środa, 21 marca 2018

"Phantom Thread" (2017)


The tea is going out; the interruption is staying right here with me.

Dzisiaj na warsztat trafia kolejny potencjalny oscarowy kombajn, który w tym roku zebrał aż sześć nominacji (w tym m.in. za najlepszy film, reżyserię, aktora pierwszoplanowego oraz aktorkę drugoplanową). Ostatecznie, jak już doskonale wiemy, "Phantom Thread" zgarnęło jedynie tylko jedną jedyną statuetkę za najlepsze kostiumy. Czy werdykt Akademii był słuszny spróbuję ustalić w dalszej części recenzji, opierając się na dotychczas obejrzanych produkcjach nominowanych do Oscara. Słowem wstępu muszę natomiast wspomnieć, że nie od dziś wiadomo, iż dzieła sygnowane podpisem Paula Thomasa Andersona przeważnie nie są łatwe w odbiorze. Niedowiarkom mogę polecić choćby "Magnolię", "Aż poleje się krew" czy osławionego "Mistrza". Spodziewałem się, że nie inaczej będzie w tym przypadku i o luzackim klimacie wiecznie ujaranej, lecz paranoicznej Kalifornii z "Wady ukrytej" trzeba będzie bardzo szybko zapomnieć. Tematyka związana z modą nie jest może w kręgu moich największych zainteresowań oraz pasji, ale z uwagi na szacunek jakim darzę osobę reżysera oraz tak wybitnego aktora jak Daniel Day-Lewis nie mogłem opuścić tej filmowej uczty (zważywszy, że miała być to jego ostatnia rola). Co ciekawe inspiracją dla postaci głównego bohatera był hiszpański projektant mody Cristóbal Balenciaga, którego Christian Dior określił zaszczytnym mianem mistrza nas wszystkich.
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
Akcję "Phantom Thread" osadzono w Londynie pierwszej połowy lat 50-tych ubiegłego stulecia (wedle drobnych szczegółów z filmu można przyjąć, że wszystko rozgrywa się od między majem 1953 roku a październikiem 1954 roku). Reynolds Woodcock (Daniel Day-Lewis) to uznany projektant mody ubierający nie tylko brytyjskie wyższe sfery, ale także księżniczki z europejskich monarchii (a niektóre nawet od dziecka). Prowadząc dom mody wraz z oddaną siostrą Cyril (Lesley Manville) Reynolds odnosi same sukcesy, a jego renoma sprawia, że nie każdy jest godzien nosić jego stroje, a nawet chwila rozmowy z mistrzem staje się ogromnym zaszczytem dla postronnych. Niemniej w przeciwieństwie do życia zawodowego, pod względem prywatnym egzystencja naszego bohatera nie wygląda zbyt szczęśliwie. Rozstawszy się z kolejną muzą, Reynolds wyrusza na prowincję w ramach odpoczynku od londyńskiego blichtru. Kompletnie nieoczekiwanie uwagę uznanego projektanta przykuwa Alma (Vicky Krieps), niepozorna kelnerka z lokalnej restauracji. Oczarowany skromną kobietą Woodcock postanawia odnaleźć w niej nowe źródło inspiracji dla swojej twórczości.
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
"Nić widmo" ogląda się bardzo dobrze, chociaż (a może na szczęście) nie jest to film tak ciężki w odbiorze jak trzy pozycje wymienione we wstępie. Niemniej dla osób nieznających dotychczasowej twórczości Paula Thomasa Andersona seans "Phantom Thread" może być pod pewnymi względami męczący umysłowo (na pewno nie jest to kino, którego przeznaczeniem jest beztroski niedzielny obiadek albo cięższy stan kacowy). Niemniej motyw z grzybami idealnie wpisuje się w najcięższe aspekty twórczości kalifornijskiego reżysera. Tak naprawdę w kontekście fabularnym twórcy nie bombardują widza wielością zwrotów akcji czy nawet zwyczajnych, filmowych wydarzeń. Wszystko rozwija się w bardzo powolnym, wręcz subtelnym tempie, pozwalając nacieszyć się każdym doskonale skomponowanym kadrem. Zdecydowana większość akcji to zwyczajna egzystencja wielkiego projektanta mody, który oprócz tworzenia wielkich rzeczy przywiązuje ogromną wagę do codziennych domowych rutyn oraz zwyczajów. Wszelkie naruszenia obowiązującego porządku mogą zakłócić harmonię mistrza i doprowadzić do awantur albo strzelenia typowego focha. Świetnie ukazana została zmienność natury Reynoldsa i łatwość, z jaką twórca przechodzi ze stanu kreatywnej twórczości do poczucia kompletnego wypalenia i bezczynności.
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
"Phantom Thread" stanowi z pewnością gratkę dla fanów mody. Twórcy bardzo realistycznie oddali proces tworzenia wyjątkowych strojów na specjalne okazje, zatrudniając w roli licznych filmowych krawcowych osoby, które zajmują się tego rodzaju działalnością na co dzień. Paul Thomas Anderson zdecydowanie starał się podkreślić piękno kreacji tworzonych przez Reynoldsa i muszę przyznać, że udało mu się osiągnąć zamierzony efekt. Przyznanie Oscara w kategorii najlepsze kostiumy nie pozostawia zatem żadnej wątpliwości. Pod względem wizualnym warto zwrócić jeszcze uwagę na bardzo ładne, angielskie krajobrazy, chociaż zdecydowana większość akcji rozgrywa się w zamkniętych pomieszczeniach. Niemniej nadmorskie widoki z północnego Yorkshire naprawdę przypadły mi do gustu. Wizualną maestrię podkreśla niezwykle subtelna ścieżka dźwiękowa autorstwa Johny’ego Greenwooda, który inspirował się twórczością Nelsona Riddle’a oraz Glenna Goulda z lat 50-tych ubiegłego stulecia. Oczywiście pisanie recenzji nie polega na wyłącznym chwaleniu "Phantom Thread". Niestety w pewnych momentach dane mi było odczuć znużenie wynikające ze zbytniego rozwleczenia w czasie przygód Reynoldsa, a ponadto wspomniany wyżej motyw z grzybami jest dosyć nietypowy i rzekłbym dziwny.
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
Jeśli chodzi o aktorstwo to w przypadku "Phantom Thread" jest niezwykle kameralnie. Daniel Day-Lewis jako aktor metodyczny na czas kręcenia filmu stał się po prostu swoim bohaterem (na planie zwracano się do niego per Reynolds). Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć postanowił się zaprzyjaźnić ze swoją filmową siostrą, a także poświęcił sporo czasu na zapoznanie się trendami mody w latach 40-tych oraz 50-tych XX wieku oraz dorobkiem najważniejszych projektantów. Oczywiście nabył również praktyczną umiejętność szycia (można nawet podejrzewać, że samodzielnie uszył wszystkie suknie zaprezentowane w filmie). Efekt jest jak zwykle porażający i gdyby Akademia zdecydowania się przyznać Oscara za rolę Reynoldsa nie byłbym wcale zdziwiony. Daniel Day-Lewis zagrał po prostu na poziomie, do którego przyzwyczaja nas od lat – jego przemiana w introwertycznego projektanta mody jest totalna i bezbłędna. Co ciekawe ciężar współpracy z tym tytanem aktorstwa udźwignęła wspaniale Vicky Krieps wcielająca się w Almę. Z prawdziwą przyjemnością delektowałem się jej znakomitą grą aktorską i muszę przyznać, że praktycznie nie odstaje od mistrza. Również na pochwały zasłużyła Lesley Manville, która zagrała cierpliwą i oddaną siostrę głównego bohatera. O takie właśnie role drugoplanowe walczyłem!
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
Jak na film, na który pomysł zrodził się, gdy żona obdarzyła chorującego Paula Thomasa Andersona pełnym troski spojrzeniem to muszę przyznać, iż "Phantom Thread" ogląda się nawet nieźle. Warto w szczególności zwrócić uwagę na tajniki tworzenia pięknych sukni na wyjątkowe okazje, subtelną ścieżkę dźwiękową oraz wybitne aktorstwo. Jak na pożegnanie z aktorstwem Daniel Day-Lewis zostawił po sobie piękną i przejmującą finalną rolę. Choćby z tego właśnie względu "Nić widmo" to pozycja obowiązkowa.
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
Ocena: 8/10.

