrze oddaje również uroki życia na południu USA, których niemal na każdym kroku mógł zakosztować podróżnik o ciemniejszej karnacji (od zwyczajnej segregacji przez rasistowską policję po wpierdole od lokalnych rednecków). Niezwykle mocne wrażenie zrobiła na mnie scena, w której w czasie gdy Tony naprawia auto (swoją drogą piękny Cadillac DeVille z 1962 roku), dr Shirley przygląda się morderczej wręcz pracy czarnoskórych rolników na spalonym słońcem polu.
© 2019 Universal Pictures.
Jednakże wydaje mi się, że spływające zewsząd pochlebne opinie o "Green Book" wypaczyły zdecydowanie ponad miarę moje oczekiwania. Odbieram film Petera Farrelly’ego jako troszkę zbyt ugrzecznioną produkcję, przygotowaną po prostu pod oscarowy triumf. W szczególności dotyczy to motywu homoseksualizmu jednego z bohaterów, który nie specjalnie wnosi cokolwiek do fabuły oraz zakończenia filmu, które jest po prostu zbyt idealne jak dla mnie (w szczególności, jeśli poczytacie w jaki sposób rodzina dr Shirleya odnosiła się do jego przyjaźni z Tony’m). Poza tym czy twórcy naprawdę karzą nam wierzyć, że tak utalentowany muzyk, wytyczający nowe trendy, nigdy nie słyszał o artystach pokroju Arethy Franklin czy Little Richarda? Niemniej są to moje bardzo osobiste odczucia, których najbliższe mi osoby zdecydowanie nie podzielają (z serii pozdro Grażka!). Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na dosyć klasyczną ścieżkę dźwiękową, w szczególności jeśli fortepian jest Waszym ulubionym instrumentem. Na koniec zostawiam jeszcze prawdziwy hit dotyczący filmowych lokacji (i patrzcie jak Hollywood kłamie). Chociaż wraz z bohaterami filmu przemierzamy na ekranie kilka różnych stanów ze zdecydowanie zróżnicowanymi krajobrazami, to tak naprawdę z wyjątkiem scen rozgrywających się w Carnegie Hall wszystko nakręcono w Luizjanie (tak, nawet sceny tak bardzo nowojorskie jak dzielnica Tony’ego).
© 2019 Universal Pictures.
Tak naprawdę w "Green Book" król jest tylko jeden. Aragorn, syn Arathorna, (lub jak kto woli Aragurn, syn Arakurwa) Viggo Mortensen powraca w wielkim stylu, niczym heroina w "Pulp Fiction". Rola Tony’ego jest naprawdę epicka: od zabójczego akcentu (pamiętacie jeszcze "Eastern Promises"?) przez znaczne przybranie masy po prekursorskie metody jedzenia posiłków (w szczególności pizzy). Viggo Mortensen stworzył naprawdę świetną kreację i jedyna rzecz, do której mam zastrzeżenia to jego mało włoska fizjonomia. Niemniej, oprócz doskonałego warsztatu, aktor wręcz idealnie współpracował z pozostałymi odtwórcami, generując niezwykłą chemię. Zdecydowanie przyćmiony przez swojego kolegę Mahershala Ali (miał zdecydowanie mniej materiału źródłowego do przygotowania się do swojej roli niż Mortensen) wypadł także bardzo dobrze, ale w tym przypadku nie miał szans w pełni zabłysnąć. Mimo to jego dr Shirley to bardzo samotna osoba, świetnie wykształcona, znająca języki, pełna erudycji oraz wyszukanej kultury osobistej, czasem jednak dosyć trudna w kontakcie z powodu lekkiej pogardy dla otoczenia oraz alkoholizmu. Z bardzo fajnej strony pokazała się także Linda Cardellini, wcielająca się w Dolores, żonę Tony’ego, postać bardzo ciepłą i bezgranicznie oddaną swojemu mężowi.
© 2019 Universal Pictures.
"Green Book" to naprawdę udany film ze świetnymi dialogami, ładną ścieżką dźwiękową oraz wybitną rolą Viggo Mortensena. Jak dla mnie brakuje trochę efektu wow, ale jeżeli produkcja zbierze parę Oscarów na tegorocznej gali nie będę wcale zdziwiony.
