Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Viggo Mortensen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Viggo Mortensen. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lutego 2019

"Green Book" (2018)


Being genius is not enough, it takes courage to change people's hearts.

Po kompletnie przypałowym pod względem nagród, aczkolwiek całkiem eleganckim w odbiorze "Wildlife" przechodzę wreszcie do tradycyjnego cyklu recenzji omawiających tegoroczne produkcje nominowane w kategorii najlepszy film. W tym roku Akademia wybrała ośmiu kandydatów do prestiżowej statuetki, a ja pisząc te słowa miałem okazję zapoznać się już z trzema z tego grona. "Green Book", wyreżyserowany przez Petera Farrelly’ego (znanego dotychczas raczej z lekkich komedii typu "Głupi i głupszy" czy "Sposób na blondynkę"), oprócz wspomnianej nominacji został wyróżniony jeszcze w czterech kategoriach: najlepszy aktor (Viggo Mortensen), najlepszy aktor drugoplanowy (Mahershala Ali), najlepszy scenariusz oryginalny oraz najlepszy montaż. W międzyczasie na konto produkcji wpadło też parę innych ważnych nagród: trzy Złote Globy (najlepszy film, scenariusz i najlepszy aktor drugoplanowy) oraz jedna BAFTA (Mahershala Ali za najlepszego aktora drugoplanowego). Użytkownicy IMDb docenili "Green Book" tak bardzo, że wjechał do ekskluzywnego zestawienia 250 najwyżej ocenionych filmów w serwisie (w połowie lutego 2019 roku zajmuje 134 miejsce na liście). Mogło się zatem wydawać, że wszystko jest sztywniutko i zapowiada się pyszna filmowa uczta! Gwoli wyjaśnienia tytułu wspomnę jeszcze, że pochodzi z przewodnika The Negro Motorist Green Book (znanego również jako The Negro Travelers' Green Book), wydawanego w latach 1936-1966. Książka zawierała informacje oraz wskazówki dla afroamerykańskich kierowców, które miały pozwolić na uniknięcie kłopotów w trakcie podróży po USA.
© 2019 Universal Pictures.
Akcja "Green Book" rozgrywa się w 1962 roku. Tony "Tony Lip" Vallelonga (Viggo Mortensen), wszechstronnie utalentowany wykidajło, chwilowo pozostaje bez pracy po zamknięciu klubu nocnego na czas remontu. W trakcie pochłaniania hot-dogów na bezrobociu pojawia się nietypowa oferta pracy. Tony ma zostać kierowcą i ochroniarzem czarnoskórego pianisty Dr Dona Shirleya (Mahershala Ali), który wybiera się w kilkutygodniowe tournée po niegościnnych dla jego braci stanach Głębokiego Południa. I jak to najczęściej bywa w tego rodzaju opowieściach współpraca kulturalnego i wyedukowanego muzyka z chamskim, brutalnym osiłkiem nie zapowiada się zbyt owocnie.
© 2019 Universal Pictures.
Film Petera Farrelly’ego to naprawdę solidne kino drogi, oparte na prawdziwej historii, a przede wszystkim poruszające ważny temat społeczny, niemalże skrojone pod Oscara za najlepszy film (w szczególności jeśli uwzględnimy roszczenia i pretensje czarnoskórej mniejszości w USA, które dotyczą przemysłu filmowego). Jest to również, jakkolwiek banalnie to brzmi, dosyć optymistyczna opowieść o przemianie wzajemnie oddziałujących na siebie bohaterów oraz narodzinach tolerancji i szacunku. Nie da się ukryć, że twórcy bardzo ładnie, a przede wszystkim realistycznie, przedstawili codzienne życie nowojorskiej włoskiej rodziny na początku lat 60-tych XX wieku (co ciekawe do obsady zaangażowano żyjących członków rodziny głównego bohatera). I chociaż nie jest to żadna ze słynnych Pięciu Rodzin, to jednak ledwie widoczna obecność mafijnych wpływów objawia się w życiu Tony’ego od czasu do czasu. Wielką zaletą "Green Book" są także bardzo żywe, a przede wszystkim autentycznie zabawne, konwersacje między bohaterami (w szczególności w tej kategorii przodują luźne pogawędki Tony’ego z dr Shirleyem). Film Petera Farrelly’ego dobrze oddaje również uroki życia na południu USA, których niemal na każdym kroku mógł zakosztować podróżnik o ciemniejszej karnacji (od zwyczajnej segregacji przez rasistowską policję po wpierdole od lokalnych rednecków). Niezwykle mocne wrażenie zrobiła na mnie scena, w której w czasie gdy Tony naprawia auto (swoją drogą piękny Cadillac DeVille z 1962 roku), dr Shirley przygląda się morderczej wręcz pracy czarnoskórych rolników na spalonym słońcem polu.