środa, 14 marca 2018

"Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" (2017)



Cause there ain't no God and the whole world's empty,
and it doesn't matter what we do to each other?

Ponieważ jesteśmy już świeżo po tegorocznej gali oscarowej wracamy do omawiania najważniejszych filmów nominowanych w tym roku do najbardziej prestiżowej nagrody przemysłu filmowego. Po niedawnej recenzji "Get Out" nadszedł najwyższy czas na murowanego faworyta do rozbicia puli, czyli nominowanego w siedmiu kategoriach "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri". Produkcja wyreżyserowana przez Martina McDonagha zebrała przecież pięć cennych nagród BAFTA (w tym za najlepszy film i scenariusz oryginalny) mając łącznie dziewięć nominacji oraz cztery Złote Globy (w tym za najlepszy film i scenariusz oryginalny) przy sześciu nominacjach. Ostatecznie udało się zebrać jedynie dwie statuetki (główna rola damska oraz drugoplanowa rola męska), przegrywając najlepszy film roku z "The Shape of Water", którego jeszcze nie widziałem.  Natomiast kompletnie dla mnie niezrozumiałą decyzją jest wybór "Get Out" w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny. No cóż, nie od dzisiaj decyzje Akademii wywołują wiele kontrowersji… Niemniej muszę przyznać, że wybierając się na seans nie usłyszałem złego słowa o "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri". Wszystkie recenzje były pozytywne, a film wychwalono niemalże pod niebiosa. Automatycznie postawiło mnie to trochę w opozycji, ale ponieważ "In Bruges" Martina McDonagha było całkiem w pytę, a "Seven Psychopaths" miało swoje momenty, żywiłem nadzieję na świetne kino.
W niewielkim miasteczku Ebbing (które nie istnieje naprawdę) Mildred (Frances McDormand) wiedzie przerażająco smutną egzystencję. Kilka miesięcy wcześniej jej córka została zgwałcona i brutalnie zamordowana. Ponieważ sprawa w dalszym ciągu pozostaje nierozwiązana przez lokalnych stróżów prawa, kobieta decyduje się desperacki krok. Wykupiwszy tytułowe trzy bilbordy położone za miasteczkiem, Mildred umieszcza na nich bezpardonową krytykę oraz bezpośredni apel skierowany do szefa policji Willoughby’ego (Woody Harrelson). Niekonwencjonalne zachowanie naszej bohaterki dzieli lokalną społeczność, ale równocześnie staje się jedyną szansą na ujęcie mordercy.
We wstępie wspominałem, że "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" zbierało wyłącznie więcej niż pozytywne, wręcz entuzjastyczne recenzje. Po seansie muszę przyznać, że w tym przypadku pompowanie balonika miało solidne uzasadnienie. Film Martina McDonagha ogląda się po prostu świetnie, chociaż porusza dosyć depresyjne i poważne tematy. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się cierpienie matki po stracie swojego dziecka, chociaż relacje Mildred z córką pozostawiały sporo do życzenia. Drugi ważny temat to bezczynność lokalnej policji, która zamiast skupiać się na rozwiązaniu śledztwa, torturuje czarnuchów kolorowych. Leniwe, rasistowskie, nieudolne świnie, wywodzące się często z patologicznych rodzin typowych White trash (vide Dixon) pożytkują służbę na walenie gorzeliny oraz dręczenie mniejszości etnicznych. Oczywiście nie każdy policjant w Ebbing zalicza się do tego szacownego grona. Willoughby sprawia wrażenie sympatycznego i ogarniętego gościa, który doskonale zna intelektualne możliwości swoich podopiecznych i wie, że pewnych spraw przy ograniczonym zakresie środków po prostu rozwiązać się nie da. Niemniej nawet przy swoim wieloletnim doświadczeniu nie może zignorować bezczelnej wiadomości Mildred umieszczonej na bilbordach. W tym właśnie momencie "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" doskonale przedstawia sieć powiązań małomiasteczkowej Ameryki i ogólnospołeczne wsparcie dla szefa policji mimo, że sprawa pozostaje w dalszym ciągu nierozwiązana (zwolenników zuchwałej akcji naszej bohaterki można policzyć na palcach jednej ręki).
Jak już wspomniałem "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" ogląda się po prostu świetnie. Film posiada multum scen o wyjątkowym ładunku emocjonalnym. Najlepszy przykład to flashback ostatniej kłótni Mildred z córką, w której zostały wypowiedziane słowa, których cofnąć się już nie da. Podobnie jest w przypadku rodzinnej sprzeczki z byłym mężem Charlie’m, która przyjmuje kompletnie nieoczekiwany efekt. A wątek randkowania z sympatycznym Jamesem może naprawdę wywołać łezkę współczucia. Pod względem fabularnym nie jestem w stanie wykazać praktycznie żadnych słabości (może z wyjątkiem dziwnej sceny rozgrywającej się w sklepie, w którym pracuje Mildred). Co więcej, dodam, że  jest to imponujące, niemal idealne połączenie całkowitej powagi z nieoczekiwanymi przejawami humoru, przeważnie bardzo czarnego. Muszę natomiast przyznać, że zdecydowanie zaskoczył mnie monolog wygłoszony przez Mildred do jelenia – byłem przekonany, że zwierzak to wytwór CGI, ale okazało się, iż jest rzeczywisty i ma nawet imię (Becca). W zasadzie był to precyzyjne ujmując mulak białoogonowy, znany też jako jeleń wirginijski lub jeleń wirgiński (Odocoileus virginianus). W ramach ciekawostki warto napisać, że filmowcy nawet nie liznęli Missouri, ponieważ praktycznie cały film nakręcono w Karolinie Północnej (tytułowe Ebbing udaje miasteczko Sylva).
Zaczynając omawianie aktorstwa oraz postaci muszę przyznać, że Frances McDormand otrzymała w pełni zasłużonego Oscara za swoją imponującą rolę. Mildred emanuje po prostu ledwie hamowanymi pokładami gniewu oraz determinacji, będąc wysoce niestabilnym wulkanem emocji. Aby zmusić lokalna policję do rozwiązania śledztwa zdeterminowana matka cierpiąca po stracie córki nie cofnie się przed niczym. Owacja na stojąco! Na podobne laury zasłużył również kolejny oscarowy triumfator, czyli Sam Rockwell. W jego wykonaniu Dixon przechodzi prawdziwą i co najważniejsze szczerą ewolucję od kompletnego, rasistowskiego dupka do bohatera kierującego się wysoce szlachetnymi pobudkami. A wszystko podlane zostało sporą dozą humoru. Na trzecie miejsce podium wskakuje tym razem nominowany do Oscara w tej samej kategorii Woody Harrelson. Willoughby to naprawdę zacny koleś, z którym chętnie obaliłbym niejedno piwcio (pozdro Natalia!), niemniej pod pewnymi względami przypomina mi Marty’ego z "True Detective". W tle również jest całkiem młodzieżowo. Warto w szczególności zwrócić uwagę na genialną rolę Johna Hawkesa wcielającego się w byłego męża Mildred (Charlie), przejmujący występ Petera Dinklage’a (James – udowadnia, że istnieje życie po "Grze o tron"), poruszającą kreację Sandy Martin (matka Dixona) oraz kolejne świetne wejście Lucasa Hedgesa (Robbie).
"Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" to na razie najlepszy film, jaki obejrzałem w tym roku. Po trochę słabszych "Seven Psychopaths" Martin McDonagh powrócił w wielkim stylu do wybitnej formy i szczerze powiedziawszy chyba przyćmił swoje największe dotychczasowe osiągnięcie ("In Bruges"). Świetne kino, pozycja obowiązkowa z względu na wyjątkowe połączenie śmiertelnie poważnych kwestii z humorem, intrygującą fabułę oraz wyborne aktorstwo.
Ocena: 9/10.

