niedziela, 12 lipca 2015

"Służby Specjalne"



Powiedz komu dałeś władzę? Tajnym służbom? Nie widzisz, że te służby w sposób jawny się kurwią? – po seansie mogę z całą pewnością stwierdzić, że tekst Ostrego z utworu Po drodze do nieba idealnie podsumowuje "Służby Specjalne" Patryka Vegi. Muszę jednakże przyznać, że co do samego filmu przejawiałem bardzo sceptyczne podejście. Obejrzawszy trailer, w którym nachalnie straszył aktor wyglądający jak Antoni Macierewicz (Krzysztof Horbacz), a na dodatek wtórował mu człowiek przyodziany w krawat w biało-czerwone pasy, lękałem się, iż produkcja Vegi będzie infantylną zabawą w odtwarzanie politycznej rzeczywistości w jakimś krzywym zwierciadle. Po co to komu potrzebne, skoro co drugi polityk w Polszy to kompletny parodysta? Oczywiście moja postawa nie wynikała z iluminacji, lecz solidnych, empirycznych podstaw, o których wspominałem przy okazji recenzji "Ciacha". Bezapelacyjnie reżyser zaliczył monstrualny zjazd, ale przecież powszechnie wiadomo, że jesteś tak dobry jak twój ostatni freestyle. Szansa na odkupienie win pojawiła się przy okazji dziewiątej edycji Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami – serdecznie zapraszam Was do udziału, ponieważ można nadrobić sporo zaległości!
źródło: http://www.filmweb.pl
Akcja "Służb Specjalnych" rozgrywa się w niezwykle gorącym okresie po likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Wszyscy doskonale pamiętamy ile kontrowersji wywołała ta decyzja zawarta w pakcie stabilizacyjnym podpisanym przez liderów PiS, LPR oraz Samoobrony. Jeszcze większym echem odbił się niesławny raport czołowego tropiciela spisków IV RP Antoniego Macierewicza (Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI). Jak łatwo przewidzieć likwidacja WSI nie spotkała się z entuzjazmem zasłużonych funkcjonariuszy służb. W efekcie gen. bryg. Romuald Światło (Wojciech Machnicki) montuje naprędce ekipę złożoną z byłych, ale wiernych pracowników WSI: ppor. "Białko" (Olga Bołądź), kpt. Cerata (Wojciech Zieliński) oraz płk Bońka (Janusz Chabior). Głównym zadaniem grupy jest paraliż ABW oraz eliminacja wrogów polskiej racji stanu, aczkolwiek wraz z kolejnymi zleceniami pojawia się coraz więcej wątpliwości dotyczących prawdziwych motywów decydentów.
źródło: http://www.filmweb.pl
Od razu muszę przyznać, że "Służby Specjalne" zaskakują zdecydowanie pozytywnie (spodziewałem się przecież okolic 3/10), chociaż pod pewnymi względami przypominają trochę "Drogówkę": w pierwszej części sporo śmiesznostek, a w drugiej paranoiczna intryga. Z jednej strony film Vegi należy odbierać jako ogromny pocisk wymierzony w WSI: wszechwładni decydenci (których de facto nawet nie oglądamy na ekranie) wydają rozkazy realizowane przez różnego szczebla podwładnych. Tajemnicza grupa trzymająca władzę, wiecznie operująca w strefie cienia, steruje nie tylko byłymi pracownikami wywiadu, rządowymi spółkami, prywatnym biznesem, ale także mediami, kościołem czy też prokuraturą i robi to wyłącznie dla własnych egoistycznych pobudek (albo jeśli ktoś epatuje bardziej prawicowym nastawieniem to oczywiście w celu realizacji interesów Moskwy). Wszystko jest możliwe do zmanipulowania, a nawet oczywiste samobójstwo okazuje się morderstwem na zlecenie. Jednakże z drugiej strony "Służby Specjalne" nie pozostawiają suchej nitki na ekipie demontującej Wojskowe Służby Informacyjne. Kompletny chaos wywołany niepotrzebnymi czystkami, totalna amatorszczyzna oraz beztroska (m.in. lecący do Afganistanu Maciek, strażnik miejski ze śródmieścia), a także brak refleksji nad zagrożeniami dla państwa wynikającymi z podjętych działań likwidacyjnych to główne zarzuty pojawiające się w filmie. Przy okazji warto zacytować znakomity pojazd po Antonim Macierewiczu: Kto jest największym oszołomem? Kutasiłeb. Potrójnie chujowy. Chujowy mówca, pierdoli głupoty i jeszcze chujowo wygląda. Vega przedstawił w ciekawym świetle wiele prawdziwych wydarzeń, które do dzisiaj wywołują spore kontrowersje (m.in. samobójstwa Barbary Blidy oraz Andrzeja Leppera, działań Macierewicza).
źródło: http://www.filmweb.pl
Agenci wchodzący w skład grupy operacyjnej gen. bryg. Światło nie są na szczęście herosami pokroju Jamesa Bonda, a ponadto nie wszystkim byłym funkcjonariuszom wiedzie się klawo (najlepszy przykład to ojciec ppor. "Białko"). W wolnych od walki o dobro Polszy chwilach bohaterowie "Służb Specjalnych" zmagają się z prozaicznymi problemami: bezpłodnością, nowotworami czy planami asasynacji własnego ojca. Z tego powodu postacie wydają się być o wiele bardziej z krwi i kości, a nie tylko sprawiają wrażenie bezlitosnych morderców pozbawionych życia prywatnego. Jak ogromny plus należy wspomnieć z pewnością piękne ujęcia przeważnie zimowej Warszawy – niczym w amerykańskiej produkcji. Nawiązując przy tej okazji do Wuja Sama to warto zauważyć, że na ekranie oglądamy helikoptery Black Hawk oraz legendarne Huey – na dodatek są to prawdziwe maszyny, a nie atrapy wykonane z kartonu jak w typowym, polskim kinie batalistycznym. Tego nie widzi się w każdym polskim filmie, więc szacunek! Wybornie wypadły dialogi – zabawne (raczej czarny humor), przewrotne, ale także pełne wulgaryzmów oraz wywiadowczego slangu. Swoją drogą twórcom należą się wielkie propsy za bieżące objaśnianie niezrozumiałych terminów – ekranowy słownik sprawdza się bowiem znakomicie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Największy zarzut odnośnie "Służb Specjalnych" to niemożność zamknięcia opowiadanej historii w sensowny sposób – w pewnym momencie opowieści po prostu wyskakują napisy końcowe. Wydaje mi się, że może to wynikać z dwóch przyczyn. Po pierwsze mogło oczywiście zabraknąć inwencji i film wygląda tak jak wygląda. Po drugie Patryk Vega mógł planować sequel, ewentualnie reszta wątków została dopowiedziana w serialu, którego nie miałem okazji oglądać. Niemniej odczuwam z tego powodu spory niedosyt, chociaż z drugiej strony nieumiejętnym zakończeniem można było wszystko spierdolić. Można przyczepić się również do nijakiej ścieżki dźwiękowej oraz niektórych występów aktorskich (przykładowe O Jezu po śmierci posłanki wywołało niezamierzone raczej salwy śmiechu towarzyszącej mi Grażki). Ponadto postać ppor. "Białko" nie jest dla mnie przekonująca, chociaż Olga Bołądź bardzo starała się, żeby to zmienić. Nie do końca kupuję również kpt. Cerata, ale do gry Wojciecha Zielińskiego nie mam większych zastrzeżeń. Z pewnością cały film kradnie Janusz Chabior – genialny aktor wcielił się w znakomicie napisaną postać i dał z siebie wszystko. W szczególności polecam przygody płk Bońka związane ze służbą zdrowia oraz nietypową relację z dr Czerwonko (fantastyczny epizod Agaty Kuleszy). Fajnie zaprezentowali się również Eryk Lubos (Rafun), Kamila Baar (Joanna) oraz Wojciech Machnicki (gen. bryg. Światło).

