Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O'Shea Jackson Jr.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O'Shea Jackson Jr.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 lutego 2018

Ingrid Goes West (2017)



Talk about something cool, like food or clothes or Joan Didion!

"Ingrid Goes West" to kolejny przykład interesującego filmu wygrzebanego gdzieś na jakiejś śmietnikowej liście podsumowującej zeszłoroczne dokonania kinematograficzne. W tym miejscu po raz kolejny przesyłam wielkie propsy dla wszystkich twórców tego rodzaju zestawień - bez Was ominęłoby mnie tyle znakomitych produkcji! Oprócz tego, że akcja została osadzona w mojej ukochanej Kalifornii, to film Matta Spicera dotyka bowiem bardzo aktualnego tematu: znaczenia mediów społecznościowych dla egzystencji współczesnej młodzieży. Osobiście wywodzę się ze starych, mrocznych czasów, gdy szybki Internet nie był ogólnodostępny, a pierwszą komórkę dostałem po skończeniu czteroletniego liceum, a nie na komunię, dlatego też czasem jestem po prostu przerażony zachodzącymi zmianami. Niemniej bardzo martwi mnie fakt, że coraz więcej imprez w gronie znajomych polega po prostu na grupowym scrollowaniu Facebooka albo nieustannym wpatrywaniu się w świecący zimnym blaskiem ekran smartphone’a. Jeśli miałbym wskazać Wam idealną piosenkę do czytania recenzji to bez wahania polecam Świecące prostokąty Taco Hemingwaya (ogólnie doradzam zapoznać się z jego twórczością, chociaż Szprycer nie jest w moim stylu).
Znakomity plakat!
© 2017 NEON

