piątek, 20 maja 2016

"The Danish Girl"



Dzisiaj ponownie powracam do tegorocznych, oscarowych zwycięzców. Tym razem na warsztat trafiło kolejne kontrowersyjne dla niektórych dzieło (jawna promocja transseksualizmu przecież), czyli "The Danish Girl". W Polszy film wyreżyserowany przez Toma Hoopera występował pod wdzięcznym tytułem "Dziewczyna z portretu" – przynajmniej w tłumaczeniu zawarto jakieś nawiązanie fabularne. We wstępie warto również podkreślić ważną, przynajmniej moim zdaniem, informację, która może mieć wpływ na Waszą percepcję filmu. Wbrew temu, co można wywnioskować z napisów końcowych, produkcja Hoopera nie przedstawia w 100% prawdziwej historii (choć oczywiście Gerda i Einar to postacie historyczne), ale jest luźno oparta na powieści Davida Ebershoffa pod tym samym tytułem. A z kolei książka amerykańskiego pisarza to efekt kompletnej imaginacji autora na temat życia dwojga bohaterów, w którym pominięto lub zmieniono wiele kluczowych szczegółów, a niemal wszystkie postacie drugoplanowe są tworem jego bogatej wyobraźni. Sami zatem oceńcie czy dysponując taką wiedzą nie zmienicie trochę podejścia do "Dziewczyny z portretu".
źródło: http://www.impawards.com
Jak już wspomniałem powyżej "The Danish Girl" to historia luźno oparta na faktach. W międzywojennej Kopenhadze utalentowany malarz pejzaży Einar Wegener (Eddie Redmayne) odnosi coraz większe sukcesy na polu artystycznym. Niestety Gerda (Alicia Vikander), małżonka naszego bohatera specjalizująca się w malowaniu portretów, nie może dorównać popularnością mężowi, cały czas stojąc u progu kariery. Pewnego dnia wskutek całkowitego przypadku Einar, przebrany w damskie ubrania, musi posłużyć żonie w roli modela do kolejnego obrazu. Z pozoru błaha przebieranka odnosi jednak fatalne skutki na psychice mężczyzny, ponieważ wyzwala długo skrywane w podświadomości pragnienia i potrzeby.
© 2016 Focus Features. A Comcast Company.
Przyznam szczerze, że po obejrzeniu przepełnionego totalną miałkością "Brooklynu" nie miałem większych oczekiwań co do "Dziewczyny z portretu" i zasadniczo film postanowiłem obejrzeć z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że bardzo lubię malarstwo i jak się kiedyś okazało nawet mierne kino może w tej dziedzinie prezentować walory edukacji (vide "Złota Dama" i Gustav Klimt). Po drugie ciekawiła mnie drugoplanowa kreacja, za którą Alicia Vikander otrzymała tegorocznego Oscara. Oczywiście po seansie mogę śmiało stwierdzić, że kompletnie nie rozumiem dlaczego jej rola nie została uznana za główną, skoro przebywa na ekranie przez większość filmu (podejrzewam spisek masonów i karbonariuszy). Ale abstrahując już od osobistych wycieczek muszę stwierdzić, że gdyby przedstawiona w "Dziewczynie z portretu" historia miała więcej wspólnego z rzeczywistością (lub jak ktoś woli prawdą historyczną) to byłbym niemal zachwycony. Oczywiście wyeliminowałbym słowo niemal z poprzedniego zdania, ponieważ chociaż film trzyma mimo wszystko niezły poziom, to ostatnia scena jest wyjątkowo tanim, przesadnie sentymentalnym i nachalnym chwytem, który ma pełnić rolę wyciskacza łez z najtwardszej dupy.
© 2016 Focus Features. A Comcast Company.
Niestety odniosłem wrażenie, że scenariusz luźno oparty na powieści, która z kolei została luźno oparta na faktach historycznych, ma w sobie trochę za wiele elementów o charakterze jawnie idealistycznym. Dotyczy to głównie konstrukcji postaci Gerdy, którą można odebrać jako prawdziwe uosobienie bezwarunkowej miłości oraz altruizmu. Jednakże w tym przypadku dzięki dosyć interesującej historii, a przede wszystkim znakomitej grze aktorskiej Alicii Vikander, nie odgrywa to pierwszoplanowego znaczenia. Ponadto "Dziewczyna z portretu" to naprawdę znakomicie nakręcona produkcja – poszczególnie sceny, kostiumy, plenery czy widoki pięknych europejskich miast (głównie Kopenhaga i Bruksela) robią imponujące wrażenie! Do niewątpliwych zachwytów wizualnych należy również dodać liczne obrazy Einara i Gerdy, które wraz z rozwojem akcji przewijają się na ekranie – a zatem film spełnia wspomniany w poprzednim akapicie walor edukacyjny. Na plus zaliczam również ścieżkę dźwiękową dobrze dopełniającą piękne wizualia.
© 2016 Focus Features. A Comcast Company.
Jeśli chodzi o aktorstwo to po raz kolejny muszę napisać, że chociaż doceniam niezwykłą i stopniową transformację Eddie’go Redmayne’a w kobietę, to nie mogę w pełnić kupić jego roli. Nie wiem czy wynika to z faktu, że strasznie się wkurwiłem, kiedy otrzymał Oscara za "Teorię wszystkiego", a Michael Keaton wykręcał właśnie życiowkę w "Birdmanie". Chciałbym, żeby ten niezaprzeczalnie utalentowany aktor pojawił się w końcu na ekranie występując jako normalny, przeciętny bohater i pokazał jakimi skillami rzeczywiście dysponuje. Niemniej Eddie całkowicie niknie, gdy na ekranie pojawia się Alicia Vikander. Oglądając w zeszłym roku "Seventh Son" ani przez chwilę nie pomyślałem, że rok później będę oklaskiwał na stojąco szwedzką aktorkę i pisał, że jest to jeden z najbardziej zasłużonych Oscarów ostatnich lat. Dodam również, że w przeciwieństwie do wielu pochlebnych opinii, jej rola w "Ex Machina" również nie urwała mi dupy. Jednakże Gerda to postać zagrana mistrzowsko – kobieta pełna życiowej energii, nad wyraz silna i gotowa poświęcić osobiste szczęście dla swojego partnera. Momentami z panny Vikander emanuje taka siła, że naprawdę ma się ochotę wznieść własną egzystencję na wyższy poziom. Oklaski na stojąco! Epicka rola Gerdy sprawiła także, że większość postaci drugoplanowych nie zapada specjalnie w pamięć – i to na dodatek w sytuacji, gdy na ekranie pojawia się Amber Heard (Ulla) czy Ben Whishaw (Q skreślić Henryk). W zasadzie na małe wyróżnienie zasłużył Matthias Schoenaerts, wcielający się w Hansa.
© 2016 Focus Features. A Comcast Company.
Gdyby nie wspomniana ostatnia scena, byłbym gotów wystawić filmowi Toma Hoopera zawrotne 8/10. Abstrahując już od przekłamań historyczny i kontrowersyjnej (przynajmniej dla niektórych) tematyki gorąco zachęcam Was do obejrzenia "Dziewczyny z portretu" – w szczególności, jeżeli Wasze zainteresowanie obracają się wokół malarstwa. Niemniej nawet pomijając walory artystyczne jest to wyjątkowo interesująca produkcja, a Alicia Vikander zagrała tak epicko, że naprawdę trzeba to zobaczyć.
© 2016 Focus Features. A Comcast Company.
Ocena: 7/10.

wtorek, 10 maja 2016

"Duke of Burgundy"



I love you. I know I have a different way of showing it. But I love you.

