czwartek, 10 marca 2016

"Spotlight"



Tegoroczne Oscary już dawno rozdanie, ale ja w dalszym ciągu kontynuuję przygodę zarówno ze zwycięzcami, jak i tymi, którym ostały się jeno nominacje. Dzisiaj na świeczniku ląduje nagrodzony statuetką za najlepszy film "Spotlight" w reżyserii Toma McCarthy’ego. Co prawda możecie nie kojarzyć gościa z jego dotychczasowych osiągnięć reżyserskich, niemniej wszyscy fani legendarnego "The Wire" powinni pamiętać go z roli Scotta Templetona, de facto dziennikarza śledczego o dosyć specyficznym (w zasadzie kreatywnym) podejściu do zbierania informacji, który wypłynął na szerokie wody w ostatnim sezonie serialu. Tytułem wstępu jestem zmuszony wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. Wkrótce po ogłoszeniu werdyktu Akademii, z którym można się zgadzać lub nie, "Spotlight" znalazł się w ogniu krytyki przedstawicieli tzw. polskiej myśli nacjonalistyczno-prawicowej (m.in. Łukasz Warzecha, Marek Migalski), którzy, jak można śmiało podejrzewać, nawet nie obejrzeli filmu. Oczywiście, reprezentując typowo polskie podejście, należy piętnować wszelkie produkcje szkalujące (przez to słowo należy rozumieć ujawniające skandale pedofilskie) dobry kościół katolicki oraz reprezentować tzw. linię prawicowego bólu dupy, gdy jakiś antypolski film dostanie statuetkę (vide zeszłoroczny casus "Idy").
źródło: http://www.impawards.com
Jak na ironię "Spotlight", oparty na prawdziwych wydarzeniach, opowiada historię dziennikarzy śledczych pracujących w specjalnym dziale Boston Globe. Wraz z nadejściem nowego redaktora (Liev Schreiber) tytułowy Spotlight otrzymuje zadanie przygotowania artykułu o pedofilii szerzącej się pośród księży katolickich w Bostonie. Gdy zespół dziennikarzy kierowanych przez Waltera Robinsona (Michael Keaton) rozpoczyna mozolny, wielomiesięczny i niezwykle skomplikowany proces zbierania oraz weryfikacji materiałów, nikt nie spodziewa się jak szerokie kręgi zatoczy szokująca opinię publiczną afera.
źródło: Open Road Films, LLC
Osobiście nie przepadam za filmami o dziennikarskim rzemiośle, a co więcej pogardzam wieloma przedstawicielami tegoż zawodu (średnie wspomnienia ze studenckich praktyk w lokalnej rozgłośni radiowej). Oczywiście, mając to na uwadze, możecie zarzucić mi, że już na starcie uprzedziłem się do "Spotlight". Częściowo jest to niestety prawda, ponieważ produkcję Toma McCarthy’ego obejrzałem głównie z powodu oscarowej nominacji, która przerodziła się finalnie w statuetkę, ale również, aby dać odpór prawicowo-nacjonalistycznej ciemnocie. Gdyby nie wspomniane czynniki zapewne ominąłbym film szerokim łukiem, ponieważ tego rodzaju tematyka raczej średnio mnie interesuje (a mam długą listę filmów, które chcę zobaczyć i naprawdę niewiele wolnego czasu, żeby to zrobić). Z pewnością trudno zaliczyć "Spotlight" do efektownych produkcji – akcja wlecze się wyjątkowo mozolnie, często na ekranie nie dzieje się kompletnie nic ciekawego, a kolejne przełomy w śledztwie są tak naprawdę mało przełomowe (przynajmniej dla mnie). Niemniej chyba tak właśnie wygląda praca dziennikarska – brak efektowności i powolne zbieranie danych.
źródło: Open Road Films, LLC
Czy zatem "Spotlight" można uznać za atak na kościół katolicki? Jeżeli przez słowo atak rozumiemy ujawnienie pedofilskiego skandalu, w których uczestniczyło kilkudziesięciu księży w samym Bostonie, a najwyżsi kościelni dostojnicy przez długie lata tuszowali ich wybryki, to zdecydowanie tak. Oglądając film Toma McCarthy’ego zaszokowała mnie tak naprawdę jedna rzecz. Sam problem pedofilii w kościele nie jest mi obcy (przytoczmy choćby głośne skandale w Irlandii), ale twórcy znakomicie przedstawili zmowę milczenia, która obejmuje nie tylko ofiary i sprawców, lecz niemal całą, lokalną społeczność katolicką. Nie może zatem dziwić, że ludzie, którzy zdecydowali się przerwać milczenie, automatycznie stają się wyrzutkami, a próby uzyskania informacji od zatwardziałych w wierze katolików są przeważnie całkowicie bezowocne. Układ obejmuje także wyższe sfery – absolwentów prestiżowej szkoły, którzy w dorosłym życiu zostali prawnikami, dziennikarzami czy też innymi wpływowymi personami. Za niezwykle realistyczne przedstawienie tegoż zamkniętego kręgu milczenia należą się twórcom spore brawa. Ogólny poziom realizacji tego projektu można określić mianem solidnego rzemiosła – zdjęcia są w porządku, a ścieżka dźwiękowa jest mało nachalna (po seansie myślałem, że w ogóle jej nie było, ale na YouTube można znaleźć parę ładnych utworów).
źródło: Open Road Films, LLC
Jeśli chodzi o aktorstwo to tak naprawdę trudno mi wskazać jakieś wyróżnienia dla członków zespołu Spotlight. Odrodzony Michael Keaton jest w porządku, ale z drugiej strony jego rola nijak ma się do epickiej kreacji w "Birdmanie". Z kolei Mark Ruffalo (Mike Rezendes) epatuje jakiś dziwnym dupościskiem połączonym z ADHD, więc żywię mieszane uczucia. Rachel McAdams (Sacha Pfeiffer) położyła całkowicie drugi sezon "True Detective", więc przez jakiś czas nie mam ochoty oglądać jej na ekranie. Briana d'Arcy Jamesa (Matt Carroll) zapamiętałem na tyle, żeby napisać, że był spoko. Oczywiście warto pamiętać, że aktorzy wcielili się w rzeczywiste osoby, które często pomagały im w przygotowaniach do roli. Niestety żaden z powyższych bohaterów nie był w stanie przykuć mojej uwagi na dłuższą chwilę. O wiele ciekawej wypadły postacie drugoplanowe: Liev Schreiber, wcielający się w mściwego żydowskiego redaktora naczelnego, ale przede wszystkim Stanley Tucci (Mitchell Garabedian), w znakomitej roli ormiańskiego prawnika tropiącego pedofilskie afery. Przypadkowy spisek syjonistyczno-ormiański? Nie sądzę!
źródło: Open Road Films, LLC
Chociaż "Spotlight" epatuje wyjątkową solidnością, to z dotychczas obejrzanych przeze mnie nominowanych filmów statuetkę przyznałbym "Mad Maxowi". Niemniej polecam zapoznać się z produkcją Toma McCarthy’ego choćby z tytułu braku efektowności i raczej realistycznego przedstawienia dziennikarskiego rzemiosła. Fascynujący wydaje się również fakt, że w początkach XXI wieku kościołowi katolickiemu w dalszym ciągu udawało się ukrywać aferę pedofilską na tak ogromną skalę. Z kolei wszystkim bezkrytycznym fanatykom polskiego papieża pragnę zadedykować napisy pojawiające się po ostatniej scenie filmu.
źródło: Open Road Films, LLC
Ocena: 7/10.