Po "Służbach Specjalnych" spodziewałem się naprawdę niewiele. Tymczasem Patryk Vega udowodnił, że dysponuje jeszcze resztkami potencjału i być może pewnego dnia wróci do prawdziwej gry. Film z pewnością ciekawie ukazuje pewne aspekty polskiej rzeczywistości, aczkolwiek pod różnymi względami może być uznawany za propagandowy manifest prawicowych teorii spiskowych – gdyby nie ostry pojazd po likwidatorach WSI spełniłby się w rej roli niemalże idealnie. Niemniej szkalowanie Antoniego i jego ekipy zbilansowało prawicowe fobie, przez co "Służby Specjalne" ogląda się całkiem nieźle. Chociaż końcowa ocena może nie jest zbyt wysoka to uważam, że warto zobaczyć tę produkcję – choćby dlatego by spojrzeć na pewne oczywiste sprawy z innej strony.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 6/10.

poniedziałek, 6 lipca 2015

"Fifty Shades of Grey"



Pięćdziesiąt twarzy Greya – literacki fenomen, a zarazem pierwsza część bestsellerowej trylogii, która przyniosła E. L. James ogólnoświatowy fame oraz miliony monet. Książka tak wybitna, że sprzedawała się lepiej niż Insygnia śmierci J. K. Rowling! A jednocześnie powieść ogromnie kontrowersyjna, wypełniona bowiem sadomasochistycznym seksem, poniżaniem uległego partnera oraz wszelkimi seksualnymi perwersjami jakie tylko możecie sobie wymarzyć! Plus gejzery spermy tryskające ze stronic, błyskotliwe dialogi, oryginalna fabuła i nieoczekiwane zwroty akcji! No dobrze, dajmy już spokój fantazjom o tym, jak mogłoby wyglądać Pięćdziesiąt twarzy Greya, gdyby nie powstało pod wpływem wysoce niezdrowej fascynacji sagą Zmierzch (co już samo w sobie jest wystarczająco dyskwalifikujące). Jeśli chodzi o moje kontakty z twórczością E. L. James to zatrzymałem się na przeczytaniu kilku fragmentów – naprawdę, wybaczcie, ale nie dałem rady więcej. Przecież kiedyś, siedząc przy barowym kontuarze w Rotundzie, rzekłem: Chcecie czytać książki wypełnione seksem? Sięgnijcie choćby po Charlesa Bukowskiego (niemal wszystko, co napisał), Henry’ego Millera (w szczególności Zwrotnik Raka oraz Zwrotnik Koziorożca) czy Pedro Juana Gutiérreza (Brudna trylogia o Hawanie). Pojawia się tylko jeden problem: dla większości społeczeństwa przygody biednych ludzi nie są aż tak fascynujące jak perypetie wyimaginowanego tajemniczego multimilionera. Mimo wszystko postanowiłem obejrzeć ekranizację powieści E. L. James, abym dysponował solidnym uzasadnieniem dla późniejszego hejtu. Ponieważ sam prawdopodobnie nigdy nie zdzierżyłbym tego rodzaju tematyki na tak marnym poziomie (próby samobójcze tak bardzo realne) zapewniłem sobie wsparcie na krytyczne momenty – Grażko, pięknie dziękuję za cierpliwość oraz bieżący komentarz do filmowych wydarzeń!
http://www.impawards.com
"Pisiont Pięćdziesiąt twarzy Greya" to opowieść o Anastazji (Dakota Johnson), młodej i niewinnej studentce literatury angielskiej, która zastępując koleżankę przypadkowo poznaje tajemniczego milionera Christiana Greya (Jamie Dornan). Jak dziecinnie łatwo przewidzieć nasza bohaterka ostro zajawia się na utalentowanego biznesmena (hajs, hajs, hajs – tak to czytaj), ale i on sam nie pozostaje obojętny na jej dziewicze (sic!) wdzięki. Z obopólnej fascynacji wkrótce rodzi się nietypowy związek, opierający się na sadomasochistycznej relacji między panem a uległą mu partnerką.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Na początek ogromne zaskoczenie: "Fifty Shades of Grey" trwa ponad dwie godziny! Nie byłoby w tym może nic niezwykłego, gdyby film potrafił zainteresować widza fabułą, ale zamiast tego w końcowych scenach niemal odpadłem ze znużenia. Chociaż dzieło Sam Taylor-Johnson (kompletnie no-name’owa reżyserka) oglądałem całkiem niedawno to nie jestem sobie w stanie przypomnieć niczego poza wszechogarniającą otchłanią nudy okraszoną jednymi z najgorszych dialogów w dziejach kinematografii. Gdzie się podziały jakiekolwiek perwersje? Rozumiem, że moje spojrzenie na preferencje seksualne może i jest dosyć wypaczone (o wiele za wczesne spotkanie z twórczością markiza de Sade), ale nawet z perspektywy zwykłego człowieka nie potrafię dostrzec niczego kontrowersyjnego. Oczywiście mam świadomość, że znajdą się tacy, którzy uznają związanie Anastazji i wymierzenie jej sześciu batów za okrutne oraz zdemoralizowane praktyki BDSM, godne największych seksualnych degeneratów wywodzących się zapewne z kręgów ultraliberalnej żydomasonerii (echa Cmentarza w Pradze Umberto Eco). Po za tym, jak na film o brutalnym i dzikim seksie, "Pięćdziesiąt twarzy Greya" zaskakuje mizernym poziomem nagości. Pod tym względem o wiele lepiej wypadają niektóre odcinki "Gry o tron", "True Blood", a porównanie do "Spartakus: Blood and Sand" nie ma najmniejszego sensu. I za te mizerne okruchy kategoria od 16 lat? Naprawdę?
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Wiadomo oczywiście, że całą odpowiedzialność za fabularne ułomności "Pięćdziesięciu twarzy Greya" ponosi E. L. James. Niemniej jak dowiódł William Monahan w "London Boulevard" można zrobić z gówna pomarańczę (w tym przypadku z marnej powieści Kena Bruena). Tutaj nikt nawet nie podjął próby, która de facto przy tym poziomie, z góry skazana była na monstrualną porażkę. Po seansie mocno zacząłem się zastanawiać kiedy Christian Grey ma czas na pracę, ponieważ większość filmu zajmuje uganianie się za Anastazją (jak ostatnio słyszałem na mieście: tylko dupy mu w głowie). Czy zatem w tym bezkresnym oceanie gówna można znaleźć cokolwiek przypominającego pomarańczę? W zasadzie jedyny plus, który jestem w stanie wymienić, to naprawdę ładne zdjęcia Vancouver oraz Seattle. Ścieżka dźwiękowa po prostu leci w tle, nie wyróżniając się niczym szczególnym.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Ileż to mówiło się o obsadzie "Pięćdziesięciu twarzy Greya"! Któż zagra Christiana, a kto wcieli się w Anastazję? Spekulacje nie miały końca i jak zwykle w takim przypadku efekt jest totalnie mizerny. Jamie Dornan może i wygląda nieźle pod względem fizycznym (chociaż nie mnie to oceniać), ale jakoś nie przełożyło się to na tajemniczość Christiana Greya. Po prostu bogaty koleś, który lubi lekko perwersyjny seks – co oczywiście nie wynika z jego nienormalności, lecz skrzywdzenia w nastoletnim wieku przez koleżankę przybranej matki. Na dodatek Dakota Johnson nie zachwyca ani urodą ani tym bardziej grą aktorską, więc pod względem występu pary głównych odtwórcy film leży na łopatkach. Na drugim planie nie dzieje się kompletnie nic ciekawego. Wcielająca się we współlokatorkę Anastazji Eloise Mumford w roli sypkiej studentki wygląda tak samo wiarygodnie jak Channing Tatum oraz Jonah Hill w "22 Jump Street" (przy czym oni byli przynajmniej zabawni). Z ciekawostek warto odnotować, że w siostrę Greya wciela się piosenkarka albańskiego pochodzenie Rita Ora, ale oczywiście nie wnosi niczego ponad przeciętność.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Wiele hałasu o nic – to najlepsze podsumowanie "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Film jest nad wyraz przeciętny i pozbawiony jakichkolwiek elementów wywołujących kontrowersje (szkoda, że nie dostał jeszcze kategorii R), a cały szum związany z tym projektem jawi się dla mnie jako burza w szklance wody. Jestem przekonany, że gdyby nie sukces powieści E. L. James, kompletnie nikt nie zwróciłby uwagi na produkcję Sam Taylor-Johnson. Tak naprawdę jedyna rzecz, która podobała mi się w całym przedsięwzięciu to oryginalny tytuł książki. Niestety przez dwie godziny filmu oglądamy ciągle jedną i tę samą, monotonną twarz tajemniczego milionera. Obejrzyjcie albo nie – projekcja nie wzbogaci ani nie zuboży Waszej egzystencji na tym marnym łez padole.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Ocena: 3/10.

