Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andy Wachowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andy Wachowski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 maja 2015

"Jupiter Ascending"



Po ostatniej produkcji braci rodzeństwa Wachowskich miałem bardzo mieszane uczucia. Nie da się bowiem ukryć, że bezapelacyjnie monumentalny pod względem realizacyjnym "Cloud Atlas" wypełniony został kompletnie bełkotliwym przesłaniem, które wydatnie wpłynęło na ostateczną ocenę filmu. Dlatego też ze znaczną rezerwą podchodziłem do kolejnego przedsięwzięcia twórców legendarnego "Matrixa", które już na pierwszy rzut oka zapowiadało się jako kosmiczne Rivendell. "Jupiter Ascending", znane w Polszy jako "Jupiter: Intronizacja" (wyjątkowo tytuł przetłumaczony w miarę sensownie, aczkolwiek nie oddaje genialności oryginału) zapowiadał się jako epickie kino s-f z częściowo interesująca mnie obsadą (Mila Kunis – propsy za "That '70s Show" oraz Sean Bean). Przed seansem zadałem sobie właściwe tylko jedno pytanie: czy "Jupiter Ascending" zostanie dopisany do zaszczytnej listy produkcji, w których śmierć ponosi The Living Spoiler?
źródło: http://www.impawards.com
Na pierwszy rzut oka fabuła "Jupiter Ascending" może wydać się skomplikowana (ponoć scenariusz liczył aż 600 stron!). Niemniej, gdy zacznie się naprawdę ogarniać, co dokładnie dzieje się w filmie, to można wysnuć całkowicie przeciwstawną opinię. Jupiter Jones (Mila Kunis), leniwa i próżna córka rosyjskiej emigrantki, spełnia amerykański marzenie czyszcząc kible w Chicago wraz ze swoją liczną rodziną. Oczywiście, jak większość ludzkości, nasza bohaterka nie zdaje sobie sprawy, że Ziemia nie jest jedyną zamieszkaną planetą we wszechświecie. Okazuje się bowiem, że w pewnych kosmicznych kręgach Jupiter uznawana jest za kolejne wcielenie zamordowanej w tajemniczych okolicznościach głowy potężnego rodu Abrasax. Trójka dziedziców wszechmocnej rodziny rozpoczyna brutalną rywalizację o przejęcie opieki na młodą dziewczyną.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Nie da się ukryć, że "Jupiter Ascending" nie przyniesie chwały rodzeństwu Wachowskich. Kolejna produkcja mocno osadzona w realiach CGI wydaje się być raczej odpowiedzią na współczesne sukcesy Marvela niż autorskim podejściem do tematu. Co prawda znajdziemy kilka niepokojących motywów rodem z poważniejszego kina (m.in. poszczególne planety jako farmy, których jedynym zadaniem jest produkcja substancji przedłużającej życie wybranych; rozrośnięta ponad miarę biurokracja rodem z "Brazil" albo "Autostopem przez galaktykę"), ale gruncie rzeczy jest to czysty, efekciarski festyn, dodatkowo w nędznej kategorii PG-13. Wykreowanie w filmie uniwersum przypomina troszeczkę Diunę Franka Herberta, z tą różnicą, że potężne rody zamiast walczyć o melanż toczą boje o substancję zapewniającą wieczną młodość, a w roli arbitra nie występuje sprzedajny Imperator, lecz nieprzekupna Egida. Wszystko to wypadałoby nawet w miarę spoko, gdyby nie żenujące ziemskie motywy rodem z Marvela czy nawet serii "Transformers". Naprawdę nie rozumiem, w jaki sposób można zestawiać tak fascynujące kosmiczne uniwersum z totalną padaką rozgrywającą się na Ziemi. Rosyjski prolog opowieści to kompletna żenada, motyw z imigracyjnym kontenerem pomylono najwyraźniej z Chińczykami, a perypetie wielkiej rosyjskiej rodziny zamieszkującej Chicago (a czemuż nie brooklyńskie Brighton Beach?) są tak miałkie, że aż szkoda mi elektronicznych znaków, by je komentować.