środa, 2 marca 2016

"Brooklyn"



W tym roku pod względem nominacji oscarowych trochę u mnie słabo, ponieważ pisząc te słowa obejrzałem dopiero cztery z ośmiu filmów, a ceremonia zbliża się wielkimi krokami. W zasadzie, kiedy będziecie czytać niniejszą recenzję, wszystkie nagrody już będą rozdane (no chyba, że umrę jutro, a moja rodzina postanowi nie zarabiać na mojej twórczości i nigdy nie opublikuje tego epickiego tekstu). Niemniej również coraz bliżej do marca oraz kolejnej odsłony dorocznego rankingu najlepszych produkcji dotyczących Irlandii. Nie może zatem nikogo dziwić, że warsztacie wylądował "Brooklyn" w reżyserii Johna Crowleya, oparty na oczywiście bestsellerowej powieści Colma Tóibína. Książka porusza bowiem ważny problem, obecny od wieków w historii Szmaragdowej Wyspy, a mianowicie emigrację. Wspomnijmy choćby słynny odlot earlów z 1607 roku, kiedy to earl Tyrone, Hugh O’Neill, oraz jego zwolennicy opuścili Hibernię, Dzikie Gęsi służące w na przestrzeni wieków w kontynentalnych armiach czy olbrzymią wprost falę migrantów w okresie Wielkiego Głodu. Jednakże nawet, gdy Irlandia stała się niepodległą republiką, emigracja zarobkowa w dalszym ciągu drenowała zasoby ludzkie tego państwa. I właśnie tego rodzaju historię przedstawia, rozgrywający się w początkach lat 50-tych ubiegłego stulecia, "Brooklyn".
źródło: http://www.impawards.com
Enniscorthy, położone w hrabstwie Wexford, to małe miasteczko, w którym tradycyjnie nie ma zbyt wielu perspektyw na lepszej jakości życie. Szczególnie jeśli mówimy o Republice Irlandii na początku lat 50-tych XX wieku. Dziwnym nie jest zatem, że Eilis (Saoirse Ronan), choć kocha swoją rodzinę, marzy o czymś więcej niż pracy w sklepie ogólnospożywczym w roli ekspedientki. Niebywała szansa na odmianę losu nadarza się, gdy siostra naszej bohaterki (Fiona Glascott), dzięki kontaktom z sympatycznym księdzem Floodem (Jim Broadbent), załatwia dziewczynie możliwość zarobkowego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Targana wątpliwościami Eilis w końcu decyduje się wyruszyć do Nowego Jorku, by zmienić swoje życie.
20th Century Fox Film Corporation
Spodziewałem się, że "Brooklyn" będzie naprawdę poważnym filmem z pełnią szarej prozy życia na irlandzkiej prowincji oraz klepaniu imigranckiej biedy w Nowym Jorku. Niestety pomyliłem się, gdyż twórcy postanowili zafundować mi niemal bajkową historyjkę, która dodatkowo kompletnie zniechęciła mnie do przeczytania książkowego pierwowzoru. I to wszystko za jednym zamachem! Naprawdę, jestem pełen uznania. Całkowicie nie kupuję świata przedstawionego w "Brooklynie". Irlandzka prowincja może nie jest szczytem marzeń dla każdego człowieka, ale w zasadzie nie dzieją się tam większe dramaty. Mogę nawet wyjątkowo przewrotnie napisać, że wystarczy śmierć jednej osoby i skończenie kursu księgowości, aby przenieść egzystencję na zdecydowanie wyższy poziom. Nie wiem ponadto jak srogie hajsy zarabiała Eilis w domu towarowym, ale to musiał być naprawdę rzetelny bilon. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć milion ubrań, par butów (zauważcie, że w każdej z późniejszych scen rozgrywającej się w Republice bohaterka nosi inne buty) oraz okularów? W jaki sposób osoba pracująca na tak niskim stanowisku mogła sobie pozwolić na podróże przez Atlantyk i spędzenie beztroskiego miesiąca w hrabstwie Wexford?
20th Century Fox Film Corporation
Przeboleję jeszcze brak jakiejkolwiek wzmianki o ucisku irlandzkiej ludności w Sześciu Hrabstwach – nie jest to przecież dramat społeczny, lecz raczej melodramat czy też romans, a IRA wówczas dopiero szykowała się do Operacji Żniwa. Niemniej zero, dosłownie zero, odniesień do mafii w sytuacji, gdy wybranek naszej bohaterki jest Włochem? Absurd i nonsens. I dodam jeszcze, że jest typowym przedstawicielem włoskiej mniejszości w USA, zakochanym w baseballu i pożywiającym się wyłącznie spaghetti wraz z wielodzietną rodziną (na dodatek to hydraulik jak Mario - tak bardzo niestereotypowo). Oczywiście nie mam nic przeciwko temu międzyetnicznemu mezaliansowi – w USA zrodził się nie jeden dziwny związek (najlepszy przykład to legendarny irlandzki polityk, Éamon de Valera), ale zdecydowanie zamiast lukrowania rzeczywistości preferuję szarą prozę egzystencji. O ile Włosi zostali potraktowani stereotypowo to muszę stwierdzić, że zdecydowanie zabrakło konsekwencji w przypadku Irlandczyków. Niestety obraz zapijaczonych, rebelianckich meneli kłóciłby się z idealistyczną wizją przedstawioną w filmie. O ile mnie pamięć nie myli to w "Brooklynie" spożywa się jedynie kilka pint Guinnessa, więc zdecydowanie nie polecam tej produkcji na Dzień Świętego Patryka. Natomiast w kontekście "Spotlight" należy wspomnieć o dobrych katolickich księżach, którzy nikogo nie zgwałcili (choć może to jedynie wynikać z faktu, że główna bohaterka jest już dosyć wyrośniętą dziewczyną, a zatem znajduje się poza kręgiem ich zainteresowań seksualnych).
20th Century Fox Film Corporation
Ponieważ nie obejrzałem jeszcze wielu produkcji nominowanych do tegorocznych Oscarów trudno mi ocenić czy Saoirse Ronan zasłużyła by znaleźć się w gronie nominowanych. Co prawda darzę ją sporym szacunkiem, ale kreacja Eilis nie urwała mi dupy w jakiś szczególny sposób. Dziewczyna się stara, ale scenariusz jest tak miałki, że naprawdę trudno cokolwiek z niego wykrzesać. Tego problemu nie ma natomiast w przypadku Emory’ego Cohena (Tony), który dodatkowo charakteryzuje się wysoce włoską aparycją. Fatalna rola, zagrana z taką jakąś dziwaczną manierą przypominającą lekkie upośledzenie. Prawdziwym dramatem "Brooklynu" jest całkowity brak interesujących oraz wyrazistych postaci drugoplanowych. W zasadzie jedyną kreacją wartą wzmianki jest rola Domhnalla Gleeson, wcielającego się w Jima – irlandzką alternatywę dla naszej bohaterki – oraz Fiona Glascott grająca Rose, siostrę Eilis. Reszta postaci to albo pocieszni Włosi, dobrzy irlandzcy księża lub też zawistne, małomiasteczkowe kobiety w podeszłym wieku. Bardzo odkrywczo i tak mało stereotypowo.
20th Century Fox Film Corporation
"Brooklyn" odbieram jako kompletne rozczarowanie. Mimo pokładanych nadziei na solidną prozę życia otrzymałem polukrowaną, rzewną bajkę, w której irlandzka dziewczyna musi dokonać trudnego wyboru między ubogim włoskim hydraulikiem a prowincjonalnym Irlandczykiem (który de facto wcale nie jest odrażający ani szpetny, a ponadto dysponuje rzetelnym bilonem oraz solidnym kwadratem). Jeżeli macie ochotę poświęcić niemal dwie godziny na rozwiązanie tego dylematu Eilis to bawcie się dobrze. Brak nominacji dla "The Hateful Eight" czy "Sicario" za najlepszy film przy takim poziomie "Brooklynu" uważam za wyjątkową szyderę.
"Tyle hajsu... Pewnie mogą kupować w Almie, huh?"
20th Century Fox Film Corporation
Ocena: 5/10 (podnoszę za irlandzką tematykę).