© 2019 Universal Pictures.
Jednakże wydaje mi się, że spływające zewsząd pochlebne opinie o "Green Book" wypaczyły zdecydowanie ponad miarę moje oczekiwania. Odbieram film Petera Farrelly’ego jako troszkę zbyt ugrzecznioną produkcję, przygotowaną po prostu pod oscarowy triumf. W szczególności dotyczy to motywu homoseksualizmu jednego z bohaterów, który nie specjalnie wnosi cokolwiek do fabuły oraz zakończenia filmu, które jest po prostu zbyt idealne jak dla mnie (w szczególności, jeśli poczytacie w jaki sposób rodzina dr Shirleya odnosiła się do jego przyjaźni z Tony’m). Poza tym czy twórcy naprawdę karzą nam wierzyć, że tak utalentowany muzyk, wytyczający nowe trendy, nigdy nie słyszał o artystach pokroju Arethy Franklin czy Little Richarda? Niemniej są to moje bardzo osobiste odczucia, których najbliższe mi osoby zdecydowanie nie podzielają (z serii pozdro Grażka!). Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na dosyć klasyczną ścieżkę dźwiękową, w szczególności jeśli fortepian jest Waszym ulubionym instrumentem. Na koniec zostawiam jeszcze prawdziwy hit dotyczący filmowych lokacji (i patrzcie jak Hollywood kłamie). Chociaż wraz z bohaterami filmu przemierzamy na ekranie kilka różnych stanów ze zdecydowanie zróżnicowanymi krajobrazami, to tak naprawdę z wyjątkiem scen rozgrywających się w Carnegie Hall wszystko nakręcono w Luizjanie (tak, nawet sceny tak bardzo nowojorskie jak dzielnica Tony’ego).
© 2019 Universal Pictures.
Tak naprawdę w "Green Book" król jest tylko jeden. Aragorn, syn Arathorna, (lub jak kto woli Aragurn, syn Arakurwa) Viggo Mortensen powraca w wielkim stylu, niczym heroina w "Pulp Fiction". Rola Tony’ego jest naprawdę epicka: od zabójczego akcentu (pamiętacie jeszcze "Eastern Promises"?) przez znaczne przybranie masy po prekursorskie metody jedzenia posiłków (w szczególności pizzy). Viggo Mortensen stworzył naprawdę świetną kreację i jedyna rzecz, do której mam zastrzeżenia to jego mało włoska fizjonomia. Niemniej, oprócz doskonałego warsztatu, aktor wręcz idealnie współpracował z pozostałymi odtwórcami, generując niezwykłą chemię. Zdecydowanie przyćmiony przez swojego kolegę Mahershala Ali (miał zdecydowanie mniej materiału źródłowego do przygotowania się do swojej roli niż Mortensen) wypadł także bardzo dobrze, ale w tym przypadku nie miał szans w pełni zabłysnąć. Mimo to jego dr Shirley to bardzo samotna osoba, świetnie wykształcona, znająca języki, pełna erudycji oraz wyszukanej kultury osobistej, czasem jednak dosyć trudna w kontakcie z powodu lekkiej pogardy dla otoczenia oraz alkoholizmu. Z bardzo fajnej strony pokazała się także Linda Cardellini, wcielająca się w Dolores, żonę Tony’ego, postać bardzo ciepłą i bezgranicznie oddaną swojemu mężowi.
© 2019 Universal Pictures.