piątek, 26 czerwca 2015

"Last Knights"



Naprawdę nie jestem w stanie udzielić rzeczowej odpowiedzi na pytanie jakie motywy skłoniły mnie do obejrzenia "Last Knights" (a przecież już plakat zapowiada chujowiznę totalną). Z całą pewnością nie był to trailer, który kiedyś przypadkowo obejrzałem na YouTube (z wyraźnym naciskiem na przypadkowo). Generalnie już wtedy miałem koncepcję tego filmu i doskonale wiedziałem czego mogę oczekiwać po seansie. Nie było to również pragnienie obejrzenia wyjątkowo chujowej produkcji, a następnie ulżenia psychice hejterską recenzją, gdyż stworzony z wtórności "Seventh Son" zaspokoił moje potrzeby na dłuższy czas. Do projekcji nie zachęcał również Clive Owen, który w trailerze wyglądał, jakby powtórnie borykał się permanentnym zatwierdzeniem z czasów "Króla Artura" ani Morgan Freeman, któremu od jakiegoś czasu musi się mocno nie zgadzać hajs, ponieważ wyraźnie zarzucił granie w sensowych filmach. Dlaczego zatem poświęciłem cenny czas na "Last Knights"? Do końca życia będę szukał odpowiedzi na to pytanie…
źródło: http://www.impawards.com
W prawie idealistycznej wersji późnego średniowiecza, gdzie rasa człowieka ani tym bardziej jego religia nie ma żadnego znaczenia (sic! – realizm tak bardzo), powstało potężne imperium – de facto nie wiadomo czy poza nim istnieje cokolwiek. Ostoją rządów Imperatora (Peyman Moaadi) stali się możni, którzy poszerzając granice państwa jednocześnie skutecznie zwalczają wszelkie wewnętrzne ruchawki w poszczególnych prowincjach. Jednakże pomiędzy dumnymi szlachcicami a administracją centralną dochodzi do wyraźnej i dosyć brutalnej różnicy zdań. W efekcie niefortunnej wymiany poglądów lord Bartok (Morgan Freeman) zostaje skazany na śmierć, a wierny dowódca jego wojsk Raiden (Clive Owen) poprzysięga krwawą zemstę w imię honoru swojego pana. Niemniej szlachetne przedsięwzięcie rozpoczyna od zostania typowym barowym ochlejmordą (niemal jak James Bond w "Skyfall") oraz kurwiarzem – gdyby Raiden umiał jeszcze opisać swoje przygody w stolicy śmiało można by nazwać go Charlesem Bukowskim wyimaginowanego średniowiecza.
źródło: http://www.fandango.com
Jak łatwo zauważy każdy średnio ogarnięty kinoman "Last Knights" to kolejna wariacja na temat "47 Roninów", co swoją drogą wydaje się być jednocześnie dziwne i nudne, gdyż w 2013 roku nakręcono przecież kolejną wersję z Keanu Reevesem. Tym razem zamiast Japonii otrzymaliśmy quasi-średniowiecze, co wydaje się jeszcze dziwniejsze, ponieważ na stolcu reżyserskim osadzony został no-name’owy reżyser z Kraju Kwitnącej Wiśni – Kazuaki Kiriya. Jednakże nawet w tejże niemal baśniowej, politycznie poprawnej krainie, gdzie rasa i religia nie są powodem do dyskryminacji, czarnoskórzy bohaterowie giną najsampierw. Cóż za niefortunny zbieg okoliczności! Świat przedstawiony w filmie nie wyróżnia się w sumie niczym oryginalnym – ot tutaj prowincja i twarda walka o granice imperium, a tam przeżarta biurokracją i zepsuciem stolica; mądry i sprawiedliwy cesarz vs. skorumpowani i bezduszni urzędnicy. Na pewno na mały plus można zaliczyć dosyć ładne zimowe krajobrazy Czech, aczkolwiek zbyt często zostały popsute nachalnym CGI. Fabularnie jest oczywiście nad wyraz sztampowo – wszyscy znamy historię 47 roninów walczących o przywrócenie honoru swojego pana, więc w sumie trudno oczekiwać jakichkolwiek większych zaskoczeń. Niemniej z tego właśnie powodu nieoczekiwany twist wydaje się oczywisty jak kolejny sezon Ekstraklasy bez klubów z polskiego Detroit.
źródło: http://www.fandango.com
Osłodą tejże opowieści o honorze, lojalności oraz bezgranicznym oddaniu mogły być oczywiście doskonale nakręcone walki oraz sceny batalistyczne (których de facto nie ma). Niestety od jakiegoś czasu sceny akcji w tego rodzaju produkcjach najzwyczajniej w świecie mnie kompletnie nużą. Pod tym względem "Last Knights" nie wyróżnia się w żaden sposób: ani przemocą ani choreografią. Nuda, nuda, nuda! Warto podkreślić również, że drużyna Raidena została sklecona w niezwykle schematyczny sposób. Lider, mimo że przez ponad rok chlał dzień w dzień w lokalnej mordowni, to oczywiście absolutny über pro broni białej, młócący przeciwników jak kombajn zboże. Porucznik Cortez (Cliff Curtis) to wierny towarzysz i chociaż nie zasłużył jeszcze na status über pro to jest na dobrej drodze by do niego aspirować. Resztę teamu wypełniają oczywiście typowe postacie: mistrz łuku, mistrz zasadzki, silnoręcy od napierdalana ciężką bronią oraz rzesza no-name’owych statystów, których los i tak nikogo nie obchodzi. W zasadzie jedyną innowacją w filmie jest magiczna brama w rezydencji Gezza Motta (Aksel Hennie), która z nieznanych (i oczywiście nie wyjaśnionych w filmie przyczyn) ma powstrzymać każdy szturm. Naprawdę, nie pytajcie dlaczego…
źródło: http://www.fandango.com
Jeśli chodzi o aktorstwo to jest dokładnie tak jak się spodziewałem. Jak już wspominałem we wstępie nietęga mina Clive’a Owena sugeruje kolejną, ociekającą patosem, bezlitosną walkę z pełnym zatwardzeniem. Morgan Freeman, który widocznie na starość wpadł w poważne tarapaty finansowe (albo chce zapewnić godną egzystencję swoim bliskim) po raz kolejny całkowicie przeszedł obok filmu, grając ponownie samego siebie. Na pochwały nie zasłużył również Cliff Curtis, wcielający w porucznika Semper Fidelis Corteza, ponieważ nie wyróżnił się niczym szczególnym na ekranie. Szczerze powiedziawszy to z no-name’owej bandy Raidena nie zapamiętałem nikogo więcej, więc na tym zakończymy. Aksel Hennie, wcielający się w antagonistę, także nie zrobił jakiejś wyjątkowo dobrej roboty, ale z powodu solidności występu trudno hejtować jego kreację. Z pewnością na jedyne aktorskie propsy za "Last Knights" zasłużył Peyman Moaadi. Moim zdaniem w roli Imperatora z wiecznie marsową miną wypadł znakomicie i naprawdę trudno nie docenić majestatu bijącego od jego postaci.
źródło: http://www.fandango.com
"Last Knights" to kolejny, obok "Seventh Son", kompletnie niepotrzebny film, opierający się głównie na kompletnej wtórności (oczywiście z wyjątkiem magicznej bramy, która powstrzyma każdy szturm). Produkcja Kazuaki Kiriya jest tak słaba, że nawet nikt nie wymyślił dla niej polskiego tytułu! Naprawdę nie warto marnować cennego czasu na to gówno, więc gdyby naszła Was kiedykolwiek ochota na obejrzenie "Last Knights" to szczerze polecam zrobić coś bardziej pożytecznego zamiast seansu: rozwiązać sudoku, wyprodukować w domu trochę metamfetaminy albo nawet ulepić kałwana. Naprawdę.
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 3/10.