środa, 28 lutego 2018

"Mother!" (2017)



You give, and you give, and you give. It's just never enough.

Darren Aronofsky nigdy nie należał do moich ulubionych reżyserów, niemniej szanuję oczywiście jego dorobek artystyczny. Nigdy również przesadnie nie jarałem się "Requiem dla snu" i jakoś od zawsze miałem trudności z docenieniem klasy tego filmu (ot, nie zrobił na mnie wrażenia). Jego ostatnie dzieło zainteresowało mnie natomiast z powodu całkowicie skrajnych opinii – w szczególności mających miejsce na pokazie "Mother!" w trakcie ubiegłorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji (najłatwiej byłoby zatem napisać, że idealnie wpisuje się kategorię hate it or love it). W każdym razie obejrzawszy trailer spodziewałem się filmu zbliżonego klimatem do niedawno recenzowanego "Get Out" i muszę już na wstępie przyznać, że efekt końcowy kompletnie przerósł moje oczekiwania.
© 2018 Paramount Pictures.
Pośród oddalonych od cywilizacji lasów, na kwiecistej polanie znajduje się stary, dosyć przestronny dom, zamieszkany przez dosyć nietypowe małżeństwo. On (Javier Bardem) to utalentowany poeta czy też pisarz, który obecnie przeżywa poważny kryzys twórczy. Ona (Jennifer Lawrence) starając się za wszelką cenę pomóc ukochanemu w odzyskaniu weny, skupia się renowacji domostwa, które niedawno strawił okrutny pożar. Ich idylliczna wręcz egzystencja zostaje zakłócona, gdy do drzwi zapuka nieoczekiwany gość. Trochę dziwny przybysz (Ed Harris) okazuje się być śmiertelnie chorym fanem twórczości poety, który przed rychłą śmiercią postanowił poznać osobiście swojego mistrza. Sytuacja zdecydowanie pogarsza się, gdy na miejsce przybywa małżonka miłośnika poezji (Michelle Pfeiffer), wszędobylska, ciekawska i momentami bezczelna kobieta.
© 2018 Paramount Pictures.
Tak jak już wspominałem we wstępie recenzji, spodziewałem się całkowicie innego filmu. W błędnym przekonaniu dodatkowo utwierdził mnie pierwszy akt. Gęstniejąca z każdą minutą atmosfera wydawała się przypominać znakomity klimat z "Get Out". Jednak to w jaką stronę ostatecznie skierował się "Mother!" było dla mnie kompletną niespodzianką, a nawet szokiem. Ostatnia część produkcji Darrena Aronofsky’ego to chyba najbardziej epicko ukazany chaos w dziejach całej kinematografii. Liczba wydarzeń rozgrywających się na ekranie po prostu przerasta percepcję widza. Jeżeli zastanawiacie się do czego odnosi się wykrzyknik w tytule filmu to powiem Wam, że właśnie do ostatnich 30 minut, w których wszystko co wiecie o bohaterach wywraca się do góry nogami (chociaż twórcy pokusili się wcześniej o kilka subtelnych wskazówek). Pod względem realizacyjnym końcówka filmu to absolutne arcydzieło. Jak na produkcję, która rozgrywa się wyłącznie w jednym domu, efekt jest po prostu porażający – ciężko mi nawet dokładnie opisać moje wrażenia, ponieważ to po prostu trzeba zobaczyć. Piorunujące wrażenie sprawia także ścieżka dźwiękowa, która tak naprawdę przez większość filmu jest kompletnie nieobecna i eksploduje dopiero w ostatnim akcie.
© 2018 Paramount Pictures.
Z pewnością największa zaleta "Mother!" to emocje oraz wątpliwości, które film wzbudza po zakończeniu projekcji. Czy film Wam się podobał czy też nie po prostu musicie o nim rozmawiać i szukać jego sensu (lub bezsensu). Osobiście, gdy zobaczyłem napisy końcowe, to pomyślałem, że tym razem Darren Aronofsky wjechał jak Conrado i od razu sprawdziłem czy jestem cały. Słowo klucz dla zrozumienia intencji reżysera to alegoria. Jeżeli spojrzycie na filmowe wydarzenia z alegorycznej perspektywy to otrzymacie wręcz przerażająco trafny proces rozwoju ludzkości i religii, z wszystkimi formami kompletnego wypaczenia dobrych intencji twórcy (poety) oraz totalnego nie zrozumienia przekazywanych idei. W szczególności dotyczy to dzielenia się Ziemią oraz podejścia do jego pierworodnego syna (zaręczam, że jest to scena o poziomie brutalności nie spotykanym we współczesnym kinie mainstreamowym). Po tego rodzaju sekwencjach można przeżyć prawdziwe załamanie nerwowe i zastanowić się jak bardzo niewesoła przyszłość nas czeka. Oczywiście "Mother!" niekoniecznie należy rozpatrywać pod kątem religii. Dowolność interpretacji może ukazać tę opowieść jako historię procesu twórczego oraz nieoczekiwanej, rujnującej spokojną egzystencję sławy (aczkolwiek z wywiadów z reżyserem wynika, że udało się to zrobić raczej przypadkowo i nie taka była jego pierwotna intencja).
© 2018 Paramount Pictures.
Aktorstwo. Tym razem jest naprawdę grubo. Jennifer Lawrence zagrała prawdopodobnie najlepszą rolę w dotychczasowej karierze i nie dostała nawet nominacji do Oscara (w sumie "Mother!" nie dostało ani jednej). Tytułowa Matka to postać starannie dbająca o dom i swojego małżonka z pełnym poświęceniem oraz miłością. Kompletnie nie rozumiejąc zamiłowania Poety/Twórcy do niespodziewanych gości stara się zachować kompletny spokój wybuchając dopiero w ostateczności. Genialna rola, zważywszy, że film oglądamy praktycznie z matczynej perspektywy (bardzo wiele ujęć twarzy aktorki, podkreślających poczucie bliskości). Z kolei Javier Bardem został idealnie obsadzony w roli Poety – jego uśmiech jest po prostu czymś, co zawsze będzie mi się kojarzyło z "Mother!". Aktor świetnie przedstawił swoją, zdawałoby się nieomylną i dysponującą gotowym planem działania, postać jako swoistego eksperymentatora, który nie ma żadnego pojęcia, jakie skutki przyniosą jego doświadczenia i czy będzie to dobre dla domostwa. Na drugim planie również dzieje się wiele dobrego. Ed Harris, Michelle Pfeiffer oraz bracia Brian i Domhnall Gleeson doskonale wypadli jako przedziwna rodzina, borykająca się z poważnymi problemami. Bardzo dobrze zapamiętałem również jedną z niewielu poważnych ról w karierze Kristen Wiig (Herald).
© 2018 Paramount Pictures.
"Mother!" to znakomite kino, które wbija widza w fotel. Ostatnie trzydzieści minut to jedna z najlepszych sekwencji, jakie widziałem w życiu. Przesłanie filmu z pewnością nie napawa optymizmem, ale nie jestem w stanie odmówić mu racji. Kompletnie natomiast nie rozumiem z jakiego powodu Akademia kompletnie pominęła produkcję Aronofsky’ego nominując do najlepszego filmu choćby "Get Out" (nie umniejszając oczywiście jego twórcom, ciężar filozoficzny jest całkowicie inny). "Mother!" to pozycja absolutnie obowiązkowa! Nieważne czy Wam się spodoba czy nie – z pewnością wzbudzi emocje i zmusi Was do myślenia (a tego chyba w naszych czasach brakuje najbardziej).
© 2018 Paramount Pictures.
Ocena: 9/10.