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Pod względem fabularnym w "Jupiter Ascending" wykorzystano wiele, naprawdę wiele, typowych dla tego rodzaju produkcji klisz, podlanych sosem CGI. Przygotujcie się zatem na oczywiste zdrady, przegięte do granic możliwości, a jednocześnie kompletnie bezsensowne pościgi, ratunek nadchodzący w ostatnich sekundach (wyraźnie nadużywany), nieuniknione wyczyny akrobatyczne rodem z gier komputerowych czy różnego rodzaju humanoidalne stwory – błękitny słonioczłek pilotujący krążownik Egidy to dla mnie o jeden krok za daleko. Aczkolwiek z drugiej strony trudno nie docenić momentami przepięknych efektów specjalnych. Z pewnością w tej kategorii przodują statki kosmiczne zanurzające się w gazowej atmosferze Jowisza, ich niezwykle oryginalne wystroje oraz znakomite napisy końcowe – rzadko zdarza się, abym obejrzał je do końca. Za wymienione wyżej rzeczy jestem skłonny podnieść ocenę końcową "Jupiter Ascending" o jedną gwiazdkę. Dodatkowo jako dużą zaletę filmu mogę wskazać wybitną ścieżkę dźwiękową, która zaskoczyła mnie totalnie swoją doskonałością – jakby to powiedział Bonus BGC: po prostu dobre w chuj.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
I w zasadzie poprzedni akapit całkowicie wyczerpał dobre strony produkcji rodzeństwa Wachowskich. "Jupiter Ascending" pod względem aktorskim to bowiem najczarniejsza rozpacz. Chociaż Mila Kunis jest aktorką, którą wielce szanuję i lubię, to o Jupiter Jones w jej wykonaniu nie jestem w stanie napisać niczego dobrego. Przez cały seans wydawało mi się, że wypłata musiała nastąpić przed rozpoczęciem zdjęć i odtwórczyni głównej roli po prostu przestało zależeć, bo hajs się już zgadzał. Mila Kunis kompletnie przeszła obok roli, nie robiąc całkowicie nic, aby widzowie polubili Jupiter i zaczęli się interesować jej losem. Jakkolwiek może zabrzmieć to dziwnie to panna Kunis nawet nie biega i skacze wystarczająco przekonująco! Następna pozycja na liście hańby to Channing Tatum. Akurat w jego przypadku miałem niewielkie oczekiwania, ale tak fatalna stylówka (żenująca blond broda i doprawione, ogromne uszy) dodatkowo uwypukla jego aktorskie ułomności. Na drugim planie wieje nudą, praktycznie żadna kreacja nie daje się zapamiętać. Jedynym promyczkiem nadziei był dla mnie Eddie Redmayne (Balem Abrasax), ale tylko w momentach, gdy jego bohater epatował chłodem – histerycznie odpały całkowicie zniszczyły dobry wizerunek tej postaci. Na koniec warto odnotować występ The Living Spoiler, czyli Seana Beana. Niestety Stinger to generalnie mało interesująca postać: może przykuć uwagę jedynie z powodu pytania postanowionego we wstępie.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Mimo, że "Jupiter Ascending" trudno nazwać nawet solidnym filmem to jednak przejawiam dziwne przekonanie, że gdyby rodzeństwo Wachowskich zdecydowało się nakręcić kolejną część to chętnie bym ją obejrzał. Pomimo wielu ułomności nie sposób nie docenić pięknych efektów specjalnych oraz znakomitej ścieżki dźwiękowej. Szkoda jedynie, że scenariusz wypełniono niemal samymi kliszami, a cała obsada postanowiła solidarnie dać dupy. W podsumowaniu posłużmy się zatem banalnym stwierdzeniem: potencjał jakiś tam był, ale wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Ocena: 4/10.

