niedziela, 30 czerwca 2019

"Ślepnąc od świateł"/"Blinded by the Lights" (sezon 1, 2018)


Handluję kokainą wyłącznie dla pieniędzy. Nie dla rzeczy, które mógłbym za nie kupić, tylko dla nich samych*.

Ostatnio trochę mało piszę, ale gdy na dworze jest gorąco jak w kutasie Wulkana (ach te subtelne bon moty Tytusa Pullo!), to jednak zdecydowanie więcej czasu spędzam na rowerze niż przed ekranem komputera. Dodatkowo po nawet pobieżnym przeglądzie ostatnich, sporadycznie pisanych, recenzji, można wysnuć wniosek, że postanowiłem zostać dziwką HBO i zrecenzować każdy serial sygnowany ich logiem. Niestety prawda jest brutalna: amerykańska stacja nic mi nie płaci, a tematyka tekstów wynika raczej z wysokiej jakości produkcji HBO oraz z okresowej niechęci do kina, która trzyma mnie jeszcze od ostatnich Oscarów. Niemniej wkrótce rusza kolejna edycja Letniego Taniego Kinobrania w Kinie Pod Baranami, więc z pewnością nadrobię trochę zaległości z wielkiego ekranu. Dzisiaj jednakże pozostaję w dotychczasowych klimatach, aczkolwiek w zdecydowanie bardziej ojczystej odsłonie. "Ślepnąc od świateł" zrobiło prawdziwą furorę pod koniec zeszłego roku, a przez wielu brandzlowników zostało obwołane nawet najlepszym polskich serialem w historii. Gwoli ścisłości dodam jedynie, że jest to ekranizacja powieści Jakuba Żulczyka z 2014 roku wydanej pod tym samym tytułem. Książkę przeczytałem jednak dopiero po obejrzeniu serialu, żeby mieć materiał porównawczy, także w recenzji będę posługiwał się imionami bohaterów z serialu (tak, różnią się z pierwowzorem, a wytłumaczenie jest wręcz idiotyczne).
© 2019 Home Box Office Inc.
Kokaina i alkohol kochają cię najbardziej na świecie.
Kuba (Kamil Nożyński) to kokainowy diler detalista, przemierzający nocą Warszawę w poszukiwaniu srogiego hajsu: zaopatruje zarówno polityków, gwiazdy rapu, popularnych prezenterów telewizyjnych, jak i zamożne kobiety z wyższych finansowych sfer. Ponieważ chłopak ma naturalny talent do cyferek oraz skrupulatnie chroni własną tożsamość (w zasadzie można sobie zadać pytanie czy jeszcze ją posiada), stał się najlepszym człowiekiem nowostylowego gangstera Jacka (Robert Więckiewicz). Chociaż w przedświątecznym tygodniu pracy jest bez liku, Kuba marzy o upragnionym wyjeździe na trzytygodniowe wakacje do Buenos Aires. Jednakże, jak to zwykle bywa przed wakacjami, trzeba wpierw załatwić wszystkie pilne interesy – w tym m.in. przejęcie znanego i bardzo wartościowego klubu Betlejem od uzależnionego od prochów Malucha (Krzysztof Zarzecki). Perfekcyjne i poukładane życie Kuby ulega całkowitej zmianie, gdy w Warszawie pojawia się niedawno wypuszczony z więzienia, stary pruszkowski, były druh Jacka, Dario (Jan Frycz).
© 2019 Home Box Office Inc.
Kokaina jest wszystkim. Jest krwią, która płynie przez życie, interesy, przez pieniądze.
Jeżeli chodzi o porównanie literackiego pierwowzoru i serialu to nie mam ambicji przeprowadzania szczegółowej analizy. Moim zdaniem serial Krzysztofa Skoniecznego (pamiętacie bezkompromisowe "Hardkor Disko"?) jest dosyć wierny powieści Jakuba Żulczyka. Oczywiście parę różnić znajdziemy (np. wspomniane imiona, rodowód torby, czy postać Sikora, o którym w książce się jedynie wspomina gdzieś na marginesie), ale generalnie nie ma to większego wpływu na odbiór całości. Ciężko czepiać się również rozwiązań fabularnych zastosowanych w serialu, skoro zostały uprzednio (w większości) wykorzystane w literackim pierwowzorze. Na pewno twórcy postanowili trochę bardziej udramatyzować akcję – jak choćby w wątku wypadku samochodowego Mariusza (Cezary Pazura) czy zatrzymania Kubusia przez niezłomną grupę operacyjną. Niemniej serial ogląda się bardzo dobrze (wręcz znakomicie!), podobnie zresztą jest w przypadku lektury powieści Żulczyka (wchodzi jak złoto). Bardzo łatwo również odnieść wrażenie, że wiele ekranowych wydarzeń jest inspirowanych prawdziwymi historiami. Wracając jednakże do produkcji HBO to wbrew panującej opinii nie jestem zachwycony czołówką (te efekty specjalne to chyba nie są najlepsze). Piosenka It's Raining Today Scotta Walkera średnio przystaje do tematyki serialu, a zestawienia kontrastowego kompletnie nie kupuję. Tu by się raczej przydał jakiś mocny utwór serialowego Pioruna vel Poziomki z Piździchowa (rewelacyjny Krzysztof Skonieczny).
© 2019 Home Box Office Inc.
To jakbyś myślał, że nie ma innego świata poza tym teraz i tutaj. Poza tym chujowym, przejebanym miastem. 