wtorek, 20 lutego 2018

Ingrid Goes West (2017)



Talk about something cool, like food or clothes or Joan Didion!

"Ingrid Goes West" to kolejny przykład interesującego filmu wygrzebanego gdzieś na jakiejś śmietnikowej liście podsumowującej zeszłoroczne dokonania kinematograficzne. W tym miejscu po raz kolejny przesyłam wielkie propsy dla wszystkich twórców tego rodzaju zestawień - bez Was ominęłoby mnie tyle znakomitych produkcji! Oprócz tego, że akcja została osadzona w mojej ukochanej Kalifornii, to film Matta Spicera dotyka bowiem bardzo aktualnego tematu: znaczenia mediów społecznościowych dla egzystencji współczesnej młodzieży. Osobiście wywodzę się ze starych, mrocznych czasów, gdy szybki Internet nie był ogólnodostępny, a pierwszą komórkę dostałem po skończeniu czteroletniego liceum, a nie na komunię, dlatego też czasem jestem po prostu przerażony zachodzącymi zmianami. Niemniej bardzo martwi mnie fakt, że coraz więcej imprez w gronie znajomych polega po prostu na grupowym scrollowaniu Facebooka albo nieustannym wpatrywaniu się w świecący zimnym blaskiem ekran smartphone’a. Jeśli miałbym wskazać Wam idealną piosenkę do czytania recenzji to bez wahania polecam Świecące prostokąty Taco Hemingwaya (ogólnie doradzam zapoznać się z jego twórczością, chociaż Szprycer nie jest w moim stylu).
Znakomity plakat!
© 2017 NEON

Tytułowa Ingrid (Aubrey Plaza) to typowy, współczesny nolife żyjący wyłącznie mediami społecznościowymi. Po dosyć niefortunnym występie na weselu instagramowej koleżanki dziewczyna postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie i wyruszyć na Zachód (The west is the best; Get here, and we'll do the rest) za ciężkie hajsy otrzymane w spadku po śmierci matki. Po dotarciu do Los Angeles Ingrid postanawia za wszelką cenę zaprzyjaźnić się z popularną blogerką Taylor Sloane (Elizabeth Olsen). Realizacja tego ambitnego celu wymaga wielu poświęceń, ale obsesja naszej bohaterki przyjmuje na tyle potężne rozmiary, że dziewczyna jest dosłownie gotowa na wszystko.
© 2017 NEON
"Ingrid Goes West" charakteryzuje się znakomitym klimatem. Zresztą nie mogłoby być inaczej, skoro akcja filmu została osadzona w gorącej Kalifornii (to jak wiadomo dla mnie już na samym wstępie stanowi ogromną zaletę). Kontrast między nudą i monotonią rodzinnego miasteczka Ingrid a możliwościami oferowanymi przez Miasto Aniołów wydaje się być wprost porażający. Niemniej choć w produkcji wyreżyserowanej przez Matta Spicera nie brakuje luzackich imprez i melanży, to jednak nie sposób nie dostrzec wyraźnego nacisku na poważne problemy współczesnej młodzieży (czytaj: uzależnienie od wszelkiej maści portali społecznościowych). Przyglądając się uważnie życiu prowadzonemu przez główną bohaterkę w L.A. łatwo można zauważyć, że nie wnosi ono kompletnie niczego i w zasadzie można je określić jako bezsensownie pustą egzystencję. Wszystkie działania podejmowane przez Ingrid mają bowiem na celu jak największe zbliżenie się do Taylor i opływanie w wypracowany w pocie czoła internetowy fame. Nawet romans z sympatycznym sąsiadem Danem (O’Shea Jackson Jr.) nie wynika ze szczerego uczucia, a raczej z wyrachowania i nieodpartej konieczności przypodobania się powszechnie znanej blogerce, a co za tym idzie zdobycia większej ilości polubień. Jakże smutny jest fakt, że rzesze ludzi wolą żyć czyimś życiem, niż postarać się zmienić własną egzystencję na lepsze.
© 2017 NEON
Skoro już w dzisiejszych czasach dla wielu ludzi głównym życiowym celem jest zdobywanie jak największej liczby de facto bezwartościowych polubień na Facebooku albo Instagramie to czy nasza cywilizacja chyli się ku spektakularnemu upadkowi? "Ingrid Goes West" porusza również problem drugiej strony barykady, czyli tzw. idoli opływających w internetowy fame. Dla nich lajki mają akurat często znaczenie finansowe, więc trzeba bujać się wyłącznie po modnych knajpach, oglądać gorące filmy i znać ostatnie bestsellery. Twórcy świetnie wykorzystali w tym celu postać Taylor. W gruncie rzeczy to sympatyczna dziewczyna, która przeszła podobną jak Ingrid drogę przybywając do Los Angeles z małego miasteczka. Niemniej, niemalże na plecach swojego chłopaka Ezry (Wyatt Russell) i jego wyjątkowo szerokich horyzontach, udało jej się wykreować na przyjazną intelektualistkę o niebanalnych pasjach. Tworząc do tego wyidealizowaną egzystencję w Mieście Aniołów, której zazdroszczą jej setki, jeśli nie tysiące internetowych fanek. "Ingrid Goes West" stawia również istotne pytanie: ile jesteście w stanie poświęcić, aby osiągnąć fame? Odpowiedź niestety nie jest zbyt optymistyczna… Nie dołujmy się jednak kompletnie przekazem filmu i zwróćmy jeszcze uwagę na kilka istotnych zalet. Po pierwsze znakomite zdjęcia: Kalifornia wygląda po prostu znakomicie! Świetne miejscówki ukazano z należną im klasą. Po drugie dzieło Matta Spicera niesie ze sobą ogromne pokłady autentycznie zabawnych wydarzeń, które mogą wydawać się głupawe, ale idealnie wpisują się w logikę działania głównej bohaterki. Trzecia sprawa to oczywiście fajny soundtrack, podkreślający unikalny klimat Złotego Stanu.
© 2017 NEON
Przechodząc do postaci oraz aktorstwa zdecydowanie pozostajemy w kręgu zalet filmu. Oczywiście na pierwszym planie niezaprzeczalnie bryluje Aubrey Plaza. Ingrid to świetnie zagrana, wysoce emocjonalnie niestabilna postać, co znakomicie uwidacznia się w scenie nagrywania wiadomości na pocztę głosową Taylor. Amerykanka genialne oddała na ekranie pełnię obsesyjnej psychiki swojej bohaterki, która nawet w obliczu poważnego zagrożenia własnego życia skupia się na zdobywaniu kolejnych lajków. Również niczego sobie wypada wspomniana wyżej Taylor, w którą wcieliła się Elizabeth Olsen (kolejna po "Wind River" bardzo fajna kreacja). Sławna blogerka to sympatyczna i otwarta osoba, która mógłby tak naprawdę polubić każdy z nas. Przechodząc natomiast do panów warto zwrócić uwagę przede wszystkich na odtwórcę Dana. Naprawdę ciężko uwierzyć, że dla O’Shea Jacksona Jr. jest to dopiero druga produkcja w życiu (debiutował bezbłędnie wcielając się w swojego ojca Ice Cube’a w "Straight Outta Compton"). Dan to naprawdę klawy i poczciwy chłopak, z który miałbym ochotę wyżłopać kilka piwerek. Podobnie sprawa wygląda w przypadku filmowego partnera Taylor – Ezry. Wyatt Russell zaprezentował się już całkiem młodzieżowo w "Everybody Wants Some!!", ale tutaj wprost idealnie roztapia się w kalifornijskim klimacie (zresztą urodził się w L.A.).
© 2017 NEON
"Ingrid Goes West" to bardzo ciekawa produkcja, o której większość z Was nawet by nie usłyszała, gdybym nie napisał tej recenzji (nawet nikomu się nie chciało zrobić polskich napisów). Bardzo boleję nad faktem, że film poruszający tak aktualne i ważne tematy, a przede wszystkim znakomicie zagrany, ginie w oceanie popkulturowego stolca. Zatem naprawdę zachęcam Was do obejrzenia produkcji wyreżyserowanej przez Matta Spicera. A jeśli film zyska uznanie to zróbcie mu solidną reklamę u znajomych.
© 2017 NEON
Ocena: 8/10 (za Kalifornię ocena idzie w górę).

