Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron Eckhart. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron Eckhart. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 lutego 2016

"Black Dahlia"



Całkiem niedawno miałem okazję zapoznać się po raz pierwszy z prozą Jamesa Ellroya. Na moim biurku wylądowała powieść otwierająca tzw. kwartet L.A.Czarna Dalia. Lektura jest to zaiste znakomita, więc gorąco polecam ją wszystkim miłośnikom kryminałów noir. Oczywiście po przeczytaniu książki natychmiast zapałałem przemożną chęcią odświeżenia sonie ekranizacji z 2006 roku, którą wyreżyserował Brian De Palma. Znakomita powieść autora "L.A. Confidential" przełożona na język filmu przez twórcę produkcji takich jak "Scarface", "Carlito’s Way", "The Untouchables" czy "Mission: Impossible"? Na pierwszy rzut oka wszystko zapowiadało się znakomicie, bowiem szansa na spierdolenie czegokolwiek przy tak epickich warunkach wydawała się niemal znikoma. Wówczas, gdzieś z najmroczniejszych zakamarków umysłu, zaczęły dobiegać mocno rozmyte w czasie, acz wyjątkowo rozpaczliwe, echa dziewiczego seansu "Czarnej Dalii"
źródło: http://www.impawards.com
"Black Dahlia" to historia oparta na faktach. 15 stycznia 1947 roku w Los Angeles odkryto makabrycznie okaleczone zwłoki 23-letniej kobiety, Elizabeth "Betty" Short, a w rozwiązanie śledztwa zaangażowano nieproporcjonalnie duże siły policyjne. Niemniej bohaterów filmów poznajemy zanim popełniono tę brutalna zbrodnię. Dwight "Bucky" Bleichert (Josh Hartnett), szeregowy policjant, który z powodu nazistowskich sympatii ojca musiał zakapować swoich kolegów z dzieciństwa, oraz prawdziwa wschodząca gwiazda LAPD, Lee Blanchard (Aaron Eckhart), mają stoczyć pojedynek bokserski. Walka, z uwagi na ich półamatorskie kariery bokserskie, ma przyciągnąć tłumy, a przede wszystkim zapewnić zwiększenie środków na finansowanie policji Los Angeles. Zgodnie z oczekiwaniami porywający spektakl zapewnia granty, ale także staje się trampoliną dla policyjnych karier naszych bohaterów. Nie trzeba chyba dodawać, że wkrótce po wszczęciu śledztwa dotyczącego Czarnej Dalii, Lee oraz Bucky dostają przydział do sprawy tajemniczego morderstwa.
źródło: Universal Pictures
Jeżeli liczycie, że "Black Dahlia" klimatem przypomina legendarne "Tajemnice Los Angeles" to możecie już na samym początku porzucić wszelką nadzieję. Film Briana De Palmy wydaje się być niemal całkowicie wyssany z jakiejkolwiek atmosfery, ocierającej się choćby o klasyczne noir. Niby na pozór wszystko jest w porządku: postacie odziane są w stroje z ówczesnej epoki, jeżdżą odpowiednimi autami itp. – ale nie sposób nie odnieść wrażenia, że świat przedstawiony w filmie to tak naprawdę marna i sztuczna namiastka tamtej rzeczywistości. Oczywiście wielka w tym zasługa wspaniale dobranej obsadzie, ale temu zagadnieniu jestem zmuszony poświęcić odrębny akapit. Twórcy "Czarnej Dalii" dostali prawdziwą, soczystą pomarańczę w postaci prozy Jamesa Ellroya. Mam świadomość, że wierne przeniesienie na ekran niemal 400-stronicowej powieści może być trudne (o ile w ogóle możliwe), ale scenariusz autorstwa Josha Friedmana zasługuje tylko na jedno słowo podsumowania: abominacja. Mniej więcej od połowy filmu fabuła powieści oraz adaptacji zaczynają się srogo rozjeżdżać – niemal wszystkie pomysły scenarzysty wyglądają na wyjątkowo nieśmieszną parodię prozy Jamesa Ellroya (jedyny chwalebny przykład to zakończenie wątku Madeleine, które z kolei nie pasuje kompletnie do praworządności Bucky'ego).