piątek, 8 listopada 2013

"Cloud Atlas"

Przygotowując obiad w pewne słoneczne, sobotnie popołudnie długo zastanawiałem się jakiż film obejrzeć do posiłku. Miałem ochotę na totalne polskie ścierwo, ale niestety po raz kolejny nie udało mi się w odmętach internetu odnaleźć legendarnego "Enduro Bojz" z Janem Wieczorkowskim. Zrozpaczony failem zacząłem nerwowo przeglądać produkcje z poprzedniego i bieżącego roku, których jeszcze nie miałem okazji obejrzeć. Z nie do końca jasnych przyczyn wybór padł na niesławne dzieło braci rodzeństwa Wachowskich i Toma Tykwera. "Cloud Atlas", bo o nim mowa, budził mieszane uczucia pośród szacownej recenzenckiej braci, a nawet spotkał się z totalnymi hejtami. O ile zwykle niskie oceny pobudzają mój apetyt na obejrzenie danej produkcji, o tyle w przypadku "Atlasu Chmur" obawiałem się, że film będzie zły w niezwykle męczący sposób, przez co nie da mi mocy do radosnego hejtowania, a recenzja będzie powstawać w bólach i mękach. Na szczęście moje prognozy sprawdziły się tylko częściowo.
źródło: http://www.impawards.com
"Atlas Chmur" to kilka powiązanych ze sobą historii, osadzonych w różnych czasach i miejscach. Przestrzał jest dosyć szeroki, ponieważ podróżujemy przez XIX oraz XX wiek, a na dodatek mamy do czynienia z dwoma wizjami przyszłości – chujowej bliższej i jeszcze chujowszej dalszej. Oczywiście nie oglądamy cały czas jednej lokalizacji – akcja zmienia się jak w kalejdoskopie: odwiedzamy m.in. Wielką Brytanię, USA, czy też Koreę. Tematyka opowieści jest również diametralnie zróżnicowana: od handlu niewolnikami przez rozterki młodego kompozytora po niemal matrixowską wizję przyszłości z wybrańcem, który ma odmienić losy ludzkości. Generalnie nie widzę większego sensu w opisywaniu poszczególnych historii, ponieważ nobody gives a fuck, a poza tym za wiele miejsca by to zajęło. Zresztą jeśli obejrzeliście film to już ich pewnie nie pamiętacie, a jeżeli nie to nie będę Wam psuł zabawy w odkrywaniu fabularnych zawiłości.
źródło: 2012 Warner Bros. All Rights Reserved.
Pierwsza rzecz jaka rzuciła mi się w oczy i niemal mnie przeraziła to czas trwania filmu – 172 minuty! Gdybym poszedł na "Atlas Chmur" do kina w stanie w jakim oglądałem "On The Road" to zapewne umarłbym z odwodnienia. Naprawdę podziwiam twórców, że w czasach, gdy prawie wszystko jest skracane do niezbędnego minimum odważyli się zaserwować widzom taką dłużyznę. Szczerze przyznam, że z powodu długiej projekcji oraz nadmiernego przejedzenia (syndrom zjem jeszcze) najnormalniej w świecie zasnąłem w czasie oglądania. I nie chodzi tutaj oto, że film był nudny – po prostu poczułem się zmęczony. Podobnie dzieje się zresztą przy okazji pierwszej części "Mission Imbossible" - jeszcze nigdy nie udało mi się tego filmu obejrzeć w całości za jednym zamachem. No ale skończmy już wątek spania. Druga rzecz, która uderzyła mnie w "Atlasie Chmur" to wysokość budżetu. Cóż bowiem w dzisiejszych, wysoce kapitalistycznych, czasach znaczy 102 miliony USD? Przecież renomowane Spielbergi czy inne Lucasy, nie wspominając już o Michaelu Bayu, to się po takie hajsy nie schylają na ulicy nawet. Skoro Disney był w stanie wydać 250 milionów USD na "Johna Cartera" to chyba wytwórnia Warner Bros. nie pokładała większych nadziei w dziele Wachowskich.
źródło: 2012 Warner Bros. All Rights Reserved.