I taka właśnie jest ekranowa Warszawa, choć trzeba przyznać, że zdjęcia Michała Englerta (w szczególności nocne) robią kolosalne wrażenie – ogólnie pod względem realizacyjnym jest to bardzo wysoki poziom. Wraz z bohaterami serialu przemierzamy modne knajpy i hipsteriony, ale także wielkie, ponure blokowiska, przaśne zajazdy czy podrzędne mordownie z parszywymi typami. Obraz społeczeństwa stolicy kreślony ręką Żulczyka, a następnie przeniesiony na ekran, jest totalnie depresyjny. Czytałem kiedyś fajną opinię, że gdyby bohaterowie serialu mogli spojrzeć na siebie z perspektywy Kuby, to z pewnością popełniliby samobójstwo. Detalista nie oszczędza w umysłowej, srogiej krytyce żadnego ze swoich klientów, a często dokłada również współpracownikom czy pracodawcom. W zasadzie w "Ślepnąc od świateł" nie uświadczymy żadnych postaci pozytywnych – najbliżej osiągnięcia takiego statusu jest oddana przyjaciółka Kubusia, Pazina (Marta Malikowska). Proces stopniowego staczania się głównego bohatera w otchłań kompletnego chaosu i zatracenia staje się niezwykle wciągającym przeżyciem, niemniej osobiście nie przemawiają do mnie postapokaliptyczne sny (wizje?) nawiedzające Kubę. Doceniam niemniej warsztat twórców, który pozwolił na stworzenie konwencji totalnego niepokoju. Na ogromny plus należy natomiast zaliczyć hip-hopową twórczość Pioruna, wspieranego przez Tureckiego Króla, a w szczególności teledysk do utworu Od braci dla braci. Warto także docenić garść bon motów, które mam nadzieję wejdą do codziennego użytku.
© 2019 Home Box Office Inc.
Każdemu na koniec jego własny dowcip.
Aktorstwo jest najpoważniejszym problem i jednocześnie największą zaletą "Ślepnąc od świateł". Debiutujący na ekranie Kamil Nożyński (na co dzień raper Saful ze składu Dixon37) sprawdza się dobrze mniej więcej do połowy serialu. Dopóki Kubuś trzyma gardę pozbawionego emocji, wyrachowanego i chłodnego icemana, to jego kreację można uznać za sukces. Jednakże, gdy na scenę wkraczają emocje to kamienna twarz zamienia się w poważną wadę – aktor zdecydowanie musi popracować nad swoim warsztatem, ponieważ pojawia się duży problem z odbiorem ostatnich odcinków serialu. W szczególności, jeżeli za partnerkę dostaje tak drewnianą aktorkę jak Marzena Pokrzywińska (Paulina). Chemii między tymi postaciami nie ma kompletnie żadnej, a cały misterny konstrukt upadku Kubusia opiera się ponoć właśnie na afekcie do jego byłej. Naprawdę wypadło to kolosalnie słabo. Nie do końca podobała mi się również rola Cezarego Pazury, który wcielając się w znanego prezentera i showmana, zagrał po prostu Króla TVNu. Na szczęście "Ślepnąc od świateł" wypełnione jest również wspaniałymi, niezapomnianymi występami. Świetnie zaprezentowała się choćby Agnieszka Żulewska (Anastazja) czy Ewa Skibińska (Ewa), ale laury za najlepszy występ żeński należą się Marcie Malikowskiej za przejmującą rolę Paziny. Nie sposób nie docenić również epickiej roli reżysera Krzysztofa Skoniecznego (Piorun), depresyjnej kreacji Eryka Lubosa (Marek), epizodycznego, acz niezapomnianego występu Jacka Belera (Sikor) czy przejmująco realistycznego Janusza Chabiora (Stryj). Na koniec pragnę zwrócić Waszą uwagę na dwie najlepsze role. Początkowo myślałem, że Robert Więckiewicz zawłaszczy kompletnie serial dla siebie. Monologi Jacka na siłowni i w jacuzzi oraz scena spotkania wigilijnego z kolegami po fachu to prawdziwa poezja i aktorski Parnas. Normalnie Jacek byłby królem "Ślepnąc od świateł", gdyby nie pojawił się ON. Dario w wykonaniu Jana Frycza to jest coś czego nikt się nie spodziewał. Kurwa, śmiem twierdzić, że jest to chyba najlepiej zagrany villain w dziejach polskiej telewizji, który w także w światowych rankingach mógłby powalczyć o wysokie lokaty. Jan Frycz stworzył niezapomnianą, totalnie odjechaną kreację, która po prostu ryje banię. Każda scena z jego udziałem to mistrzostwo aktorskiego fachu, w każdej scenie zawłaszcza ekran tylko dla siebie, sprawiając, że z wytęsknieniem czekamy na jego powrót. Panie i panowie, chapeau bas!
© 2019 Home Box Office Inc.
"Ślepnąć od świateł" nie jest z pewnością serialem doskonałym i posiada sporo wad, których można było uniknąć. Szkoda, że serial po połowie siada tak pod względem aktorskim (Kuba i Paulina) i trochę fabularnym – można ubolewać nad zmarnowanym potencjałem. Niemniej nie żałuję tych paru godzin spędzonych na projekcji, zważywszy, że miałem okazję zobaczyć zło wcielone pod postacią Daria.
© 2019 Home Box Office Inc.