"Duke of Burgundy" to doskonały przykład filmu, na który natknąłem się przeglądając na pozór bezcelowo IMDb. Te poszukiwania, wynikające często z uczucia dogłębnego rozczarowania otaczającą rzeczywistością, mają zasadniczo na celu znalezienie produkcji wymykających się standardom szeroko pojmowanej mainstreamowej kinematografii. W przypadku "Reguł pożądania", jak zgrabnie przetłumaczono anglojęzyczny oryginał, zainteresował mnie właściwe oryginalny tytuł oraz wyjątkowo klimatyczny plakat. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości muszę wspomnieć, iż termin Duke of Burgundy odnosi się jednakże nie do historii, lecz biologii – jest to po prostu zanikający gatunek rzadkiego motyla (Hamearis lucina), który w Polskiej nauce występuje pod wyjątkowo subtelną nazwą: wielena plamowstęg. Reżyser Peter Strickland był mi uprzednio kompletnie nieznany, toteż projekcja zapowiadała się jako kompletna tabula rasa.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Duke of Burgundy" rozgrywa się w niewielkim, acz niezaprzeczalnie urokliwym miasteczku położonym tak naprawdę nie wiadomo gdzie (w zasadzie nie ma to większego znaczenia dla fabuły filmu). Cynthia (Sidse Babett Knudsen), lokalna specjalistka od motyli oraz ciem, regularnie upokarza oraz karze swoją służącą na coraz bardziej wyszukane sposoby. Jednakże Evelyn (Chiara D’Anna) dzielnie znosi kolejne zachcianki swojej pracodawczyni i wydaje się, że czerpie satysfakcję z sadomasochistycznej relacji. Oczywiście, jak to zwykle bywa, wkrótce okazuje się, że rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie.
źródło: http://www.fandango.com
Może zabrzmi to przewrotnie, ale cieszę się, że "Duke of Burgundy" nie odniósł większego sukcesu w Polszy, ponieważ nie zniósłbym chyba kolejnych przejawów nacjonalistyczno-prawicowo-katolickiego bólu dupy z powodu jawnej gloryfikacji homoseksualnych, a dodatkowo sadomasochistycznych związków. Wyobraźcie sobie te uwłaczające intelektowi manifestacje ONR (to ci, co za logo przyjęli sobie ramię przebite kutasem) albo NOP (łatwo się pomylić, ponieważ mają takie same logo jak ONR) pod kinami i pełne żaru kazania księży potępiające dzieło Petera Stricklanda! Nie da się bowiem ukryć, że "Reguły pożądania" to tak naprawdę wysublimowana i kameralna opowieść o lesbijskiej utopii, w której dla mężczyzn kompletnie zabrakło miejsca (obsada składa się wyłącznie z kobiet i manekinów, o czym napiszę dalej). Cóż za policzek dla patriarchalnej dyktatury! Dla przedstawionej historii nie ma większego znaczenia ani miejsce ani tym bardziej czas. Jednakże z uwagi na bardzo ładną scenografię warto dodać, że film kręcono głównie na Węgrzech. Dzięki usunięciu tak niepotrzebnych w tym przypadku ograniczeń czasowo-lokalizacyjnych twórcy mogli skupić się na esencji dziwnej relacji Cynthii oraz Evelyn.
źródło: http://www.fandango.com
Jeśli miałbym zestawić "Duke of Burgundy" oraz "Fifty Shades of Grey" pod względem pokazanej na ekranie perwersji to muszę napisać, iż takie porównanie nie ma kompletnie sensu, ponieważ pierwszy film jest zbyt dobry, aby babrać się w gównie reprezentowanym przez drugi. Peter Strickland przedstawił perwersyjne, sadomasochistyczne zabawy Cynthii i Evelyn w wyjątkowo subtelny i interesujący sposób, pozostawiając tak naprawdę wiele niedopowiedzeń. A było to przecież nie lada wyzwanie, ponieważ niektóre z rytuałów naszych bohaterek mamy okazję obejrzeć po kilka razy w niemal niezmienionej formie. Wracając jeszcze na chwilę do kwestii niedopowiedzeń to przykładowo nie wiem co mają symbolizować manekiny posadzone pośród widowni w trakcie wykładu. Zakładam przy tym, że twórcy nie manifestowaliby skromnego budżetu w aż tak ostentacyjny sposób. Oprócz atrakcji wizualnych warto również zwrócić uwagę na interesującą ścieżkę dźwiękową, za którą odpowiada duet Cat’s Eyes.
źródło: http://www.fandango.com
Minimalistyczne podejście do fabuły sprawia, że uwaga widza automatycznie skupia się odtwórczyniach głównych ról . De facto na ich barkach spoczęła niemal cała odpowiedzialność za sukces filmu, gdyż postacie drugoplanowe pojawiają na ekranie raczej rzadko i przeważnie na krótko. Na moje szczęście obie aktorski idealnie wpisały się w klimat "Duke of Burgundy", chociaż stworzyły całkowicie odmienne kreacje. Cynthia w wykonaniu Sidse Babett Knudsen to dojrzała kobieta, może nawet trochę zmęczona prozą życia, niemniej w dalszym ciągu atrakcyjna oraz trzymająca klasę. Dawno nie oglądałem tak przekonująco zagranego smutku i pewnego rodzaju rezygnacji wynikającej z pogodzenia się z nieuchronnością własnego losu. Dla odmiany Chiara D’Anna w postaci Evelyn skupiła się na młodości i entuzjazmie młodej dziewczyny, która co rusz pragnie nowych doznań, a często podejmuje lekkomyślne działania, nie zastanawiając się jakie przyniosą efekty. Obu paniom należą się ogromne brawa za tak znakomite występy.
źródło: http://www.fandango.com
Jeżeli akurat macie ochotę obejrzeć wyjątkowo subtelną opowieść o lesbijskim, sadomasochistycznym związku, z której epatują pokłady smutku, to trudno mi polecić coś lepszego niż "Duke of Burgundy". Peterowi Stricklandowi udało się nakręcić film niezwykle delikatny, momentami urzekający pięknymi zdjęciami oraz doskonale dopasowaną muzyką. A ponieważ daleko mi od prawicowo-nacjonalistycznego podejścia do kinematografii nagradzam "Reguły pożądania" wysoką oceną.
Tytułowy Duke of Burgundy
(źródło: https://commons.wikimedia.org)
Ocena: 8/10.

wtorek, 26 kwietnia 2016

"The Revenant"

As long as you can still grab a breath, you fight. You breathe... keep breathing. 