źródło: Universal Pictures
Im dalej od powieści Jamesa Ellroya, tym gorzej dla filmu. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że mam już dość oglądania tej abominacji i z szacunku dla pisarza wyłączę to gówno. Niestety, chociaż byłoby to bardzo kuszące, nie pozwoliłoby mi to na zgromadzenie wystarczającej ilości materiału do napisania rzetelnej recenzji, oddającej całokształt ułomności "Czarnej Dalii". Pytam zatem donośnie: gdzie się podziała w filmie psychika bohaterów (w szczególności Bucky’ego)? Abstrahując już od wybornego castingu poszczególne postacie nie mogą w żaden sposób pokazać kierujących nimi motywacji, a wystarczyło przecież podać parę sensownych linijek z offu, choćby bezczelnie zerżniętych z literackiego pierwowzoru. Brakuje właściwego (to jest realistycznego) oddania realiów epoki, głębi oraz refleksji charakteryzującej powieść, fabuła jest coraz głupsza im bliżej końca, a dodatkowo ścieżka dźwiękowa jest mocno taka sobie. W zasadzie za najlepszą scenę w całym filmie muszę uznać pojedynek bokserski Lee i Bucky’ego, ponieważ prawie nie ma w nim dialogów.
źródło: Universal Pictures
Obsada "Czarnej Dalii" wygląda jak jakiś wyjątkowy chory żart ludzi odpowiedzialnych za castingi. Zwróćmy uwagę kto gra dwie główne role męskie: Josh "Sztywny Pal Azji" Hartnett jako Bucky oraz Aaron "Chcę walczyć z zatwardzeniem jak Clive Owen" Eckhart jako Lee mają mnie przekonać, że jest to poważna produkcja oparta na prozie Jamesa Ellroya? Scarlett Johansson, wcielająca się w Kay, i jednocześnie dająca solidne argumenty zwolennikom teorii, że jest beztalenciem, które po prostu wyjątkowo dobrze wygląda? I prawdziwa perełka w koronie Briana De Palmy: Hilary Swank (sic!) wcielająca się w piękną (sic!) i tajemniczą (sic!) femme fataleKurwa mać! – chciałoby się zakrzyknąć donośnie, ale to jeszcze nie koniec! Na drugim planie potrafi być równie żenująco – dawno bowiem nie widziałem tak kompletnie przeszarżowanej kreacji jak Ramona w wykonaniu Fiony Shaw. W zasadzie na jedyne propsy zasłużyli Mike Starr (Russ Millard) oraz Patrick Fischler (Ellis Loew), chociaż muszę zaznaczyć, że na podstawie książki całkowicie inaczej sobie wyobrażałem pierwszego z nich.
źródło: Universal Pictures
Mógłbym napisać, że Brian De Palma dał się zwieść przebiegłym scenarzystom, którzy pobrali solidne wynagrodzenie, a potem pokątnie zamienili wybitną powieść Jamesa Ellroya w stertę odpychającego gówna. Mógłbym również napisać, że nawet ta sterta odpychającego gówna być może choćby częściowo wybroniła się, gdyby nie ludzie od castingów, którzy najwyraźniej zdradzili reżysera po całości. Mógłbym uwierzyć w legendarną, pierwotna, trzygodzinną wersję filmu, do której klaskał ponoć sam autor powieści. Mógłbym, ale Brian chyba zapomniał o ważnej zasadzie lansowanej przez Rycha Peję: za to życie kurewskie miej do siebie pretensje. A zatem po prostu przeczytajcie książkę i wyrzućcie z pamięci informację, że ktoś kiedykolwiek postanowił ją sfilmować.
źródło: Universal Pictures
Ocena: 3/10