wtorek, 30 stycznia 2018

"Get Out" (2017)



Od razu przyznaję się, że z "Get Out" było prawie tak samo jak w przypadku "Baby Driver" – do seansu zachęciły mnie wysokie oceny oraz dosyć entuzjastyczne recenzje. I przyznaję również, że film w reżyserii debiutującego Jordana Peele’a obejrzałem jeszcze przed ogłoszeniem nominacji do tegorocznych Oscarów, nie spodziewając się, że Akademia Filmowa będzie aż tak łaskawa. Wyróżnienie w kategorii najlepszy film, najlepszy aktor pierwszoplanowy, najlepszy reżyser oraz najlepszy scenariusz oryginalny – to musi robić wrażenie, w szczególności, że "Get Out" najczęściej klasyfikuje się jako horror (chociaż po seansie muszę przyznać, że postawiłbym zdecydowanie bardziej na thriller). I naprawdę chciałbym mieć nadzieję, że szczodre nominacje w aż czterech, ważnych kategoriach, nie są wynikiem wypaczonej poprawności politycznej członków Akademii, lecz docenieniem niezaprzeczalnej klasy filmu Jordana Peele’a. Dla kontrastu sprawdźcie w jakich kategoriach nominacje otrzymał przykładowo "Blade Runner 2049" (i nie Was nie zwiedzie magiczna liczba pięć). Ale ponieważ nie ma tutaj miejsca na racial bigotry i wszystkie filmy mogą okazać się equally worthless przejdę do opisu fabuły.
http://www.impawards.com
Jak to zwykle bywa w tego rodzaju filmach wszystko zaczyna się całkowicie niewinnie. Chris (Daniel Kaluuya) młody, zdolny, czarnoskóry fotograf wybiera się ze swoją dziewczyną Rose (Allison Williams) na weekendową wycieczkę do jej rodziców. Z powodu odmiennego koloru skóry oraz zakorzenionych w podświadomości rasistowskich uprzedzeń chłopak nie czuje się do końca komfortowo. Chociaż Missy (Catherine Keener) oraz Dean (Bradley Whitford) starają się miło ugościć Chrisa to jednak z łatwością można wyczuć swoisty dystans do jego osoby, co dodatkowo pogłębia czarnoskóra służba. Z każdą kolejną godziną sytuacja w rodzinnym domostwie Armitage’ów przybiera coraz dziwniejszy obrót, a wzrastające od samego początku napięcia zaczyna wspinać się na niebezpieczne poziomy.
© 2018 Universal Pictures Home Entertainment
Oglądając film wyreżyserowany przez Jordana Peele’a naprawdę ciężko uwierzyć, że jest to jego reżyserski debiut. Stopniowania napięcia oraz poczucia permanentnego zagrożenia mogliby spokojnie uczyć się z tej produkcji o wiele bardziej doświadczeni twórcy. Pod tym względem "Get Out" uważam za wzorcowy, niemal doskonały film. Co prawda niezbyt często mam okazję oglądać horrory, ale w tym przypadku budowanie napięcia jest na najwyższym możliwym poziomie (czego kompletnie nie spodziewałem się po typowym, horrorowym początku). Zrobiono to w tak doskonały i bezbłędny sposób, że widz nawet nie zastanawia się nad kompletnie absurdalną motywacją bohaterów oraz metodami ich działania – w tym przypadku odnoszę się oczywiście do antagonistów, ponieważ w przeciwieństwie do wielu innych dzieł z tego gatunku, bohater pozytywny działa w miarę rozważnie (spore zaskoczenie, aczkolwiek warto pamiętać, że jedynie w miarę rozważnie). Wspominając może o nie najmądrzejszej i nie najbardziej oryginalnej fabule, warto zwrócić uwagę na rasistowskie smaczki, od których "Get Out" aż ocieka. Od banalnego spotkania z policjantem po przypadkowym potrąceniu sarny, przez wszelkiej maści niezliczone gry słowne i aluzje, po dosłowne zbieranie bawełny – jest tego cała masa i mogę jedynie ubolewać, że Jordan Peele nie zdecydował się postawić na inne zakończenie, które wprost idealnie wpisywałaby się w rasistowską konwencję. Na pochwałę zasłużyły także świetnie zdjęcia oraz bardzo dobry montaż, podkreślające stan ciągłego zagrożenia.
© 2018 Universal Pictures Home Entertainment
Po lizaniu fiutów czas przejść do konstruktywnej krytyki. O ile "Get Out" momentami niesie ze sobą dramatyczny przekaz odnośnie współczesnej Ameryki, która pod maską poprawności politycznej, w głębi serca pozostała totalnie rasistowska, to Jordan Peele nie mógł uwolnić się od pewnych ograniczeń. Jakkolwiek źle to zabrzmi to jestem gotów napisać, że wątek najlepszego kumpla Chrisa, Roda (LilRel Howery) jest jakby rodem wyjęty z jakiejś głupawej, afroamerykańskiej komedyjki, których w swoim życiu miałem przyjemność obejrzeć chyba zdecydowanie zbyt wiele. Postać Roda uosabia niemal wszystkie stereotypy odnośnie drugoplanowego, czarnego, poczciwego kumpla i nijak nie przystaje do reszty produkcji. Ponadto pod pewnymi względami fabuła nie może wyzwolić się z ograniczeń typowych dla kina grozy. Jak już wspomniałem w poprzednim akapicie, motywy kierujące poczynaniami filmowych złoczyńców są totalnie absurdalne i w zasadzie tego rodzaju działania lepiej pasowałaby choćby do Piany złudzeń (nie podoba mi się tytuł Piana dni) Borisa Viana, którą miałem okazję ostatnio przeczytać. Poza tym strasznie dużo tutaj przypadku: wystarczy wspomnieć choćby scenę z przypadkowo znalezionymi zdjęciami czy postać Andre (Lakeith Stanfield).
© 2018 Universal Pictures Home Entertainment
Pod względem aktorstwa zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Daniel Kaluuya zagrał znakomicie i chociaż może nominacja za najlepszą rolę pierwszoplanową wydaje się być troszkę na wyrost, to jednak nie sposób nie docenić tej kreacji. Chris to zwyczajny, sympatyczny chłopak z talentem fotograficznym, który nie posiada praktycznie żadnych niezwykłych umiejętności – dlatego tak łatwo postawić się na jego miejscu i zastanowić się, jakbyście się zachowali (no chyba, że jesteście rasistowskimi świniami). Wielkie propsy należą się również Allison Williams za znakomitą, wręcz podwójną, rolę Rose. Tak doskonałe występy chciałbym oglądać w każdym filmie. Z postaci drugoplanowych warto zwrócić uwagę na Bradleya Whitforda oraz Catherine Keener, wcielających się w rodziców dziewczyny Chrisa. Specjalne wyróżnienie za bycie całkowicie creepy wędruje natomiast to trójki aktorów: Marcus Henderson (Walter), Betty Gabriel (Georgina) oraz Lakeith Stanfield (Andre). Jedyne rozczarowujące role to w zasadzie Caleb Landry Jones, wcielający się Jeremy’ego, niestabilnego psychicznie brata Rose, oraz wspomniany wielokrotnie wyżej LilRel Howery. Na koniec malutkie wyróżnienie dla zapadającej w pamięć niewielkiej roli Stephena Roota (Jim Hudson).
© 2018 Universal Pictures Home Entertainment
"Get Out" na pewno nie jest filmem aż tak wybitnym, jak twierdzą niektórzy recenzenci. Niemniej nie sposób nie docenić znakomicie zbudowanej atmosfery ciągłego zagrożenia i niepewności oraz oceanu rasistowskich aluzji i smaczków. Polecam Wam z pełną odpowiedzialnością.
© 2018 Universal Pictures Home Entertainment
Ocena: 7/10.