Przeglądając listę tegorocznych oscarowych nominacji w kategorii najlepszy film nie mogłem oczywiście pominąć największego chyba faworyta, czyli "The Revenant" (tuzin nominacji na 24 kategorie). Produkcja, którą wyreżyserował Alejandro González Iñárritu, ostatecznie zgarnęła jedynie trzy statuetki (reżyseria, zdjęcia, główna rola męska), przegrywając w najważniejszej kategorii ze "Spotlight". Jednakże z nieznanych mi przyczyn (prawdopodobnie lenistwo intelektualne) dosyć mozolnie zbierałem się, aby pójść do kina na najnowszą produkcję reżysera doskonałego "Birdmana", w efekcie czego film obejrzałem w domowym zaciszu w kilku podejściach. Z tego też powodu obawiam się, że moja ocena "Zjawy" może zostać trochę wypaczona przez warunki, w jakich doszło do projekcji. Możliwe, że kinowy seans mógłby znacząco wpłynąć na podwyższenie oceny, ale ponieważ do tego nie doszło, zarysowuję jedynie taką możliwość.
źródło: http://www.impawards.com
W "The Revenant" przedstawiono historię, która wydarzyła się naprawdę (oczywiście w rzeczywistości było trochę inaczej). W 1823 roku, w ośnieżonych ostępach dzisiejszej Południowej Dakoty, wyprawa dowodzona przez kapitana Andrew Henry’ego (Domhnall Gleeson), stara się zgromadzić jak najwięcej cennych skór dzikich zwierząt. Niestety wskutek brutalnego i zdradzieckiego ataku miejscowych Indian wielu członków ekspedycji ginie, a wartościowe towary w większości przepadają. Ocalali postanawiają zebrać co się da i wrócić na bardziej cywilizowane obszary, gdzie prawdopodobieństwo nagłego oskalpowania jest relatywnie mniejsze. W trakcie taktycznego odwrotu przewodnik i traper Hugh Glass (Leonardo DiCaprio) zostaje jeszcze brutalniej zaatakowany przez niedźwiedzicę. W efekcie odniesionych ran i zbliżającej się indiańskiej pogoni kapitan Henry postanawia pozostawić swojego człowieka w dziczy. Jednakże, w celu zapewniania Glassowi godnego, chrześcijańskiego pochówku pozostawia przy nim Fitzgeralda (Tom Hardy) oraz Bridgera (Will Poulter).
© 2016 Twentieth Century Fox Film Corporation
Miałem spore oczekiwania co do "The Revenant", albowiem medialnie napompowana bańka hype’u osiągnęła monstrualne rozmiary. Niestety od razu muszę napisać, że nie jest to produkcja na tak doskonałym poziomie jak "Birdman". Przy czym nie mogę oczywiście zaprzeczyć, że jest to również interesujący i znakomicie nakręcony film. Z pewnością za jeden z największych plusów należy uznać zdjęcia Emmanuela Lubezki’ego, który chyba naprawdę pokazał Everest swoich możliwości. Mistrzowsko bowiem zostały ukazane piękne krajobrazy, podkreślone wielością statycznych ujęć. Niemniej równie znakomicie (a może nawet jeszcze lepiej) wypadły dynamiczne sekwencje, w których można poczuć niemal jak siedząc w siodle tuż obok filmowych bohaterów. Owacja na stojąco i w pełni zasłużony Oscar! Pod względem scenografii "Zjawa", obok "Mad Maxa", wydaje mi się najlepszą zeszłoroczną produkcją. Przy czym, gdybym miał wybierać pomiędzy oboma filmami to wskazałbym raczej na dzieło Georga Millera, gdyż wykreowanie futurystycznego uniwersum wymaga o wiele więcej wyobraźni niż piękne ukazanie istniejących już plenerów.
© 2016 Twentieth Century Fox Film Corporation
Fabuła "Zjawy" nie jest specjalne skomplikowana – w zasadzie można napisać, że jest to klasyczna opowieść o bezwzględnej zemście. Co ciekawe i dosyć ironiczne, prawdziwy Hugh Glass zachował się z kolei dosyć po chrześcijańsku i oszczędził sobie polowania na swoich niedoszłych oprawców. Niemniej scenarzyści dla zwiększenia motywacji swojego bohatera dodali wątek w połowie indiańskiego dzieciątka, toteż łatwo zrozumieć niebywałą zawziętość i nieustępliwość Glassa. W gruncie rzeczy nie mam większych zarzutów fabularnych, aczkolwiek skutki oswobodzenia indiańskiej dziewczyny z rąk zdegenerowanej i rozpustnej bandy pijanych Francuzów trochę przypominają mi latynoski motyw z "Training Day". Ponadto "Zjawę" można również odbierać jako swoistą i wyjątkowo brutalną lekcję przetrwania w ośnieżonych ostępach. Coś w rodzaju XIX-wiecznego "Ultimate Survival" w wersji hardcore, gdzie Beara Gryllsa w roli prowadzącego zastępuje Hugh Glass. Do niezaprzeczalnych walorów edukacyjnych należy przede wszystkim zaliczyć sposoby zdobywania pożywienia, schronienia (chociaż to już znamy z "Imperium Kontratakuje") oraz udzielania sobie pierwszej pomocy. Warto docenić także walory lingwistyczne – występujący w filmie Francuzi oraz Indianie posługują się ojczystymi językami.
© 2016 Twentieth Century Fox Film Corporation
Odnośnie aktorstwa nie uciekniemy oczywiście od pewnych kontrowersji. Po wielu latach walki z bezwzględną Akademią, Leonardo DiCaprio otrzymał wreszcie upragnionego Oscara. Niemniej jego zwycięstwo budzi u mnie trochę niesmak – w ostatnich latach zagrał bowiem o wiele lepiej (vide "The Wolf of Wall Street"), a mimo to musiał obejść się smakiem. Z drugiej strony przy tak słabych nominacjach (Matt Damon – LOL) porażka mogłaby zakończyć się samobójstwem tego znakomitego aktora. Do Glassa w wykonaniu DiCaprio naprawdę trudno się przyczepić, ale tak jak pisałem powyżej Leonardo może wznieść się na o wiele wyższy poziom. Tym razem w roli głównego adwersarza naszego bohatera wystąpił Tom Hardy. Za rolę Fitzgeralda należą mu się oczywiście oklaski – trudno przecież stworzyć tak realistyczną postać, przepełnioną egoizmem, chciwością oraz pragmatyzmem by nie popaść przy tym w jakąś przesadę. Z fajnej strony pokazał się także Will Poulter, wcielający się w leszcza o trochę szlachetniejszych motywacjach. Zastanawiałem się jak w takiej konwencji wypadnie Domhnall Gleeson, ale chłopak poradził sobie znakomicie i mam nadzieję, że w przyszłości będzie pojawiał się w najwięcej znaczących produkcjach.
© 2016 Twentieth Century Fox Film Corporation
Długo rozmyślałem nad oceną "Zjawy". Początkowo planowałem wystawić mocarną siódemkę, jednakże po refleksji nad wizualnym pięknem filmu postanowiłem podnieść notę o jedną gwiazdkę. Jednakże wtedy przypomniałem sobie, iż obejrzenie tej produkcji zajęło mi tak naprawdę kilka ładnych podejść, a obecnie nie pałam jakoś większym entuzjazmem by odpalić sobie kolejny seans. Ponieważ coś musi być na rzeczy nie mogę z czystym sumieniem wystawić "The Revenant" aż tak wysokiej oceny. "Birdman" miał tak duży wpływ na moją percepcję filmowej rzeczywistości, że jak w piosence Rebel Yell Billy’ego Idola chcę po prostu more, more, more! Jednakże polecam Wam zapoznać się z tą XIX-wieczną opowieścią o przetrwaniu i zemście, ponieważ jest to nadzwyczaj solidna produkcja podparta pięknymi zdjęciami oraz doskonałym aktorstwem.
© 2016 Twentieth Century Fox Film Corporation
Ocena: 7/10.