środa, 24 lutego 2016

"Black Dahlia"



Całkiem niedawno miałem okazję zapoznać się po raz pierwszy z prozą Jamesa Ellroya. Na moim biurku wylądowała powieść otwierająca tzw. kwartet L.A. – Czarna Dalia. Lektura jest to zaiste znakomita, więc gorąco polecam ją wszystkim miłośnikom kryminałów noir. Oczywiście po przeczytaniu książki natychmiast zapałałem przemożną chęcią odświeżenia sonie ekranizacji z 2006 roku, którą wyreżyserował Brian De Palma. Znakomita powieść autora "L.A. Confidential" przełożona na język filmu przez twórcę produkcji takich jak "Scarface", "Carlito’s Way", "The Untouchables" czy "Mission: Impossible"? Na pierwszy rzut oka wszystko zapowiadało się znakomicie, bowiem szansa na spierdolenie czegokolwiek przy tak epickich warunkach wydawała się niemal znikoma. Wówczas, gdzieś z najmroczniejszych zakamarków umysłu, zaczęły dobiegać mocno rozmyte w czasie, acz wyjątkowo rozpaczliwe, echa dziewiczego seansu "Czarnej Dalii"…
źródło: http://www.impawards.com
"Black Dahlia" to historia oparta na faktach. 15 stycznia 1947 roku w Los Angeles odkryto makabrycznie okaleczone zwłoki 23-letniej kobiety, Elizabeth "Betty" Short, a w rozwiązanie śledztwa zaangażowano nieproporcjonalnie duże siły policyjne. Niemniej bohaterów filmów poznajemy zanim popełniono tę brutalna zbrodnię. Dwight "Bucky" Bleichert (Josh Hartnett), szeregowy policjant, który z powodu nazistowskich sympatii ojca musiał zakapować swoich kolegów z dzieciństwa, oraz prawdziwa wschodząca gwiazda LAPD, Lee Blanchard (Aaron Eckhart), mają stoczyć pojedynek bokserski. Walka, z uwagi na ich półamatorskie kariery bokserskie, ma przyciągnąć tłumy, a przede wszystkim zapewnić zwiększenie środków na finansowanie policji Los Angeles. Zgodnie z oczekiwaniami porywający spektakl zapewnia granty, ale także staje się trampoliną dla policyjnych karier naszych bohaterów. Nie trzeba chyba dodawać, że wkrótce po wszczęciu śledztwa dotyczącego Czarnej Dalii, Lee oraz Bucky dostają przydział do sprawy tajemniczego morderstwa.
źródło: Universal Pictures
Jeżeli liczycie, że "Black Dahlia" klimatem przypomina legendarne "Tajemnice Los Angeles" to możecie już na samym początku porzucić wszelką nadzieję. Film Briana De Palmy wydaje się być niemal całkowicie wyssany z jakiejkolwiek atmosfery, ocierającej się choćby o klasyczne noir. Niby na pozór wszystko jest w porządku: postacie odziane są w stroje z ówczesnej epoki, jeżdżą odpowiednimi autami itp. – ale nie sposób nie odnieść wrażenia, że świat przedstawiony w filmie to tak naprawdę marna i sztuczna namiastka tamtej rzeczywistości. Oczywiście wielka w tym zasługa wspaniale dobranej obsadzie, ale temu zagadnieniu jestem zmuszony poświęcić odrębny akapit. Twórcy "Czarnej Dalii" dostali prawdziwą, soczystą pomarańczę w postaci prozy Jamesa Ellroya. Mam świadomość, że wierne przeniesienie na ekran niemal 400-stronicowej powieści może być trudne (o ile w ogóle możliwe), ale scenariusz autorstwa Josha Friedmana zasługuje tylko na jedno słowo podsumowania: abominacja. Mniej więcej od połowy filmu fabuła powieści oraz adaptacji zaczynają się srogo rozjeżdżać – niemal wszystkie pomysły scenarzysty wyglądają na wyjątkowo nieśmieszną parodię prozy Jamesa Ellroya (jedyny chwalebny przykład to zakończenie wątku Madeleine, które z kolei nie pasuje kompletnie do praworządności Bucky'ego).
źródło: Universal Pictures
Im dalej od powieści Jamesa Ellroya, tym gorzej dla filmu. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że mam już dość oglądania tej abominacji i z szacunku dla pisarza wyłączę to gówno. Niestety, chociaż byłoby to bardzo kuszące, nie pozwoliłoby mi to na zgromadzenie wystarczającej ilości materiału do napisania rzetelnej recenzji, oddającej całokształt ułomności "Czarnej Dalii". Pytam zatem donośnie: gdzie się podziała w filmie psychika bohaterów (w szczególności Bucky’ego)? Abstrahując już od wybornego castingu poszczególne postacie nie mogą w żaden sposób pokazać kierujących nimi motywacji, a wystarczyło przecież podać parę sensownych linijek z offu, choćby bezczelnie zerżniętych z literackiego pierwowzoru. Brakuje właściwego (to jest realistycznego) oddania realiów epoki, głębi oraz refleksji charakteryzującej powieść, fabuła jest coraz głupsza im bliżej końca, a dodatkowo ścieżka dźwiękowa jest mocno taka sobie. W zasadzie za najlepszą scenę w całym filmie muszę uznać pojedynek bokserski Lee i Bucky’ego, ponieważ prawie nie ma w nim dialogów.
źródło: Universal Pictures
Obsada "Czarnej Dalii" wygląda jak jakiś wyjątkowy chory żart ludzi odpowiedzialnych za castingi. Zwróćmy uwagę kto gra dwie główne role męskie: Josh "Sztywny Pal Azji" Hartnett jako Bucky oraz Aaron "Chcę walczyć z zatwardzeniem jak Clive Owen" Eckhart jako Lee mają mnie przekonać, że jest to poważna produkcja oparta na prozie Jamesa Ellroya? Scarlett Johansson, wcielająca się w Kay, i jednocześnie dająca solidne argumenty zwolennikom teorii, że jest beztalenciem, które po prostu wyjątkowo dobrze wygląda? I prawdziwa perełka w koronie Briana De Palmy: Hilary Swank (sic!) wcielająca się w piękną (sic!) i tajemniczą (sic!) femme fatale… Kurwa mać! – chciałoby się zakrzyknąć donośnie, ale to jeszcze nie koniec! Na drugim planie potrafi być równie żenująco – dawno bowiem nie widziałem tak kompletnie przeszarżowanej kreacji jak Ramona w wykonaniu Fiony Shaw. W zasadzie na jedyne propsy zasłużyli Mike Starr (Russ Millard) oraz Patrick Fischler (Ellis Loew), chociaż muszę zaznaczyć, że na podstawie książki całkowicie inaczej sobie wyobrażałem pierwszego z nich.
źródło: Universal Pictures
Mógłbym napisać, że Brian De Palma dał się zwieść przebiegłym scenarzystom, którzy pobrali solidne wynagrodzenie, a potem pokątnie zamienili wybitną powieść Jamesa Ellroya w stertę odpychającego gówna. Mógłbym również napisać, że nawet ta sterta odpychającego gówna być może choćby częściowo wybroniła się, gdyby nie ludzie od castingów, którzy najwyraźniej zdradzili reżysera po całości. Mógłbym uwierzyć w legendarną, pierwotna, trzygodzinną wersję filmu, do której klaskał ponoć sam autor powieści. Mógłbym, ale Brian chyba zapomniał o ważnej zasadzie lansowanej przez Rycha Peję: za to życie kurewskie miej do siebie pretensje. A zatem po prostu przeczytajcie książkę i wyrzućcie z pamięci informację, że ktoś kiedykolwiek postanowił ją sfilmować.
źródło: Universal Pictures
Ocena: 3/10