sobota, 20 stycznia 2018

"Baby Driver" (2017)



The moment you catch feelings is the moment you catch a bullet.

Po ubiegłorocznej indolencji twórczej, mimo wyraźnej pogardy dla wszelkiego rodzaju postanowień noworocznych (cytując Nasa: never liked the shit from day one), założyłem, że być może uda mi się powrócić do formy z 2016 roku, kiedy to wrzucałem trzy recenzje miesięcznie. Jak na razie wykonawcza faza realizacji tegoż projektu wydaje się być mocno zagrożona, gdyż mamy już połowę stycznia, a ja piszę dopiero pierwszy tekst noworoczny. Pod koniec roku zaroiło się oczywiście od wszelakich zestawień czy list najlepszych filmów i trzeba przyznać, że w wielu topowych dziesiątkach na wysokich lokatach uplasował się "Baby Driver" wyreżyserowany przez Edgara Wrighta. Nazwisko reżysera nie jest dla mnie anonimowe, ponieważ miałem okazję zapoznać się z jego wcześniejszymi produkcjami takimi jak "Shaun of the Dead" czy "Hot Fuzz". Ostatnio natomiast bardzo dobrze przyjąłem "Scott Pilgrim vs. the World", choć jest to raczej niezwykle specyficzne poczucie humoru. Zachęcony solidnymi miejscami w rankingach oraz pozytywnymi recenzjami, pełen nadziei zasiadłem do seansu "Baby Drivera" w trudne, posylwestrowe popołudnie. A zatem przenieśmy się na chwilę do czasów, kiedy Kevin Spacey był jeszcze spoko.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Baby (Ansel Elgort), mimo młodego wieku, zdążył już wkroczyć na bezwzględną drogę zbrodni. Dzięki swoim niebanalnym talentom za kółkiem samochodu nasz bohater stał się najbardziej zaufanym kierowcą lokalnego gangstera Doca (Kevin Spacey), biorąc udział w niemal każdym skoku nagranym przez jego organizację. Z kolei dzięki zamiłowaniu do muzyki Baby poznał sympatyczną kelnerkę z przydrożnej restauracji, Deborę (Lily James). Młodzieńczą idyllę miłosną brutalnie przerywają jednakże przestępcze zobowiązania chłopaka. Baby staje przed trudnym wyborem między miłością a lojalnością wobec swojego mocodawcy.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Podczas seansu "Baby Driver" czekałem na moment, w którym film wreszcie się rozkręci i zaprezentuje poziom, który mógłby zarezerwować mu miejsce w moim prywatnym zestawieniu najlepszych filmów ubiegłego roku. Czekałem, minuty mijały nieubłaganie, aż w końcu zobaczyłem napisy końcowe. Doszedłem wówczas do przekonania, że film Edgara Wrighta mogę umieścić w moim prywatnym rankingu, ale dotyczącym największych, ubiegłorocznych rozczarowań. Od razu muszę wspomnieć, że nie jest to produkcja, którą można traktować pod względem fabularnym poważnie. Jeżeli macie ochotę oglądać realistycznie planowane i realizowane napady to polecam dwa filmy Michaela Manna: "Thief" z 1981 roku oraz "Heat" z 1995 roku. Od premiery minęły ponad dwie dekady, a "Gorączka" trzyma się nadal znakomicie, to samo można powiedzieć o "Złodzieju". W tym aspekcie "Baby Driver" to kompletne rozczarowanie – poszczególne skoki się planowane w sposób kretyński, idiotycznie wykonywane, a całość operacji ma szansę powodzenia wyłącznie dzięki nieprzeciętnym umiejętnościom głównego bohatera oraz jeszcze większym pokładom szczęścia. Oczywiście klasycznym autem do ucieczki po napadzie, nie rzucającym się w oczy potencjalnych świadków, jest efektowne czerwone Subaru Impreza WRX z 2006 roku. Im dalej w film, tym niestety więcej absurdalnych i nonsensownych rozwiązań – w scenie z handlarzami bronią dostajemy chyba Mont Blanc głupoty w wykonaniu naszych bohaterów (co gorsze, jeszcze są z siebie dumni), ale finał to prawdziwy Everest. Naprawdę ciężko było mi na to patrzeć.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Z drugiej strony należy jednakże docenić sprawność realizacyjną, przejawiającą się przede wszystkich w bardzo dobrym zgraniu filmowych wydarzeń ze ścieżką dźwiękową oraz dynamicznych sekwencjach pościgowych. Niezwykle przypadła mi również do gustu jedna z początkowych sekwencji – długa, jednoujęciowa scena, w której przedstawiono całkiem zwyczajną wyprawę bohatera po kawę. Zastosowano w niej bardzo fajny efekt: słowa piosenki, której aktualnie słuchał Baby, pojawiały się na różnych elementach miejskiego krajobrazu. To oglądało się naprawdę znakomicie! Na ekranie całkiem nieźle wypadła również Atlanta, w której kręcono film, niemniej nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że jest to trochę prowincjonalne i niewielkie miasto (oczywiście jak na standardy USA). Główna oś fabularna została zhejtowana powyżej, aczkolwiek warto na chwilę wrócić do innych wątków. Bardzo zabawnie wypada motyw z siostrzeńcem Doca albo okularami Baby'ego. Ekranowe love story wydawałoby się na pierwszy rzut oka całkiem w porządku, ale po namyśle można łatwo dojść do wniosku, że jest trochę zbyt idealne i zdecydowanie za szybkie – szczególnie, jeśli zakończenie filmu potraktujemy dosłownie, a nie jako swoistą wizualizację marzeń głównego bohatera. Warto pochwalić natomiast sprawnie wplecione w fabułę flashbacki dotyczące przeszłości chłopaka.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Słów kilka o aktorstwie oraz bohaterach. Ansel Elgort, tworząc postać Baby’ego, uderzył wyraźnie w lekko autystyczne tony (never go full retard). Z pewnością nie jest to bohater, za którym będę tęsknił lub nawet zbytnio przejmował się jego losem. Baby to po prostu wyjątkowo małomówny koleś, któremu czasem miałoby się ochotę przypierdolić za permanentne ignorowanie rzeczywistości poprzez słuchanie muzyki (tak, doskonale zdaję sobie sprawę, że miał szumy w uszach). O wiele lepsze wrażenie zrobiła na mnie Lily James wcielająca się w Deborę – o ileż jest to ciekawsza i bardziej życiowo zagrana bohaterka! A na dodatek swoim entuzjazmem przypomina mi legendarną Shelly (Mädchen Amick) z "Twin Peaks". Na pochwały zasłużyli również Jon Bernthal (Griff) oraz świetnie zagrana para kochanków przestępców – Jon Hamm (Buddy) i Eiza González (Darling). Z kolei w przypadku Jamie’go Foxxa (Bats) wydaje mi się, że aktor trochę za bardzo odjechał. Wiele spodziewałem się po roli Kevina Spacey, niemniej spotkał mnie srogi zawód. Doc kompletnie nic nie wnosi po filmowego panteonu przestępczości zorganizowanej i w zasadzie jest dosyć nudną postacią.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
"Baby Driver" to rozrywka na raczej solidnym poziomie, ale pakowanie produkcji Edgara Wrighta do zestawień najlepszych filmów ubiegłego roku to już kompletnie nieporozumienie. Szkoda moich zawiedzonych nadziei, ale jeżeli lubicie połączenie muzyki, szybkiej akcji oraz ostrej jazdy samochodem, to mogę polecić.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Ocena: 6/10.