Ocena: 7/10 (Dario w wykonaniu Jana Frycza 11/10).

*Wszystkie cytaty pochodzą z książkowego pierwowzoru.

czwartek, 30 maja 2019

"The Young Pope" (sezon 1, 2016)


I am a contradiction. Like God. One in three and three in one.
Like Mary, virgin and mother. Like man, good and evil.

Po spektakularnej porażce ostatniego sezonu "Gry o tron" (niestety nie mam nawet ambicji tworzenia tekstu o tej totalnej klęsce, chociaż z pewnością pisałoby się łatwiutko i przyjemnie) postanowiłem zatopić smutki i żale w kolejnej serialowej produkcji sygnowanej logiem HBO. Kontrowersyjny, szczególnie w Polszy, gdzie szerzy się żenująco płytki, wręcz prymitywny, kult JP2 (ktoś przeczytał choćby jedną encyklikę autorstwa Karola?), pomysł na serial o młodym papieżu autorstwa Paolo Sorrentino, twórcy "Wielkiego piękna"? Brzmi po prostu świetnie! W szczególności, jeżeli w trakcie studiów podczas niejednej libacji alkoholowej planowaliście osadzić na tronie Piotrowym papieża, który pod zaszczytnym przybranym imieniem Zdzisława I, zaraz po wyborze ogłosiły, że bóg nie istnieje. Jakże bardzo należy ubolewać, że niektóre pomysły nigdy nie wychodzą poza rozbudowaną fazę planowania... Niestety w dzisiejszych czasach studenci stracili rewolucyjny zapał, nawet do realizacji tak zabawnej i szczytnej idei. Choć z drugiej strony być może ktoś kiedyś dumnie wzniesie sztandar Zdzisława I, tak jak sztandar pułkownika Xawrasa Wyżryna z powieści Jacka Dukaja. No, ale postarajmy się skupić na serialowej rzeczywistości "The Young Pope".
© 2019 Home Box Office Inc.
Akcja "Młodego papieża" rozpoczyna się wkrótce po zaskakującym wyniku konklawe. Ku zdziwieniu światowej opinii publicznej na tron Piotrowy wstąpił pierwszy amerykański papież, prawie nikomu nieznany, a dodatkowo dosyć młody wiekiem Lenny Belardo (Jude Law). O duchownym, wychowanym przez siostrę Mary (Diane Keaton) w katolickim sierocińcu po porzuceniu przez rodziców-hipisów, który mieli coś do załatwienia w Wenecji, nie wiadomo praktycznie nic. Wybór tak tajemniczej postaci okazuje się wkrótce sprytnym zagraniem marketingowym jednej z wiodących frakcji kardynałów, w której prym wiedzie wszechpotężny przekręciaż Voiello (Silvio Orlando). W opinii kościelnych dostojników Lenny wydawał się bowiem idealną osobą do manipulacji, dlatego też postanowili zdradzić jego dotychczasowego protektora, zatwardziałego konserwatystę Spencera (James Cromwell), który był niemal pewny swojego pontyfikatu. Niemniej szybko okazuje się, że papież Pius XIII ma własne, dosyć kontrowersyjne pomysły na sanację Stolicy Apostolskiej.
© 2019 Home Box Office Inc.
Z pewnością "The Young Pope" jest na swój sposób serialem fascynującym, jednakże moim zdaniem nie posiada aż takiej mocy przyciągającej do kolejnego odcinka jak choćby niedawno recenzowane "Big Little Lies" czy choćby trzeci sezon "True Detecitve". Produkcja Paolo Sorrentino długimi fragmentami przyjmuje zdecydowanie poważny ton poruszając niebanalne problemy trapiące współczesny kościół oraz głównego bohatera. Pedofilia, alkoholizm, homoseksualizm/biseksualizm/molestowanie seksualne, wiara na pokaz, brutalna walka o wpływy i przekręty są bowiem w Watykanie na porządku dziennym. Z kolei Lenny, który momentami wydaje się być niemal świętym człowiekiem pragnącym na nowo zdefiniować fundamentalizm katolicki (z wyjątkiem palenia papierosów, które stają się jego nieodłącznym atrybutem), za chwilę potrafi zmienić się w bezwzględnego, epatującego chciwością (co mi przewieźliście w prezencie?), szantażystę, karierowicza i oportunistę, który bez mrugnięcia okiem postanowił porzucić swojego dotychczasowego mentora. Swoją drogą scena ukazująca wkurwienie kardynała Spencera po wyborze młodego papieża jest po prostu oszałamiająca. Warto również podkreślić, że nasz bohater zdecydowanie nie radzi sobie z traumą po porzuceniu przez rodziców-hipisów i motyw ten towarzyszy nam aż do finałowego dziesiątego odcinka. Nie wiem też za bardzo co tak naprawdę myśleć o wierze i stosunku do boga Piusa XIII. Z jednej strony często podkreśla swój ateizm, aczkolwiek jednocześnie dysponuje pewnym mistycznym wpływem na otaczającą rzeczywistość (przeważnie Lenny nie prosi o nic boga, on przedstawia swojego żądania)
© 2019 Home Box Office Inc.
Dodatkowo w "Młodym papieżu" pojawia się bardzo wiele motywów wymykających się nie tylko standardowemu postrzeganiu papiestwa, ale i w ogóle dosyć oryginalnych w serialowych uniwersach. Jeden z moich faworytów w tej kategorii to wątek kangura, któremu Lenny postanowił wspaniałomyślnie darować wolność, aby beztrosko hasał po watykańskich ogrodach. Z kolei bardzo dziwacznie odebrałem motyw lokalnego uzdrowiciela (imponująca scena odwiedzin) oraz bezpłodności Esther (Ludivine Sagnier), zawierający przynajmniej jedną wręcz szokującą scenę. Jeśli miałbym się jeszcze do czegoś przyczepić to mniej więcej gdzieś około ósmego odcinka zmienia się klimat serialu, uderzając w tony, które zdecydowanie mniej przypadły mi do gustu. Niemniej "The Young Pope" ma naprawdę wiele zalet. Poczynając choćby od znakomitej czołówki, w której oglądamy Lenny’ego przechadzającego się korytarzem z obrazami na ścianach (w które znakomicie wpleciono ruchomą kometę), poprzez olśniewającą scenografię i kostiumy (zwróćcie uwagę na scenę, w której wykorzystano piosenkę Sexy and I Know It LMFAO), aż po ostre jak mahakamski sihill Geralta dialogi.
© 2019 Home Box Office Inc.
Wcielając się w Lenny’ego Jude Law zagrał moim zdaniem rolę życia. Odkąd obejrzałem serial zawsze kiedy słyszę słowo papież albo Watykan widzę oczyma wyobraźni Lenny’ego w papieskim outficie, okularach przeciwsłonecznych i szlugiem w pysku. Monstrualna jest to kreacja i wiele twarzy posiadająca: od łagodnego ojca świętego przez twardego, bezwzględnego ucznia Machiavelliego po zagubionego chłopca z sierocińca, który marzy o odnalezieniu rodziców. O ile wcześniej nie zawsze szanowałem Jude’a, o tyle teraz udowodnił, że prowadziłem grzeszny żywot pełny nieświadomości, błędów i wypaczeń (wybacz mi, Lenny!). Tak naprawdę jest to jeden z niewielu seriali, w których naprawdę ciężko wskazać słabe występy. Zarówno Diane Keaton, wcielająca się w siostrę Mary, jak i Silvio Orlando tworzący niejednoznaczną kreację kardynała Voiello, wypadają znakomicie. Na osobne wyróżnienie zasługuje James Cromwell, którego kardynał Spencer zaczyna serial na ostrym wkurwieniu, schładzając emocje z każdym odcinkiem. Na propsy zasłużyli również Javier Cámara (Gutierrez), Scott Shepherd (kardynał Dussolier) oraz Marcello Romolo (ojciec Tommaso).
© 2019 Home Box Office Inc.
Może "Młody papież" nie porwie Was w zatracającą podróż od pierwszego odcinka, ale z pewnością należy docenić cięższy kaliber serialu i stopniowo rozkoszować się produkcją Paolo Sorrentino. Chociaż poziom nieznacznie spada pod koniec sezonu, to jednak za całokształt i Lenny’ego jarającego wciąż papierosy niczym Borygo, muszę wystawić wysoką ocenę.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ocena: 8/10.

wtorek, 30 kwietnia 2019

"Big Little Lies" (sezon 1, 2017)


I love my grudges. I tend to them like little pets.