środa, 13 kwietnia 2016

"Thief" (1981)


What are you doing in your life that is so terrific?


Tymczasowo postanowiłem odpocząć od kinowych nowości, by przenieść się w czasie do początku lat 80-tych ubiegłego stulecia, gdy Michael Mann nie cieszył się jeszcze statusem uznanego reżysera, lecz dopiero stawiał pierwsze kroki w filmowym rzemiośle. Dzisiaj na warsztacie wylądował zatem "Thief" ("Złodziej") z 1981 roku. Dzieło o tyle ciekawe, iż wydaje mi się, że jest wyjątkowo mało znane w Polszy – przynajmniej nie potrafię sobie przypomnieć, abym w mojej wieloletniej, telewizyjnej odysei miał kiedykolwiek okazję zapoznać się z tą produkcją. Po seansie śmiało mogę stwierdzić, że naprawdę warto, ale i tak głównie chciałem się przekonać w jaki sposób zaczynał twórca "Miami Vice" oraz "Gorączki". Poza tym "Thief" to jeden z filmów, którym za pośrednictwem "Drive", swoisty hołd złożył Nicolas Winding Refn.
źródło: http://www.impawards.com
W świetle dnia Frank (James Caan) może jawić się jako zwyczajny biznesmen z Chicago. Starając się związać koniec z końcem i zapewnić sobie egzystencję na godnym poziomie nasz bohater zajmuje się handlem samochodami oraz prowadzeniem baru. Jednakże kiedy zapada zmrok daje znać o sobie mroczna przeszłość i drugie oblicze byłego skazańca. Aby wnieść się na finansowe wyżyny Frank zajmuje się tym, co umie najlepiej – rozpruwa skomplikowane sejfy. Ponieważ jest niezwykle utalentowanym specjalistą nie może narzekać na brak zleceń i niezwykle ceni sobie niezależność. Niemniej, sytuacja zaczyna zmieniać się, gdy zadłużony paser rozstaje się z życiem, a srogo wyrolowany Frank stara się odzyskać wynagrodzenie od przedstawicieli lokalnej przestępczości zorganizowanej.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
"Thief" zadziwił mnie kompletnie niezwykle fachowym podejściem do organizowania skomplikowanych kradzieży. Tak naprawdę przez większość filmu oglądamy bowiem techniczne przygotowania ekipy Franka do spektakularnego skoku. Mozolne zabawy z kablami, wizyty u zaprzyjaźnionych metalurgów czy próby rozgryzienia wszystkich systemów alarmowych są na porządku dziennym. Może nie brzmi to szczególnie porywająco, ale uwierzcie mi, że film ogląda się naprawdę świetnie. Co więcej, wykorzystane w produkcji metody otwierania sejfów oraz urządzenia do rozpruwania, których używają bohaterowie, są jak najbardziej prawdziwe (do roli konsultanta technicznego został zatrudniony były złodziej, John Santucci, który pojawił się także na ekranie jako skorumpowany gliniarz Urizzi) . Już otwierająca scena, która rozgrywa się niemal bez słów i stanowi swoisty popis nieprzeciętnych umiejętności naszego bohatera, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Ale przecież im dalej w las, tym więcej drzew – ilość późniejszych filmowych nawiązań do "Złodzieja" jest nieprzeciętna. Żeby nie zamulać statystykami pozwólcie, że posłużę się dosyć świeżym przykładem: pamiętacie jak w "Sicario" w meksykańskiej rezydencji barona narkotykowego Alejandro spotkał pokojówkę? W "Thief" dostajemy zatem niezwykle podobną scenę, w której Frank zachowuje się dokładnie tak samo.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Chicago, w którym rozgrywa się większość akcji filmu, to na pozór normalna, amerykańska metropolia. Jednakże wystarczy trochę zboczyć z głównych ulic, aby znaleźć się w gąszczu złożonych powiązań między przestępcami i policją. Leo (Robert Prosky), lokalny przedstawiciel wszechwładnego, kryminalnego syndykatu może załatwić niemal wszystko o co poprosisz (od sprzętu do napadu przez klawą rezydencję po … dziecko), o ile grzecznie grasz w jego drużynie. Miejscowi przedstawiciele prawa i porządku zamiast zajmować się zamykaniem niebezpiecznych zbrodniarzy, wymuszają haracze od uczciwych przestępców (a gdy nie chcesz się dołożyć do policyjnego funduszu emerytalnego dostajesz kontrolny wpierdol). Ale przecież życie Franka to nie samo rozpruwanie sejfów. W filmie znalazło się również miejsce na dosyć niestandardowy, rzekłbym wyrachowany, pragmatyczny i biznesowy, wątek miłosny. Akurat w tym aspekcie, w przeciwieństwie do wielu innych produkcji, nie uświadczyłem lipy. Za wielkim plus filmu można uznać również znakomitą ścieżkę dźwiękową stworzona przez niemiecki zespół Tangerine Dream. Oczywiście będzie to zaleta główne dla osób pogrążonych w nostalgicznej tęsknocie za solidnym, elektronicznym brzmieniem z początku lat 80-tych ubiegłego stulecia. Niemniej, osobiście uważam, iż muzyka została wspaniale dobrana, przez co bardzo dobrze komponuje się z filmowymi wydarzeniami. Dlatego też kompletnie nie potrafię zrozumieć z jakiego powodu ścieżka dźwiękowa "Złodzieja" została nominowana w kategorii najgorsze OST w drugiej edycji Złotych Malin.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Jeśli chodzi o aktorstwo to "Złodzieja" mogę podsumować wyłącznie dwoma słowami: James Caan. Frank w jego wykonaniu wypada po prostu olśniewająco epicko – myślę, że jest to nawet lepsza rola niż Sonny Corleone z "Ojca Chrzestnego". W szczególności znakomicie wypadły monologi oraz momenty, w których były skazaniec z poważnego, chłodnego biznesmena przeistacza się nieokrzesanego chama epatującego roszczeniowo-arogancką postawą. Wyraz twarzy Franka wypowiadającego kwestię You talking to me or somebody else walk in this room? na zawsze wrył mi się głęboko w pamięć. Nie da się ukryć, że James Caan od samego początku chwycił film za jajca i nie wypuścił ich aż do napisów końcowych. A na drugim planie oprócz debiutującego na dużym ekranie w dosyć późnym wieku Roberta Prosky’ego znaleźli się m.in. James Belushi (Barry), Dennis Farina (Carl) oraz popularny piosenkarz country i aktor w jednej osobie, Willie Nelson (Okla). Warto również zwrócić uwagę na Tuesday Weld wcielającą się w Jessie.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Abstrahując już od znakomitego poziomu "Złodzieja" film Michaela Manna warto obejrzeć choćby dla wpływu, jaki wywarł na wiele późniejszych produkcji. Dodajmy do tego jeszcze epicką rolę Jamesa Caana, intrygującą historię, realizm złodziejskiego rzemiosła oraz doskonale dobraną ścieżkę dźwiękową. Czy można oczekiwać czegoś więcej?
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Ocena: 8/10

sobota, 2 kwietnia 2016

"The Hunger Games: Mockingjay - Part 2"



