Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edgar Wright. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edgar Wright. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 sierpnia 2023

"Last Night In Soho" (2021)

This is London. Someone has died in every room in every building
 and on every street corner in the city.

W tym roku zdecydowanie nie miałem po drodze z 17. edycją Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami. Chociaż w trakcie festiwalu można było zobaczyć wiele wspaniałych filmów to albo seanse były w fatalnych porach dla osób pracujących albo je po prostu przegapiłem albo myślałem, że ogarnę to sobie wszystko później. Brak poważnego podejścia do tematu oraz totalna wręcz prokrastynacja głównego bohatera doprowadziły do niemal krytycznej sytuacji: po raz pierwszy od ponad dekady (chyba, bo któż to może pamiętać) nie wziąłbym udziału w tym wakacyjnym przeglądzie (tak, to byłby prawdziwy dramat)! Rzutem na taśmę (in the nick of time) więc załapałem się na jeden z ostatnich seansów w ostatnim tygodniu sierpnia – wybór padł na "Last Night in Soho" w reżyserii Edgara Wrighta (którego znamy m.in. z "Baby Driver" czy "Hot Fuzz"). I choć spodziewałem się niespodziewanego (jakkolwiek to fatalnie lub buńczucznie brzmi) to końcowy efekt jednak mnie pozytywnie zaskoczył.
© 2023 Focus Features. A Comcast Company.

"Last Night in Soho" to historia o miłości do swingującego Londynu z lat 60-tych XX wieku. Eloise (Thomasin McKenzie), mieszkająca w Kornwalii nastolatka-idealistka, marzy o wspaniałej karierze projektantki mody w wielkim świecie. I gdy wreszcie udaje jej się dostać na wymarzone studia w stolicy Anglii, sen wydaje się powoli spełniać. Jednak mieszkanie w akademiku w przytłaczającym mieście to nie to samo co mały domek z kochającą babcią. Eloise zatem szybko decyduje się wynająć spokojny pokoik u starszej pani (Diana Rigg), aczkolwiek to zwykłe pomieszczenie okazuje się swoistym portalem umożliwiającym wgląd w fascynujące nocne życie Londynu sprzed kilku dekad, w którym prym wiedzie rozpoczynająca muzyczną karierę Sandie (Anya Taylor-Joy).

© 2023 Focus Features. A Comcast Company.

"Last Night in Soho" rozpoczyna się niemal jak nostalgiczna podróż w ulubioną epokę Eloise. Od samego początku bohaterka zdecydowanie lepiej czuje się w swoim wyobrażeniu o przeszłości niż we współczesnej rzeczywistości. Oczywiście wpływ na taką postawę miały opowieści babci o Londynie oraz tęsknota za zmarłą matką, której ducha/wyobrażenie (możecie sobie wybrać opcję w zależności od Waszej oceny zdrowia psychicznego Eloise) dziewczyna widuje od czasu do czasu. Kiedy wraz z naszą młodą bohaterką oglądamy Sandie stawiającą pierwsze, nieśmiałe kroki ku wielkiej karierze, a przede wszystkim początek znajomości z charyzmatycznym Jackiem (Matt Smith), to moglibyśmy pomyśleć, że film zacznie zmierzać ku kinu w rodzaju "O północy w Paryżu" Woody’ego Allena, tyle że w brytyjskim wydaniu (nie jest to zarzut). Przedstawione na ekranie realia swingującego Londynu wyglądają naprawdę imponująco. Zwróćcie uwagę choćby na pięknego Triumpha TR 4, którym Jack przemierza nocą ulice metropolii, imponujące stroje czy te wszystkie nieistniejące już zadymione cygarowym i papierosowym dymem puby oraz ekskluzywne kluby, w których niczym z niewyczerpanej fontanny leje się szampan!
© 2023 Focus Features. A Comcast Company.

Ale delikatnie spoilując, Eloise bardzo szybko przekonuje się, że idealna przyszłość stojąca przed Sandie to tylko złudzenie, a początkująca wokalistka bardzo szybko zderza się z brutalną rzeczywistością wielkiej metropolii, w której atrakcyjne kobiety stają się wyłącznie bezwolnymi zabawkami dla bogatych bywalców ekskluzywnych klubów. Wolta w "Last Night in Soho" była dla mnie naprawdę zaskakująca i muszę przyznać, że nie spodziewałem się po początku filmu aż tak brutalnej przemocy, poważnych problemów psychicznych i mrocznego klimatu. Choć w sumie coś było na rzeczy, ponieważ nawet zwykła przejażdżka taksówką do akademika wzbudziła u naszej bohaterki duże podkłady strachu i pewnej paranoidalności. Niemniej trochę szkoda, że w scenariuszu pojawiło się dosyć dużo stereotypowego podejścia do konstrukcji niektórych postaci i rozwiązań fabularnych. Najbardziej sztampowy przykład to zestawienie zagubionej w wielkim mieście Eloise z jej współlokatorką Jocastą (Synnove Karlsen), która doskonale radzi sobie w akademiku, jest głośna i otacza się wianuszkiem potakiwaczek, uwielbia imprezy, szydzi z wiejskości swojej koleżanki itp. To wypada dosyć słabo, podobnie jest również z wątkiem Johna (Michael Ajao) – outsidera o złotym sercu, aczkolwiek w tym przypadku jakoś łatwiej było mi się z tym pogodzić. Co ciekawe w filmie pojawia się dosyć nachalny product placement w postaci kilku trochę zbyt długich ujęć nalewania francuskiego piwa Kronenbourg 1664 (byłem przekonany, że takie rzeczy ogląda się tylko w polskich produkcjach jak hajs się nie zgadza). Na wielki plus możemy zaliczyć natomiast ścieżkę dźwiękową, o ile oczywiście lubicie muzykę z lat 60-tych.
© 2023 Focus Features. A Comcast Company.