piątek, 12 czerwca 2015

"Dazed and Confused" ("Uczniowska Balanga")



Nie będę ukrywał, że "Dazed and Confused" to jeden z najważniejszych filmów, jakie obejrzałem w swoim żywocie na tym marnym łez padole. Długo zastanawiałem się czy spróbować napisać recenzję tegoż arcydzieła wyreżyserowanego przez Richarda Linklatera. Obawiałem się bowiem, iż nie będę w stanie wystarczająco dobrze przedstawić mistrzowskiego, a jednocześnie niezwykle nostalgicznego klimatu filmu. Jednakże, ponieważ w dalszym ciągu znajduję się pod silnym wpływem "Zapisków z 1001 nocy" (szczególnie polecam inspirujący do działania wers: tysiąc szans, nie miej boja, odwaga to nie wada) to postanowiłem skorzystać z rady Leszka i jednak spróbować stworzyć kolejny krok na drodze ku nieśmiertelności. Mam świadomość, że polski tytuł filmu ("Uczniowska balanga" – for fuck sake, really?) może skutecznie dyskwalifikować produkcję Linklatera, przyczepiając jej łatkę typowej, głupawej komedyjki przeznaczonej dla średnio inteligentnych nastolatków. Nic bardziej mylnego! Jest to po prostu kolejny przejaw ignorancji w tłumaczeniu, ponieważ oryginalny tytuł nawiązuje do piosenki Led Zeppelin, a polscy tłumacze wyraźnie poszli na łatwiznę.
źródło: http://www.impawards.com
Cała akcja "Dazed and Confused" rozgrywa się na przestrzeni kilkunastu godzin ostatniego dnia roku szkolnego w maju 1976 roku. Uczniowie lokalnego high school w Austin przygotowują się do wieńczącego całoroczny trud epickiego melanżu organizowanego przez Pickforda (Shawn Andrews). Niestety wskutek splotu niefortunnych zdarzeń impreza zostaje odwołana, ale młodzież przecież nie lubi się nudzić, więc wkrótce powstaje alternatywny plan imprezowy. W niejako drugim wątku skupiamy się natomiast na przygodach freshmana Mitcha (Wiley Wiggins), który dzięki uprzejmości Pinka (Jason London), niepokornego quaterbacka licealnej drużyny futbolowej, ma okazję zakosztować prawdziwego imprezowego życia wraz ze starszymi kolegami i koleżankami.
źródło: http://www.hollywood.com
Na pierwszy rzut oka "Dazed and Confused" może wydawać się zwyczajną komedią dla nastolatków, jakich nakręcono już miliony. Dlaczego zatem film, którego co najmniej 90% akcji obraca się wokół picia browarów i palenia jointów, jest w moim odczuciu tak wyjątkowy? Otóż Richardowi Linklaterowi udało się bezbłędnie przenieść na taśmę filmową nie tylko niezwykle ulotny klimat połowy lat 70-tych ubiegłego stulecia, ale także jeszcze bardziej unikalny nastrój początku wakacji, który wszyscy doskonale znamy z licealnych czasów (lub też z technikum – pozdro Grażka!). Pod względem reżyser "Boyhood" bezapelacyjnie osiągnął mistrzostwo świata, a może nawet kosmosu! Klimat "Uczniowskiej balangi" (jakiż ten tytuł jest słaby, ja pierdolę!) udziela się na tyle mocno, że od razu mamy ochotę otworzyć piwerko i skręcić sobie tłustego blanta z najlepszego towaru prostu z gorącego Meksyku. Z tego powodu "Dazed and Confused" nie mogę z czystym sercem polecić osobom będącym na narko-odwyku lub które dopiero co wszyły esperal. Wracając jednakże do meritum należy zauważyć, że Linklater wypełnił swoją produkcję hektolitrami młodzieńczego hedonizmu, który może (a w sumie nawet powinien!) udzielić każdemu widzowi. Oczywiście, mamy do czynienia ze specyficzną konwencją amerykańskiego high school oraz dziwnymi tradycjami, które nie każdy w Polszy może kupić, ale klimat filmu po prostu powalił mnie na kolana jak 0.7 wypite z gwinta na raz, gdy na dworze panuje temperatura 40 stopni w cieniu.
źródło: http://www.hollywood.com
