Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Grabowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Grabowski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 listopada 2015

"Demon"



Przyznam szczerze, iż do "Demona" podchodziłem niezwykle sceptycznie. Ostrożna postawa wynikała głównie z okoliczności związanych z premierą filmu. Otóż dla tych wszystkich, którzy są w ignorancji podobni do brzasku, pragnę przypomnieć, że reżyser Marcin Wrona powiesił się w hotelowym pokoju podczas trwania tegorocznego Festiwalu Filmowego w Gdyni. W zasadzie, będąc bogatszy w wiedzę wyniesioną ze "Służb Specjalnych", powinienem raczej napisać, że został znaleziony martwy. I jak to niestety w Polszy zawsze bywa (a dodam, że jest to dla mnie jedna z najbardziej frustrujących rzeczy w tym kraju) po tym tragicznym wydarzeniu rozpętała się jednoczesna lamentacja nad śmiercią młodego, perspektywicznego artysty (zaledwie 42 lata!), a także powszechne spusty nad doskonałością jego dotychczasowej twórczości – chociaż podejrzewam, iż większość z brandzlujących się, nie potrafiłaby nawet wymieć trzech filmów zmarłego. Ja natomiast otwarcie przyznam, iż nie widziałem żadnego filmu Marcina Wrony i co więcej, podejrzewam, że gdyby nie jego zgon nie poszedłbym do kina na "Demona". Zobaczcie zatem jak przewrotne może być życie oraz śmierć, a także zapamiętajcie: a kto umarł, ten nie żyje.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Demon" to historia w większości rozgrywająca się w trakcie wiejskiego wesela. Piotr (Itay Tiran), pieszczotliwie zwany przez przyjaciół "Pytonem", żeni się z Żanetą (Agnieszka Żulewska), córką lokalnego krezusa. Ponieważ dziewczyna wprost uwielbia stary dom swojego dziadka, przyjęcia weselne ma odbyć się w jego najbliższym sąsiedztwie. W trakcie przygotowań do wesela Piotr odkrywa zakopane nieopodal domostwa szczątki ludzkie. Nieoczekiwane odkrycie wywołuje u pana młodego rodzaj traumatycznego szoku, który wraz z rozkręcaniem się imprezy zaczyna stopniowo przeradzać się w kompletne szaleństwo.
źródło: http://www.filmweb.pl
Pierwsza uwaga po seansie: na miejscu Marcina Wrony postawiłbym na zdecydowanie inny tytuł. "Demon" kojarzy mi się za bardzo z "Omenem" i jakoś brakuje w nim rodzimego pierwiastka, wskazującego jednoznacznie z czym mamy do czynienia (przy czym używając terminu rodzimy pierwiastek mam na myśli wielokulturową Polskę sprzed drugiej wojny światowej, a nie to co mamy teraz). Z pewnością o wiele lepszą propozycją jest "Hana", którą wymyśliła na poczekaniu Grażka, ale ja wybrałbym całkowicie inną opcję. Moim prywatnym numerem jeden jest bowiem "Dybuk" – nie dość, że idealnie wpisuje się w tematykę filmu, to jeszcze stanowiłby znakomite nawiązanie do ponoć najwybitniejszego filmu nakręconego w całości w jidysz, jaki kiedykolwiek powstał w Polszy (oczywiście w Polszy międzywojennej). Niemniej, obserwując na co dzień przaśność intelektualną polskiego społeczeństwa, obawiam się, że niektóre grupy zaczęłyby głośno domagać zdjęcia z ekranów filmu szkalującego prawych Polaków i gloryfikującego jawnie antypolskie wymysły żydowskiego mistycyzmu. Chociaż to właśnie z żydowskiego folkloru wywodzi się dybuk (dosłownie: przylgnięcie) – duch zmarłej osoby, który nie mogąc zaznać spokoju, zawładnął ciałem żywego człowieka.