Niemniej trzeba przyznać, że jak na film wyprodukowany za ubogie 102 miliony USD, "Atlas Chmur" potrafi pozytywnie zaskoczyć pod względem realizatorskim. Mnogość historii oraz różne ich plenery były na pewno nie lada wysiłkiem, dlatego twórcom należą się za nie spore brawa. W warstwie realizacyjnej w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Każda z historii ma unikalny klimat odpowiadający epoce, w której została osadzona, a efekty specjalne może nie są szczególnie powalające, ale sprawdzają się wystarczająco dobrze. Pod względem fabularnym mam natomiast o wiele więcej zastrzeżeń. Ogólna idea filmu everything is connected jest zbyt mocno przereklamowana, by mogła wywrzeć na mnie jakiekolwiek wrażenie. Z przedstawionych sześciu historii naprawdę zainteresowały mnie jedynie losy młodego kompozytora osadzone w Wielkiej Brytanii lat 30-tych XX wieku. Warto na pewno pochwalić bardzo zabawny wątek pisarza z historii współczesnej, a w szczególności tego co uczynił z krytykiem mającym negatywną opinię o jego dziele. Mam nadzieję, że "Atlas Chmur" nigdy nie stanie się inspiracją dla Karolaka lub Szyca i nie zginę za wieczną pogardę, którą obłożyłem tych artystów. Niemniej ostatnio lękam się coraz bardziej o swoje życie (Politbiuro zawsze czujne), zważywszy, że cierpię na tzw. syndrom Magika. Neutralnie odebrałem natomiast historię o emancypacji klonów w bliższej przyszłości, trochę dostrzegam tutaj matrixowskie wpływy. Zdecydowane i potężne hejty natomiast żywię do lewackiej ideowo historii o potencjalnym handlarzu niewolników oraz dalszej przyszłości rozgrywającej się na Hawajach. Jednakże za najgorszą opowieść uznaję osadzone w latach 70-tych śledztwo dotyczące zabójstwa w elektrowni atomowej.
źródło: 2012 Warner Bros. All Rights Reserved.
Mimo mnogości kreacji aktorstwo w "Atlasie Chmur" nie powaliła mnie na kolana. Moim zdaniem jest raczej poprawne. Nie uświadczyłem większej żenady, ale też mało było kreacji zasługujących na większe brawa. Na pewno zasłużył na nie Tom Hanks zabawną rolą pisarza, ale reszta jego postaci jest taka sobie – przy czym najbardziej wkurwiał mnie w post-apokaliptycznej historii osadzonej na Hawajach. Z pewnością mogę pochwalić również Bena Whishawa, Jamesa D'Arcy'ego, Hugo Weavinga czy też Jima Broadbenta, ponieważ w ich występy są bez przypału. Jeśli chodzi o role kobiece to Doona Bae wypada raczej miałko, ale mimo wszystko lepiej niż Halle Berry, która irytowała mnie samą obecnością na ekranie. Nie wiem skąd to się wzięło, ale ostatnio zauważyłem u siebie straszną awersję do panny Berry - przy czym nie życzę sobie z tego powodu rasistowskich insynuacji!
źródło: 2012 Warner Bros. All Rights Reserved.
"Atlas Chmur" pod wieloma względami wydaje się być monumentalnym dziełem. Aczkolwiek jeśli do warstwy realizacyjnej nie można mieć większych zarzutów, to pod względem treści w dużej mierze film wypełniony jest bełkotliwymi, lewackimi ideami. W niektórych historiach są one podane na tyle ordynarnie, że aż ma się ochotę womitować lewacką tęczą! I chyba właśnie dlatego najbardziej podobały mi się najbardziej kameralne historie przedstawione w dziele Wachowskich. Opowieści bez ratowania świata, złowrogich korpo i walki o prawa klonów były po prostu zwyczajne i może przez to najbardziej wartościowe z mojej perspektywy. I to właśnie za nie oraz za realizacyjny rozmach wystawiam ocenę lepszą niż powinienem normalnie.
źródło: 2012 Warner Bros. All Rights Reserved.
Ocena: 4/10.