Po niedawnej recenzji trzeciego sezonu "True Detective" postanowiłem jeszcze na chwilę pozostać w świecie seriali (i akurat nie chodzi mi o ten dwutygodnik), a dokładniej produkcji sygnowanych logiem HBO. Dzisiaj na warsztat trafił serial, o którym słyszałem naprawdę wiele dobrego, a ponieważ akcję osadzono w kalifornijskich krajobrazach okolic Monterey (a przecież wielokrotnie już sławiłem tutaj uroki Złotego Stanu), nie mogłem sobie po prostu odmówić przyjemności. Dodatkowo "Big Little Lies" (w Polszy znane pod wyjątkowo zgrabnie przetłumaczonym tytułem "Wielkie kłamstewka"), ponieważ to właśnie o nich mowa, zebrały naprawdę znakomitą obsadę: Nicole Kidman, Reese Witherspoon, Laura Dern, czy choćby prawdziwy weteran produkcji HBO ("Generation Kill", "True Blood") Alexander Skarsgård. Z powodu rychło zbliżającej się premiery drugiego sezonu zapowiedzianej na 9 czerwca 2019 roku, postanowiłem napisać parę słów o "Wielkich kłamstewkach", żywiąc nadzieję, że jeśli jeszcze nie widzieliście serialu HBO to uda mi się Was zachęcić do jego obejrzenia. Warto dodać, że "Big Little Lies" powstało na podstawie bestsellerowej powieści autorstwa australijskiej pisarki Liane Moriarty wydanej w 2014 roku pod tym samym tytułem. Uprzedzając fakty pierwszy sezon wyczerpał fabularny materiał z książkowego pierwowzoru, ale po ogromnym sukcesie serialu autorka stworzyła krótki tekst przedstawiający dalsze losy bohaterów (podobno nie zostanie opublikowany w formie książki, ale to przecież nigdy nie jest pewne).
© 2019 Home Box Office Inc.
Do pięknie położonego na Oceanem Spokojnym Monterey sprowadza się niezbyt zamożna i srogo doświadczona przez życie księgowa Jane Chapman (Shailene Woodley). Jej małoletni syn Ziggy (Iain Armitage), którego ojca nawet nie zna, rozpoczyna naukę w miejscowej szkole podstawowej. Jednakże już pierwszego dnia chłopiec zostaje oskarżony o napaść na koleżankę z klasy, Amabellę (Ivy George). Co gorsze matką dziewczynki okazuje się niezwykle zamożna, wyjątkowo przewrażliwiona i mająca ambicję rządzenia miastem Renata Klein (Laura Dern). W tej jakże niewesołej sytuacji z nieoczekiwaną pomocą Jane przychodzi lokalna oponentka Renaty, Madeline Mackenzie (Reese Whiterspoon), która wciąga do gry również swoją bliską przyjaciółkę, byłą prawniczkę Celeste Wright (Nicole Kidman). Powstały w ten sposób kobiecy triumwirat rozpoczyna obyczajowo-edukacyjną batalię z frakcją Renaty, zmagając się jednocześnie z wieloma problemami natury osobistej.
© 2019 Home Box Office Inc.
Nie spodziewałem się, że serial przeważnie obyczajowy z lekkim wątkiem kryminalnym może dysponować tak silnym magnetyzmem, który wręcz przymusza widza do obejrzenia kolejnego odcinka. David E. Kelly, który stworzył tę produkcję, wykonał kawał znakomitej i przede wszystkim bezbłędnej roboty. Przeniesienie akcji książkowego pierwowzoru z Sydney do Monterey okazało się strzałem w dziesiątkę choćby już pod względem wyjątkowo pięknych krajobrazów i widać to od pierwszych sekund projekcji. Zwróćcie uwagę na jedną z najlepszych czołówek ostatnich lat, chociaż jej opis może wydawać się na pozór nieszczególnie interesujący. Cóż może być ciekawego w matkach wiozących dzieci do szkoły, wygłupiających się przed kamerą dzieciakach czy też pozujących bezpośrednio do widza kobiet przebranych za różne wersje Audrey Hepburn? Jak się okazuje WSZYSTKO, jeżeli przypadkiem zostało to nakręcone na epickiej szosie nad wybrzeżem Pacyfiku, a całość uzupełnia znakomita piosenka Cold Little Heart Michaela Kiwanuka. O Monterey mógłbym napisać osobny tekst, ale mam jedynie nadzieję, że będzie mi dane pojawić się pewnego pięknego dnia w tym kalifornijskim mieście i zostać tam na dłużej. Wracając do tematu w tym wątku warto także zwrócić uwagę na epickie rezydencje naszych bohaterów (sorry Jane, ale ten temat, akurat nie dotyczy ciebie), położone w większości bezpośrednio nad brzegiem oceanu. I chuj z zarzutami, że to czysty amerykański high life, do tego trzeba dążyć i tak właśnie trzeba żyć! Z mojego skromnego życiowego doświadczenia wiem, że nic nie uspokaja tak dobrze jak delektowanie się winem na plaży wsłuchując się w szum oceanu (sprawdziłem w portugalskim Miramar – swoją drogą też piękne miejsce do życia).
© 2019 Home Box Office Inc.
"Big Little Lies" jest świetnie prowadzone pod względem fabularnym. Wątek kryminalny pojawiający się od samego początku wzbudza wyjątkowe zainteresowanie, ponieważ wiemy, że coś się stało, ale tak naprawdę nie wiadomo o co dokładnie chodzi.  Zajebiste jest również to, że mimo, iż serial został początkowo zakontraktowany na klasyczne osiem odcinków, to gdy twórcy uświadomili sobie, że wystarczy siedem, nikt nie wpadł na pomysł rozcieńczenia fabularnego w dodatkowych odcinku, przez co „Big Little Lies” w ogóle nie tracą na intensywności. Mimo, że zdecydowania większość bohaterek zalicza się do wspomnianego high life, to jednak można odnieść wrażenie, że mimo wraz z rosnącym stanem konta nie były w stanie uwolnić się od przyziemnych problemów trapiących wielu z nas. Nadopiekuńczość przeradzająca się w obsesję, bolesne kłótnie z buntującą się nastoletnią córką, przemoc domowa czy niewierność małżeńska nie są przecież zjawiskami nie z tej ziemi. A dostajemy również wątek Madeline walczącej o wolność słowa poprzez wystawienie kontrowersyjnej sztuki w miejskim teatrze. Cóż można więcej dodać – ogląda się to wszystko po prostu znakomicie!
© 2019 Home Box Office Inc.
Aktorstwo – tu kurwa nie ma miejsca na słabe występy. Jak dla mnie "Big Little Lies" kompletnie zawłaszczyła Reese Witherspoon. Choć w pierwszej chwili Madeline może być odbierana jako typowa blond-idiotka, to jednak z czasem stała się chyba moją ulubioną postacią w całym serialu. Reese Witherspoon pokazała pełnię warsztatu tworząc tak skomplikowaną bohaterkę, trapioną przez wiele różnorodnych problemów – ode mnie dostaje najwyższe uznanie za ten niezapomniany występ. Również reszta kobiecego triumwiratu wypada bardzo dobrze na ekranie – oklaski dla Nicole Kidman oraz Shailene Woodley. Na szczęście nie jest to film Marvela, więc na pochwały zasłużyła także Laura Dern, wcielająca się w serialową antagonistkę. Opis aktorstwa rozpoczął się zdecydowanie od mocnego feministycznego uderzenia, ale chociaż panowie są lekko zmarginalizowani, to jednak również należy docenić ich wkład. Alexander Skarsgård imponuje zimną, wyrachowaną brutalnością, Adam Scott (Ed Mackenzie) ciepłem i oddaniem, a Jeffrey Nordling (Gordon Klein) cierpliwością do znoszenia absurdalnych humorów małżonki. Kiedyś bardzo często mówiło się, że ogromną bolączką polskich filmów i seriali są występy dziecięce (vide małoletnia Ciri w "Wiedźminie"). To zobaczcie sobie jak amerykańskie dzieci świetnie grają – jedną z fajniejszych postaci jest przebojowa córka Madeline, Chloe, w którą wcieliła się Darby Camp. Warto także docenić Ivy George oraz Iaina Armitage’a.
© 2019 Home Box Office Inc.
"Big Little Lies" to dla mnie serial kompletny. Znakomity klimat, wciągająca fabuła oraz bezbłędne aktorstwo dostarczyły mi wyjątkowych wrażeń, których nie doświadczałem od dawna. Przygnębienie po słabym oscarowym roku poszło w zapomnienie w jednej chwili. Z jednej strony chciałbym, żeby "Wielkie kłamstewka" zakończyły się po jednym sezonie, zapisując się złotymi zgłoskami w moich wspomnieniach, ale z drugiej niezwykle ciężko oprzeć się pokusie powrotu do Monterey…
© 2019 Home Box Office Inc.
Ocena: 10/10.

środa, 24 kwietnia 2019

"True Detective" (sezon 3, 2019)


You ever been somewhere you couldn't leave, and you couldn't stay, 
both at the same time?