Książka a film

Tak jak wspominałem już wielokrotnie w recenzji scenariusz stanowi prawdziwą abominację i zasadniczo porównywanie go z prozą Jamesa Ellroya nie ma żadnego sensu. Nie zgadza się praktycznie nic: od wyglądu głównych bohaterów (gdzie są końskie zęby Bucky’ego; Martha miała być totalnie szpetna), przez ich nazwiska (dlaczego zmieniono Sprague na Linscott?), po kluczowe wydarzenia (m.in. kompletne pominięcie wątku meksykańskiego – pewnie hajs się nie zgadzał). Los Angeles w powieści to miasto brudne, odpychające i kompletnie zdegenerowane. Degrengolada posunięta jest tak daleko, że znaczącym sponsorem wiecznie niedofinansowanego LAPD został legendarny gangster Mickey Cohen. I co jeszcze ciekawsze, nikt, nawet najbardziej praworządni książkowi gliniarze, nie mają zamiaru zmienić obowiązującego status quo. A czy w filmie zobaczymy choć ułamek tegoż brudu? Oczywiście, że nie! Josh Friedman po prostu ordynarnie zgwałcił prozę Ellroya, więc naprawdę dalsze tworzenie tego akapitu nie ma żadnego sensu. Poza książką nie istnieje kompletnie nic!

niedziela, 1 lutego 2015

"Any Given Sunday" (director's cut)