Dzisiaj wreszcie nastał długo oczekiwany i pamiętny dzień, w którym dojdzie do ostatecznej rozprawy z serią "The Hunger Games". Po pierwszej części nie przejawiałem zbyt optymistycznego nastawienia do tematu, ale dostrzegałem pewien ukryty potencjał. Druga odsłona to z pewnością miłe zaskoczenie i solidna dawka rozrywki na konkretnym poziomie, przez którą zacierałem ręce na spektakularny finał. Jednakże pierwszy epizod ostatniej części okazał się dla mnie nawet nie siarczystym policzkiem wymierzonym przez twórców "Igrzysk Śmierci", ale monstrualnym kindybałem w szamot. Wtedy to postanowiłem wykreślić "Mockingjay – Part II" z mojej listy obowiązkowych seansów kinowych. Jednakże, ponieważ czuję się wyjątkowo niekompletny, gdy nie kończę czegoś co zacząłem (w efekcie tej ułomności obejrzałem wszystkie sezony "Prison Break"), spadł na mnie obowiązek zaliczenia ostatniej części ostatniej części "The Hunger Games" (tym razem naprawdę ostatniej – przynajmniej taką żywię nadzieję).
źródło: http://www.impawards.com
Po tym, jak w pierwszej odsłonie "Kosogłosa" dowiedzieliśmy się wreszcie gdzie jest Peeta (Josh Hutcherson), zjednoczone przed przewodnictwem Dystryktu XIII siły rebelii planują ostateczne rozwiązanie kwestii supremacji Kapitolu. Oczywiście zaszczytna rola w tymże epokowym wydarzeniu została również przypisana Katniss (Jennifer Lawrence). Jednakże dzielna i niezłomna dziewczyna nie weźmie udziału w bezpośrednich starciach z siłami opresyjnego reżimu, lecz podążając za wojskami rebelii ma skupić się na kręceniu materiałów propagandowych. Jak łatwo się domyślić przebiegły plan prezydent Coin (Julianne Moore) nie przypada naszej bohaterce do gustu i tradycyjnie już, niczym Frank Sinatra, postanawia pójść własną drogą.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Jak wspomniałem we wstępie druga część "Kosogłosa" to ostatnia odsłona "Igrzysk Śmierci" (chociaż wyraźnie dostrzegam potencjał na prequele). Czego zatem oczekiwałem od długo wyczekiwanego finału? Epickiej bitwy z rebeliantów z siłami Kapitolu, widowiskowości, wartkiej akcji! A zamiast tego obejrzałem smętne rozmowy o uczuciowym trójkącie, nudne pogadanki o niczym, mało dynamicznej akcji oraz zdecydowanie za wiele ugly cry face. Toż to zakrawa na absurd i nonsens! Ponadto twórcy zaserwowali kilka motywów, które wymykają się mojemu pojmowaniu przedstawionej rzeczywistości. Pierwszy przykład to zmiechy/zmieszańce (jak się dowiedziałem z Internetu są to genetycznie zmodyfikowane stworzenia hodowane w laboratoriach Kapitolu), które wyglądają niczym trochę większy i agresywniejszy Gollum, dodatkowo uzależniony od cracku. Z tego co pamiętam, w żadnej części filmowych "Igrzysk Śmierci" nie było mowy o tym gównie, więc mogłem być z deczka zaskoczony. Druga, w zasadzie nawet bardziej szokująca, sprawa to kobieta-tygrys. Tu komentarz nie jest wystarczający (poza tym nasuwa mi się jedynie WTF?), trzeba to zobaczyć na własne oczy.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Oglądając ostatniego "Kosogłosa" zastanawiałem się kiedy właściwie Kapitol przegrał tę wojnę. W poprzedniej części prezydent Snow napierdalał przecież bombami w Dystrykt XIII aż trzeszczało. A tymczasem, po idiotycznej decyzji Antoniusa (Robert Knepper, legendarny T-Bag z "Prison Break"), elitarne siły utknęły zasypane przez rebelię w jakiejś górskiej twierdzy! Brawo za wybranie na strategosa człowieka o tak wysoce rozwiniętej wyobraźni.  Niemniej wkrótce okazuje się, że były to ostatnie wartościowe jednostki reżimu (lotnictwo też tam ugrzęzło?) i droga do stolicy stoi otworem. W filmie nie zobaczymy zatem epickich bitew, które doprowadziły Kapitol na skraj upadku. Jednakże całe miasto usłane zostało tzw. kokonami – urządzeniami, które opierając się na magicznej technologii stanowiły śmiertelne niebezpieczeństwo dla biednych rebeliantów szturmujących metropolię. Otóż te pułapki są niekiedy tak finezyjne, absurdalnie złożone i nieużyteczne, że aż warto spytać czy nie lepiej było postawić na zawsze solidne siły pancerne i lotnicze? Abstrahując od miotaczy płomieni pragnę zwrócić Waszą uwagę na kokon, który po aktywacji zamknął wejścia na dziedziniec budynku i nie wiadomo skąd zaczął pompować ogromne ilości czarnej mazi, w której mieli utonąć nasi bohaterowie. Trzeba mieć prawdziwą fantazję! Oczywiście, można było również postawić na zawsze skuteczne miny przeciwpiechotne i przeciwpancerne, a dodatkowo usiać miasto snajperami, ale przecież nie jest to wystarczająco finezyjne rozwiązanie. Kolejna szokująca z mojej perspektywy sprawa to straszliwa sztampowość "Kosogłosa". Postacie drugoplanowe giną w regularnych odstępach czasowych, oczywiście niemal wyłącznie w bohaterskich okolicznościach (czasem zdarza się im nawet wygłosić krótki, pełen patosu monolog). A w jaki sposób pozostać nierozpoznanym w samym sercu Kapitolu, gdzie na każdym rogu wisi twoja podobizna? Wystarczy założyć płaszcz z kapturem! A co zrobić, gdy strażnicy pokoju niemalże demaskują twój bezbłędny kamuflaż? Nic, wystarczy poczekać na nieoczekiwany atak rebeliantów. Poza tym uważam, że gdyby Boggs albo w szczególności Gale mieli jaja ze stali to Peeta nie dożyłby do połowy filmu.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Pomyje i gorzkie żale wylane, więc czas przejść do nielicznych pozytywów. Niezaprzeczalnie druga odsłona "Kosogłosa" jest zrealizowana naprawdę sprawnie i potrafię docenić solidne rzemiosło. Efekty specjalne może nie są specjalnie przełomowe, ale także nie raziły mnie szczególnie komputerową nachalnością. Jeżeli miałbym wskazać dlaczego warto obejrzeć ten film to dostrzegam dwa główne powody. Pierwszy to interesująca scena bombardowania ludności cywilnej pod rezydencją prezydenta Snowa – oczywiście muszę jednak podkreślić, że zdecydowanie zabrakło odwagi w pokazaniu makabrycznych skutków tej zbrodni wojennej. Gdyby zrobiono to choćby tak dobrze jak w "Mieście 44" to byłbym skłonny podnieść ocenę o jedną gwiazdkę za nieszablonowe podejście do tematu. Drugi powód to znakomita rozmowa Katniss i prezydenta Snowa w szklarni – nie wiem czy może nawet nie jest to najlepsza scena w całej serii (oczywiście głównie z powodu Donalda Sutherlanda). Przyznacie jednakże, iż jak na ponad dwugodzinną produkcję to troszkę mało, nieprawdaż?
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Z nieukrywanym żalem oglądałem niemal nieustanną ugly cry face w wykonaniu Jennifer Lawrence. Gdzież się podziała zjawiskowa panna Katniss Everdeen? – pytałem z niedowierzaniem. Otóż Kosogłos w wyjątkowej postaci pojawia się tylko raz i to na dodatek pod sam koniec filmu. Nie chcę tutaj również wspominać o wyborach uczuciowych naszej bohaterki, bo jak absurdalna i nieuzasadniona niczym jest to sytuacja może dostrzec każdy. Josh Hutcherson tym razem wciela się w Peetę wychodzącego powoli z uzależnienia od mefedronu. Na tle jego miałkości Liam Hemsworth (Gale) mieni się niczym supernowa. Woody Harrelson w dalszym ciągu gra zapijaczoną wersję samego siebie, a Julianne Moore wydaje się tworzyć podręcznikowy przykład kreacji zimnej suki pozbawionej wszelkich skrupułów. Odniosłem natomiast wrażenie, że sceny ze zmarłym Philipem Seymourem Hoffmanem znalazły się w filmie trochę na siłę. Niemniej po raz kolejny produkcję kompletnie zawłaszczył Donald Sutherland – nie potrafię sobie wyobrazić nikogo innego w roli prezydenta Snowa i w mojej opinii to właśnie ten aktor jest największym zwycięzcą całego przedsięwzięcia.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Recenzja trochę się rozciągnęła w czasie i przestrzeni, ale wreszcie nastał czas na podsumowanie. Jako ostatnia część cyklu "Kosogłos" kompletnie zawiódł moje oczekiwania (a raczej oczekiwania jakie miałem przed obejrzeniem pierwszej części finału). Żenujące, idylliczne zakończenie uwydatnia jedynie miałkość "Igrzysk Śmierci" jako całości. Oczywiście brakuje odpowiedzi na wiele pytań, które mnie nurtują po upadku Kapitolu. Niemniej twórcy poszli na łatwiznę, olewając nieuchronny problem anarchii po likwidacji opresyjnego reżimu i skupili się na bajkowej przyszłości Katniss. Po drugiej części serii miałem naprawdę wybujałe oczekiwania, ale niestety okazało się, że był to jedynie ulotny one-time wonder. Pozostaje jedynie po raz kolejny oddać się ubolewaniom nad zmarnowanym potencjałem "The Hunger Games" i wyczekiwać na ewentualny reboot.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Ocena: 5/10 (jedna gwiazdka za Donalda Sutherlanda).