Książka a film

Tak jak wspominałem już wielokrotnie w recenzji scenariusz stanowi prawdziwą abominację i zasadniczo porównywanie go z prozą Jamesa Ellroya nie ma żadnego sensu. Nie zgadza się praktycznie nic: od wyglądu głównych bohaterów (gdzie są końskie zęby Bucky’ego; Martha miała być totalnie szpetna), przez ich nazwiska (dlaczego zmieniono Sprague na Linscott?), po kluczowe wydarzenia (m.in. kompletne pominięcie wątku meksykańskiego – pewnie hajs się nie zgadzał). Los Angeles w powieści to miasto brudne, odpychające i kompletnie zdegenerowane. Degrengolada posunięta jest tak daleko, że znaczącym sponsorem wiecznie niedofinansowanego LAPD został legendarny gangster Mickey Cohen. I co jeszcze ciekawsze, nikt, nawet najbardziej praworządni książkowi gliniarze, nie mają zamiaru zmienić obowiązującego status quo. A czy w filmie zobaczymy choć ułamek tegoż brudu? Oczywiście, że nie! Josh Friedman po prostu ordynarnie zgwałcił prozę Ellroya, więc naprawdę dalsze tworzenie tego akapitu nie ma żadnego sensu. Poza książką nie istnieje kompletnie nic!

sobota, 13 lutego 2016

"Mad Max: Fury Road"



Mad Max to legenda, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Trylogia opiewająca heroiczne czyny postapokaliptycznego bohatera walczącego o przywrócenie prawa i porządku na bezkresnych pustkowiach to dla mnie oczywista klasyka współczesnej kinematografii. Dowiedziawszy się o planowym reboocie zacząłem się zastanawiać czy po 30 latach naprawdę konieczne jest odgrzebywanie legendy, które, tak jak w przypadku ostatniego Indiany Jonesa, może zakończyć się spektakularną katastrofą. Co prawda na stolcu reżyserskim ponownie zasiadł George Miller, ale zauważmy, że po zakończeniu przygody z Mad Maxem przestawił się na trochę inny profil filmowej działalności. "Babe" i "Happy Feet" to produkcje wywołujące raczej słabe skojarzenia z postnuklearną, bezwzględną rzeczywistością. Z drugiej strony wiele obiecywałem sobie po obsadzie. Tom Hardy oraz Charlize Theron stanowią klasę samą w sobie, więc nie można było całkowicie skreślać "Mad Max: Fury Road". Niemniej napisanie recenzji tejże produkcji zajęło mi co najmniej kilka miesięcy (zacząłem w zeszłoroczne wakacje – nie pytajcie nawet dlaczego).
źródło: http://www.impawards.com
"Mad Max: Fury Road" od samego początku brutalnie atakuje widza natłokiem ekranowych wydarzeń. Max (Tom Hardy), małomówny pustynny wojownik, zostaje schwytany przez siepaczy lokalnego watażki, bezwzględnego Immortan Joe (Hugh Keays-Byrne). Tenże czarny charakter dysponując dostępem do wody pitnej (niezwykle cennego surowca na pustynnych bezdrożach) stworzył dziwaczną i wręcz odrażającą dyktaturę opartą na bezwzględnym posłuszeństwie. Los był raczej średnio łaskawy dla naszego bohatera – Max ma bowiem służyć jako worek z krwią i chodzący zestaw części zamiennych dla żołnierzy Immortan Joe. Niemniej wskutek nieoczekiwanej zdrady, w wydawałoby się jednomyślnych oraz zawsze wiernych szeregach dyktatury, rozpoczyna się jeden z najbardziej epickich pościgów w dziejach kinematografii.
źródło: http://www.madmaxmovie.com
Pierwsza myśl, jak nasuwa się po obejrzeniu najnowszej odsłony "Max Maxa", to monstrualne propsy za efekty specjalne, które w przeciwieństwie do produkcji sygnowanych logiem Marvela zostały wykonane w większości za pomocą tradycyjnych metod. W zalewie niemal odrażającego sztucznością CGI nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek dostąpię zaszczytu obejrzenia takich epickich rzeczy. Dlatego też mam zamiar polecać dzieło Georga Millera wszystkim, którzy twierdzą, że nie da się nakręcić dobrego, wakacyjnego blockbustera bez pracy super wydajnych komputerów i niebieskiego/zielonego ekranu. Oczywiście same efekty specjalne nie mogą stanowić decydującego czynnika, który sprawia, że film staje się znakomity w odbiorze lub nie (aczkolwiek Michael Bay od początku kariery filmowej hołduje całkowicie przeciwstawnej idei). Fabuła jest dosyć interesująca chociaż jednocześnie wyjątkowo nieskomplikowana. Bardzo intrygujący jest fakt, że tak naprawdę chociaż Mad Max sygnuje film swoim pseudo, to trudno z czystym sumieniem nazwać go głównym bohaterem tej opowieści. Zdecydowanie bardziej na palmę pierwszeństwa zasłużyła bowiem Imperator Furiosa (Charlize Theron). Wydaje mi się to trochę absurdalne, ale cóż poradzić, skoro tak właśnie skonstruowany został scenariusz.
źródło: http://www.madmaxmovie.com
Wizja postapokaliptycznego świata wykreowana przez Georga Millera prezentuje się na ekranie wprost znakomicie – można zaryzykować nawet stwierdzenie, że epicko. Oczywiście najwięcej uwagi poświęcono tyranii stworzonej Immortan Joe – istnej fabryce wojowników, hołubiących ponad wszystko V8 i pragnących dostąpić zaszczytu wstąpienia do Valhalli po śmierci. W tym miejscu jestem zmuszony nadmienić, że świat przedstawiony w najnowszym "Max Maxie" potrafi momentami być prawdziwie brutalny, odrażający, a nawet obleśny. Jeśli zatem do przekonującego obrazu przyszłości, w którym nastąpił powrót do rządów opartych na sile, dołożymy wartką akcję, niemal pozbawioną przestojów, otrzymamy przepis na prawdopodobnie najlepszy film zeszłorocznego sezonu letniego. I w zasadzie wszystko byłoby cacy i niemal można by przybijać piątki z twórcami, gdyby nie finał kompletnie nie pasujący do wysoce defetystycznego wydźwięku reszty filmu. Trudno mi coś takiego zaakceptować i naprawdę ubolewam, że zakończenie nie ma całkowicie pesymistycznego charakteru. Warto natomiast zwrócić uwagę na znakomitą ścieżkę dźwiękową, która wprost idealnie pasuje do szaleńczego pościgu po bezkresnej pustyni (koleś grający na gitarze ziejącej ogniem to epickość przekraczająca wszelką znaną skalę).
źródło: http://www.madmaxmovie.com
Jak już wspominałem Mad Maxa trudno uznać za głównego bohatera filmu. Tom Hardy, jako wyjątkowo małomówny mściciel bezdroży, wypada całkiem młodzieżowo. Jednakże trudno uznać, iż ta kreacja zostanie mu zapamiętana na lata, tak jak miało to miejsce w przypadku legendarnej roli Mela Gibsona. Wydaje mi się, że o wiele bardziej kojarzona z tą produkcją będzie znakomita Charlize Theron, wcielająca się w Imperator Furiosę. Doskonała rola, dzięki której jednoręka bohaterka całkowicie zdominowała ekran. Na propsy z pewnością zasłużył również villain, czyli Hugh Keays-Byrne – bardzo interesujący występ oraz nietypowa stylówka czarnego charakteru. Z postaci drugoplanowych warto także wyróżnić Nicholasa Houlta. Nux w jego wykonaniu to chyba najbardziej złożona emocjonalnie, a jednocześnie najsympatyczniejsza (przy czym może należy tu zastosować nie do końca standardową definicję tego słowa), postać w całym filmie.
źródło: http://www.madmaxmovie.com
"Mad Max: Fury Road" to nie tylko jeden z najlepszych rebootów, jakie miałem okazję oglądać w swoim życiu, ale także produkcja zdecydowanie wymykająca się utartym standardom letnich blokcbusterów – mroczna, pełna prawdziwej, brutalnej przemocy w starym stylu i dosyć defetystyczna. Gdyby nie zakończenie, które w mojej skromnej opinii, zdecydowanie odbiega od całości to byłbym gotów dać ocenę wyższą o jedną gwiazdkę. Ponadto, spoglądając z kilkumiesięcznej perspektywy na całokształt, wyraźnie brakowało mi Mad Maxa w stylu Mela Gibsona – Tom Hardy był spoko, ale niestety takim występem nie zbuduje własnej legendy. Mimo tychże ułomność jest to pozycja absolutnie obowiązkowa!
źródło: http://www.madmaxmovie.com
Ocena: 7/10.