Znakomity klimat filmu dobitnie podkreśla wprost wybornie dobrana ścieżka dźwiękowa: Aerosmith, Deep Purple, Alice Cooper, Bob Dylan, Black Sabbath, ZZ Top, KISS, Seals & Crofts, Lynyrd Skynard – to imponująca wyliczanka tych najbardziej znanych. Chociaż zgromadzenie tychże utworów pochłonęło znaczną część budżetu filmu to uważam, że są one warte każdej wydanej monety. Imponująco trafne wybory! Jak już wspominałem powyżej fabuła "Dazed and Confused" obraca wokół palenia jointów, spożywania ogromnych ilości piwerek oraz bezcelowego, wakacyjnego snucia się wśród miasta świateł, za którym chyba tęsknię obecnie najbardziej (jak dobitnie zauważył Sokół z WWO: już nie te czasy, kiedy piwo o tej porze w nocnym u sprzedawcy się kreśliło, się porobiło). Naprawdę wiele oddałbym by móc ponownie cieszyć się specyficznym nastrojem początku wakacji i szlajać bezcelowo po mieście od parasoli do pleneru. "Dazed and Confused" wywołuje u mnie zawsze nostalgię za tamtymi czasami, kiedy jeszcze mieliśmy paszporty do młodości takie radosne. Richard Linklater zapragnął odtworzyć klimat swojej młodości i zrobił to po prostu bezbłędnie. Chciałbym kiedyś pochwalić się podobnym osiągnięciem, ale póki co zostają mi jedynie marzenia. Warto także zwrócić uwagę na dialogi, podszyte niekiedy głębszą refleksją. Jeśli miałbym stworzyć ranking moich trzech ulubionych kwestii to zestawienie prezentowałoby się następująco:
  • legendarne all right, all right, all right Woodersona,
  • komentarz Woodersona odnośnie dziewczyn z liceum: That's what I love about these high school girls, man. I get older, they stay the same age,
  • krótki monolog Dawsona wygłoszony na futbolowym boisku.
źródło: http://www.hollywood.com
Podobnie jak ścieżka dźwiękowa aktorstwo wypada równie bezbłędnie. Jason London, wcielający się Pinka, zrobił świetną robotę – od razu polubiłem tego sympatycznego quaterbacka, który nie okazał się fiutem dla młodszych kolegów (i ja podobnie, będąc licealnym freshmanem w IV LO przypadkowo poznałem seniorów, a raczej seniorki, które były w pytę bardzo - wielkie pozdro za ówczesną pomoc!). Mogę jedynie wyrazić ubolewanie, że jego późniejsza kariera aktorska potoczyła się raczej mocno średnio (niestety to zjawisko dotknęło wielu aktorów z "Dazed and Confused" – smuteczek bardzo). Na równie wielkie propsy zasłużyli Shawn Andrews, grający zawsze wyluzowanego Pickforda, Sasha Jenson (Dawson) oraz Rory Cochrane (Slater). Zajebiście fajną kreację bez cienia lipy stworzył także młodociany Wiley Wiggins (freshman Mitch). Jeśli chodzi o płeć piękną to warto wyróżnić Joey Lauren Adams (Simone), Milę Jovovich (Michelle), Marissę Ribisi (Cyntia) aczkolwiek największy szacunek należy się Michelle Burke za fantastyczną wprost role Jodi. Nie zapominajmy także o dwójce sympatycznych nerdów, będących stale w tle głównej akcji: Adam Goldberg (Mike) i Anthony Rapp (Tony). Chociaż na drugim planie pojawia się m.in. Ben Affleck oraz Nicky Katt to jednakże jeden człowiek ukradł dla siebie cały film. Debiutujący na dużym ekranie Matthew McConaughey wykreował Woodersona na jedną z moich ulubionych postaci w dziejach kinematografii, którą zawsze będę kojarzył z legendarnym tekstem all right, all right, all right, ciekawą uwagą odnośnie dziewczyn z liceum oraz epickim przywitaniem z Dawsonem. Jeśli ktoś zaczyna karierę filmową w tak epicki sposób to wiadomo, że prędzej czy później dostanie Oscara.
źródło: http://www.hollywood.com
"Dazed and Confused" to znakomita, nostalgiczna podróż do połowy lat 70-tych ubiegłego stulecia. Chociaż film Linklatera dotyczy uczniów high school w Austin to jednak w trakcie projekcji dostarcza uniwersalnych wspomnień o wesołych i beztroskich czasach licealnych wakacji, gdy wszystko było o wiele prostsze niż obecnie, a znalezienie hajsu na pyszne, zimne piwerko lub sytego jointa były jedynymi zmartwieniami zaprzątającymi umysł. Już niedługo wakacje (hahaha, śmieszny żart – dla kogo kogo, dla tego kogo), więc jeśli macie ochotę przypomnieć sobie jak to kiedyś wyglądało to nie znajdziecie lepszej pozycji. Absolutne arcydzieło i wieczne propsy dla Richarda Linklatera!
źródło: http://www.hollywood.com
Ocena: 10/10.

niedziela, 7 czerwca 2015

"Kung Fury"