Recenzje pozostałych części:
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.

środa, 16 marca 2016

St. Patrick's Day Irish Top 2016



Jak powszechnie wiadomo jutro nastanie najważniejszy dzień w roku dla każdego prawdziwego Irlandczyka, czyli St. Patrick’s Day. Z tej okazji zamiast obchodzić to wspaniałe święto w tradycyjny irlandzki sposób (tj. urżnąć się jak świnia i leżeć w rynsztoku bez życia) proponuję bardzo subiektywny ranking siedemnastu filmów dotyczących Szmaragdowej Wyspy lub też licznej irlandzkiej diaspory. W nawiasach obok filmów podaję moje oceny z IMDB. Przejrzyjcie zatem zestawienie, a potem nie zapomnijcie oczywiście przejść do tradycyjnych, typowo irlandzkich, obchodów Dnia Świętego Patryka! Sláinte!
źródło: http://www.irishcentral.com
W tym roku obchodzimy stulecie Powstania Wielkanocnego, w związku z czym nie zapomnijcie wychylić niejednej szklaneczki whiskey lub pinty irlandzkiego ale za bohaterów 1916 roku oraz za niepodległą, zjednoczoną Republikę Irlandii, dla której wielu z nich poświęciło swoje życie. Chwała bohaterom! Sláinte!
źródło: Laura Hutton/Photocall Ireland
Na początek kilka pozycji, które wypadły z poprzednich edycji rankingu, ale warto o nich wspomnieć z różnorodnych powodów. Ławka rezerwowych przedstawia się następująco:
  • "Blown Away" (4/10) RECENZJA - An Irish bomber escapes from prison and…I chuj! Głupawość, sztampowy scenariusz i maksymalne przeszarżowanie kreacji Tommy’ego Lee Jonesa skutecznie zniechęcają do ponownego obejrzenia "Blown Away". Jako plus albo minus (wedle Waszego uznania) można zaliczyć kilka piosenek U2. Sláinte!
  • "Hallow" a.k.a. "The Woods" albo "Hubopysk" (4/10) RECENZJA – zapowiadało się na coś w rodzaju irlandzkiego "Evil Dead", ale wyszło wprost tragicznie. Polecam wyłącznie najbardziej hardcore’owym miłośnikom kina grozy. Sláinte!
  • "The Crying Game" (5/10) – jeśli popatrzycie na opis fabuły oraz noty filmu Neila Jordana na IMDb to możecie pomyśleć, że jest to najprawdziwsza perełka. Niestety "Gra pozorów" to absolutna porażka z jednym z najbardziej pojebanych twistów w dziejach. Sláinte!
  • "Patriot Games" (5/10) – lekkie, niezobowiązujące kino akcji spod znaku Toma Clancy’ego. Harrison Ford z CIA vs. Sean The Living Spoiler Bean reprezentujący IRA. Produkcja sprawnie nakręcona i warta jednokrotnego obejrzenia – niestety, spędziwszy o wiele za wiele czasu z Polsatem, znam film Phillipa Noyce’a niemalże na pamięć. Sláinte!
  • "Devil’s Own" (5/10) RECENZJA – znowu Harrison Ford (jakże on musi nienawidzić Irlandczyków!), ale tym razem contra Brad Pitt. Zamiast skupić się grze aktorskiej i nakręceniu porządnego thrillera, ekipa musiała borykać się z mordobiciami odtwórców głównych ról oraz poważnymi konfliktami na planie. Mogło być zdecydowanie lepiej, ale cóż poradzić – takie jest widocznie irlandzkie szczęście. Sláinte!
  • "Brooklyn" (5/10) RECENZJA – świeżutka, totalnie przereklamowana ekranizacja bestsellerowej powieści Colma Tóibína, którą dodatkowo, kompletnie nie wiadomo za co, uhonorowano oscarową nominacją w kategorii najlepszy film. Wyłącznie dla miłośniczek rzewnych i totalnie przewidywalnych romansów. Sláinte!