sobota, 6 lutego 2016

"The Hateful Eight"



Po niezaprzeczalnym sukcesie "Django Unchained" (osobiście znam jedynie dwie osoby, którym ten film nie podobał się w ogóle) Quentin Tarantino zafundował nam kolejną wycieczkę w konwencję westernu. Co prawda, gdy do internetu wyciekła pierwotna wersja scenariusza, byłem całkowicie przekonany, że "The Hateful Eight" nigdy nie powstanie. Na szczęście kiedy z Quentina zeszły ogromne pokłady irytacji i wkurwienia, postanowił zmienić zdanie, przerobił scenariusz i nakręcił ponad trzygodzinny, postmodernistyczny western. Warto również zauważyć, że przy okazji nowego filmu miała miejsce kolejna odsłona starego konfliktu ze Spike’iem Lee. Twórca "Malcolma X" od dawna bowiem krytykuje i nawołuje do bojkotu filmów Quentina za nadużywanie słowa nigger, które w Stanach Zjednoczonych stanowi prawdziwy temat tabu (jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się czym jest sławne N-word to macie odpowiedź). Z uwagi na historię ojczyzny Wuja Sama potrafię częściowo zrozumieć wymogi poprawności politycznej w tej kwestii, ale ostatnio chyba zbyt często dochodzi do kompletnie absurdalnych sytuacji.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Nienawistnej Ósemki" rozgrywa się niedawno po zakończeniu wojny secesyjnej, wśród ośnieżonych ostępów Wyoming. Niesławny łowca nagród John „The Hangman” Ruth (Kurt Russel) za pomocą wynajętego dyliżansu transportuje do Red Rock kryminalistkę Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh). Z powodu zbliżającej się potężnej śnieżycy na darmowy transport załapuje się czarnoskóry kolega po fachu, major Marquis Warren (Samuel L. Jackson) oraz przyszły szeryf Red Rock Chris Mannix (Walton Goggins). Ponieważ zamieć narasta z godziny na godzinę pasażerowie dyliżansu postanawiają poczekać na lepszą pogodę w przytulnym zajeździe. Po przybyciu na miejsce okazuje się jednak, że dotychczasowi właściciele zniknęli, interesu dogląda niejaki Meksykanin Bob (Demián Bichir), a towarzystwo spędzające śnieżycę przy komiku wydaje się wyjątkowo mocno podejrzane.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Na początek mała sugestia techniczno-organizacyjna: jeżeli macie zamiar oglądać "Nienawistną Ósemkę" w kinie to wybierzcie salę z naprawdę wygodnymi fotelami. Ósma produkcja Quentina Tarantino trwa bowiem ponad trzy godziny i pod koniec seansu naprawdę poczułem, że Czerwona Sala w Kinie Pod Baranami to nie jest chyba najwygodniejsze miejsce na świecie. Oczywiście czas trwania projekcji to prawdziwa gratka dla fanów reżysera "Pulp Fiction", który co prawda może kręci filmy dosyć rzadko, ale jak już to zrobi to przynajmniej mają więcej niż solidną długość. Nie napisałbym przy tym, że "The Hateful Eight" jest nużące, aczkolwiek co poniektórym uczestnikom seansu zdarzały się momenty wyraźnego osłabienia, a z najmroczniejszych rzędów kinowej sali dobiegało głośne chrapanie. Niemniej z mojej perspektywy zabawa była przednia, chociaż westernowa konwencja nie należy być może do moich ulubionych gatunków filmowych (z drugiej strony tak naprawdę mam spore zaległości w tym temacie). Jednakże muszę od początku podkreślić, że mimo, iż "Nienawistna Ósemka" to wyborne kino to "Django Unchained" jest moim zdaniem filmem o troszkę lepszym i z pewnością bardziej śmiechowym.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Można śmiało założyć, że akcja "The Hateful Eight" rozgrywa się nie tylko w uniwersum "Django Unchained", ale w zasadzie w szerokim uniwersum, które tak naprawdę dotyczy całej twórczości Tarantino (potwierdza to choćby przewijający się motyw wyrobów tytoniowych sygnowanych nazwą Red Apple). Jednakże w przeciwieństwie do wspomnianego westernu (w zasadzie southernu) fabuła "Nienawistnej Ósemki" wydaje się być o wiele bardziej skomplikowana i złożona – praktycznie każdy z tytułowej ósemki bohaterów skrywa jakąś tajemnicę. Tak naprawdę trudno nawet określić kto pełni rolę typowego villaina, ponieważ kandydatów jest zdecydowanie zbyt wielu! Oczywiście jak przystało na film Quentina przemoc momentami totalnie wypełnia ekran, chociaż w tej produkcji trup zaczyna ścielić się relatywnie późno. Niemniej długie oczekiwanie na śmierć kolejnych postaci z pewnością rekompensują metody ich uśmiercania, które czasem ocierają się o gore – aczkolwiek jest to bardzo specyficzne podejście. Naprawdę dawno nie widziałem sytuacji, w której widownia pękałaby ze śmiechu, ponieważ jeden z bohaterów właśnie umarł wskutek wyjątkowo spektakularnego rzygania fontannami krwi. Równie zaskoczył mnie natomiast poziom oklepu, który zbiera Daisy w trakcie trwania filmu – jestem jednak zmuszono nadmienić, iż według Grażki limo zdobiące facjatę tej kryminalistki wypadło koszmarnie. W "Nienawistnej Ósemce" Tarantino po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem pisania dialogów. Ponadto niektóre motywy z filmu prawdziwie urywają dupę – moje ulubione to wyjątkowo ekspresyjna opowieść o śmierci syna gen. Smithersa (wielkie pozdro dla tłumacza za słowo kutang, wywołujące ciepłe skojarzenia z mitycznym Kutang Klanem z "Kapitana Bomby") oraz list od Abrahama Lincolna. Do innych niezaprzeczalnych plusów należy zaliczyć piękne krajobrazy ośnieżonego Colorado, które na ekranie udaje Wyoming. Zwróćcie na nie uwagę na początku filmu, ponieważ potem akcja rozgrywa się w zasadzie wyłącznie w zajeździe, więc można to łatwo przegapić. Jak powszechnie wiadomo Quentin Tarantino znakomicie radzi sobie z wyborem utworów muzycznych do swoich filmów. Tym razem, chociaż ścieżka dźwiękowa opiera się w dużej mierze na kompozycjach legendarnego Ennio Morricone, to największe wrażenie zrobiła na mnie ballada śpiewana przez Daisy – Jim Jones At Botany Bay.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Aktorstwo – jak zwykle wypada znakomicie. Samuel L. Jackson po raz kolejny udowadnia, że jest aktorem ze ścisłego hollywoodzkiego topu. Jeden z najlepszych motywów filmu to niezwykle plastyczny monolog majora Warrena o śmierci syna gen. Smithersa – polecam zwrócić na niego szczególną uwagę. Brak nominacji do Oscara to taka sama potwarz jak w przypadku Jacka Gyllenhaala za "Nightcrawler". Na szczęście Akademia się troszkę ogarnęła i wyróżniła Jennifer Jason Leigh za epicką kreację z jednej strony fascynującej, ale również totalnie odrażającej kryminalistki Daisy skazanej na śmierć przez powieszenie. Jestem pod całkowitym wrażeniem aktorstwa tej kobiety i mam nadzieję, że zgarnie statuetkę, ponieważ w pełni na nią zasłużyła (choćby za szyderczy do granic uśmiech). Na drugim planie dzieje się naprawdę sporo: nie sposób nie wyróżnić znakomitego Kurta Russella, świetnego Tima Rotha (Oswaldo Mobray) czy Bruce’a Derna wcielającego się w konfederackiego gen. Smithersa. Również Michael Madsen (Joe Gage), garściami czerpiący z oszczędnej gdy aktorskiej Sylvestra Stallone’a w produkcjach takich jak "John Rambo" czy "Cop Land", jest akceptowalny. Moim osobistym faworytem jest Walton Goggins, grający przyszłego szeryfa Red Rock (przynajmniej wedle jego słów). Niby syn legendarnego rebelianta z Południa, ale w zasadzie hipokryta i kompletny oportunista. Warto zauważyć, że nawet ludzie grający zwykłych woźniców potrafili stworzyć fajne kreacje – propsy dla Jamesa Parksa oraz Zoë Bell.
źródło: http://thehatefuleight.com/
W zasadzie jedyny zarzut, jaki mogę postawić "Nienawistnej Ósemce", to delikatny brak świeżości. Chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to być może niewiele znacząca w kontekście całości uwaga, to jednak od Quentina Tarantino wymagam znacznie więcej niż od innych reżyserów i chciałbym, aby każda produkcja sygnowana jego nazwiskiem wnosiła jak najwięcej do światowej kinematografii. Mimo to film jest wyborny w odbiorze, więc jeżeli macie akurat ochotę na makabrycznie krwawy, wypełniony po brzegi czarnym humorem, postmodernistyczny western to polecam "The Hateful Eight".
źródło: http://thehatefuleight.com/
Ocena: 8/10.