Po kolejnym fantastycznym weekendzie, w trakcie którego nastąpiło kompletne oderwanie od szarej rzeczywistości (lub jak to ładnie określono w Oblivionie – stark reality), wracamy do smutnej prozy życia. Dzisiaj na warsztacie wylądowało, kolejne po "Veronice Mars", cudowne dziecko Kickstartera, czyli owiany legendą "Kung Fury". Dlaczegóż owiany legendą spytać możecie? Otóż najlepszą odpowiedzią na to pytanie, a jednocześnie rekomendacją do obejrzenia filmu Davida Sandberga jest sprawdzenie oficjalnego trailera oraz mistrzowskiej piosenki True Survivor wykonywanej przez Davida Hasselhoffa, która promuje tenże ambitny projekt. Tak doskonałego trailera nie widziałem od czasów "Grindhouse" i pierwszego "Machete"! Co ciekawe film jest dostępny bezpłatnie na YouTube i trwa jedynie 30 minut, więc jeśli nie mieliście okazji zapoznać się z nim wcześniej to rekomenduję krótki seans przed czytaniem recenzji.
źródło: http://www.kungfury.com/
Ponieważ "Kung Fury" jest oczywistym hołdem złożonym kinematografii lat 80-tych ubiegłego stulecia akcja filmu mogła rozgrywać się tylko i wyłącznie w Miami roku pańskiego 1985. Tytułowy bohater (David Sandberg) to gliniarz, który pod wpływem szoku po stracie partnera nieoczekiwanie został mistrzem kung-fu. Nie trzeba chyba dodawać, że Kung jest oczywiście über pro w swoim rzemiośle i bezwzględnie zwalcza przestępczość w gorącym mieście. Po serii niefortunnych wydarzeń (efektem epickiej walki z bezwzględnym automatem do gier okazały się równie epickie zniszczenia szacowane na 50 milionów USD) Fury postanawia raz na zawsze rozwiązać problem prymatu w sztukach walki i przy pomocy utalentowanego Hackermana (Leopold Nilsson) cofa się w czasie, aby zwyciężyć najpotężniejszego mistrza kung-fu w dziejach – Adolfa Hitlera (Jorma Taccone), zwanego z powodu unikalnych umiejętności Kung Führerem. Niestety okazuje się, że hakowanie czasu nie jest tak proste i ostatecznie Fury ląduje w czasach Wikingów (oczywiście odpowiednio podrasowanych na potrzeby kinematografii z lat 80-tych).
źródło: http://www.kungfury.com/
Budżet "Kung Fury" wyniósł zaledwie 600 tysięcy USD, ale muszę przyznać, że pod wieloma względami projekt Sandberga deklasuje większość hollywoodzkich superprodukcji. Oczywiście można postawić zarzuty, że film trwa jedynie 30 minut i zabrakło inwencji na więcej, aczkolwiek zauważmy, iż te niby marne pół godziny wypełniono prawdziwą esencją przygodowo-policyjnego kina typowego dla lat 80-tych XX wieku. Jest to historia całej dekady skompresowana w postaci małej pigułki, którą bardzo łatwo połknąć. Nie może zatem dziwić, że "Kung Fury" oferuje szeroki przegląd motywów z kina policyjnego (m.in.: klasyczna strata partnera oraz nieśmiertelne I work alone), walki ze sztuczną inteligencją opanowującą nagle zwykle urządzenia elektryczne, nowe, epickie technologie (telefon umożliwiający rozmowy pomiędzy różnymi erami), podróże w czasie (I'm a cop... from the future), nazistowską III Rzeszę, dinozaury (laserowe velociraptory – co za doskonały koncept!) czy też nawiązania do mitologii nordyckiej – scena przyzwania Thora przez Katanę (Helene Ahlson) wypadła po prostu epicko i zdecydowanie zalicza się do moich ulubionych! Oczywiście nie mogło zabraknąć pochwały tężyzny fizycznej głównego bohatera (Yeah, that’s my bicep) oraz jego sojuszników (Your pecs are epic.)
Hackerman w pełnym rynsztunku.
(źródło: http://www.kungfury.com/)
Nie da się ukryć, że "Kung Fury" nawiązuje do wielu wcześniejszych filmów, seriali oraz gier komputerowych (m.in. "Terminator", "2001: A Space Odyssey", Rastan Saga, "G.I. Joe" czy choćby "Knight Rider"), ale wnosi również ogrom świeżych pomysłów. Zwróćcie na przykład uwagę na bezapelacyjnie epicką rezydencję Kunga na szczycie budynku – koncept w rodzaju wariacji na temat buddyjskiej świątyni. W ilu produkcjach widzieliście coś równie doskonałego? Dodatkowo bezbłędnie dobrano auta z epoki: czerwone i białe Lamborghini Countach robią niemałe wrażenie i doskonale wpisują się w ducha ówczesności. Szaloną fabułę znakomicie uzupełniają wyborne wprost dialogi i one-linery. Pod tym względem "Kung Fury" deklasuje totalnie i jednocześnie udowadnia, jak bardzo czerstwe są żarty we współczesnych hollywoodzkich superprodukcjach. Ponadto skoro efekty specjalne w filmie nakręconym za 600 tysięcy USD wyglądają tak bezbłędnie i epicko to zastanówmy się na co tak naprawdę idą te dziesiątki i setki milionów dolarów w produkcjach Marvela? Jako najlepszy przykład weźmy choćby scenę, w której Kung w jednym ciągu masakruje kilkunastu hitlerowskich żołnierzy. Epickość. Czysta esencja kina, a jednocześnie zajebiste nawiązanie do tzw. dwuwymiarowych, ulicznych, chodzonych naparzanek. Wybornie wypadł również poziom przemocy: dekapitacje, wyrywanie rąk oraz kręgosłupów zawsze na propsie! Na osobne (i jednocześnie monstrualne w wielkości) propsy zasługuje bezbłędna ścieżka dźwiękowa z piosenką True Survivor wykonywaną przez Hassel The Hoffa. Mistrzostwo!
Hakowanie czasu.
(źródło: http://www.kungfury.com/)

"Kung Fury" wypada również znakomicie pod względem aktorstwa oraz pomysłów na poszczególne postacie. Główny bohater to największych policyjny heros i jednocześnie mistrz wschodnich sztuk walki w dziejach ludzkości, który nieugięcie tępiąc wszelką zbrodnię jest gotowy nawet do podróży w czasie, aby wymierzyć sprawiedliwość. Oczywiście metody działania Kunga zdecydowanie odbiegają od podręcznikowych przepisów oraz procedur. O mistrzowskiej stylówce Fury’ego nie będę nic pisał – musicie to zobaczyć na własne oczy! David Sandberg znakomicie wpisał się w konwencję filmu i zasłużył tym samym na wieczne propsy. Moją drugą ulubioną postacią jest oczywiście Hackerman, znakomicie zagrany przez Leopolda Nilssona. Komputerowy geniusz oraz prekursor podróży w czasie w jednej osobie, obdarzony zabójczym wąsem oraz bujną czupryną (krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie) to już prawdziwy kosmos! Spore wrażenie zrobiła na mnie także postać wyjątkowo muskularnego Thora (Andreas Cahling) oraz wyjątkowo urodziwe Katana (Helene Ahlson) i Barbarianna (Eleni Young). Per-Henrik Arvidius wcielający się w przełożonego Kunga to z kolei esencja policyjnego dowodzenia i narzekań na niestandardowe metody działania. W roli wisienki na torcie tym razem wystąpił sam David Hasselhoff, podkładający głos pod Hoffa 9000, komputer pokładowy w Lamborghini Countach Kunga. Wyborny pomysł, a przy okazji znakomite nawiązanie do "Knight Ridera" oraz "2001: A Space Odyssey" Stanleya Kubricka. W zasadzie jedyną postacią, co do której miałem większe oczekiwania jest Adolf Hitler a.k.a. Kung Führer. Jorma Taccone mógł dać z siebie zdecydowanie więcej.
źródło: http://www.kungfury.com/
Przyznam szczerze, że trailer "Kung Fury" zawiesił poprzeczkę tak wysoko, iż obawiałem się czy finalny produkt sprosta wybujałym oczekiwaniom. Jak bowiem doskonale pamiętamy w przypadku "Machete" było raczej tak sobie (lub też mocno średnio). Na szczęście David Sandberg nie zawiódł i przygotował naprawdę wciągającą, 30-minutową esencję kina lat 80-tych. Propsy tym większe, iż jednocześnie udowodnił, że nie trzeba dysponować milionami USD, aby nakręcić bezbłędną produkcję. Jeżeli nie oglądaliście jeszcze "Kung Fury" to zachęcam Was gorąco do poświęcenia 30 minut z życia na tę produkcję. Prawdziwe mistrzostwo!
źródło: http://www.kungfury.com/
Ocena: 9/10.

poniedziałek, 25 maja 2015

"American Sniper"