Im dalej od tegorocznych Oscarów, tym bardziej wydają mi się słabe, więc na jakiś czas postanowiłem poświęcić się nadrabianiu serialowych zaległości. Parę ładnych lat upłynęło nim twórcy "True Detective" podnieśli się po totalnej klęsce drugiego sezonu. Kompletne, lecz jednocześnie wyjątkowo odważne, odejście od stylistyki i klimatu z premierowej odsłony wzbudziło tak wiele negatywnych emocji, że miałem spore wątpliwości czy kiedykolwiek projekt zostanie jeszcze wznowiony. No, ale minęło trochę czasu, widownia pewnie zapomniała grzechy przeszłości, a hajs się musi zgadzać się czemu nie. Do trzeciej odsłony serialu twórcy przygotowywali się naprawdę na grubo. Wystarczy choćby wspomnieć, że angaż do głównej roli otrzymał Mahershala Ali, który po tegorocznej gali przygarnął już drugiego Oscara (tym razem za występ w recenzowanym niedawno "Green Book"). A dodatkowo akcję osadzono w niezwykłym, specyficznym miejscu. Płaskowyż Ozark to kraina obejmująca obszary leżące w czterech stanach: Missouri, Arkansas, Oklahoma oraz Kansas. Obszar pod wieloma względami (m.in. etnicznym, kulturowym) wyraźnie wyróżnia się na tle pozostałych regionów w USA. Niemniej w trzecim sezonie "True Detective" ograniczono się jedynie do części Ozark leżącej w stanie Arkansas. Wydawało się zatem, że wszystko idzie wręcz znakomicie i ręce same będą się składać do oklasków.
© 2019 Home Box Office Inc.
Akcja trzeciej odsłony "True Detective" rozpoczyna się w 1980 roku. Wyraźnie znudzeni pracą detektywi stanowej policji z Arkansas Wayne Hays (Mahershala Ali) i Roland West (Stephen Dorff) otrzymują sprawę tajemniczego zaginięcia dwójki dzieci Toma (Scoot McNairy) oraz Lucy (Mamie Gummer) Purcell. Dzieciaki, wybrawszy się na rowerową przejażdżkę po okolicznych lasach, nie wróciły nigdy do domu. Śledztwo od samego początku wydaje się być czymś więcej niż tylko prostą sprawą dotyczącą zaginięcia, a aktywny udział miejscowych notabli oraz władz stanowych nie pomaga funkcjonariuszom w wyjaśnieniu tajemnicy. Już z pierwszego odcinka dowiadujemy się, że nie wszystko w 1980 roku poszło tak jak powinno, gdyż akcja płynnie przenosi się także do roku 1990, gdy wznowiono zamknięte śledztwo oraz do 2015, w którym sędziwy i miewający poważne problemy z pamięcią detektyw Hays udziela wywiadu telewizyjnej dziennikarce śledczej.
© 2019 Home Box Office Inc.
Czołówka została konsekwentnie utrzymana w dotychczasowym stylu, niemniej z przykrością muszę zawiadomić, że wykorzystana tym razem piosenka Death Letter wykonywana przez Cassandrę Wilson zrobiła na mnie dosyć średnie wrażenie. W efekcie postanowiłem ją umieścić na trzecim miejscu w moim prywatnym rankingu (króluje oczywiście Nevermind Leonarda Cohena z drugiej odsłony). Utwór co prawda dobrze wpisuje się w nieśpieszny klimat sezonu, ale zdecydowanie brakuje mu wyrazistości i trochę bardziej kojarzy mi się z Głębokim Południem niż z płaskowyżem Ozark. Już na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że twórcy "True Detective" wyraźnie pragnęli zapomnieć o drugim sezonie i postanowili stworzyć coś przypominającego klimatem premierową odsłonę serii. Jeśli zwrócimy baczną uwagę na początkowe śledztwo z 1980 roku to można odnieść niezwykle mocne wrażenie, że słomiane laleczki przypominają analogiczne artefakty z Luizjany i wszystko będzie rozgrywać się wokół jakiegoś mistycznego, brutalnego obrządku polegającego na składaniu dzieci w ofierze starym bogom, ewentualnie pedofilii. Co więcej twórcy serialu postanowili stworzyć coś w rodzaju uniwersum "True Detective", ponieważ w jednym z odcinków pojawiają się informacje o finale pierwszego sezonu (widocznie drugi pozostanie szczelnie przykryty całunem milczenia).
© 2019 Home Box Office Inc.
W tym miejscu muszę przyznać, że trzeci sezon "True Detective" ogląda się naprawdę świetnie (klimat, klimat, klimat), a jednocześnie jest przy tym wyjątkowo wciągający. Przy okazji finałowego odcinku zaistniał nawet poważny spór z Grażką dotyczący terminu seansu, który mógł skutkować spóźnieniem na wyjątkowo ważny mecz Garbarni Kraków (niestety znowu wpierdol, wracamy na Ludwinów). Cały sezon składający się z ośmiu odcinków udało się nam obejrzeć na przestrzeni mniej więcej 24 godzin. Pod tym względem produkcja HBO jest niezwykle udana i gdyby mieć wystarczająco dużo czasu, można by obejrzeć cały sezon za jednym posiedzeniem. Realizacyjnie jest to po prostu majstersztyk – piękne, klimatyczne zdjęcia, podkreślone fajną ścieżką dźwiękową oraz świetne kreacje aktorskie tworzą po prostu niesamowite wrażenia. Właśnie tak trzeba kręcić seriale – HBO po raz kolejny zaprezentowało naprawdę wysoki poziom. Ponadto "True Detective" dobrze oddaje rzeczywiste aspekty policyjnej roboty: wieloaspektowe tropy, poszlaki, niezakończone wątki, znikający podejrzani, naciski na szybkie zakończenie śledztwa ze strony przełożonych i władz stanowych czy psychologiczne rozterki bohaterów. Na ogromny plus zasługuje również znakomita charakteryzacja bohaterów – przedstawić tak odmiennie postacie grane przez tych samych aktorów w różnych planach czasowych to prawdziwa sztuka. Warto również docenić jedną z nielicznych sekwencji prawdziwej akcji w całej serii – tym razem wygląda jak przejmujące i gorzkie nawiązanie do pierwszego Rambo.