środa, 27 stycznia 2016

"The Martian"



W ostatnich latach z nieukrywaną przykrością oglądam, jak upadają kolejne legendy kinematografii. Naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego niektórzy twórcy i aktorzy (najlepszy przykład to Al Pacino) rozmieniają się na drobne zamiast udać się do Szarej Przystani by pożeglować na zachód, do Valinoru odejść na zasłużoną emeryturę i zostać zapamiętanym wyłącznie za znakomite role czy produkcje. Na upadek Ridleya Scotta, którego jesteśmy obecnie świadkami, patrzę z ogromnym bólem serca. Przecież jest to twórca filmów takich jak "Alien", "Blade Runner", "Gladiator", "Black Hawk Down", "Kingdom of Heaven" czy "American Gangster"! Niestety ostatnie produkcje ("Prometheus", "The Counselor") wyjątkowo mocno nadwątliły pozycję Brytyjczyka w moich oczach. Dzisiaj na warsztacie ląduje kolejny uwielbiany przez krytykę film Ridleya Scotta, który według mnie zapowiadał się słabo już od samego początku. A zatem Panie i Panowie, przed Wami "The Martian"!
źródło: http://www.impawards.com
Po raz kolejny wracamy zatem na Czerwoną Planetę, tym razem zasiedloną przez załogową misję NASA. Dzielni kolonizatorzy otrzymują jednakże wiadomość o zbliżającej się srogiej, niszczycielskiej burzy – co de facto z powodu niskiego ciśnienia panującego na Marsie (mniej niż 1% ziemskiego) stanowi całkowitą imaginację. Dowódca Lewis (Jessica Chastain) podejmuje błyskawiczną decyzję o ewakuacji, mimo że botanik Mark Watney (Matt Damon) sugeruje po prostu przeczekać burzę. W trakcie marszu do kapsuły nasz bohater zostaje trafiony anteną, a pozostała część załogi uznaje go za zmarłego i opuszcza Marsa. Jak się jednak okazuje Mark wykazał się nadzwyczajną żywotnością i po ucichnięciu okrutnej burzy zaczyna sobie organizować życie na opustoszałej planecie, bez kontaktu z członkami misji oraz Ziemią.
źródło: http://www.foxmovies.com
Naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego reżyser mający spore doświadczenie w kręceniu filmów o kosmosie postanowił stworzyć taką abominację science fiction. Nie będę ukrywał: "Marsjanin" nie jest żadnym wybitnym dziełem, ba nie jest nawet solidną produkcją – to po prostu wyjątkowo przereklamowane ścierwo będące pokłosiem żenującej "Gravity" oraz podobnie napompowanego "Interstellar" (przy czym paradoksalnie dzieło Christophera Nolana uchodzi w tej trójcy za najlepsze). Film Ridleya Scotta momentami razi prawdziwą głupotą, a natężenie cudownych zbiegów okoliczności na jedną produkcję przekracza dopuszczalne normy jak promieniowanie w Czarnobylu. Pozwólcie zatem, że stworzę zestawienie najbardziej absurdalnych pomysłów, które miałem okazję zobaczyć w czasie seansu:
  • Aby zapewnić sobie ogrzewanie w marsjańskim łaziku wystarczy wykopać z ziemi generator jądrowy zasilany plutonem-238 i wsadzić go na tylne siedzenie – promieniowanie takie nieszkodliwe!
  • Zagrzebany w glebie od lat Pathfinder okazuje się być znakomitym narzędziem do komunikacji z Ziemią.
  • Macie do przejechania 3200 km po powierzchni Marsa – bez nawigacji (na Marsie nie występuje pole magnetyczne), bez wsparcia – jak wyznaczycie trasę, aby ominąć góry, wzgórza i miejsca, których nie pokona łazik? Skąd pozyskacie wodę i tlen? Gdzie będziecie defekować? W filmie nie znajdziemy oczywiście odpowiedzi na te pytania.
  • Jak to jest możliwe, że Hermes miał wystarczającą ilość paliwa by dolecieć na Marsa, wrócić na orbitę ziemską i ponownie polecieć na Marsa i wrócić na Ziemię?
  • Dlaczego na Hermesie jest tyle wolnych i bezużytecznych przestrzeni? Czyżby Ridley nie oglądał "Battlestar Galactica"?
  • Fajnie, że zwykły botanik jest w stanie przeprowadzić na sobie samym operację.
  • Przygotowanie w kosmosie bomby zajmuje mniej niż 30 minut. Eksplozja powoduje wyłącznie zamierzone efekty, nie uszkadzając statku kosmicznego więcej niż zakładano pierwotnie.
  • Do upragnionego ratunku brakuje kilkadziesiąt metrów – co zrobicie? Oczywiście nie zapominajcie, że w przestrzeni kosmicznej można śmiało wykorzystać dziurę w skafandrze jako źródło napędu!
źródło: http://www.foxmovies.com
Naprawdę dawno się tak nie wkurwiłem na żadnym filmie! Myślałem przecież naiwnie, że skoro Ridley zasiada na reżyserskim stolcu to "Marsjanin" będzie odpowiednio poważny i wypełniony mrokiem. W zamian dostałem natomiast dzieło, w którym chiński odpowiednik NASA, zrozpaczony losem biednego amerykańskiego astronauty, postanawia bez konsultacji z demokratycznym rządem w Pekinie odpalić Wujowi Samowi niemalże za friko najnowsze technologie ze swojego programu kosmicznego. Prawie za darmo, ponieważ ceną pomocy jest udział chińskiego kosmonauty w kolejnej misji załogowej na Marsa. Serio? Chyba scenarzyści stracili kontakt z rzeczywistością… Albo ta idylliczna wizja rzeczywistości jest po prostu kaprawym odzwierciedleniem obecnych uczuć odnośnie Federacji Rosyjskiej – jebać Moskwę, Pekin zawsze cacy! Abstrahując od ułomności scenariusza (niemal kompletny farmazon) to Ridley napakował swoje dzieło kompletnie zbędnymi scenami – najlepszy przykład to sekwencja, w której Mark pisze na głos wiadomość, a tekst jest następnie czytany przez Martineza załodze Hermesa. Absurd i nonsens.
źródło: http://www.foxmovies.com
Matt Damon w roli kosmicznego MacGyvera irytuje niezwykle mocno. Niby zwyczajny botanik, a jednocześnie fizyk, matematyk, mechanik etc. Prawdziwy człowiek marsjańskiego renesansu! Do tego epatujący niezłomną wiarą we własne możliwości i całkowicie pozbawiony defetystycznych ciągot – nawet gdy wskutek usterki utracił możliwość produkowania żywności! Pełen dramat. Czyżby twórcy nie słyszeli o "Cast Away"? Na drugim planie nie ma ani jednej interesującej kreacji. Bo czy dzielna, heroiczna i niemal pomnikowa załoga Hermesa może komukolwiek wydać się realna? Jessica Chastain po raz kolejny wciela się w nieomylnego zbawcę, aczkolwiek tym razem zamiast całej planety ma do uratowania jednego człowieka i jest gotowa postawić na szali życie całej załogi podejmując dosyć beztroskie decyzje – zaiste wspaniały dowódca! Z kolei Jeff Daniels to wszechmocny szef NASA, dysponujący nieograniczonym budżetem oraz pomocą chińskich przyjaciół, dzięki czemu może robić praktycznie co tylko zechce! Nie zabrakło oczywiście miejsca dla totalnie nierozgarniętego geniusza naukowca (Donald Glover), który będąc życiowym nieogarem jest w stanie znaleźć rozwiązanie każdego kosmicznego problemu. Natomiast Sean Bean gra tak, jak gdyby tylko biernie oczekiwał na nieuchronną śmierć swojej postaci – niestety (uwaga spoiler!) ku mojemu rozczarowaniu zgon nie następuje, a aktor musi się męczyć do końca filmu.
źródło: http://www.foxmovies.com
Moim zdaniem "Marsjanin" może być rozpatrywany wyłącznie w kategorii wyjątkowo mało zabawnej parodii science fiction – Złoty Glob za najlepszy film w kategorii komedia/musical to chyba jakiś chory żart. Nie wątpię jednakże, że w czasach powszechnej ucieczki od rozumu i myślenia najnowsze dzieło Ridleya Scotta zbierze o wiele więcej laurów. A zatem, parafrazując legendarne słowa Kosmicznego Ciecia z "Czerwonej Planety", krzyczę donośnie: fuck this movie!
źródło: http://www.foxmovies.com
Ocena: 3/10.

środa, 13 stycznia 2016

"Star Wars: Episode VII - The Force Awakens"