Po dłuższej przerwie wracamy na chwilę do oscarowych nominacji za najlepszy film. Dzisiejsza pozycja to wychwalany pod niebiosa "American Sniper" w reżyserii Clinta Eastwooda. O ile dawno nie oglądałem dobrego kina wojennego, o tyle po tejże produkcji nie spodziewałem się naprawdę niczego wielkiego, aczkolwiek żywiłem dogłębne przekonanie (głównie z uwagi na osobę reżysera), iż będzie z pewnością solidna i nie wywoła u mnie uczucia zażenowania. Od razu jestem zmuszony przyznać, że książki legendarnego snajpera Navy SEALs Chrisa Kyle’a nie miałem okazji przeczytać, więc film będzie rozpatrywany jedynie w odniesieniu do tego, co zobaczyłem na ekranie.
źródło: http://www.impawards.com
"American Sniper" to historia owianego legendą snajpera Navy SEALs Chrisa Kyle’a (Bradley Cooper). Chłopiec od najmłodszych lat wychowywany jest w obowiązku obrony słabszych i poszanowania dla amerykańskich wartości. Nie może zatem dziwić, że dysponując świetnymi umiejętnościami strzeleckimi wstępuje do nieustraszonej armii Wuja Sama. Wkrótce Osama postanawia zniszczyć World Trade Center (wyjątkowo żenująca scena), a kilka lat później bohater ma okazję sprawdzić swoje skille w ogniu walki w trakcie inwazji na Irak. W międzyczasie Kyle wiąże się z Tayą (Sienna Miller), aczkolwiek odwiecznym priorytetem jest oczywiście walka z wrogami amerykańskiej demokracji.
źródło: Warner Bros. Entertainment Group
Od razu muszę Was przestrzec, że "American Sniper" trwa aż 132 minuty, przez co na obejrzenie produkcji Clinta Eastwooda w całości straciłem cztery podejścia. Nie chodzi oczywiście o brak czasu z mojej strony, lecz niesamowite wprost znużenie wynikające z projekcji. Dawno nie widziałem bowiem tak nudnego, idealnie propagandowego filmu wojennego. W odniesieniu do interwencji w Iraku przekaz jest wyjątkowo jednoznaczny: siepacze Wuja Sama likwidują wyłącznie terrorystów (brodaci mężczyźni), zwolenników terroryzmu (kobiety noszące burki) albo potencjalnych terrorystów (dzieci) – jak doskonale wiemy uderzenie prewencyjne zawsze na propsie. Wszystko jest czarno-białe, więc w Bagdadzie nie występują lokalni bohaterowie pozytywni: nawet jeżeli dostaniesz zaproszenie na wspólną kolację z iracką rodziną to niechybnie okaże się, że w domu znajduje się miniaturowy arsenał do zwalczania amerykańskiego okupanta. Praktycznie nie pojawia się głębsza refleksja nad sensownością interwencji i jej skutkami – szpital z wojennymi weteranami to raczej sztampowe podejście do tematu, ukazujące zresztą typowe amerykańskie stanowisko wspierane przez NRA: co z tego, że ujebało ci nogę albo pół twarzy – postrzelaj sobie, od razu poczujesz się lepiej! Abstrahując od zamiłowania do broni palnej, "American Sniper" nie został w zasadzie skalany jakąkolwiek głębszą refleksją, chociaż dotyczy niebywale kontrowersyjnego konfliktu. Dla wszystkich psychofanów "Snajpera" mam jedną radę: obejrzyjcie sobie genialne wprost "Generation Kill".
źródło: Warner Bros. Entertainment Group
Osobny akapit należy poświęcić na postać głównego bohatera – herosa od dziecka szkolonego na profesjonalnego, bezlitosnego zabójcę (niemal jak Michael "Mike" Danton z legendarnego "Deadly Prey"), miłującego boga oraz amerykańskie wartości. Jedyną rysą na spiżowym wizerunku Kyle’a jest zaniedbywanie rodziny, aczkolwiek zjawisko to uzasadniono oczywiście bezgraniczną miłością do demokratycznej ojczyzny i miłosierną potrzebą chronienia bardziej ułomnych kolegów w Iraku. Tytułowy snajper nie ma żadnych słabości: nie upija się, nie zdradza żony, a kobiety i dzieci zabija tylko wtedy, gdy stanowią zagrożenie dla amerykańskich żołnierzy. Nie zrozumcie mnie źle: gdybym walczył na ulicach Bagdadu Kyle byłby wymarzonym wsparciem, ale po prostu nie jestem w stanie uwierzyć w istnienie tak doskonałego żołnierza i człowieka w jednym wcieleniu. Rozumiem, że Bradley Cooper musiał obiecać ojcu Chrisa, że nie pohańbi pamięci jego syna, ale żywię głębokie przekonanie, iż posunął się zdecydowanie za daleko. Najbardziej zaszokowała mnie scena, w której otoczony zewsząd przez wrogów Kyle (który de facto sam doprowadził do tej sytuacji), postanawia na ołtarzu amerykańskiej demokracji poświęcić życie swoje oraz kolegów (oczywiście nie pytając ich o zdanie) ściągając ogień helikopterów na własną pozycję. Gdyby tylko się udało gwarantowany pośmiertny Medal Honoru! Tego rodzaju pomysły od zawsze kojarzą mi się z dobrowolnymi wyczynami żołnierzy Armii Czerwonej. Oczywiście po powrocie do ojczyzny nasz bohater pogrąża się w smutku, gdyż nie może już wspierać kolegów zabijając wrogów demokracji. Wewnętrzny spokój znajduje jednak pomagając weteranom. American dream w najczystszej postaci!
źródło: Warner Bros. Entertainment Group
Aktorstwo w filmie nie urywa dupy ani nawet nie powala na kolana. Nominacja za najlepszą rolę męską dla Bradleya Coopera przy jednoczesnym pominięciu Jacka Gyllenhaala za "Nightcrawler" brzmi jak jakiś chory żart. Oczywistym jest, że Cooper bardzo przypomina Kyle’a zewnętrznie i stara się jak najlepiej oddać jego psychikę, ale nie jest to dla mnie nic wybitnego, gdyż ten bohater nie ma ani jednej rysy na swym spiżowym wizerunku. Kompletnie nudna postać. O wiele lepiej wygląda natomiast Sienna Miller, wcielająca się w małżonkę Chrisa. Taya w jej wykonaniu znacznie bardziej przypomina kobietę, która mogła istnieć w rzeczywistości, a nie być jedynie propagandowym wymysłem dla krzewienia amerykańskiej demokracji oraz wartości wśród ciemnego ludu. Na drugim planie nie dzieje się totalnie nic ciekawego: reszta aktorów chyba za bardzo wczuła się w role statystów. Jedynym wyjątkiem, a jednocześnie ciekawym nawiązaniem do wspomnianego "Generation Kill", jest Chance Kelly (tutaj podpułkownik Jones), czyli owiany legendą podpułkownik "Godfather" Ferrando. Zawsze miło zobaczyć na ekranie starego znajomego z irackiej pustyni.
źródło: Warner Bros. Entertainment Group
Kompletnie nie potrafię zrozumieć dlaczego tak mierny film otrzymał nominację do Oscara (oczywiście poza powodami politycznymi). Clint Eastwood nakręcił bowiem totalnie propagandową produkcję, która jest fatalna w odbiorze pod niemal każdym względem. "American Sniper" to pozycja, do której mam nadzieję już nigdy więcej nie wracać. Niech spoczywa po wsze czasy w odmętach zapomnienia, a tytuł "Snajper" będzie kojarzony jedynie ze znakomitą produkcją z Tomem Berengerem nakręconą w 1993 roku.
Lt Col "Godfather" Ferrando zawsze na propsie!
(źródło: Warner Bros. Entertainment Group)
Ocena: 4/10.