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ponieważ, jak już wspomniałem we wstępie, spodziewałem się, że "Demon" jest chwalony tylko z powodu śmierci reżysera moje oczekiwania były naprawdę niewielkie (przecież zawsze łatwiej trochę pohejtować). Niestety pomyliłem się totalnie: Marcin Wrona nakręcił więcej niż solidne kino, które zachęciło mnie do zapoznania się z resztą jego filmowego dorobku. Co prawda przedstawione na ekranie wesele nie ma może ciężaru legendarnej produkcji Wojciecha Smarzowskiego i momentami jest może za bardzo śmiechowe, ale jako tło dla przedstawionej opowieści prezentuje się całkiem nieźle. Oczywiście ja preferowałbym znaczniejsze zagęszczenie klimatu, zwiększenie poziomu mroczności oraz rozszerzenie aury tajemniczości na całość. Tak więc może nie poszedłbym śladami Smarzowskiego, lecz dumnie kroczył ścieżką wytyczoną ponad sto lat temu przez Wyspiańskiego. Niemniej, tak naprawdę niewiele mogę zarzucić Marcinowi Wronie – i to akurat nie dlatego, że aktualnie nie żyje. W obserwacji przaśności polskiego wiejskiego wesela nie posunął się wcale zbyt daleko – najważniejsza jest przecież wódka i żenujące zabawy weselników. Momentami reżyserowi udało się zbudować klimat tak znakomity, że zdecydowanie zahacza oceny wyższe niż wystawiona poniżej. Wielkie brawa za piękne zdjęcia oraz doskonale dobrane plenery – obrzydliwie brzydkie miasteczko (Świerże Górne w województwie mazowieckim) i kamieniołom. Ponadto w "Demonie" tak naprawdę nic do końca nie jest jasne – spora ilość niedopowiedzeń pozwala na raczej swobodną interpretację.
źródło: http://www.filmweb.pl
Kiedy dowiedziałem się, że do głównej roli zaangażowano obcokrajowca, pomyślałem sobie, że z pewnością zaraz obejrzę powtórkę casusu Czarnego z "Młodych Wilków". Jednakże, ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu, Itay Tiran zagrał w mistrzowski sposób. Rola Piotra to jedna z najlepszych i najbardziej przejmujących kreacji, jakie oglądałem ostatnio na polskich ekranach. Wielkie brawa za doskonałe odegranie emocji targających bohaterem oraz znakomite preludium kompletnego szaleństwa. Takie występy obcokrajowców to ja rozumiem! Niezwykle młodzieżowo zagrała również Agnieszka Żulewska, wcielająca się w pannę młodą. Między obojgiem głównych postaci udało się wytworzyć prawdziwą ekranową chemię, która emanuje na widza wprost z ekranu. Na wyróżnienie zasłużyli natomiast z pewnością Tomasz Schuchardt (Jasny, brat Żanety) oraz Adam Woronowicz (Lekarz) za ciekawe role w konwencji śmiechowo-pijackiej. Jeśli miałbym postawić jakieś zarzuty dotyczące castingu to z pewnością wskazałbym na Andrzeja Grabowskiego, a w szczególności na Cezarego Kosińskiego (Ksiądz). Z mojej perspektywy obaj wymienieni aktorzy są straszliwie rozpoznawalni i zdecydowanie lepiej byłoby zatrudnić mniej opatrzone twarze.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Demon" to naprawdę solidne kino z momentami prawdziwego błysku, które zdecydowanie wybijają produkcję Marcina Wrony ponad polską przeciętność. Mistrzowska kreacja Itaya Tirana oraz niepokojąca, pełna niedopowiedzeń fabuła to największe zalety tego filmu. Wypada jedynie ubolewać nad przedwczesną śmiercią reżysera, który niestety nie dostarczy nam więcej tego rodzaju rozrywki. Naprawdę, warto zapoznać się bliżej z "Demonem".
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 7/10.