Thomasin McKenzie doskonale sprawdziła się w roli Eloise, bezbłędnie oddając jej idealistyczną naiwność, rozhuśtane stany emocjonalne czy też dramatyczną egzystencję w poczuciu ciągłego zagrożenia i spowodowane tym wyczerpanie psychiczne. To zdecydowanie najjaśniejszy występ aktorski w "Last Night in Soho", ale warto zwrócić również uwagę na dwie inne role. Pierwsza to oczywiście charyzmatyczny Matt Smith wcielający się w Jacka, który zdecydowanie zdominował Anya Taylor-Joy, wcielającą w pełną dramatyzmu rolę Sandie. Druga to natomiast przykuwający uwagę za każdym razem, gdy tylko pojawi się na ekranie Terence Stamp, grający tajemniczego, starszego mężczyznę przemierzającego ulice współczesnego Soho. Na małe wyróżnienie zasłużył Michael Ajao, który chociaż dostał do zagrania sztampowego bohatera, to wypadł całkiem młodzieżowo i przekonująco.
© 2023 Focus Features. A Comcast Company.

Wychodząc z kina byłem pod wrażeniem "Last Night in Soho", ale wraz z upływem czasu mój entuzjazm trochę zmalał. W szczególności, gdy pomyślałem sobie na chłodno o stereotypowej konstrukcji niektórych bohaterów, która była dla mnie wysoce irytująca. Niemniej film Edgara Wrighta pozostaje produkcją na wyższym poziomie i zdecydowanie nadaje się do polecenia – w szczególności, jeżeli lubicie horrory albo lata 60-te w wydaniu brytyjskim.
© 2023 Focus Features. A Comcast Company.

Ocena: 7/10.

sobota, 20 stycznia 2018

"Baby Driver" (2017)



The moment you catch feelings is the moment you catch a bullet.