© 2019 Universal Pictures.
Ocena: 7/10.

środa, 22 lutego 2017

"Moonlight" (2016)



At some point, you gotta decide for yourself who you're going to be. Can't let nobody make that decision for you.

W dalszym ciągu pozostajemy w kręgu Oscarów, więc dzisiaj na warsztat trafia czwarta z dziewięciu produkcji nominowanych w kategorii najlepszy film roku. Tym razem skupimy się na przedstawicielu amerykańskiej kinematografii niezależnej (swoją drogą tak bardzo niezależnej, że niejaki Brad Pitt pełni rolę producenta wykonawczego), czyli chwalonym przez wielu i wysoko ocenionym "Moonlight" w reżyserii Barry’ego Jenkinsa. Szczerze przyznam, że po dotychczasowej przygodzie z trzema tegorocznymi nominacjami zacząłem głęboko wątpić w ideę wyróżniania tego rodzaju filmów nagrodami, ponieważ jeszcze żadna z propozycji, które obejrzałem, nie wybiła się ponad solidność, a o urwaniu dupy to mogę jedynie pomarzyć. Jednak postanowiłem nie poddawać się i mieć nadzieję, że "Manchester by the Sea" oraz "Moonlight", które zostało nominowane aż w ośmiu kategoriach, pokażą wreszcie długo wyczekiwaną klasę. Tytułem wstępu warto wspomnieć, że fabuła filmu Barry’ego Jenkinsa została oparta na sztuce In Moonlight Black Boys Look Blue autorstwa Tarrella Alvina McCraneya.
Genialny plakat.
(źródło: http://www.impawards.com)
"Moonlight" to rozgrywająca się pośród pogrążonych w nędzy i przemocy slumsach Liberty City (dzielnica Miami) historia 9-letniego Chirona (Alex R. Hibbert), zwanego przez rówieśników Małym (Little). Egzystencja czarnoskórego chłopca nie jest zbyt wesoła i godna pozazdroszczenia: regularne wpierdole od kolegów z podwórka są urozmaicane przez odpały matki uzależnionej od cracku. W trakcie jednej z ucieczek przed bandą agresywnych małolatów Little poznaje lokalnego dilera narkotyków z kubańskim rodowodem. Z nieznanych przyczyn Juan (Mahershala Ali) oraz jego piękna dziewczyna Teresa (Janelle Monáe) od czasu do czasu opiekują się chłopcem, pozwalając choć na chwilę zapomnieć o niezbyt fortunnym dzieciństwie.
źródło: http://moonlight.movie/
Obejrzawszy zapowiedź "Moonlight" spodziewałem się klimatów rodem z legendarnego "The Wire": brzydkich, zaśmieconych ulic pogrążających się w nędzy i rozpaczy, bezwzględnej walki o najlepsze miejscówki do sprzedaży anielskiego pyłu czy tak zwanych czarnuchów z charakterem (jak choćby Stringer Bell, Marlo czy Slim Charles, nie wspominając już o tak mitycznej postaci jak Omar Little). I rzeczywiście muszę przyznać, że początek filmu Barry’ego Jenkinsa spełnił moje oczekiwania. Juan sprawdza jak idzie narkobiznes niczym Stringer Bell, a Little, przemierzający szybkim tempem getto, trafia do narkomańskiej miejscówki żywcem wyjętej z "The Wire" (Chris i Snoop zapewne nie omieszkaliby zostawić w niej kilku ciał przykrytych grubą warstwą wapna). Niemniej wraz z rozwojem akcji podobieństwa do tego znakomitego serialu zaczęły tracić pierwszoplanową rolę. Chociaż akcja "Moonlight" została osadzona w obskurnym, pełnym przemocy getcie to jednak jest to bardzo osobista i delikatna, wręcz poprowadzona w poetycki sposób historia, o nieustannym poszukiwaniu własnej tożsamości. Fabuła rozciągnięta na przestrzeni kilkunastu lat pozwala na zaobserwowanie procesu dojrzewania i akceptacji samego siebie od dziecka (segment "Little"), poprzez nastolatka ("Chiron"), aż po młodego mężczyznę ("Black"). Dodatkowa zaleta to wręcz zaskakujący wątek homoseksualny skontrastowany z wyjątkowo homofobicznym środowiskiem afro-amerykańskiej społeczności zamieszkującej Liberty City. Niemniej nie trzeba mieć bogatej wyobraźni, aby przewidzieć ból dupy (dosłownie) w polskich niepokornych mediach, jeśli "Moonlight" zwycięży.