"Green Book" to naprawdę udany film ze świetnymi dialogami, ładną ścieżką dźwiękową oraz wybitną rolą Viggo Mortensena. Jak dla mnie brakuje trochę efektu wow, ale jeżeli produkcja zbierze parę Oscarów na tegorocznej gali nie będę wcale zdziwiony.
© 2019 Universal Pictures.
Ocena: 7/10.

środa, 8 kwietnia 2015

"The Two Faces of January"



Grecja! Kolebka europejskiej cywilizacji. Fascynujące miejsce wyjątkowo płodne dla wszelkiej maści artystów – wspomnijmy choćby lorda Byrona czy Henry’ego Millera (Kolos z Maroussi). Nawet Towarzysz Otwór w zeszłym roku wybrał się w podróż na Kretę szlakiem swoich germańskich przodków wytyczonym w 1941 roku. I ja tam byłem! Dwutygodniowe wakacje na Riwierze Olimpijskiej mogę zaliczyć do najlepszych wspomnień wakacyjnych, mimo, że minęła już więcej niż dekada. Nie da się ukryć, że Grecja jest naprawdę pięknym miejscem, a wielu rzeczy, które tam ujrzałem nie jestem w stanie godnie oddać słowami. Pewnie właśnie dlatego tak mocno zainteresowałem się "The Two Faces of January" (w Polszy jako "Rozgrywka" – what the fuck?!), którego akcję osadzono właśnie w Helladzie na początku lat 60-tych ubiegłego stulecia (dokładniej rzecz ujmując w 1962 roku). Reżyserski debiut Hosseina Amini (scenarzysta "Drive") zapowiadał się również ciekawie ze względu na obsadę – m.in. Viggo Mortensen oraz Kirsten Dunst.
źródło: http://www.impawards.com
Szczęśliwe i dosyć zamożne amerykańskie małżeństwo MacFarlandów spędza idylliczne wakacje pośród greckich ruin. Na pierwszy rzut oka Chester (Viggo Mortensen) oraz Colette (Kirsten Dunst) wydają się być niemal idealną parą, której niczego nie brakuje. Jak się szybko okazuje wakacje tak naprawdę są po prostu ucieczką z USA przed inwestorami, którzy zostali oszukani przez Chestera. W trakcie zwiedzania Aten para poznaje młodego Amerykanina Rydala (Oscar Isaac), który dzięki rozbudowanym umiejętnościom lingwistycznym trudni się pseudo-przewodnictwem oraz kręceniem wałków na naiwności zagranicznych turystów. Wskutek niefortunnego zbiegu okoliczności Chester oraz Colette bardzo szybko przekonują się, że Rydal, doskonale orientujący się w miejscowych realiach, będzie stanowił dla nich ostatnią deskę ratunku.
źródło: http://www.fandango.com
Po obejrzeniu mniej więcej 60% "The Two Faces of January" wydawało się niemal idealnie spełniać pokładane w nim oczekiwania. Nie liczyłem oczywiście na kinematograficzne arcydzieło, które urwie dupę albo jakieś inne członki, ale na solidną produkcję, osadzoną w unikalnym greckim klimacie. Niestety początkowo interesująca i niezła fabuła przeistoczyła się pod koniec w straszliwą marność (zwróćcie uwagę, że film trwa trochę ponad półtorej godziny – wyraźnie zabrakło pomysłu). Zakończenie jest po prostu fatalne – naprawdę nijak się ma do reszty filmu i motywacji poszczególnych postaci. Generalnie ułomność fabularna to w zasadzie jedyna, ale za to ogromnie bolesna wada filmu. Co w takim razie możemy zaliczyć do plusów? Z pewnością niezłe zdjęcia, podkreślające piękno Grecji – oglądamy m.in. Ateny, Heraklion oraz Chanię. "The Two Faces of January" doskonale oddaje również realia życia w Helladzie – totalny brak pośpiechu, stoickie podejście do problemów oraz życie, które zaczyna się toczyć dopiero po zapadnięciu zmroku. Doświadczyłem tego osobiście: wyobraźcie sobie, że w małym miasteczku o godzinie 14 kupienie czegokolwiek zakrawa niemal na cud, gdyż sklepy są pozamykane, a na ulicy widoczni się jedynie zagraniczni turyści. Sytuacja zmienia się oczywiście diametralnie wraz z nadejściem nocy – spadek temperatury ożywia miejscowych, a melanże kończą się nad ranem (czyli tak jak na Kazimierzu). Chociaż początkowo wydaje się to niezwykle uciążliwe i frustrujące to jednak, gdy przywykniemy do miejscowych zwyczajów można w tym dostrzec pewien niepowtarzalny nigdzie indziej urok.