Minęło niemal siedemnaście lat odkąd po raz ostatni byłem w kinie na "Gwiezdnych Wojnach" – kawał historii, trudno mi w sumie uwierzyć, że miało to miejsce jeszcze w ubiegłym stuleciu, prawie dwie dekady temu. Dlaczegóż nie poszedłem na kolejne części nowej trylogii, spytacie. Otóż, seans "Mrocznego Widma" w nieistniejącym już kieleckim kinie Romantica, był tak monstrualnym kindybałem w szamot, że skutecznie zniechęcił mnie do "Ataku Klonów" oraz "Zemsty Sithów", które zobaczyłem dopiero po jakimś czasie od ich premier. Oczywiście nie wszystko było kompletnie fatalne, ale niesmak po Jar Jarze oraz późniejszej mistrzowskiej grze Haydena Christensena pozostał do dzisiaj. Kiedy dowiedziałem się, że ruszają przygotowania do kręcenia następnego tryptyku zacząłem przejawiać zdecydowanie mieszane uczucia. Niby z jednej strony nie dało się tego spierdolić bardziej niż "Mrocznego Widma", ale w końcu to przecież Disney, a hajs się musi zgadzać! Jednakże osoba J.J. Abramsa na reżyserskim stolcu dawała nową nadzieję na przynajmniej solidną produkcję. Poza tym przed premierą wiele mówiło się, że Jar Jar powróci jako lord Sithów, więc czemuż miałbym nie zobaczyć tego na własne oczy?
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "The Force Awakens" rozgrywa się mniej w trzydzieści lat po wydarzeniach z "Powrotu Jedi". Nie wszystko poszło tak znakomicie, jak się wydawało. Na zgliszczach Imperium wyrosło nowe zagrożenie. First Order, potężna militarno-polityczna organizacja (chętnie napisałbym: o wyjątkowo faszystowskim zacięciu), zarządzana przez, wyglądającego jak uzależniony od mefedronu ork, Najwyższego Przywódcę Snoke’a (Andy Serkis), pragnie odbudować dawną pozycję swojego poprzednika. Nowa Republika lekceważy poczynania mało znanego przeciwnika, przez co jedyne realne zagrożenie dla poczynań militarystów stanowi Ruch Oporu kierowany przez księżniczkę generał Leię (Carrie Fisher). Mimo to Snoke obawia się najbardziej powrotu rycerzy Jedi, chociaż Luke Skywalker (Mark Hamill) przepadł bez wieści lata temu, stając się legendą. Niemal obsesyjne poszukiwania zaginionego syna Vadera prowadzą obie strony, ale jak się okazuje to rebelianci zyskują przewagę.
źródło: http://www.starwars.com
"Przebudzenie Mocy" oglądałem w dosyć interesujących warunkach: poniedziałkowy seans w ponad 800-osobowej sali skupił jedynie garstkę widzów (około dwudziestu). Niemniej frekwencja oraz taktyczny wybór miejsca pozwolił mi nie słyszeć natrętnego siorbania i mlaskania, które tak bardzo uatrakcyjniają oglądanie filmów. Czytałem wiele pochlebnych opinii o nowym "Star Wars", a niejeden znajomy zdążył zbrandzlować się nad dziełem J.J. Abramsa na Facebooku - no ale przejdźmy do meritum. Pojawił się słynny pochyły tekst, akcja ruszyła z kopyta, a ja … zacząłem mieć wrażenie, że to wszystko już przecież gdzieś widziałem. Pustynna planeta (co prawda tym razem Jakku, a nie Tatooine, ale kto mi powie czym one się różnią poza nazwą?), na której wszyscy szukają małego, niezwykle sympatycznego, droida BB-8? I na której reprezentuje biedę porzucona w tajemniczych okolicznościach, a przy okazji niezwykle uzdolniona technicznie Rey (Daisy Ridley)? Zbudowana w kompletnej tajemnicy potężna broń umożliwiająca niszczenie planet? Dywersja na powierzchni planety w celu zniszczenia tejże machiny zagłady? Atak X-wingów z obowiązkowym wlatywaniem do środka monstrualnie wielkiego urządzenia? Ponadto pomimo coraz bardziej wypasionego wyglądu szturmowców ich skuteczność jakoś się nie polepszyła. Czy naprawdę, po mimo tak rozbudowanego uniwersum, przez te wszystkie lata nie można było napisać scenariusza, który byłby choć trochę bardziej nieprzewidywalny?
źródło: http://www.starwars.com
Jednakże wszystko to mogę zboleć, jeżeli tylko nie muszę oglądać paskudnego pyska Jar Jara (spoiler: niestety nie został lordem Sithów) oraz drewnianego w 100% Haydena Christensena. Pragnę natomiast zauważyć, że J.J. Abramsowi niestety nie udało się odtworzyć ulotnej magii towarzyszącej częściom IV-VI. Spośród całego filmu może ze dwie sceny zyskują w moim oczach status klasyczny. Może jestem już stary, ale akcja filmu rozgrywa się dla mnie zdecydowanie za szybko – w "Przebudzeniu Mocy" nie ma praktycznie miejsca na jakąś refleksję czy nawet trening adeptów Jedi. Czy może zatem dziwić, że osoba trzymająca po raz pierwszy w życiu miecz świetlny jest w stanie pokonać w trakcie solo mistrza jakiegoś tam zakonu z ciemniej strony mocy? No chyba troszkę absurd i nonsens – przecież nawet Luke musiał trenować z Obi Wanem i Yodą, aby coś w życiu osiągnąć! Oczywiście można podnieść zarzut, że skoro Jedi prawie wymarli to Kylo Ren nie miał sobie na kim poćwiczyć skillów, ale w takie uzasadnienie to mi się wierzyć nie chce. Dużo tu również przypadkowych zbiegów okoliczności oraz ratunków w ostatnich sekundach, ale w sumie wpisuje się to w konwencję "Gwiezdnych Wojen".