niedziela, 12 lipca 2015

"Służby Specjalne"



Powiedz komu dałeś władzę? Tajnym służbom? Nie widzisz, że te służby w sposób jawny się kurwią? – po seansie mogę z całą pewnością stwierdzić, że tekst Ostrego z utworu Po drodze do nieba idealnie podsumowuje "Służby Specjalne" Patryka Vegi. Muszę jednakże przyznać, że co do samego filmu przejawiałem bardzo sceptyczne podejście. Obejrzawszy trailer, w którym nachalnie straszył aktor wyglądający jak Antoni Macierewicz (Krzysztof Horbacz), a na dodatek wtórował mu człowiek przyodziany w krawat w biało-czerwone pasy, lękałem się, iż produkcja Vegi będzie infantylną zabawą w odtwarzanie politycznej rzeczywistości w jakimś krzywym zwierciadle. Po co to komu potrzebne, skoro co drugi polityk w Polszy to kompletny parodysta? Oczywiście moja postawa nie wynikała z iluminacji, lecz solidnych, empirycznych podstaw, o których wspominałem przy okazji recenzji "Ciacha". Bezapelacyjnie reżyser zaliczył monstrualny zjazd, ale przecież powszechnie wiadomo, że jesteś tak dobry jak twój ostatni freestyle. Szansa na odkupienie win pojawiła się przy okazji dziewiątej edycji Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami – serdecznie zapraszam Was do udziału, ponieważ można nadrobić sporo zaległości!
źródło: http://www.filmweb.pl
Akcja "Służb Specjalnych" rozgrywa się w niezwykle gorącym okresie po likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Wszyscy doskonale pamiętamy ile kontrowersji wywołała ta decyzja zawarta w pakcie stabilizacyjnym podpisanym przez liderów PiS, LPR oraz Samoobrony. Jeszcze większym echem odbił się niesławny raport czołowego tropiciela spisków IV RP Antoniego Macierewicza (Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI). Jak łatwo przewidzieć likwidacja WSI nie spotkała się z entuzjazmem zasłużonych funkcjonariuszy służb. W efekcie gen. bryg. Romuald Światło (Wojciech Machnicki) montuje naprędce ekipę złożoną z byłych, ale wiernych pracowników WSI: ppor. "Białko" (Olga Bołądź), kpt. Cerata (Wojciech Zieliński) oraz płk Bońka (Janusz Chabior). Głównym zadaniem grupy jest paraliż ABW oraz eliminacja wrogów polskiej racji stanu, aczkolwiek wraz z kolejnymi zleceniami pojawia się coraz więcej wątpliwości dotyczących prawdziwych motywów decydentów.
źródło: http://www.filmweb.pl
Od razu muszę przyznać, że "Służby Specjalne" zaskakują zdecydowanie pozytywnie (spodziewałem się przecież okolic 3/10), chociaż pod pewnymi względami przypominają trochę "Drogówkę": w pierwszej części sporo śmiesznostek, a w drugiej paranoiczna intryga. Z jednej strony film Vegi należy odbierać jako ogromny pocisk wymierzony w WSI: wszechwładni decydenci (których de facto nawet nie oglądamy na ekranie) wydają rozkazy realizowane przez różnego szczebla podwładnych. Tajemnicza grupa trzymająca władzę, wiecznie operująca w strefie cienia, steruje nie tylko byłymi pracownikami wywiadu, rządowymi spółkami, prywatnym biznesem, ale także mediami, kościołem czy też prokuraturą i robi to wyłącznie dla własnych egoistycznych pobudek (albo jeśli ktoś epatuje bardziej prawicowym nastawieniem to oczywiście w celu realizacji interesów Moskwy). Wszystko jest możliwe do zmanipulowania, a nawet oczywiste samobójstwo okazuje się morderstwem na zlecenie. Jednakże z drugiej strony "Służby Specjalne" nie pozostawiają suchej nitki na ekipie demontującej Wojskowe Służby Informacyjne. Kompletny chaos wywołany niepotrzebnymi czystkami, totalna amatorszczyzna oraz beztroska (m.in. lecący do Afganistanu Maciek, strażnik miejski ze śródmieścia), a także brak refleksji nad zagrożeniami dla państwa wynikającymi z podjętych działań likwidacyjnych to główne zarzuty pojawiające się w filmie. Przy okazji warto zacytować znakomity pojazd po Antonim Macierewiczu: Kto jest największym oszołomem? Kutasiłeb. Potrójnie chujowy. Chujowy mówca, pierdoli głupoty i jeszcze chujowo wygląda. Vega przedstawił w ciekawym świetle wiele prawdziwych wydarzeń, które do dzisiaj wywołują spore kontrowersje (m.in. samobójstwa Barbary Blidy oraz Andrzeja Leppera, działań Macierewicza).