źródło: http://www.fandango.com
Patrząc na sposób w jaki odziany są bohaterowie filmu zaprawdę zatęskniłem za czasami, gdy wszyscy mężczyźni nosili kapelusze (mam problem z tym problem, gdyż żywię głębokie przekonanie, iż współcześnie nie ma fajnych nakryć głowy, a na bejsbolówkę z napisem YOLO jestem już chyba za stary). Zatem również kostiumy z początku lat 60-tych zaliczam na plus. Ścieżka dźwiękowa nie wyróżnia się specjalnie, ale również nie przeszkadza zbytnio. Po prostu znajduje się gdzieś w tle, dopełniając akcję filmu. Pod tym względem po "Birdmanie" oraz "Whiplash" moje apetyty wzrosły monstrualnie. "The Two Faces of January" opiera się na trójkącie Chester – Colette – Rydal. Pozostałe postacie to w zasadzie statyści pojawiający się na chwilę na ekranie. Viggo Mortensen po raz kolejny udowodnił, że jest bardzo dobrym aktorem, wcielając się tym razem troskliwego męża o drugim, bezwzględnym obliczu. Kirsten Dunst wypadła naprawdę ciekawie i jeżeli kiedykolwiek uda mi się powrócić do Grecji to chciałbym mieć taką Colette u swojego boku. Na propsy zasłużył także Oscar Isaac, kreując bardzo ciekawą i niejednoznaczną rolę. Między cała trójką widać wyraźną chemię i naprawdę szkoda, że ułomny scenariusz nie pozwala bardziej docenić ich trudu.
źródło: http://www.fandango.com
"The Two Faces of January" to solidne, rzemieślnicze kino ze spierdolonym scenariuszem. Chociaż film jest wyraźnie pozbawiony fabularnego błysku to jednak ogląda się go całkiem nieźle (w szczególności jeśli przejawiacie sentymentalne podejście do Grecji). Hossein Amini zebrał fajną obsadę i bardzo dobrze oddał unikalny grecki klimat. Na tyle dobrze, że wróciły moje wspomnienia z pobytu w Helladzie i gdzieś w odmętach umysłu pojawiła się potrzeba powrotu do tego pięknego miejsca. Naprawdę chętnie posiedziałbym pod figowcem patrząc na morze z piękną Colette u boku. I za to właśnie ocena trochę wyższa niż być powinna!
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 6/10.

wtorek, 3 września 2013

"On the Road"

Do marca bieżącego roku miałem relatywnie niewielkie pojęcie o tzw. beat generation. Gdzieś, w dalekich odmętach mojej świadomości, zakonspirowały się szczątkowe informacje na temat tegoż zjawiska. Poza Williamem S. Burroughsem, którym de facto zainteresowałem się dopiero po obejrzeniu "Naked Lunch", bitnicy wydawali mi się niemalże pustym pojęciem. Sytuacja uległa zmianie dopiero w momencie, w którym w moich rękach znalazło się jedno z trzech sztandarowych dzieł tegoż nurtu. Obok wspomnianego Nagiego Lunchu Burroughsa oraz Skowytu Allena Ginsberga to właśnie W Drodze Jacka Kerouaca najczęściej zaliczane jest do literackiego kanonu beat generation. Przed lekturą miałem naprawdę wielkie oczekiwania. Oto wreszcie sięgnę książkowego Olimpu, a moja dotychczasowa marna egzystencja zmieni się diametralnie! - pomyślałem otwierając grubaśne tomiszcze w miękkiej oprawie. Niestety im dalej brnąłem w tę ponad 400-stronicową powieść, tym bardziej początkowy entuzjazm zanikał. Napiszę szczerze: W Drodze to dla mnie kompletne rozczarowanie i męki straszliwe przeżywałem, aby doczytać książkę do końca. Nie wiem czy wynikało to bardziej z faktu, że Kerouac opisał rzeczywistość sprzed ponad 60 lat czy też po prostu z najzwyczajniejszej w świecie miałkości tegoż dzieła? A może po prostu nie przystaję mentalnie do beat generation? W ostatniej hipotezie utwierdziłem się dodatkowo po przeczytaniu Nagiego Lunchu - planuję wkrótce wzbogacić recenzję filmu o wrażenia z literackiego pierwowzoru. Niemniej kiedy dowiedziałem się, że całkiem niedawno powstała filmowa wersja "W Drodze" zapałałem ogromną chęcią by ją zobaczyć. Skąd takaż potrzeba i jakiż okrutny brak konsekwencji? - zapewne spytacie i słusznie wytkniecie brak logiki w działaniu. Szczerze powiedziawszy trudno uzasadnić to pragnienie, po prostu czasem tak bywa i basta! Jack Kerouac opisał prawdziwych przedstawicieli beat generation, więc dla lepszego zrozumienia książki oraz filmu proponuję maleńkie who is who (postać z książki/rzeczywistość/aktor):