źródło: http://moonlight.movie/
Pod wieloma względami "Moonlight" może przyprawiać widza o depresję. Rzadko na ekranie mamy okazję oglądać uzależnioną od cracku matkę, która nie dość, że okrada własne dziecko z pieniędzy to jeszcze wyrzuca syna z domu, ponieważ ma randkę z przygodnym kutasem. Generalnie wygląd Liberty City może skutecznie zniechęcić do odwiedzenia Miami. Za tak dobraną do klimatu opowieści scenografię należą się twórcom wielkie brawa. Warto również zwrócić uwagę na niedopowiedzenia, gdyż w "Moonlight" zrezygnowano z łopatologicznego tłumaczenia pewnych wydarzeń, ograniczając się jedynie do krótkiej informacji podanej w dialogu (w ten sposób dowiadujemy się choćby o śmierci jednego z bohaterów, a okoliczności zejścia pozostają nieznane). Nie poznajemy także motywacji, która kierowała Juanem, gdy postanowił zaopiekować się małym chłopcem. Czyżby starając się naprawić dzieciństwo Chirona próbował odkupić swoje grzechy wynikające ze sprzedaży narkotyków czy też po prostu był dobrym, wrażliwym człowiekiem nieobojętnym na ludzką krzywdę? I najfajniejsze jest to, że sami możecie odpowiedzieć na powyżej postawione pytania, a potem kłócić się, która wersja wydarzeń jest najbardziej prawdopodobna. Pewnym mankamentem "Moonlight" jest dosyć mało wyrazista ścieżka dźwiękowa (udało mi się zapamiętać jedynie utwór o chwytliwym tytule Every Nigger is a Star Borisa Gardinera), ale historia Chirona jest na tyle wciągająca, że nie odgrywa to większego znaczenia w odbiorze filmu.
źródło: http://moonlight.movie/
Co ciekawe reżyser kręcąc film zadbał, aby odtwórcy ról Chirona oraz Kevina nie spotkali się na planie, dzięki czemu chciał sprawić, żeby każdy z aktorów stworzył oryginalne spojrzenie bez oglądania się na kolegów. W efekcie wszyscy odtwórcy głównych ról (Chiron: Alex R. Hibbert, Ashton Sanders, Trevante Rhodes; Kevin: Jaden Piner, Jharrel Jerome, André Holland) wypadli wprost znakomicie i bardzo trudno wyróżnić któregokolwiek z nich pomijając pozostałych. Do tego brawurowo w rolę Juana wcielił się Mahershala Ali, znany choćby z serii "Hunger Games". Pozostaje jedynie ubolewać, że nie ma go więcej na ekranie. Podobne odczucia mam w stosunku do Janelle Monáe, która po prostu prezentuje się w "Moonlight" jako jedna z najpiękniejszych kobiet, które miałem okazję oglądać w swoim życiu. Wielkie propsy należą się również Naomie Harris za przekonującą do bólu rolę uzależnionej od narkotyków matki Chirona.
źródło: http://moonlight.movie/
 "Moonlight" zaskakuje kameralnością, klimatem, doskonałymi zdjęciami oraz znakomitym aktorstwem. Niemniej jest to kino dosyć ciężkie pod względem tematyki i z pewnością wielu z Was nie przypadnie do gustu. Po obejrzeniu czterech z dziewięciu tegorocznych kandydatów do Oscara z całą pewnością śmiem twierdzić, że jest to póki co najciekawsza i najbardziej oryginalna pozycja w zestawieniu. Polecam gorąco, acz nie jest to łatwe i przyjemne kino.
źródło: http://moonlight.movie/
Ocena: 8/10.