źródło: http://www.filmweb.pl
Agenci wchodzący w skład grupy operacyjnej gen. bryg. Światło nie są na szczęście herosami pokroju Jamesa Bonda, a ponadto nie wszystkim byłym funkcjonariuszom wiedzie się klawo (najlepszy przykład to ojciec ppor. "Białko"). W wolnych od walki o dobro Polszy chwilach bohaterowie "Służb Specjalnych" zmagają się z prozaicznymi problemami: bezpłodnością, nowotworami czy planami asasynacji własnego ojca. Z tego powodu postacie wydają się być o wiele bardziej z krwi i kości, a nie tylko sprawiają wrażenie bezlitosnych morderców pozbawionych życia prywatnego. Jak ogromny plus należy wspomnieć z pewnością piękne ujęcia przeważnie zimowej Warszawy – niczym w amerykańskiej produkcji. Nawiązując przy tej okazji do Wuja Sama to warto zauważyć, że na ekranie oglądamy helikoptery Black Hawk oraz legendarne Huey – na dodatek są to prawdziwe maszyny, a nie atrapy wykonane z kartonu jak w typowym, polskim kinie batalistycznym. Tego nie widzi się w każdym polskim filmie, więc szacunek! Wybornie wypadły dialogi – zabawne (raczej czarny humor), przewrotne, ale także pełne wulgaryzmów oraz wywiadowczego slangu. Swoją drogą twórcom należą się wielkie propsy za bieżące objaśnianie niezrozumiałych terminów – ekranowy słownik sprawdza się bowiem znakomicie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Największy zarzut odnośnie "Służb Specjalnych" to niemożność zamknięcia opowiadanej historii w sensowny sposób – w pewnym momencie opowieści po prostu wyskakują napisy końcowe. Wydaje mi się, że może to wynikać z dwóch przyczyn. Po pierwsze mogło oczywiście zabraknąć inwencji i film wygląda tak jak wygląda. Po drugie Patryk Vega mógł planować sequel, ewentualnie reszta wątków została dopowiedziana w serialu, którego nie miałem okazji oglądać. Niemniej odczuwam z tego powodu spory niedosyt, chociaż z drugiej strony nieumiejętnym zakończeniem można było wszystko spierdolić. Można przyczepić się również do nijakiej ścieżki dźwiękowej oraz niektórych występów aktorskich (przykładowe O Jezu po śmierci posłanki wywołało niezamierzone raczej salwy śmiechu towarzyszącej mi Grażki). Ponadto postać ppor. "Białko" nie jest dla mnie przekonująca, chociaż Olga Bołądź bardzo starała się, żeby to zmienić. Nie do końca kupuję również kpt. Cerata, ale do gry Wojciecha Zielińskiego nie mam większych zastrzeżeń. Z pewnością cały film kradnie Janusz Chabior – genialny aktor wcielił się w znakomicie napisaną postać i dał z siebie wszystko. W szczególności polecam przygody płk Bońka związane ze służbą zdrowia oraz nietypową relację z dr Czerwonko (fantastyczny epizod Agaty Kuleszy). Fajnie zaprezentowali się również Eryk Lubos (Rafun), Kamila Baar (Joanna) oraz Wojciech Machnicki (gen. bryg. Światło).

Po "Służbach Specjalnych" spodziewałem się naprawdę niewiele. Tymczasem Patryk Vega udowodnił, że dysponuje jeszcze resztkami potencjału i być może pewnego dnia wróci do prawdziwej gry. Film z pewnością ciekawie ukazuje pewne aspekty polskiej rzeczywistości, aczkolwiek pod różnymi względami może być uznawany za propagandowy manifest prawicowych teorii spiskowych – gdyby nie ostry pojazd po likwidatorach WSI spełniłby się w rej roli niemalże idealnie. Niemniej szkalowanie Antoniego i jego ekipy zbilansowało prawicowe fobie, przez co "Służby Specjalne" ogląda się całkiem nieźle. Chociaż końcowa ocena może nie jest zbyt wysoka to uważam, że warto zobaczyć tę produkcję – choćby dlatego by spojrzeć na pewne oczywiste sprawy z innej strony.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 6/10.