źródło: http://www.starwars.com
Chociaż powyższe akapity wypełnia raczej pesymistyczny opis filmu J.J. Abramsa to muszę przyznać, że jest to pod wieloma względami solidna produkcja. Jestem po prostu rozczarowany, że mimo tak długiego czasu i możliwości osiągnięto jedynie połowicznie zadowalający mnie efekt. Oczywiście, nawet pomimo upływu lat, detronizacja którejkolwiek części z oryginalnej trylogii to czyste mrzonki i podłe insynuacje, ale "Przebudzenie Mocy" zdecydowanie wyróżnia się tle epizodów I-III. Chociaż otrzymujemy klasyczny zestaw plenerów (pustynna planeta, zimowa planeta, planeta z dżunglą) to wprost epicko wygląda monstrualnych rozmiarów wrak krążownika rozbitego na Jakku. Ogromne wrażenie może również zrobić na widzach eskadra X-wingów nadlatujących z nad jeziora. J.J. Abramsowi z pewnością nie można zatem odmówić spektakularności – wyjątkowo nie miałem także wrażenia, że w którejś scenie przegięto z CGI (może z wyjątkiem Maz Kanaty – kompletnie nie kupuję tego tworu). Podobno położono szczególny nacisk na ograniczenie komputerowych efektów specjalnych i tam, gdzie było to możliwe, wykorzystano tradycyjne metody. Ciekawie zapowiada się również wewnętrzna rywalizacja w First Order: generał Hux (Domhnall Gleeson) vs. Kylo Ren. Wielkie brawa również za ściągnięcie starej obsady i sensowne włączenie jej w akcję nowej trylogii.
źródło: http://www.starwars.com
A skoro jesteśmy już przy obsadzie to sprawdźmy jak wypada pod tym względem "Przebudzenie Mocy". Od początku było wiadomo, że stara gwardia zostanie przesunięta na drugi plan, aby zrobić więcej miejsca dla nowych bohaterów. Czy zatem Daisy Ridley wcielająca się w Ren stanie się czymś więcej niż kolejnym obiektem masturbacji dla nerdów na całym świecie? Po pierwszej odsłonie trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Z pewnością trudno się czepiać aktorki za to co pokazała na ekranie, ale sama postać trochę mnie irytuje – jest bowiem trochę taki kosmiczny MacGyver w żeńskim wydaniu, któremu wychodzi wszystko, czego się tylko dotknie. Aczkolwiek potencjał istnieje i mam nadzieję, że J.J. Abrams tego nie spierdoli. Przejdźmy zatem do bohatera, który wzbudził ogrom kontrowersji, gdyż niektórym wydaje się, że "Gwiezdne Wojny" powinny być czyste rasowo. John Boyega pokazał się z dobrej strony, ale konstrukcja nieustannie dyszącego Finna nie do końca mnie przekonuje (coś za szybka ta przemiana ze szturmowca w rebelianta). O wiele ciekawszy wydaje się choćby Poe (Oscar Isaac), chociaż pojawia się jedynie epizodycznie. Ogromnie zawiódł mnie natomiast ponoć tak bardzo doskonały Adam Driver. Dla mnie Kylo Ren to pierwszy w historii emo-Jedi, a jego niekontrolowane wybuchy gniewu i machanie mieczem świetlnym są raczej żenująco śmieszne niż przerażające. Stara gwardia wypada za to znakomicie: wielkie propsy dla Harrisona Forda (Han Solo), Carrie Fisher oraz Marka Hamilla.
źródło: http://www.starwars.com
Jakkolwiek w recenzji wymieniłem może znacznie więcej negatywnych spostrzeżeń niż pozytywów to napisanie, że "Przebudzenie Mocy" nie jest solidnym filmem byłoby sporym przekłamaniem. Zdecydowany wpływ na kształt tego tekstu miały bowiem moje wygórowane oczekiwania odnośnie produkcji J.J. Abramsa. Możliwe, że w wielu miejscach czepiam się mało istotnych z Waszego punktu widzenia elementów, ale dopóki to ja jestem narratorem dysponuję niezbywalnym prawem do ich uwypuklenia. Dla mnie największymi bohaterami "Przebudzenia Mocy" pozostaną Han Solo, Leia oraz BB-8. Polecam zobaczyć to na własne oczy i wyrobić sobie osobistą opinię. A tymczasem na zachętę i dobry początek postanowiłem wystawić ocenę troszkę wyższą niż początkowo planowałem.
źródło: http://www.starwars.com
Ocena: 7/10 (na zachętę - moc we mnie jeszcze silna jest)