  • Sal Paradise/Jack Kerouac/Sam Riley
  • Dean Moriarty/Neal Cassady/Garrett Hedlund
  • MaryLou/LuAnne Henderson/Kristen Stewart
  • Carlo Marx/Allen Ginsberg/Tom Sturridge
  • Old Bull Lee/William S. Burroughs/Viggo Mortensen
źródło: http://www.impawards.com/
Akcja filmu została osadzona na przełomie lat 40-tych i 50-tych ubiegłego stulecia w zepsutej kapitalizmem ojczyźnie Wuja Sama. Głównym bohaterem i narratorem "On the Road" jest młody, niespełniony jeszcze pisarz Sal Paradise. Na co dzień zamieszkuje wraz z ciotką w Nowym Yorku, aczkolwiek od czasu do czasu przemierza autostopem bezkresne pustkowia Ameryki, natykając się na galerię unikatowych postaci. Fabułę filmu wypełniają zatem jego samotne lub też nie podróże ze wschodniego wybrzeża na mityczny Zachód, których ukoronowaniem staje się w końcu wyprawa do Meksyku. Oczywiście wszystko podlane jest alkoholem, narkotykami, nieprzystosowaniem do statecznego życia oraz rozważaniami nad sensem ludzkiej egzystencji. Oś filmu obraca się wokół podróży oraz relacji w trójkącie Sal - Dean - MaryLou, w które od czasu do czasu ingeruje jeszcze Carlo Marx.
źródło: http://www.ontheroad-themovie.com
Mimo, że oglądałem "On the Road" w wysoce niesprzyjających warunkach (tj. po libacji alkoholowej zakończonej około 5 rano) i moja percepcja nie była ostra jak brzytwa, to film spodobał mi się o wiele bardziej niż książkowy oryginał. Reżyser Walter Salles (jak dla mnie kompletny no name) i scenarzysta Jose Rivera przerobili miałką lekturę na dosyć interesującą, a miejscami nawet fascynującą opowieść. Po usunięciu wszelkiej fabularnej mielizny okazało się, że "W Drodze" może śmiało przyciągnąć uwagę widza i nawet nie nudzić, mimo ponad dwugodzinnej projekcji. W tym miejscu należy zauważyć, że twórcy zachowali ducha powieści Kerouaca, czyli kompletnie mi obcy etos tytułowej drogi. W ekranizacji nie dopatrzyłem się również wielkich odstępstw od oryginału, toteż nie można podnosić zarzutów o zgwałcenie literackiego pierwowzoru. Dziwnym nie jest, że z powodu obszerności książki pewne wątki musiały zostać okrojone, aczkolwiek moim zdaniem cięcia nie wpłynęły negatywnie na fabułę. W zasadzie jedyna scena jakiej mi naprawdę zabrakło to moment, w którym Dean zwraca ciotce Sala pożyczone 15 USD. Z pewnością na plus mogę zaliczyć ścieżkę dźwiękową oraz dosyć ładne plenery, przy czym ich potencjał nie został wykorzystany w 100%. Jeżeli główny bohater co rusz przemierza Amerykę ze wschodu na zachód to w pewnych momentach można było się postarać o znacznie lepsze wizualia. W filmie znalazło się ponadto wiele bardzo dobrych i zabawnych sekwencji, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, ponieważ czytając książkę uśmiechnąłem się mniej więcej dwa kroć (m.in. po dotarciu do ostatniej strony). Niemniej pragnę zwrócić Waszą uwagę na najmocarniejszą scenę "W Drodze", w której Dean opowiada o swojej próbie samobójczej. Jeśli przyznawano by Oscary za najlepszą scenę to właśnie ta sekwencja jest dla murowanym kandydatem do zwycięstwa.