Po ubiegłorocznej indolencji twórczej, mimo wyraźnej pogardy dla wszelkiego rodzaju postanowień noworocznych (cytując Nasa: never liked the shit from day one), założyłem, że być może uda mi się powrócić do formy z 2016 roku, kiedy to wrzucałem trzy recenzje miesięcznie. Jak na razie wykonawcza faza realizacji tegoż projektu wydaje się być mocno zagrożona, gdyż mamy już połowę stycznia, a ja piszę dopiero pierwszy tekst noworoczny. Pod koniec roku zaroiło się oczywiście od wszelakich zestawień czy list najlepszych filmów i trzeba przyznać, że w wielu topowych dziesiątkach na wysokich lokatach uplasował się "Baby Driver" wyreżyserowany przez Edgara Wrighta. Nazwisko reżysera nie jest dla mnie anonimowe, ponieważ miałem okazję zapoznać się z jego wcześniejszymi produkcjami takimi jak "Shaun of the Dead" czy "Hot Fuzz". Ostatnio natomiast bardzo dobrze przyjąłem "Scott Pilgrim vs. the World", choć jest to raczej niezwykle specyficzne poczucie humoru. Zachęcony solidnymi miejscami w rankingach oraz pozytywnymi recenzjami, pełen nadziei zasiadłem do seansu "Baby Drivera" w trudne, posylwestrowe popołudnie. A zatem przenieśmy się na chwilę do czasów, kiedy Kevin Spacey był jeszcze spoko.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Baby (Ansel Elgort), mimo młodego wieku, zdążył już wkroczyć na bezwzględną drogę zbrodni. Dzięki swoim niebanalnym talentom za kółkiem samochodu nasz bohater stał się najbardziej zaufanym kierowcą lokalnego gangstera Doca (Kevin Spacey), biorąc udział w niemal każdym skoku nagranym przez jego organizację. Z kolei dzięki zamiłowaniu do muzyki Baby poznał sympatyczną kelnerkę z przydrożnej restauracji, Deborę (Lily James). Młodzieńczą idyllę miłosną brutalnie przerywają jednakże przestępcze zobowiązania chłopaka. Baby staje przed trudnym wyborem między miłością a lojalnością wobec swojego mocodawcy.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Podczas seansu "Baby Driver" czekałem na moment, w którym film wreszcie się rozkręci i zaprezentuje poziom, który mógłby zarezerwować mu miejsce w moim prywatnym zestawieniu najlepszych filmów ubiegłego roku. Czekałem, minuty mijały nieubłaganie, aż w końcu zobaczyłem napisy końcowe. Doszedłem wówczas do przekonania, że film Edgara Wrighta mogę umieścić w moim prywatnym rankingu, ale dotyczącym największych, ubiegłorocznych rozczarowań. Od razu muszę wspomnieć, że nie jest to produkcja, którą można traktować pod względem fabularnym poważnie. Jeżeli macie ochotę oglądać realistycznie planowane i realizowane napady to polecam dwa filmy Michaela Manna: "Thief" z 1981 roku oraz "Heat" z 1995 roku. Od premiery minęły ponad dwie dekady, a "Gorączka" trzyma się nadal znakomicie, to samo można powiedzieć o "Złodzieju". W tym aspekcie "Baby Driver" to kompletne rozczarowanie – poszczególne skoki się planowane w sposób kretyński, idiotycznie wykonywane, a całość operacji ma szansę powodzenia wyłącznie dzięki nieprzeciętnym umiejętnościom głównego bohatera oraz jeszcze większym pokładom szczęścia. Oczywiście klasycznym autem do ucieczki po napadzie, nie rzucającym się w oczy potencjalnych świadków, jest efektowne czerwone Subaru Impreza WRX z 2006 roku. Im dalej w film, tym niestety więcej absurdalnych i nonsensownych rozwiązań – w scenie z handlarzami bronią dostajemy chyba Mont Blanc głupoty w wykonaniu naszych bohaterów (co gorsze, jeszcze są z siebie dumni), ale finał to prawdziwy Everest. Naprawdę ciężko było mi na to patrzeć.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Z drugiej strony należy jednakże docenić sprawność realizacyjną, przejawiającą się przede wszystkich w bardzo dobrym zgraniu filmowych wydarzeń ze ścieżką dźwiękową oraz dynamicznych sekwencjach pościgowych. Niezwykle przypadła mi również do gustu jedna z początkowych sekwencji – długa, jednoujęciowa scena, w której przedstawiono całkiem zwyczajną wyprawę bohatera po kawę. Zastosowano w niej bardzo fajny efekt: słowa piosenki, której aktualnie słuchał Baby, pojawiały się na różnych elementach miejskiego krajobrazu. To oglądało się naprawdę znakomicie! Na ekranie całkiem nieźle wypadła również Atlanta, w której kręcono film, niemniej nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że jest to trochę prowincjonalne i niewielkie miasto (oczywiście jak na standardy USA). Główna oś fabularna została zhejtowana powyżej, aczkolwiek warto na chwilę wrócić do innych wątków. Bardzo zabawnie wypada motyw z siostrzeńcem Doca albo okularami Baby'ego. Ekranowe love story wydawałoby się na pierwszy rzut oka całkiem w porządku, ale po namyśle można łatwo dojść do wniosku, że jest trochę zbyt idealne i zdecydowanie za szybkie – szczególnie, jeśli zakończenie filmu potraktujemy dosłownie, a nie jako swoistą wizualizację marzeń głównego bohatera. Warto pochwalić natomiast sprawnie wplecione w fabułę flashbacki dotyczące przeszłości chłopaka.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Słów kilka o aktorstwie oraz bohaterach. Ansel Elgort, tworząc postać Baby’ego, uderzył wyraźnie w lekko autystyczne tony (never go full retard). Z pewnością nie jest to bohater, za którym będę tęsknił lub nawet zbytnio przejmował się jego losem. Baby to po prostu wyjątkowo małomówny koleś, któremu czasem miałoby się ochotę przypierdolić za permanentne ignorowanie rzeczywistości poprzez słuchanie muzyki (tak, doskonale zdaję sobie sprawę, że miał szumy w uszach). O wiele lepsze wrażenie zrobiła na mnie Lily James wcielająca się w Deborę – o ileż jest to ciekawsza i bardziej życiowo zagrana bohaterka! A na dodatek swoim entuzjazmem przypomina mi legendarną Shelly (Mädchen Amick) z "Twin Peaks". Na pochwały zasłużyli również Jon Bernthal (Griff) oraz świetnie zagrana para kochanków przestępców – Jon Hamm (Buddy) i Eiza González (Darling). Z kolei w przypadku Jamie’go Foxxa (Bats) wydaje mi się, że aktor trochę za bardzo odjechał. Wiele spodziewałem się po roli Kevina Spacey, niemniej spotkał mnie srogi zawód. Doc kompletnie nic nie wnosi po filmowego panteonu przestępczości zorganizowanej i w zasadzie jest dosyć nudną postacią.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
"Baby Driver" to rozrywka na raczej solidnym poziomie, ale pakowanie produkcji Edgara Wrighta do zestawień najlepszych filmów ubiegłego roku to już kompletnie nieporozumienie. Szkoda moich zawiedzonych nadziei, ale jeżeli lubicie połączenie muzyki, szybkiej akcji oraz ostrej jazdy samochodem, to mogę polecić.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Ocena: 6/10.