PS.
Dlaczego w filmie nie pokazano jak Kyle pisze książkę?

sobota, 16 maja 2015

"Jupiter Ascending"



Po ostatniej produkcji braci rodzeństwa Wachowskich miałem bardzo mieszane uczucia. Nie da się bowiem ukryć, że bezapelacyjnie monumentalny pod względem realizacyjnym "Cloud Atlas" wypełniony został kompletnie bełkotliwym przesłaniem, które wydatnie wpłynęło na ostateczną ocenę filmu. Dlatego też ze znaczną rezerwą podchodziłem do kolejnego przedsięwzięcia twórców legendarnego "Matrixa", które już na pierwszy rzut oka zapowiadało się jako kosmiczne Rivendell. "Jupiter Ascending", znane w Polszy jako "Jupiter: Intronizacja" (wyjątkowo tytuł przetłumaczony w miarę sensownie, aczkolwiek nie oddaje genialności oryginału) zapowiadał się jako epickie kino s-f z częściowo interesująca mnie obsadą (Mila Kunis – propsy za "That '70s Show" oraz Sean Bean). Przed seansem zadałem sobie właściwe tylko jedno pytanie: czy "Jupiter Ascending" zostanie dopisany do zaszczytnej listy produkcji, w których śmierć ponosi The Living Spoiler?
źródło: http://www.impawards.com
Na pierwszy rzut oka fabuła "Jupiter Ascending" może wydać się skomplikowana (ponoć scenariusz liczył aż 600 stron!). Niemniej, gdy zacznie się naprawdę ogarniać, co dokładnie dzieje się w filmie, to można wysnuć całkowicie przeciwstawną opinię. Jupiter Jones (Mila Kunis), leniwa i próżna córka rosyjskiej emigrantki, spełnia amerykański marzenie czyszcząc kible w Chicago wraz ze swoją liczną rodziną. Oczywiście, jak większość ludzkości, nasza bohaterka nie zdaje sobie sprawy, że Ziemia nie jest jedyną zamieszkaną planetą we wszechświecie. Okazuje się bowiem, że w pewnych kosmicznych kręgach Jupiter uznawana jest za kolejne wcielenie zamordowanej w tajemniczych okolicznościach głowy potężnego rodu Abrasax. Trójka dziedziców wszechmocnej rodziny rozpoczyna brutalną rywalizację o przejęcie opieki na młodą dziewczyną.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Nie da się ukryć, że "Jupiter Ascending" nie przyniesie chwały rodzeństwu Wachowskich. Kolejna produkcja mocno osadzona w realiach CGI wydaje się być raczej odpowiedzią na współczesne sukcesy Marvela niż autorskim podejściem do tematu. Co prawda znajdziemy kilka niepokojących motywów rodem z poważniejszego kina (m.in. poszczególne planety jako farmy, których jedynym zadaniem jest produkcja substancji przedłużającej życie wybranych; rozrośnięta ponad miarę biurokracja rodem z "Brazil" albo "Autostopem przez galaktykę"), ale gruncie rzeczy jest to czysty, efekciarski festyn, dodatkowo w nędznej kategorii PG-13. Wykreowanie w filmie uniwersum przypomina troszeczkę Diunę Franka Herberta, z tą różnicą, że potężne rody zamiast walczyć o melanż toczą boje o substancję zapewniającą wieczną młodość, a w roli arbitra nie występuje sprzedajny Imperator, lecz nieprzekupna Egida. Wszystko to wypadałoby nawet w miarę spoko, gdyby nie żenujące ziemskie motywy rodem z Marvela czy nawet serii "Transformers". Naprawdę nie rozumiem, w jaki sposób można zestawiać tak fascynujące kosmiczne uniwersum z totalną padaką rozgrywającą się na Ziemi. Rosyjski prolog opowieści to kompletna żenada, motyw z imigracyjnym kontenerem pomylono najwyraźniej z Chińczykami, a perypetie wielkiej rosyjskiej rodziny zamieszkującej Chicago (a czemuż nie brooklyńskie Brighton Beach?) są tak miałkie, że aż szkoda mi elektronicznych znaków, by je komentować.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Pod względem fabularnym w "Jupiter Ascending" wykorzystano wiele, naprawdę wiele, typowych dla tego rodzaju produkcji klisz, podlanych sosem CGI. Przygotujcie się zatem na oczywiste zdrady, przegięte do granic możliwości, a jednocześnie kompletnie bezsensowne pościgi, ratunek nadchodzący w ostatnich sekundach (wyraźnie nadużywany), nieuniknione wyczyny akrobatyczne rodem z gier komputerowych czy różnego rodzaju humanoidalne stwory – błękitny słonioczłek pilotujący krążownik Egidy to dla mnie o jeden krok za daleko. Aczkolwiek z drugiej strony trudno nie docenić momentami przepięknych efektów specjalnych. Z pewnością w tej kategorii przodują statki kosmiczne zanurzające się w gazowej atmosferze Jowisza, ich niezwykle oryginalne wystroje oraz znakomite napisy końcowe – rzadko zdarza się, abym obejrzał je do końca. Za wymienione wyżej rzeczy jestem skłonny podnieść ocenę końcową "Jupiter Ascending" o jedną gwiazdkę. Dodatkowo jako dużą zaletę filmu mogę wskazać wybitną ścieżkę dźwiękową, która zaskoczyła mnie totalnie swoją doskonałością – jakby to powiedział Bonus BGC: po prostu dobre w chuj.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
I w zasadzie poprzedni akapit całkowicie wyczerpał dobre strony produkcji rodzeństwa Wachowskich. "Jupiter Ascending" pod względem aktorskim to bowiem najczarniejsza rozpacz. Chociaż Mila Kunis jest aktorką, którą wielce szanuję i lubię, to o Jupiter Jones w jej wykonaniu nie jestem w stanie napisać niczego dobrego. Przez cały seans wydawało mi się, że wypłata musiała nastąpić przed rozpoczęciem zdjęć i odtwórczyni głównej roli po prostu przestało zależeć, bo hajs się już zgadzał. Mila Kunis kompletnie przeszła obok roli, nie robiąc całkowicie nic, aby widzowie polubili Jupiter i zaczęli się interesować jej losem. Jakkolwiek może zabrzmieć to dziwnie to panna Kunis nawet nie biega i skacze wystarczająco przekonująco! Następna pozycja na liście hańby to Channing Tatum. Akurat w jego przypadku miałem niewielkie oczekiwania, ale tak fatalna stylówka (żenująca blond broda i doprawione, ogromne uszy) dodatkowo uwypukla jego aktorskie ułomności. Na drugim planie wieje nudą, praktycznie żadna kreacja nie daje się zapamiętać. Jedynym promyczkiem nadziei był dla mnie Eddie Redmayne (Balem Abrasax), ale tylko w momentach, gdy jego bohater epatował chłodem – histerycznie odpały całkowicie zniszczyły dobry wizerunek tej postaci. Na koniec warto odnotować występ The Living Spoiler, czyli Seana Beana. Niestety Stinger to generalnie mało interesująca postać: może przykuć uwagę jedynie z powodu pytania postanowionego we wstępie.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Mimo, że "Jupiter Ascending" trudno nazwać nawet solidnym filmem to jednak przejawiam dziwne przekonanie, że gdyby rodzeństwo Wachowskich zdecydowało się nakręcić kolejną część to chętnie bym ją obejrzał. Pomimo wielu ułomności nie sposób nie docenić pięknych efektów specjalnych oraz znakomitej ścieżki dźwiękowej. Szkoda jedynie, że scenariusz wypełniono niemal samymi kliszami, a cała obsada postanowiła solidarnie dać dupy. W podsumowaniu posłużmy się zatem banalnym stwierdzeniem: potencjał jakiś tam był, ale wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Ocena: 4/10.