źródło: http://www.ontheroad-themovie.com
Fakt, że "On the Road" podobał mi się o wiele bardziej niż książka, nie czyni go niestety filmem wybitnym. Najbardziej brakowało mi specyficznego klimatu, atmosfery Ameryki przełomu lat 40-tych i 50-tych. W dziele Sallesa zabrakło tym samym odrobiny kinowej magii, która zamienia średnie kino w wybitne. I właściwie ten zarzut w największym stopniu wpływa na końcową ocenę. Chociaż może się to wydawać dziwne i stosunkowo mało znaczące to w przypadku "On the Road" ma ogromne znaczenie. Czy warto zatem poświęcić ponad dwie godziny cennego czasu na ekranizację powieści Kerouaca? Zdecydowanie tak, ponieważ oprócz wspomnianych powyżej zalet film ma jeszcze jedną mocną stronę - doskonałe, a nawet wybitne aktorstwo. Sam Riley stworzył niemal idealnego Sala, dokładnie takiego jakiego znam z książki. Jednakże największe oklaski należy zarezerwować dla Garretta Hedlunda, ponieważ jego Dean po prostu miażdży resztę obsady. Postać o magnetycznej sile i w niemal każdej scenie od razu wysuwa się na pierwszy plan, a przy okazji prawdziwy kutas i jednocześnie dupcyngier. Moim zdaniem rola zasługująca spokojnie na nominację do Oscara, a może nawet statuetkę! Trio głównych bohaterów uzupełnia Kristen Stewart, której udało się częściowo zmyć monstrualną hańbę za sagę "Zmierzch". W tle natomiast ładnie komponują się m.in.: Viggo Mortensen, Kirsten Dunst, Tom Sturridge czy też Steve Buscemi pojawiający się w zabawnym epizodzie.
źródło: http://www.ontheroad-themovie.com
Z uwagi na wybitne kreacje zastanawiałem się czy nie wystawić oceny o jedną gwiazdkę wyższej. Po długim namyśle doszedłem do wniosku, że "On the Road" to kolejny idealny filmem na notę z połówką. Niestety, jak doskonale wiemy, IMDb jeszcze nie wprowadziło takiej opcji, więc zostałem zmuszony do podjęcia trudnej decyzji. W trakcie rozważań przypomniałem sobie jednak, że po przeczytaniu oryginału miałem ochotę zrobić to co Bradley Cooper uczynił z Pożegnaniem z bronią w "Silver Linings Playbook". Zatem ostatecznie trauma Kerouaca zaważyła na końcowej ocenie. Niemniej "On the Road" mogę polecić bez przypału i jestem przekonany, że wielu osobom film spodoba się bardziej niż mi. Niestety nie do końca moja bajka.
źródło: http://www.ontheroad-themovie.com
Ocena: 6/10.

czwartek, 6 grudnia 2012

"Carlito's Way"



"Życie Carlita" zaliczam do kanonu najważniejszych filmów gangsterskich w dziejach kinematografii. Niewątpliwie wiele późniejszych produkcji garściami czerpało z historii przedstawionej przez Briana de Palmę. Są tacy, którzy twierdzą, że genialny "Londyński bulwar” to wtórne połączenie "Życia Carlita” i "Layercake". Są też tacy, którzy twierdzą, że "Mission: Impossible - Ghost Protocol" to świetne kino. Kompletnie nie zgadzam się z teorią o wtórności "Londyńskiego Bulwaru, ale na bardziej złożone omówienie filmu Williama Monahana z 2010 roku przyjdzie jeszcze czas. Niemniej, jeśli czerpać skądś wzorce, to czemu nie od najlepszych?