sobota, 30 grudnia 2017

"Star Wars: Episode VIII - The Last Jedi" (2017)



The greatest teacher, failure is.

Tym razem postanowiłem nie pierdolić się w tańcu i ruszyłem do kina "Star Wars: Episode VIII - The Last Jedi" już wkrótce po premierze. Co ciekawe sala w Małopolskim Ogrodzie Sztuki (interesująca akcja Kina pod Baranami – Barany w MOSie) z pewnością nie należy do największych, a chociaż cena poniedziałkowego seansu była bardziej niż przystępna, to jednak nie powiem, żebym szczególnie narzekał na gęsty tłum popcornożerców i siorbaczy Coca-Coli. Rychła chęć obejrzenia kolejnej części sagi nie wynikała może bezpośrednio z umiarkowanie solidnego "Przebudzenia mocy", lecz raczej z nadziei, które rozbudził znakomity wręcz "Łotr 1" (mimo upływu czasu polski tytuł brzmi dalej tak samo kretyńsko jak na początku). Co prawda dosyć szybko ogarnąłem się i zorientowałem, że nie będę już oglądał przygód Jyn i Cassiana, lecz Rey i pierwszego emo-Jedi, ale jakiś tam szczątkowy entuzjazm pozostał. Żeby to zrozumieć ten sentyment trzeba by wrócić na boiska podstawówki lat 90-tych ubiegłego stulecia, trzymając w rękach paczkę Ruffles z legendarnymi tazosami, które umieszczało się w Albumie Mocy. Pamiętam, że zebrałem wszystkie (gdzie to jest teraz, Drodzy Rodzice?!), a jednego tazosa miałem tak rozjebanego, że musiałem go skleić taśmą… Ale, ale wracajmy do sedna! Na zakończenie wstępu pragnę nadmienić, że w recenzji mogą pojawić się spoilery istotne z punktu widzenia ostatecznej oceny filmu.

© & ™ Lucasfilm Ltd.