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ale czy naprawdę jest aż tak wspaniale? Osobiście, nie ujmując niczego, odbieram trzeci sezon jako bardzo zachowawcze zagranie ze strony twórców wobec widowni. Chcieliśmy zrobić coś w innym stylu (drugi sezon), nie wyszło kompletnie, więc teraz dostaniecie coś na co czekacie i co kochacie. Jakkolwiek by jechać po drugim sezonie, to nie sposób nie docenić odwagi zrobienia czegoś kompletnie innego. W tym przypadku odnoszę wrażenie mocnej wtórności i typowego zagrania pod publiczkę. Para głównych bohaterów pod wieloma względami przypomina Rusta i Marty’ego, otrzymujemy podobny klimat oraz po raz kolejny do śledztwa mieszają się czynniki lokalnej, można by powiedzieć nawet skorumpowanej władzy, które utrudniają jego rozwiązanie (jak w niesławnym drugim sezonie). Przy opisie poszczególnych postaci napiszę trochę więcej, ale już teraz muszę stwierdzić, że w serialu zdecydowanie brakuje wyrazistości i poglądów filozoficznych w stylu Rusta Cohle'a. Jeśli chodzi o poszczególne linie czasowe to zdecydowanie najbardziej pod względem fabularno-klimatycznym podobała mi się pierwsza. Ze środkowej mam chyba najmniej wspomnień, a trzecia z powodu problemów z pamięcią Haysa wydaje się przytłaczająco przygnębiająca. Finał delikatnie mnie rozczarował, a zważywszy że wyjaśnienie sprawy zajęło aż 35 lat to może jednak bohaterowie nie byli takimi zajebistymi detektywami (poraża w szczególności ignorancja Haysa, który nie chciało się przeczytać pewnej książki).
© 2019 Home Box Office Inc.
O ile w przypadku zdecydowanej większości bohaterów ze wszystkich trzech sezonów wiem o co mniej więcej jakie mają plany i ambicje, o tyle przypadek Wayne'a Haysa zaliczam do grupy o chuj ci chodzi człowieku? (z chłodnymi pozdrowieniami dla Woodrugha i Bezzerides). Weteran wojny wietnamskiej nabył niezwykłą umiejętność wkurwiania wszystkich dookoła: regularnie wkurwia żonę, partnera z policji, a przede wszystkim przełożonych. Knąbrność, tendencje do strzelania fochów oraz kompletnie nieuzasadniona kłótliwość zdecydowanie wyróżniają postać graną przez Ali’ego na tle innych bohaterów. Jednocześnie Hays charakteryzuje się najbardziej złożoną psychiką w serialu. Wyrwawszy się z totalnej biedy dzieciństwa do koszmaru wojny w Wietnamie, który odcisnął wyraźnie negatywne piętno na jego duszy, Wayne z bezmyślnym uporem prze do rozwiązania śledztwa, znosząc po drodze mniej lub bardziej subtelne rasistowskie docinki (a akcja rozgrywa się przecież znacznie później niż oscarowy "Green Book"). Naprawdę ciężko polubić tak trudny charakter, ale wręcz wypada szanować go za konsekwencję i poświęcenie sprawie, do których można dorzucić autentyczne współczucie z powodu problemów z pamięcią i halucynacji z najpóźniejszej linii czasowej. Mahershala Ali spisał się jak zwykle znakomicie, bezbłędnie oddając emocje targające swoich bohaterem oraz stan permanentnego wkurwienia na cały świat.
© 2019 Home Box Office Inc.
Stephen Dorff wcielił się natomiast w o wiele bardziej sympatyczną i przystępną połówkę policyjnego duetu. Roland West jawi się bowiem jako bardziej ludzki, zabawniejszy, a przede wszystkim lżejszy w odbiorze kobieciarz. Swoją drogą twórcy zdecydowanie bardziej starali się nakreślić skomplikowany portret psychologiczny Haysa zapominając trochę skupić się na jego partnerze oraz ich wzajemnych stosunkach. Niemniej jest to również świetnie zagrana postać, dysponująca dosyć ciekawą relacją z ojcem zaginionych dzieciaków. Zresztą oboje rodzice to znakomicie zagrane role, które wyjątkowo mocno zapadają w pamięć. Zarówno Scoot McNairy, jak i Mamie Gummer, wznieśli się na wyżyny swoich możliwości, tworząc przejmujące kreacje. Jednakże moim osobistym faworytem z drugiego planu pozostaje Michael Graziadei, wcielający się w kuzyna Lucy, Dana O'Briena. Momentami wręcz odrażający, ale dysponujący jakimś urokiem bad boya bohater zrobił na mnie spore wrażenie. Z ważniejszych występów warto również wspomnieć o fajnej i bardzo ciepłej roli Carmen Ejogo (Amelia Reardon), przygnębiającym występie Rhys Wakefield (Freddy Burns), któremu śledztwo zamieniło życie w gówno, czy też o Michaelu Greyeyesie, który brawurowo zagrał kolejnego wietnamskiego weterana z uszkodzoną psychiką, Bretta Woodyarda. Do całej układanki średnio pasuje mi jedynie Ray Fisher, wcielający się w już dorosłego syna Haysa, Henry’ego.
© 2019 Home Box Office Inc.
Wydaje mi się, że do dzisiaj mam problem z oceną trzeciego sezonu "True Detective". Pod wieloma względami udało się stworzyć świetny klimat wyraźnie inspirowany pierwszą odsłoną serialu, ale sam finał pozostawił u mnie bardzo duży niedosyt. Pod względem konstrukcji czasowej pierwszy wątek wydaje mi się zrealizowany najlepiej, a im bliżej współczesności, tym gorzej. Wielkim plus stanowi natomiast świetne aktorstwo oraz mnogość znakomitych postaci drugoplanowych. Podsumowując muszę zatem stwierdzić, że sezon trzeci z pewnością nie przeskoczył jakością oryginału, ale był zdecydowanie lepszy niż odważna w formie, acz kompletnie nieudana druga odsłona. Za tę serię przepraszać nie trzeba.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ocena: 7/10.