Nakręcono naprawdę niewiele filmów sportowych, które mogę oglądać z nieukrywaną przyjemnością. Z pewnością nie zalicza się do nich wychwalany pod niebiosa "Moneyball" z 2011 roku. Produkcja Bennetta Millera przez wielu została okrzyknięta najlepszym filmem o sporcie w dziejach kinematografii. Moje zdanie jest jednak zgoła odmienne: od 1999 roku supremacja "Any Given Sunday" Olivera Stone’a nie podlega żadnej dyskusji (ba, nawet nie została choćby przez chwilę zagrożona). Swoją drogą jest to ciekawy przypadek, gdyż o futbolu amerykańskim mam jak najgorsze zdanie, a rozgrywki NFL totalnie mnie nie interesują. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć fascynacji tą dyscypliną sportową, a w szczególności prób przeniesienia jej na polski grunt. Wielkim szacunkiem darzę za to rugby, ponieważ miałem okazję oglądać je na żywo i zobaczyć jak wielkie kafary deptają sobie korkami po twarzach. I to jest właśnie prawdziwy sport, a nie jakieś amerykańskie abominacje! Wracając jednakże do filmu Stone’a pragnę zwrócić uwagę, że "Any Given Sunday" to w mojej skromnej opinii jeden z najlepszych tytułów, jakie kiedykolwiek wymyślono. Niestety kreatywność twórców została jak zwykle zaprzepaszczona przez polskich tłumaczy. Wywołująca homoerotyczne skojarzenia "Męska gra" to zdecydowanie nie ta sama liga co oryginał, ba nawet nie jest to ta sama dyscyplina.
źródło: http://www.impawards.com
W trakcie kolejnego spotkania rundy zasadniczej Miami Sharks tracą doświadczonego i utytułowanego quaterbacka Jacka Rooneya (Dennis Quaid). Rozmiary tragedii powiększa kontuzja rezerwowego rozgrywającego, w związku z czym na boisku pojawia się przesiadający na ławie przez całą dotychczasową karierę Willie Beamen (Jamie Foxx). Chociaż występ naszego bohatera pozostawia wiele do życzenia, to trener Tony D’Amato (Al Pacino) z braku innych możliwości musi wystawiać go w pierwszym składzie aż do play offów. I tak już nie wesołą sytuację drużyny pogarsza postawa właścicielki (Cameron Diaz), która po cichu planuje przenosiny biznesu do Miasta Aniołów.
Copyright by Warner Bros.
"Any Given Sunday" ogląda się po prostu znakomicie. To właśnie jeden z tych wyjątkowych filmów, które zajebistość objawiają już od pierwszych minut seansu. Oliver Stone znakomicie przedstawił komercjalizację współczesnego sportu oraz wszelkie negatywne aspekty związane z tym zjawiskiem, więc nie może nikogo dziwić, iż NFL nie zgodziła się na wykorzystanie swojej marki w produkcji. Za monstrualnymi pieniędzmi stoją bowiem prawdziwe patologie: szprycowanie kontuzjogennych zawodników prochami by mogli zagrać w kolejnym spotkaniu, ukrywanie poważnych kontuzji grożących śmiercią na boisku czy choćby brutalne, wyrachowane ruchy transferowe (świetna scena, w której kontuzjowany, czołowy quaterback jeszcze nie opuścił placu gry, a już zaczynają się poszukiwania jego następcy). Oczywiście, można powiedzieć, że to wszystko jest zasługą opresyjnego systemu, który wymusza takie, a nie inne rozwiązania. Klubowy lekarz za nowy kontrakt jest w stanie zataić każdy uraz, a właścicielka klubu, podkreślając na każdym kroku przywiązanie do Miami, jest gotowa w niemal każdej chwili przenieść drużynę do Los Angeles by zarabiać więcej monet. Jednakże niezwykła wprost pazerność zawodników na pieniądze, bling blingowe melanże z Himalajami koksu i setkami dziwek, a także zerowy poziom refleksji nad własnym życiem nie pozwala traktować ich jako ofiary. Podsumowując mechanizmy ówczesnego futbolu amerykańskiego najlepiej posłużyć się cytatem z Pezeta: kręci tym anielski pył i martwi prezydenci.