17) "Veronica Guerin" (6/10) – film zdecydowanie bardziej poważny niż poprzednia pozycja: dziennikarka na tropie zbrodni. Ciekawostka: pojawia się tu Martin Cahill, który pojawi się również w dalszej części naszego rankingu i to przedstawiony znacznie sympatyczniej. Sláinte!

16) "Michael Collins" (6/10) – życiorys jednego z największych nowożytnych herosów Irlandii oraz twórcy Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Niestety zbyt cukierkowy, toteż niska pozycja w rankingu. Mocne sceny z Powstania Wielkanocnego wielką zaletą filmu Neila Jordana. Sláinte!

15) "Calvary" (6/10) RECENZJA – historia dobrego księdza, któremu pozostało dokładnie siedem dni życia. Znakomite dialogi, Brendan Gleeson, Kelly Reilly i piękne plenery hrabstwa Sligo, aczkolwiek pod względem fabularnym film pozostawia wiele do życzenia. Sláinte!

14) "The Boondock Saints" (7/10) – niemal perfekcyjne kino rozrywkowe: Willem Dafoe, Sean Patrick Flanery oraz Norman Reedus. Sláinte!

13) "Road to Perdition" (7/10) RECENZJA – tym razem nie Szmaragdowa Wyspa, lecz dzieje dumnych irlandzkich emigrantów po drugiej stronie oceanu. Mocne kino osadzone na początku lat 30-tych XX wieku. Sláinte!

12) "The Guard" (7/10) – dla odpoczynku od poważnych tematów polecam lekką komedyjkę z kilkoma świetnymi żartami. W przeciwieństwie do większości polskich filmów rozrywkowych nie obraża niczyjej inteligencji. Wielkim plusem wspaniała obsada: Brendan Gleeson, Don Cheadle oraz Mark Strong. Sláinte!

11) "Shadow Dancer" (7/10) RECENZJA – członkini Tymczasowej IRA, schwytana po nieudanym zamachu w Londynie przez funkcjonariuszy MI5, staje przed trudnym wyborem między długoletnią odsiadką w więzieniu albo współpracą z brytyjskim kontrwywiadem. Absolutnie obowiązkowa scena pogrzebu! Sláinte!

10) "The General" (7/10) – historia Martina Cahilla, znanego dublińskiego przestępcy przedstawiona w kontekście o wiele bardziej pozytywnym niż w "Veronice Guerin". Brendan Gleeson zawsze na propsie! Sláinte!

9) "Hidden Agenda" (7/10) RECENZJA - pozycja obowiązkowa nie tylko dla wszystkich zafascynowanych Szmaragdową Wyspą, ale także miłośników thrillerów politycznych, w których świat brytyjskiej polityki oraz arystokracji przenika się w niemal każdym aspekcie z działaniami wywiadu. Oklaski dla Kena Loacha za odwagę – w szczególności za znakomite, kompletnie nie akceptowalne w Hollywood zakończenie. Sláinte!

8) "’71" (7/10) RECENZJA – historia młodego, angielskiego żołnierza pozostawionego na pastwę losu na pełnych przemocy ulicach Belfastu. Narastający na sile konflikt katolików z protestantami, niejednoznaczna postawa brytyjskich służb specjalnych oraz nocne stolicy Ulsteru – czegóż chcieć więcej? Sláinte!

7) "Philomena" (7/10) RECENZJA – wprost genialna rola Judi Dench (w pełni zasłużona oscarowa nominacja) w zabawno-smutnej produkcji opartej na prawdziwej historii. Sláinte!

6) "In the Name of the Father" (8/10) – mocne kino o niefortunnych skutkach urodzenia się w Irlandii Północnej i bycia katolikiem. Jim Sheridan po raz pierwszy. Sláinte!

5) "The Wind That Shakes the Barley" (8/10) – dramatyczna historia o początkach Wolnego Państwa Irlandzkiego ukazana przez pryzmat dwóch braci, którzy dokonują diametralnie różnych wyborów. Przed seansem zalecana krótka lekcja XX-wiecznej historii Irlandii, żeby potem nie narzekać jak niedoszły absolwent Wydziału Historycznego UJ, że nie wiadomo ocb. Sláinte!

4) "The Boxer" (8/10) – wspaniała produkcja Jima Sheridana rozgrywająca się pośród smutnych ulic podzielonego Belfastu. Plus Daniel Day-Lewis oraz Emily Watson – czegóż chcieć więcej? Sláinte!

3) "Hunger" (8/10) RECENZJA – chłodny zapis ostatnich miesięcy życia Bobby’ego Sandsa, żołnierza IRA, który w proteście przeciwko odebraniu republikanom statusu więźniów politycznych rozpoczął strajk głodowy w niesławnym więzieniu Maze. Mocne i bardzo brudne (dosłownie!) kino. Sláinte!

2) "Bloody Sunday" (8/10) – niemal dokumentalny zapis pokojowej manifestacji zorganizowanej przez NICRA w Derry 30 stycznia 1972 roku, która przerodziła się w jedną z największych tragedii w Sześciu Hrabstwach. Dzięki błyskotliwej akcji brytyjskich żołnierzy zastrzelono 13 nieuzbrojonych uczestników marszu (czternasta ofiara zmarła w szpitalu) w Bogside. Pod względem oddania realizmu absolutne mistrzostwo! Sláinte!