Recenzje pozostałych sezonów poniżej:

sobota, 30 marca 2019

"Black Panther"/"Czarna Pantera" (2018)


Wakanda forever!

Pozostając w kręgu produkcji, które kompletnie nie zasłużyły na nominację do Oscara w kategorii najlepszy film, przechodzę płynie do "Black Panther", wchodzącego w skład uniwersum Marvela. Co prawda im dłużej od seansu, tym mniej mi się chce pisać recenzję tegoż wiekopomnego dzieła. Dodatkowo obejrzałem ostatnio parę naprawdę eleganckich produkcji, o których po prostu trzeba wspomnieć, ale ponieważ ostatnio mam trochę mało czasu, postanowiłem skupić się na jakimś szybkim tekście, przepełnionym negatywnymi uczuciami i hejtem (jest to świetny nośnik, a jednocześnie niezła motywacja do przyspieszenia procesu twórczego – oczywiście trzeba pamiętać o zachowaniu odpowiedniej jakości; istnieją również inne wspomagacze, ale trochę nie wypada najebać się we wtorek). Nieoczekiwanie dla mnie "Czarna Pantera" zebrała w tym roku aż siedem nominacji (w tym za najlepszy film – serio?), które przełożyły się na aż trzy statuetki: najlepsza muzyka, najlepsze kostiumy (pozdro "Faworyta") oraz najlepsza scenografia (pozdro "Faworyta" po raz drugi). Prawda, że całkiem nieźle jak na film Marvela? Zważywszy, że o wiele bardziej epickie "Avengers: Infinity War" zebrało całą jedną jedyną nominację w jakże nieoczekiwanej kategorii efektów specjalnych (przegrywając ostatecznie z "First Man").
©2018 Marvel
Z prologu "Czarnej Pantery" dowiadujemy się, że w sercu Czarnego Lądu istnieje ukryte przed światem zaawansowane technologicznie państwo o nazwie Wakanda, które dokonało ogromnego postępu dzięki pokaźnym złożom bezcennego metalu vibranium (tarcza Kapitana Ameryki została wykonana z tego materiału). Dla świata zewnętrznego środkowoafrykański kraj jawi się jak zdecydowana większość kontynentu: zacofanie, totalne ubóstwo i nędza. Po śmierci króla T’Chaki (John Kani) władzę w królestwie oraz zaszczytny tytuł Czarnej Pantery przejmuje młody i ambitny T’Challa (Chadwick Boseman). Wkrótce po objęciu rządów dochodzi do poważnego kryzysu, godzącego w dotychczasowy, utajniony status Wakandy. T’Challa musi stanąć na przeciw potężnej koalicji wrogów, której przewodzą Erik Killmonger (Michael B. Jordan) oraz Ulysses Klaue (Andy Serkis).
©2018 Marvel
Jeżeli powyższy opis fabuły wydaje się Wam co najmniej dziwny jak na produkcję nominowaną do Oscara w kategorii najlepszy film to chyba jednak trzeba się zacząć na poważnie przyzwyczajać. Podobne scenariusze wymyślałem bawiąc się klockami Lego w dzieciństwie, ale wtedy nie miałem jeszcze świadomości, że można na tym zarabiać krocie. Wracając do tematu to muszę przyznać, że mam spore zaległości w oglądaniu kolejnych produkcji z marvelowskiego uniwersum. Odkąd uznałem, że rzeczywiście szkoda mojego czasu na tak ambitne filmy, na bieżąco śledziłem jedynie przygody Thora, kiedyś z nudów sprawdziłem "Doctora Strange’a", a ostatnio w przypływie litości obejrzałem "Avengers: Infinity War" (za Thanosa i zabawne zakończenie mogę przyznać z łaską 6/10; nie piszę recenzji, ponieważ to strata mojego cennego czasu). Zastanawiałem się czy istnieje jakikolwiek sens oceniać aspekty fabularne "Czarnej Pantery", ale chyba tak naprawdę szkoda na to mojego i Waszego czasu. Pod tym względem jest to po prostu typowa produkcja MCU: absurdalnie niedorzeczna akcja pędzi jak błyskawica do spektakularnego, nonsensownego finału. Z filmu dowiedziałem się, że mimo zaawansowanej technologii najlepiej jest jednak stoczyć bitwę we wczesnośredniowiecznym stylu (to za dużo powiedziane: raczej w plemiennym), która składa się z licznych pojedynków jeden na jeden. Oczywiście produkcja MCU bez spektakularnego solo między głównym bohaterem i antagonistą nie może się wydarzyć, więc i podobnie jest tutaj. Tylko, że ta emocjonująca w założeniu walka wydaje się być kompletnie bezsensowna i całkowicie wyprana z dramatycznego napięcia.
©2018 Marvel
MCU zawsze kulało pod względem filmowych villainów. I wyobraźcie sobie, że kiedy wreszcie dostajemy złoczyńcę fascynującego pod wieloma względami (mowa oczywiście o Ulyssesie Klaue), fantastycznie zagranego, to znika z ekranu niemal tak szybko jak się na nim pojawił. Wiem, że wielu fanów MCU waliło sobie gruchę do postaci Erika Killmongera, ale akurat ten antybohater nie zrobił na mnie większego wrażenia (zważywszy, że działa ze szlachetnych pobudek). Przechodząc natomiast do zalet "Czarnej Pantery" to oprócz wspomnianego Ulissesa warto z pewnością zwrócić uwagę na ekranową Wakandę, takie niby państwo przyszłości z high tech, ale mimo wszystko trochę z trzeciego świata, z fajnie wplecionymi motywami afrykańskiej kultury plemiennej. Szukając natomiast zrozumienia dla decyzji Akademii w Oscarach za najlepsze kostiumy i scenografię to rozumiem, że o pominięciu w tych kategoriach "Faworyty", zadecydowało to, że twórcy "Black Panther" musieli stworzyć wszystko w CGI czerpiąc z komiksowego dorobku, a nie korzystać z zachowanych lokalizacji i źródeł historycznych. Swoją drogą należy podkreślić, że w przeciwieństwie do większości produkcji sygnowanych logiem Marvela, efekty specjalne w „Czarnej Panterze” są momentami dramatycznie słabe. Na małe plusy zasłużyły jeszcze fajnie sceny duchowe oraz całkiem nieźle bujająca ścieżka dźwiękowa (Kendrick Lamar zawsze na propsie!).
©2018 Marvel
Pod względem aktorstwa nie ma większego dramatu, ale też (poza jednym wyjątkiem) ciężko kogokolwiek specjalnie wyróżnić. Chadwick Boseman całkiem nieźle prezentuje się jako tytułowa Czarna Pantera, ale ciężko doszukać się w jego kreacji czegoś, co pozwoli ją zapamiętać na dłużej. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku występów innych aktorów: Lupita Nyong'o (Nakia), Danai Gurira (Okoye), Daniel Kaluuya (W’Kabi) czy Winston Duke (M’Baku) wypadają z głowy zaraz po seansie. Erik Killmonger w wykonaniu Michaela B. Jordana również nie powala na kolana, a nawet aktor tak uznany jak Forest Whitaker wydaje się po prostu kopiować swój występ z "Rogue One" – najważniejsze, że hajs się zgadza. Jedynie Andy Serkis, wcielający się w Ulyssesa Klaue’a, zrobił naprawdę znakomitą robotę i sprawił, że MCU zyskało wreszcie villaina, którego można zapamiętać na dłużej (oczywiście z wyjątkiem Thanosa).
©2018 Marvel
Nominacja "Czarnej Pantery" w kategorii najlepszy film z jednej strony wyraźnie uwydatnia jak słaby pod względem filmowym był to rok, ale z drugiej strony wyraźnie zaznacza przyszłościowe trendy i wprowadzenie nowej kategorii dla tego rodzaju produkcji. Oczywiście nie sposób nie odnieść wrażenia, że produkcja, w której rola białego człowieka została znacznie zredukowana na rzecz afrykańskiej supremacji, otrzymała nominację z czysto poprawnie politycznych powodów. Ale jak już wielokrotnie podkreślałem na tym blogu nie ma miejsca na jakąkolwiek dyskryminację z pobudek rasowych, politycznych, religijnych czy jakichkolwiek innych: wszystkie chujowe filmy są jednakowo bezużyteczne. Absurdalna fabuła, jedynie poprawne występy aktorskie oraz żenujące efekty specjalne zdecydowanie nie są receptą na odniesienie sukcesu.
©2018 Marvel
Ocena: 5/10.

Ps.
Jeśli chodzi o pantery, to zdecydowanie bardziej wolę Bagheerę oraz Steel Panther.

poniedziałek, 11 marca 2019

"A Star Is Born"/"Narodziny gwiazdy" (2018)


Maybe its time to let the old ways die.