Copyright by Warner Bros.
Wiele filmów sportowych cechuje bardzo nieumiejętne czy też może odrealnione ukazanie samego, czystego sportu. W przypadku "Any Given Sunday" z pewnością należy docenić kunszt Olivera Stone’a. Poszczególne treningi oraz spotkania wyglądają znakomicie (moje ulubione to mecz w strugach deszczu) i naprawdę nie ma lipy. Dynamiczne zdjęcia po prostu mnie urzekły, ale także ścieżka dźwiękowa zrobiła bardzo dobrą robotę (nie zapominajmy, że Jamie Foxx jest również piosenkarzem, a w obsadzie znalazł się również legendarny LL Cool J). Oczywiście, pod względem muzycznym, moim faworytem jest doskonała piosenka reklamowa Beamena My Name is Willie, okraszona wybornym teledyskiem. Wracając na chwilę do komercjalizacji sportu wspomnijmy, że Beamen nagrał ją po dosłownie dwóch dobrych występach na boisku. Ponadto u Stone’a od razu widać, że 55 milionów USD budżetu nie zmalwersowano w spalonych dekoracjach (vide "Quo Vadis").
Copyright by Warner Bros.
"Any Given Sunday" opiera się na odwiecznym konflikcie: rutyna i doświadczenie vs. młodość oraz bunt przeciwko skostniałym schematom. Jako mentora oglądamy znakomitego Ala Pacino. Swoją drogą, pomijając "Bezsenność", jest to jedna z ostatnich dobrych ról tego kiedyś znakomitego aktora. Tony D’Amato, trochę zmęczony życiem doświadczony trener topiący smutki w alkoholu i korzystający z usług luksusowych prostytutek to wyjątkowo interesująca postać. Oprócz znakomitego wyrazu twarzy po pierwszej boiskowej womitacji Beamena najbardziej podobały mi się sceny rozmów w barze po przegranych spotkaniach. Wspomnienia chwały i zamierzchłych czasów zrobiły na mnie spore wrażenie. W rolę młodego gniewnego wciela się oczywiście Jamie Foxx. Chociaż osobiście nie przepadam za tym aktorem to jednak kreację Willie’ego Beamena kupuję od razu. W niedoświadczonym zawodniku widać prawdziwą żądzę odniesienia sukcesu i naiwną, buntowniczą furię wymierzoną w skostniałe schematy. Bardzo dobry występ wzbogacony dodatkowo o popisy wokalne. "Any Given Sunday" wyróżnia się również znakomitymi postaciami drugoplanowymi. Na Cameron Diaz, wcielającą się w wyrachowaną i bezwzględną właścicielkę Miami Sharks, patrzyłem z nieukrywaną przyjemnością. Doskonale zaprezentowali się również James Woods, Dennis Quaid, LL Cool J, Jim Brown, Matthew Modine czy choćby Aaron Eckhart. Jak łatwo zauważyć Oliver Stone zebrał całkiem pokaźny gwiazdozbiór.
Copyright by Warner Bros.
"Any Given Sunday" to oczywiście obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów futbolu amerykańskiego. Jednakże jest to film tak doskonały, że śmiało mogę go polecić niemal każdemu. Znakomicie przedstawione mechanizmy rządzące całkowicie skomercjalizowanym amerykańskim sportem, wyborna gra aktorska oraz wpadająca w ucho ścieżka dźwiękowa wywindowały ocenę produkcji Olivera Stone’a naprawdę wysoko. Aha, nie można również zapomnieć o wybornym zakończeniu – pod żadnym pozorem nie wyłączajcie "Any Given Sunday", gdy zaczną się napisy końcowe.
Copyright by Warner Bros.
Ocena: 8/10.