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Życie Carlita" to bardzo prosta i znana historia. Po pięciu latach w więzieniu, znany kryminalista (J.P. Morgan heroiny jak mówi o nim jeden z bohaterów) Carlito Brigante (Al Pacino) wskutek nadużyć prokuratury odzyskuje wolność. Duża w tym zasługa jego przyjaciela, żydowskiego prawnika nowojorskich gangsterów Davida Kleinfelda (Sean Penn). Mimo, że minęło dużo czasu Carlito dalej cieszy się na mieście ogromnym szacunkiem, a wiele osób chce go widzieć z powrotem w branży (m.in. Kleinfeld: Jak to nie wracasz na ulicę? Przecież nic innego nie umiesz!). Jednakże nasz bohater ma dosyć przestępczego życia i chce rozpocząć normalną, uczciwą egzystencję. Niemniej już chwilę po wyjściu z paki wdaje się za sprawą kuzyna w krwawe narkotykowe porachunki. Ponadto chcąc zachować się fair wobec Kleinfelda Carlito przyjmuje propozycję prowadzenia klubu nocnego.
Legendarny Pachanga w akcji
(źródło: http://spectrumculture.com/)
Porównania do "Scarface’a" są nietrafne. Tony Montana dopiero wspinał się po gangsterskiej drabinie, a Carlita poznajemy dopiero po bolesnym upadku z heroinowego Olimpu. Co więcej Carlito wcale nie chce odzyskać dawnej pozycji, gdyż więzienie odmieniło jego spojrzenie na rzeczywistość. Poza tym w czasie odsiadki jego dzielnica zmieniła się nie do poznania. Fajnie, że podkreślono to wyraźnie w filmie. Niemniej już od samego początku (genialny monolog zaczynający się od słów tylu frajerów się zebrało) wiemy, że Carlito to postać tragiczna, której los jest z góry przesądzony. "Życie Carlita” ma naprawdę wielkie momenty: scena Here comes the pain! to moim zdaniem jedna z najlepszych sekwencji w dziejach kina. Zwykle problematyczne są w tego rodzaju filmach romanse. Tym razem na szczęście nie uświadczyłem żenady. Szczęśliwie "Życie Carlita" powstało na początku lat 90-tych przez co epatuje ówczesną brutalnością. Krwi i przemocy dużo, co na pewno cieszy widza takiego jak ja.
źródło: http://uk.ign.com/
Ogromną zaletą opowieści o dziejach Carlita jest aktorstwo. Al Pacino wykreował postać z krwi i kości, która budzi autentyczną sympatię u widza. Jego przemiana wydaje się być niezwykle wiarygodna, a pragnienie dokonania poważnych zmian w życiorysie naturalne. Jednak film kradnie Sean Penn, grający prawnika pogrążającego się w kokainowym nałogu, chciwości oraz gangsterskich porachunkach. Kleinfeld chce coraz więcej, przez co wkracza na ścieżkę z której nie ma odwrotu. Świetnie oglądało się dwójkę głównych bohaterów na ekranie, gdyż wznieśli się na wyżyny aktorskiego kunsztu. Do tego solidni aktorzy drugoplanowi: John Leguizamo (Benny Blanco z Bronxu), Penelope Ann Miller (Gail), James Rebhorn (prokurator Norwalk), Jorge Porcel (Saso). Na odrębne zdanie zasługuje Luis Guzman (legendarny Pachanga), który stworzył kurewsko chciwą, nielojalną i pozbawioną moralnych hamulców postać. Ponadto w krótkim epizodzie pojawia się Viggo Mortensen (Lalin). Podsumowując „Życie Carlita” to świetne kino i obowiązkowa pozycja dla każdego szanującego się kinomana.
źródło: źródło: http://spectrumculture.com/
Ocena: 8/10.