Nie spodziewałem się, że tak szybko obejrzę "A Star Is Born" (w Polszy "Narodziny gwiazdy"), co więcej miałem cichą nadzieję, że może nigdy to nie nastąpi. Wszystko oczywiście z powodu piosenki Shallow, którą rozgłośnie radiowe katowały tak bardzo, że powstała u mnie awersja do filmu wyreżyserowanego przez Bradleya Coopera (debiut w tej roli). Nie spodziewałem się również, że będę skłonny napisać recenzję, ale muszę z pełną szczerością przyznać, że po seansie wkurwiłem się jeszcze bardziej niż po setnym przesłuchaniu zapętlonego Shallow. Ale zanim przejdę do wylewania tony gówna na dotychczasowe dziedzictwo Bradleya, to warto wspomnieć o paru istotnych faktach. Oczywiście "A Star Is Born" nie jest scenariuszem oryginalnym. Mieliśmy już wersję z 1937 roku, z 1954 roku (z Judy Garland) oraz przedostatnią z 1976 roku, w której parę głównych bohaterów zagrali Barbra Streisand i Kris Kristofferson. Idealne podsumowanie tej spirali remake’ów to padające w filmie słowa Bobby’ego: It's the same story told over and over, forever. Podejrzewam więc, że nie jest to jeszcze ostatnie słowo Hollywood w tym temacie. Akademia była bardzo hojna przyznając aż osiem [sic!] nominacji do Oscara: najlepszy film (absurd, o wiele bliżej do Złotych Malin), najlepszy aktor (Bradley Cooper), najlepsza aktorka (Lady Gaga), najlepszy aktor drugoplanowy (Sam Elliott), najlepszy scenariusz adaptowany (serio?), najlepsze zdjęcia, najlepszy dźwięk oraz najlepsza piosenka (Shallow). Jak już doskonale wiemy, liczne nominacje przerodziły się w jedną statuetkę w ostatniej kategorii.
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Dawno (w zasadzie to od seansu "Black Panther") nie oglądałem tak słabego fabularnie filmu nominowanego do Oscara w tylu kategoriach. Zaprawiony w niejednym alkoholowym boju, niezłomny poszukiwacz Melanżu Ostatecznego, a przy okazji tracący słuch dosyć znany muzyk Jack Maine (Bradley Cooper) po kolejnym koncercie postanawia napierdolić się w lokalnym barze. Radosną libację alkoholową przerywa jednakże błyskotliwy występ wokalny skromniutkiej Ally (Lady Gaga w normalnej wersji). Jack, zamroczony alkoholem, a jednocześnie oczarowany talentem dziewczyny spędza z nią resztę wieczoru zapraszając na swój kolejny występ, który staje się dla niej przepustką do międzynarodowej kariery.
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Jak już wspominałem w poprzednim akapicie pod względem fabularnym "A Star Is Born" to prawdziwy dramat i totalna klęska twórców. Akcja filmu toczy się w tak niewiarygodnie szybkim tempie, że po prostu nie sposób uwierzyć w jakiekolwiek znamiona realności. Fabuła jest odklejona od rzeczywistości jak słaba szafiara i taki raper idiota w kawałku Sokoła Koniec gatunku. O ile jeszcze pierwszy wieczór/noc spędzaną przez Jacka i Ally można uznać za upośledzoną wersję "Before Sunrise", to im bliżej końca do filmu tym jest coraz gorzej. Muzyczna kariera Ally rozkręca się w tak błyskawicznym tempie, że totalnie straciłem rachubę ekranowego czasu – minęły dni, tygodnie, miesiące czy lata? Chociaż swoją drogą twórcy całkiem sprawie wypunktowali mechanizmy rządzące dzisiejszym showbizem. Przemiana Ally ze skromnej dziewczyny śpiewającej przy fortepianie w wulgarną, wyuzdaną gwiazdę pop kręcącą dupą w teledyskach przypomina ścieżki kariery wybrane przez wiele współczesnych piosenkarek (tylko następuje zdecydowanie za szybko!). Co za ironia, że w tę rolę wcieliła się jakże mało kontrowersyjna Lady Gaga! Oczywiście dostajemy również w pakiecie kolejnego bezwzględnego, młodego menadżera z wielkiej wytwórni dla którego nie liczy się dobro swojej podopiecznej, lecz wyniki w sprzedaży płyt (złota płyta znika w czeluściach bagażu). Trochę sztampowo, ale nie spodziewałem się, że działania Reza (Rafi Gavron) doprowadzą do tak szokującego finału – nie oglądałem żadnej z poprzednich wersji filmu.
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Jednakże abstrahując od ułomności fabularnej w "Narodzinach gwiazdy" można odnaleźć kilka pozytywów. Reżyserski debiut Bradleya dobrze wypada pod względem muzycznym, zarówno jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, ekranowe koncerty czy popisy wokalne pary głównych bohaterów. Wreszcie ktoś sięgnął po rozum do głowy i zaangażował parę aktorów, którzy dysponują umiejętnościami wokalnymi (w szczególności Lady Gaga) – jakże to miła odmiana po wyczynach Ryana Goslinga w "La La Land". Parę scen wyszło całkiem młodzieżowo, występ Jacka na nagrodach Grammy ociera się o lekkiego Wojtka Smarzowskiego ("Pod Mocnym Aniołem"), a ostatnie ujęcie twarzy Jacka niosło ze sobą dosyć spory ładunek emocjonalny. Sporą zaletą wydaje się także aktorstwo, ale nad tą kwestią pochylę się w kolejnym akapicie. W ramach lekkiego żartu zaproponuję Wam natomiast moją wersję alternatywnego zakończenia filmu. Po latach ochlejstwa Jack udaje się na prawdziwy odwyk (sceny leczenia przedstawione w filmie uznajemy za halucynacje). Kiedy w końcu trzeźwieje ostatecznie, uświadamia sobie, że Ally to kompletne beztalencie, a cała fascynacja wynikała z upojenia alkoholowego. Świadom swego brzemienia sięga po środki ostateczne (i tu wstawiam filmową scenę z garażu).
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Nie spodziewałem się, że będę chwalił "Narodziny gwiazdy" za aktorstwo, ale pod tym względem prawie nie uświadczyłem lipy. Ally, czyli Lady Gaga w normalnej, powszedniej wersji, zrobiła na mnie spore wrażenie jako postać budząca sporą sympatię (przynajmniej w początkowym okresie filmu). Nieoczekiwanie dla mnie okazało się, że amerykańska piosenkarka jest całkiem niezłą aktorką, ale z tą nominacją to bym może nie przesadzał. Jeszcze lepiej zaprezentował się Bradley Cooper. Jack w jego wykonaniu to postać znakomicie zagrana – od stylówy zapijaczonej gwiazdy rocka, przez świetny głos po niezwykle realistyczne oddanie stanu lekkiej bądź cięższej nietrzeźwości. Swoją drogą Bradley Cooper jest dla mnie jakby spoiwem łączącym film w jedną całość – z jednej strony dzięki znakomitej chemii z Lady Gagą, o której napisano już wiele, a z drugiej dzięki doskonałej ekranowej relacji z Samem Elliottem, grającym Bobby’ego. Starszy brat Jacka to również bohater zagrany w fascynujący sposób, pomimo krótkiej obecności na ekranie. W obu tych przypadkach uznaję nominacje oscarowe za uzasadnione, ponieważ oba występu mocno zapadają w pamięć. Z ról epizodycznych spore wrażenie zrobił na mnie Noddles, którego zagrał Dave Chappelle. Dotychczas amerykańskiego komika kojarzyłem trochę z innych występów, tak więc jestem pełen uznania. Niestety jak to często bywa najsłabszym ogniwem jest czarny charakter. Rafi Gavron nie zrobił kompletnie nic, aby sprawić, że jego bohater nie będzie totalnie sztampowym złym menadżerem muzycznym, dla którego wyłącznie hajs musi się zgadzać.
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Jeśli miałbym rozpatrywać "Narodziny gwiazdy" wyłącznie pod względem aktorskim i muzycznym, to ocena z pewnością byłaby o wiele wyższa. Niemniej nie jest to kurwa festiwal piosenki w Opolu, więc przy wystawieniu noty końcowej biorę pod uwagę wszystkie czynniki. Fabularne dno skutecznie uniemożliwia przyznanie czegokolwiek więcej. Niestety w mojej opinii jest to kolejna produkcja potwierdzająca wyjątkową słabość tegorocznych nominacji oscarowych.
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Ocena: 5/10.