Ps.
Oglądałem 156-minutową wersję reżyserską.

poniedziałek, 25 lutego 2013

"The Dark Knight"

Niniejszy tekst domyka moje podejście do trylogii Christophera Nolana o Batmanie. Chociaż recenzje powstawały może w niezbyt chronologicznym porządku to zaznaczam, że filmy obejrzałem po kolei. O "The Dark Knight" z 2008 roku napisano już bardzo wiele. Zachwyty recenzentów i widzów wywindowały ocenę produkcji Nolana na bardzo wysoki poziom. Poza tym moim zdaniem wiele dla popularności filmu zrobiła śmierć Heatha Ledgera, nie umniejszając oczywiście jego talentowi. Może zabrzmi to okrutnie i bezwzględnie, ale takie właśnie prawa rządzą showbiznesem. Niemniej kiedy po raz pierwszy obejrzałem "The Dark Knight" to wyrobiłem sobie o nim bardzo dobrą opinię, aczkolwiek nie porwała mnie fala bezmyślnych zachwytów nad dziełem Nolana. Co więcej nie rzuciłem się w odmęty internetu, aby sławić supremację nowego Jokera i hejtować zwolenników roli Jacka Nicholsona. Nie mam zamiaru również kiedykolwiek napisać która kreacja jest lepsza. Moim zdaniem nie można tego w żaden sposób zestawić, bo każda z nich została stworzona na potrzeby całkowicie innej konwencji. Po obejrzeniu całej trylogii Nolana przyszedł czas na pewną refleksję i rewizję dotychczasowych ocen. Jestem bowiem przekonany, że każdy z trzech filmów jest nad wyraz przeceniany (w przypadku pierwszej odsłony skala tego zjawiska wydaje się najmniejsza). Problemy z "Batman Begins" i "The Dark Knight Rises" zostały już przedstawione, zatem przyjrzyjmy się bliżej "The Dark Knight".
Kolejny świetny plakat
(źródło: http://www.impawards.com/index.html)
Jak wiemy z części poprzedniej Gotham City ma nowego bohatera, który skutecznie zwalcza miejscową przestępczość zorganizowaną. Chociaż jedni podziwiają Batmana, to są też tacy, dla których jest on zwykłym kryminalistą, nagminnie łamiącym prawo. Niemniej wydaje się, że czasy mafijnej prosperity nie powrócą tak prędko, gdyż stanowisko prokuratora okręgowego zajmuje Harvey Dent (Aaron Eckhart). Dzięki wysiłkom wymiaru sprawiedliwości i policji udaje się znacząco uprzykrzyć życie szefom półświatka. Jednakże na scenie pojawia się również nowy geniusz zbrodni – tajemniczy i nie do końca zrównoważony psychicznie Joker (Heath Ledger). Ów czarny charakter ma niezwykle proste remedium na problemy przestępców: chce wyeliminować Batmana z życia Gotham City.
źródło: http://movies.yahoo.com/
"The Dark Knight" jest zdecydowanie bardziej spektakularny i widowiskowy niż pierwsza odsłona. Oglądamy nie tylko Gotham City w całej krasie (można sobie zadać pytanie czy w ogóle jest to samo miasto co w pierwszej części), ale także udajemy się z wizytą do Hongkongu (bardzo ładne zdjęcia). Ponadto dostajemy multum wszelkiego rodzaju bajerów i rekwizytów, z których korzysta Batman. Sceny akcji osiągają momentami imponujący poziom. Fabuła również epatuje rozmachem, epickością i tzw. zwiększonym realizmem. Wszystko to powinno robić imponujące wrażenie na widzu. Niestety na mnie nie robi. Pojawia się wiele nielogicznych wątków i niemal bezsensownych wydarzeń, które nie pozwalają mi cieszyć się z filmu. Sztandarowy przykład: czyż nie byłoby prościej, gdyby ktokolwiek z policjantów w Gotham City wpadł na pomysł, że niebezpiecznych więźniów lub osoby, które należy szczególnie chronić można transportować z miejsca na miejsce helikopterami? Albo czemuż Batman nie zlikwiduje Jokera mając ku temu wyborną okazję? Natomiast moralne dylematy Foxa (Morgan Freeman) w sprawie użyteczności pewnego urządzenia to już gruba przesada. Finał "The Dark Knight" był dla mnie bardzo rozczarowujący – szczególnie nadmierna moim zdaniem wiara w dobroć gatunku ludzkiego i gotowość do poświęceń. Jednym słowem laurka ku chwale prawości człowieczeństwa – bitch, please!
źródło: http://movies.yahoo.com/
Po raz kolejny sław aktorskich zgromadzono multum. Christian Bale jako Batman jest taki sobie (jak ktoś trafnie ostatnio zauważył jest to film o człowieku walczącym z rakiem krtani), ale w tej części znacznie lepiej prezentuje się jako playboy Bruce Wayne. I jako panicza Wayne'a kupuję go od razu, natomiast co do tytułowego Mrocznego Rycerza mam pewne wątpliwości. Nie wiem, może po prostu ta postać została źle naszkicowana? W każdym razie wydaje się mi mało interesująca. W porównaniu do pierwszej odsłony znacznie lepiej wypada nowa Rachel. Maggie Gyllenhaal podobała mi się o wiele bardziej niż Katie Holmes, przy czym ta druga wcale nie zagrała źle. Znowu z radością oglądałem każdą scenę, w której pojawiał się Michael Caine (Alfred) – w jego przypadku od razu widać klasę wielkiego aktora. Na poziomie części poprzedniej utrzymali swoje kreacje Morgan Freeman (Fox) oraz Gary Oldman (komisarz Gordon). Fajną rólkę zagrał natomiast, znany głównie z serialu "Lost", Nestor Carbonell (Burmistrz). Na pochwały zasługuje również Eric Roberts (Marconi), tylko szkoda, że tak mało oglądamy go na ekranie. Aaron Eckhart (Harvey Dent) był bardzo przekonujący do pewnego momentu. I do tego momentu, który bardzo łatwo wyodrębnić, ja mu naprawdę wierzyłem. A potem? Z minuty na minutę niestety coraz gorzej. Na koniec zostawiłem Heatha Ledgera i jego kreację Jokera. Wiele o tym już napisano, więc nie mam zamiaru powtarzać opinii. Napiszę jedynie, że jest to genialne aktorstwo, obowiązkowe do obejrzenia dla każdego szanującego się kinomana. Zaiste imponująca metamorfoza aktora w postać! Trudno to wyrazić za pomocą słów – to trzeba absolutnie zobaczyć!
źródło: http://movies.yahoo.com/
Reasumując: dla mnie "The Dark Knight" to solidne kino rozrywkowe, okraszone świetną rolą Ledgera, i nic ponadto. Z pewnością nie jest to film zasługujący na pierwszą dziesiątkę TOP 250 IMDb, ba nawet mam poważne wątpliwości czy zasługuje na to by znaleźć się w ogóle w tymże zaszczytnym zestawieniu. Albowiem, gdy przestaniemy patrzeć na "The Dark Knight" przez pryzmat Jokera cóż nam pozostanie? Ot, niezaprzeczalnie efektowna, acz mało interesująca historyjka o walce ze złem. Na dodatek wysoce nielogiczna i nierealistyczna. Dla wszystkich zwolenników teorii tzw. większego realizmu polecam przetestować w normalnych realiach scenę, w której Batman spada z Rachel ze szczytu drapacza chmur. Myślę, że może to mieć zbawienny wpływ na dalszy rozwój tejże teorii. "The Dark Knight" polecam jedynie ze względu na postać Jokera, chociaż według ocen wyszło, że jest to najlepsza część trylogii Nolana.
źródło: http://movies.yahoo.com/
Ocena: 7/10.