Jak doskonale pamiętamy (lub nie) z poprzedniej odsłony Rey (Daisy Ridley) w końcu dopięła swego i odnalazła legendarnego Luke’a Skywalkera (Mark Hamill). Niemniej upragnione spotkanie wypadło co najwyżej blado, przez co młoda adeptka Jedi musiała sporo natrudzić się, aby skłonić starego mistrza do przekazania jej swojej mądrości. Tymczasem, mimo spektakularnej klęski kolejnej Gwiazdy Śmierci  w poprzedniej części, faszystowsko-militarystyczne siły Najwyższego Porządku odnoszą spore sukcesy w zwalczaniu Nowej Republiki. W zasadzie jedynym godnym przeciwnikiem dla organizacji Snoke’a (Andy Serkis) pozostaje Ruch Oporu dowodzony przez niezłomną generał Organę (Carrie Fisher). Oczywiście sytuacja pogarsza się wydatnie w momencie, gdy Najwyższy Porządek lokalizuje ważną bazę rebeliantów.
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Przechodząc do istoty recenzji muszę przypomnieć, że nigdy nie udało mi się zostać totalnym freakiem "Star Wars", by pochłaniać coraz to nowsze wytwory tzw. expanded universe. Z tego też powodu nie szukajcie w tekście odpowiedzi kto jest kim i skąd się wziął albo listy wszystkich Easter eggs (a tak przy okazji dopiero po lekturze Amerykańskich bogów Neila Gaimana zainteresowałem się skąd wzięła się nazwa Wielkanocy w języku angielskim). Pierwsze myśli, jakie nasunęły mi się zaraz po seansie, to chaos, niespójność oraz wyraźne luki scenariuszowe, które w tak dopieszczonej produkcji nie mają prawa zaistnieć. Powiedzmy, że "Last Jedi" składa się z mniej więcej trzech, przeplatających się wątków. O ile trening Rey z Luke’m oraz ucieczka rebeliantów przed flotą Najwyższego Porządku wpisują się kanon "Star Wars", o tyle absurdalna i bezsensowna misja Finna oraz Rose jest jakby wyjęta z całkowicie innego uniwersum. Planeta z kosmicznym kasynem (sic!) wygląda bowiem jak połączenie "Casino Royale" ze "Strażnikami Galaktyki" – i w zasadzie właśnie w tym drugim filmie idealnie odnalazłaby się postać grana przez Benicio Del Toro (DJ). Absurd i nonsens kompletnie nic nie wnoszący do fabuły filmu. Odnośnie luk w fabule to, aby nie za bardzo spoilować, wspomnę jedynie o dwóch kwestiach. Ucieczka jednego z bohaterów z chyba najlepiej strzeżonego pomieszczenia w całym imperium Najwyższego Porządku nie zaprzątała zbytnio uwagi scenarzystów. Czy naprawdę nie istniała żadna możliwość zniszczenia rebelianckiej floty zanim skończyło się paliwo? Oprócz tego nie trudno wskazać o wiele więcej przykładów, ale to już pozostawiam w Waszej gestii.
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Długimi latami czekałem, żeby ujrzeć na ekranie potężnego, kosmicznego dreadnoughta. Tylko po to, żeby zobaczyć, że może zniszczyć go statek kosmiczny poruszający się w tempie Roberta Korzeniowskiego za pomocą bomb (podobno elektromagnetycznych, ale nikt w filmie o tym nie mówił). Pod względem taktycznym "The Last Jedi" to prawdziwy dramat. Ruch Oporu marnuje swoje szczupłe siły w kretyński sposób, w czym prym wiedzie niezaprzeczalnie sympatyczny i pełen wigoru kosmiczny Pyrrus Poe Dameron (Oscar Isaac). Jednakże w przeciwieństwie do króla Epiru nasz bohater kompletnie nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia ponoszonych strat, chcąc dalej bezmyślnie napierdalać wroga (pojęcie odwrotu taktycznego wydaje się kompletnie obce). Nawiązań do "Imperium kontratakuje" to mi się nawet nie chce wypisywać, ponieważ szkoda miejsca. "Ostatni Jedi" potwierdza również tezę, że im krócej trenujesz posługiwanie się Mocą i walkę mieczem świetlnym, tym lepsze osiągasz wyniki. Z odrazą i lękiem oglądałem rzeź świetnie wyszkolonej gwardii przybocznej Snoke’a przez osobę, która trzymała miecz świetlny w ręce po raz chyba trzeci w życiu (co zresztą trafnie zauważa Najwyższy Przywódca na chwilę przed żenującym zakończeniem swojej egzystencji). Ale na koniec zostawiam najbardziej frustrujący i najpoważniejszy argument: przestałem czuć Moc w tym filmie.
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Powyższy hejting wynika w głównej mierze z mojej frustracji z powodu niedopracowania wydawałoby się banalnych kwestii – a przecież mieliście tyle lat, że to zrobić tak jak należy! Niemniej należy podkreślić, że "The Last Jedi" nie jest filmem tragicznym, lecz solidną produkcją nie schodzącą poniżej pewnego poziomu. W kwestii zdjęć oraz efektów specjalnych produkcja reżyserowana przez Riana Johnsona robi kolosalne wrażenie, chociaż nieoczekiwanie zdarzyło się kilka słabszych rozwiązań. Ogólnie rzecz biorąc film ogląda się całkiem nieźle i dwie pół godziny projekcji mijają jak z bicza strzelił. Wiele scen niesie ze sobą wyraźny ładunek emocjonalny lub są po prostu piękne pod względem wizualnym, co dodatkowo podkreśla znakomita muzyka Johna Williamsa (zwróćcie uwagę na epicką kwaterę Snoke’a i jego gwardię przyboczna skąpaną w czerwieni). Flashback Luke’a i Kylo ma szansę się stać czymś w rodzaju casusa kto pierwszy strzelił  Hana Solo, z tą różnicą, że chodzi o to kto pierwszy doprowadził do rozpierdolenia świątyni Jedi (erekcje nerdów są nieuniknione). Poważne wydarzenia przeplatane są licznymi humorystycznymi wstawkami, z których część jest autentycznie zabawna (szczególnie motyw mistrza Yody) . Oczywiście przesadzono z kosmicznymi dziwadłami pokroju włochatych pingwinów (zwanych porgs), paskudnych krów czy majestatyczny kryształowych lisów (serio). Wielka zaletą "The Last Jedi" jest z kolei aktorstwo, o czym pozwolę sobie wspomnieć w kolejnym akapicie.
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Mimo wielu głosów hołubiących rolę Adama Drivera, dla mnie Kylo Ren w dalszym ciągu pozostaje kompletnie niestabilnym emocjonalnie emo-Jedi, który nie wie czego chce. Doceniam kunszt aktorski Kalifornijczyka za występy w "Patersonie" czy "Silence", ale tutaj po prostu się nie sprawdza. Szkoda zmarnowanego potencjału tej postaci. Z przykrością zauważam, że od ostatniej odsłony moja więź emocjonalna z Rey nie uległa zmianie: po prostu nie istnieje. Nie mam przy tym większych pretensji pod adresem Daisy Ridley – jej bohaterka mnie całkowicie nie obchodzi, interesują mnie jedynie jej rodzice. John Boyega jest naprawdę spoko, ale udział w kretyńskiej misji nie napawa mnie optymizmem. Podobnie ma się rzecz z Oscarem Isaaciem. Poe Dameron to naprawdę jedna z sympatyczniejszych postaci nowej trylogii, ale jego ekranowe zachowania pod względem taktyki pozostawiają wiele do życzenia. Generał Hux (Domhnall Gleeson) to również rola, która mogła wnieść ożywienie w nudne siły Najwyższego Porządku, ale coś poszło wyraźnie nie tak. Prawdziwa radość płynie jednakże ze starej gwardii. Carrie Fisher jako Leia sprawdza się z każdą kolejną częścią coraz lepiej – niemniej twórcy zmarnowali znakomitą okazję na wzruszające zakończenie jej wątku. Jednakże wszystkie laury zbiera doskonały (najlepsza rola w karierze?) Mark Hamill, który zaprezentował na ekranie całkowicie nowe oblicze legendarnego Luke’a Skywalkera. Imponująca rola o wyjątkowo dramatycznym wymiarze! Na koniec warto wspomnieć, że "The Last Jedi" jest trochę jak "Gra o tron": polubicie jakiegoś bohatera i zaraz nie żyje. W tym przypadku odnoszę się do znanej ze współpracy z Davidem Lynchem Laury Dern (wiceadmirał Holdo) czy niezwykle interesującej Gwendoline Christie (kapitan Phasma).
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Podsumowując "The Last Jedi" muszę stwierdzić, że jest to z pewnością solidne kino na wysokim poziomie audio-wizualnym. Film Riana Johnsona zawiera wiele ważnych, przejmujących scen, ale jako całokształt nie może uwolnić się od zbyt dużej ilości oczywistych wad fabularnych. Najbardziej bolesny dla mnie fakt to oczywiście zatracenie możliwości odczuwania Mocy, która na zawsze związała mnie z oryginalną trylogią. Ponadto po tym co zobaczyłem w ostatniej odsłonie jestem pełen obaw odnośnie zwieńczenia serii…
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Ocena: 6/10.

Recenzje pozostałych filmów "Star Wars":