1) "The Long Good Friday" (9/10) RECENZJA – co prawda głównym bohaterem filmu jest londyński gangster bez wątpienia angielskiego pochodzenia, ale przekonajcie się sami dlaczego film Johna Mackenzie zajął pole position w moim zestawieniu. Jest to na tyle nieznana w Polszy produkcja, że nie napiszę ani słowa więcej! Sláinte!
źródło: http://www.irishtimes.com
Tiocfaidh ár lá!

czwartek, 10 marca 2016

"Spotlight"



Tegoroczne Oscary już dawno rozdanie, ale ja w dalszym ciągu kontynuuję przygodę zarówno ze zwycięzcami, jak i tymi, którym ostały się jeno nominacje. Dzisiaj na świeczniku ląduje nagrodzony statuetką za najlepszy film "Spotlight" w reżyserii Toma McCarthy’ego. Co prawda możecie nie kojarzyć gościa z jego dotychczasowych osiągnięć reżyserskich, niemniej wszyscy fani legendarnego "The Wire" powinni pamiętać go z roli Scotta Templetona, de facto dziennikarza śledczego o dosyć specyficznym (w zasadzie kreatywnym) podejściu do zbierania informacji, który wypłynął na szerokie wody w ostatnim sezonie serialu. Tytułem wstępu jestem zmuszony wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. Wkrótce po ogłoszeniu werdyktu Akademii, z którym można się zgadzać lub nie, "Spotlight" znalazł się w ogniu krytyki przedstawicieli tzw. polskiej myśli nacjonalistyczno-prawicowej (m.in. Łukasz Warzecha, Marek Migalski), którzy, jak można śmiało podejrzewać, nawet nie obejrzeli filmu. Oczywiście, reprezentując typowo polskie podejście, należy piętnować wszelkie produkcje szkalujące (przez to słowo należy rozumieć ujawniające skandale pedofilskie) dobry kościół katolicki oraz reprezentować tzw. linię prawicowego bólu dupy, gdy jakiś antypolski film dostanie statuetkę (vide zeszłoroczny casus "Idy").
źródło: http://www.impawards.com
Jak na ironię "Spotlight", oparty na prawdziwych wydarzeniach, opowiada historię dziennikarzy śledczych pracujących w specjalnym dziale Boston Globe. Wraz z nadejściem nowego redaktora (Liev Schreiber) tytułowy Spotlight otrzymuje zadanie przygotowania artykułu o pedofilii szerzącej się pośród księży katolickich w Bostonie. Gdy zespół dziennikarzy kierowanych przez Waltera Robinsona (Michael Keaton) rozpoczyna mozolny, wielomiesięczny i niezwykle skomplikowany proces zbierania oraz weryfikacji materiałów, nikt nie spodziewa się jak szerokie kręgi zatoczy szokująca opinię publiczną afera.
źródło: Open Road Films, LLC
Osobiście nie przepadam za filmami o dziennikarskim rzemiośle, a co więcej pogardzam wieloma przedstawicielami tegoż zawodu (średnie wspomnienia ze studenckich praktyk w lokalnej rozgłośni radiowej). Oczywiście, mając to na uwadze, możecie zarzucić mi, że już na starcie uprzedziłem się do "Spotlight". Częściowo jest to niestety prawda, ponieważ produkcję Toma McCarthy’ego obejrzałem głównie z powodu oscarowej nominacji, która przerodziła się finalnie w statuetkę, ale również, aby dać odpór prawicowo-nacjonalistycznej ciemnocie. Gdyby nie wspomniane czynniki zapewne ominąłbym film szerokim łukiem, ponieważ tego rodzaju tematyka raczej średnio mnie interesuje (a mam długą listę filmów, które chcę zobaczyć i naprawdę niewiele wolnego czasu, żeby to zrobić). Z pewnością trudno zaliczyć "Spotlight" do efektownych produkcji – akcja wlecze się wyjątkowo mozolnie, często na ekranie nie dzieje się kompletnie nic ciekawego, a kolejne przełomy w śledztwie są tak naprawdę mało przełomowe (przynajmniej dla mnie). Niemniej chyba tak właśnie wygląda praca dziennikarska – brak efektowności i powolne zbieranie danych.
źródło: Open Road Films, LLC
Czy zatem "Spotlight" można uznać za atak na kościół katolicki? Jeżeli przez słowo atak rozumiemy ujawnienie pedofilskiego skandalu, w których uczestniczyło kilkudziesięciu księży w samym Bostonie, a najwyżsi kościelni dostojnicy przez długie lata tuszowali ich wybryki, to zdecydowanie tak. Oglądając film Toma McCarthy’ego zaszokowała mnie tak naprawdę jedna rzecz. Sam problem pedofilii w kościele nie jest mi obcy (przytoczmy choćby głośne skandale w Irlandii), ale twórcy znakomicie przedstawili zmowę milczenia, która obejmuje nie tylko ofiary i sprawców, lecz niemal całą, lokalną społeczność katolicką. Nie może zatem dziwić, że ludzie, którzy zdecydowali się przerwać milczenie, automatycznie stają się wyrzutkami, a próby uzyskania informacji od zatwardziałych w wierze katolików są przeważnie całkowicie bezowocne. Układ obejmuje także wyższe sfery – absolwentów prestiżowej szkoły, którzy w dorosłym życiu zostali prawnikami, dziennikarzami czy też innymi wpływowymi personami. Za niezwykle realistyczne przedstawienie tegoż zamkniętego kręgu milczenia należą się twórcom spore brawa. Ogólny poziom realizacji tego projektu można określić mianem solidnego rzemiosła – zdjęcia są w porządku, a ścieżka dźwiękowa jest mało nachalna (po seansie myślałem, że w ogóle jej nie było, ale na YouTube można znaleźć parę ładnych utworów).
źródło: Open Road Films, LLC
Jeśli chodzi o aktorstwo to tak naprawdę trudno mi wskazać jakieś wyróżnienia dla członków zespołu Spotlight. Odrodzony Michael Keaton jest w porządku, ale z drugiej strony jego rola nijak ma się do epickiej kreacji w "Birdmanie". Z kolei Mark Ruffalo (Mike Rezendes) epatuje jakiś dziwnym dupościskiem połączonym z ADHD, więc żywię mieszane uczucia. Rachel McAdams (Sacha Pfeiffer) położyła całkowicie drugi sezon "True Detective", więc przez jakiś czas nie mam ochoty oglądać jej na ekranie. Briana d'Arcy Jamesa (Matt Carroll) zapamiętałem na tyle, żeby napisać, że był spoko. Oczywiście warto pamiętać, że aktorzy wcielili się w rzeczywiste osoby, które często pomagały im w przygotowaniach do roli. Niestety żaden z powyższych bohaterów nie był w stanie przykuć mojej uwagi na dłuższą chwilę. O wiele ciekawej wypadły postacie drugoplanowe: Liev Schreiber, wcielający się w mściwego żydowskiego redaktora naczelnego, ale przede wszystkim Stanley Tucci (Mitchell Garabedian), w znakomitej roli ormiańskiego prawnika tropiącego pedofilskie afery. Przypadkowy spisek syjonistyczno-ormiański? Nie sądzę!
źródło: Open Road Films, LLC
Chociaż "Spotlight" epatuje wyjątkową solidnością, to z dotychczas obejrzanych przeze mnie nominowanych filmów statuetkę przyznałbym "Mad Maxowi". Niemniej polecam zapoznać się z produkcją Toma McCarthy’ego choćby z tytułu braku efektowności i raczej realistycznego przedstawienia dziennikarskiego rzemiosła. Fascynujący wydaje się również fakt, że w początkach XXI wieku kościołowi katolickiemu w dalszym ciągu udawało się ukrywać aferę pedofilską na tak ogromną skalę. Z kolei wszystkim bezkrytycznym fanatykom polskiego papieża pragnę zadedykować napisy pojawiające się po ostatniej scenie filmu.
źródło: Open Road Films, LLC
Ocena: 7/10.