wtorek, 21 sierpnia 2012

"The Rum Diary"


Jeśli ktoś liczy na powtórkę z "Las Vegas Parano” to się srodze zawiedzie. W "The Rum Diary" prawie nie ma narkotykowych i pijackich tripów. Zażywanie prochów ogranicza się do jednej sceny (eksperyment z LSD). Spowodował to pewnie z fakt, że akcja filmu osadzona jest na początku lat 60-tych, czyli na długo przed wybuchem narko-rewolucji (o której był wspaniały flashback w "Las Vegas Parano”). Rum za to pojawia się w filmie nader często, aczkolwiek nic specjalnego z tego nie wynika.
źródło: http://www.upcoming-movies.com
 Fabuły nie ma sensu opisywać, bo oprócz tego, że ma trzeciorzędne znaczenie, to praktycznie w filmie nic się nie dzieje. I tak oglądamy sobie Deppa jak gdzieś jedzie, coś pije, z kimś rozmawia, aż tu nagle mija 75% filmu i zaczynamy się zastanawiać kiedy rozwinie się akcja. Mimo wszystko wydaje mi się, że będę wracał do tego filmu czasami, zapewne dlatego, że zamiast zwartej fabuły jest to zbiór luźno powiązanych ze sobą epizodów. Poza tym od czasów "Drive Angry” lubię patrzeć na Amber Heard, a postać Moberga była całkiem zabawna.
źródło: http://www.rottentomatoes.com/
Pisząc pierwszą wersję recenzji byłem świeżo po projekcji i nie zdążyłem przeczytać książki będącej podstawą scenariusza. Po lekturze "Dziennika rumowego" mogę natomiast stwierdzić, że w film wypada bardzo blado przy książce Thompsona. Na domiar złego wcale nie jest to wybitna ani porywająca powieść, ale przeczytałem ją z zainteresowaniem. Naprawdę trudno mi zrozumieć, dlaczego w trakcie tworzenia scenariusza dokonano tak gruntownej przebudowy kluczowych postaci. Książkę zatem polecam zdecydowanie bardziej, ale i film też można od biedy zobaczyć.


Ocena: naciągane 5/10 (ze względu na wielki sentyment do prozy Huntera S. Thompsona).