Tytułowa Ingrid (Aubrey Plaza) to typowy, współczesny nolife żyjący wyłącznie mediami społecznościowymi. Po dosyć niefortunnym występie na weselu instagramowej koleżanki dziewczyna postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie i wyruszyć na Zachód (The west is the best; Get here, and we'll do the rest) za ciężkie hajsy otrzymane w spadku po śmierci matki. Po dotarciu do Los Angeles Ingrid postanawia za wszelką cenę zaprzyjaźnić się z popularną blogerką Taylor Sloane (Elizabeth Olsen). Realizacja tego ambitnego celu wymaga wielu poświęceń, ale obsesja naszej bohaterki przyjmuje na tyle potężne rozmiary, że dziewczyna jest dosłownie gotowa na wszystko.
© 2017 NEON
"Ingrid Goes West" charakteryzuje się znakomitym klimatem. Zresztą nie mogłoby być inaczej, skoro akcja filmu została osadzona w gorącej Kalifornii (to jak wiadomo dla mnie już na samym wstępie stanowi ogromną zaletę). Kontrast między nudą i monotonią rodzinnego miasteczka Ingrid a możliwościami oferowanymi przez Miasto Aniołów wydaje się być wprost porażający. Niemniej choć w produkcji wyreżyserowanej przez Matta Spicera nie brakuje luzackich imprez i melanży, to jednak nie sposób nie dostrzec wyraźnego nacisku na poważne problemy współczesnej młodzieży (czytaj: uzależnienie od wszelkiej maści portali społecznościowych). Przyglądając się uważnie życiu prowadzonemu przez główną bohaterkę w L.A. łatwo można zauważyć, że nie wnosi ono kompletnie niczego i w zasadzie można je określić jako bezsensownie pustą egzystencję. Wszystkie działania podejmowane przez Ingrid mają bowiem na celu jak największe zbliżenie się do Taylor i opływanie w wypracowany w pocie czoła internetowy fame. Nawet romans z sympatycznym sąsiadem Danem (O’Shea Jackson Jr.) nie wynika ze szczerego uczucia, a raczej z wyrachowania i nieodpartej konieczności przypodobania się powszechnie znanej blogerce, a co za tym idzie zdobycia większej ilości polubień. Jakże smutny jest fakt, że rzesze ludzi wolą żyć czyimś życiem, niż postarać się zmienić własną egzystencję na lepsze.
© 2017 NEON
Skoro już w dzisiejszych czasach dla wielu ludzi głównym życiowym celem jest zdobywanie jak największej liczby de facto bezwartościowych polubień na Facebooku albo Instagramie to czy nasza cywilizacja chyli się ku spektakularnemu upadkowi? "Ingrid Goes West" porusza również problem drugiej strony barykady, czyli tzw. idoli opływających w internetowy fame. Dla nich lajki mają akurat często znaczenie finansowe, więc trzeba bujać się wyłącznie po modnych knajpach, oglądać gorące filmy i znać ostatnie bestsellery. Twórcy świetnie wykorzystali w tym celu postać Taylor. W gruncie rzeczy to sympatyczna dziewczyna, która przeszła podobną jak Ingrid drogę przybywając do Los Angeles z małego miasteczka. Niemniej, niemalże na plecach swojego chłopaka Ezry (Wyatt Russell) i jego wyjątkowo szerokich horyzontach, udało jej się wykreować na przyjazną intelektualistkę o niebanalnych pasjach. Tworząc do tego wyidealizowaną egzystencję w Mieście Aniołów, której zazdroszczą jej setki, jeśli nie tysiące internetowych fanek. "Ingrid Goes West" stawia również istotne pytanie: ile jesteście w stanie poświęcić, aby osiągnąć fame? Odpowiedź niestety nie jest zbyt optymistyczna… Nie dołujmy się jednak kompletnie przekazem filmu i zwróćmy jeszcze uwagę na kilka istotnych zalet. Po pierwsze znakomite zdjęcia: Kalifornia wygląda po prostu znakomicie! Świetne miejscówki ukazano z należną im klasą. Po drugie dzieło Matta Spicera niesie ze sobą ogromne pokłady autentycznie zabawnych wydarzeń, które mogą wydawać się głupawe, ale idealnie wpisują się w logikę działania głównej bohaterki. Trzecia sprawa to oczywiście fajny soundtrack, podkreślający unikalny klimat Złotego Stanu.
© 2017 NEON
Przechodząc do postaci oraz aktorstwa zdecydowanie pozostajemy w kręgu zalet filmu. Oczywiście na pierwszym planie niezaprzeczalnie bryluje Aubrey Plaza. Ingrid to świetnie zagrana, wysoce emocjonalnie niestabilna postać, co znakomicie uwidacznia się w scenie nagrywania wiadomości na pocztę głosową Taylor. Amerykanka genialne oddała na ekranie pełnię obsesyjnej psychiki swojej bohaterki, która nawet w obliczu poważnego zagrożenia własnego życia skupia się na zdobywaniu kolejnych lajków. Również niczego sobie wypada wspomniana wyżej Taylor, w którą wcieliła się Elizabeth Olsen (kolejna po "Wind River" bardzo fajna kreacja). Sławna blogerka to sympatyczna i otwarta osoba, która mógłby tak naprawdę polubić każdy z nas. Przechodząc natomiast do panów warto zwrócić uwagę przede wszystkich na odtwórcę Dana. Naprawdę ciężko uwierzyć, że dla O’Shea Jacksona Jr. jest to dopiero druga produkcja w życiu (debiutował bezbłędnie wcielając się w swojego ojca Ice Cube’a w "Straight Outta Compton"). Dan to naprawdę klawy i poczciwy chłopak, z który miałbym ochotę wyżłopać kilka piwerek. Podobnie sprawa wygląda w przypadku filmowego partnera Taylor – Ezry. Wyatt Russell zaprezentował się już całkiem młodzieżowo w "Everybody Wants Some!!", ale tutaj wprost idealnie roztapia się w kalifornijskim klimacie (zresztą urodził się w L.A.).
© 2017 NEON
"Ingrid Goes West" to bardzo ciekawa produkcja, o której większość z Was nawet by nie usłyszała, gdybym nie napisał tej recenzji (nawet nikomu się nie chciało zrobić polskich napisów). Bardzo boleję nad faktem, że film poruszający tak aktualne i ważne tematy, a przede wszystkim znakomicie zagrany, ginie w oceanie popkulturowego stolca. Zatem naprawdę zachęcam Was do obejrzenia produkcji wyreżyserowanej przez Matta Spicera. A jeśli film zyska uznanie to zróbcie mu solidną reklamę u znajomych.
© 2017 NEON
Ocena: 8/10 (za Kalifornię ocena idzie w górę).

wtorek, 7 czerwca 2016

"Straight Outta Compton"



Fuck the police comin straight from the underground
A young nigga got it bad cause I’m brown
And not the other color so police think
They have the authority to kill a minority
(N.W.A. Fuck Tha Police)

Gdy byłem jeszcze w podstawówce, każdego dnia idąc i wracając ze szkoły, mijałem sporych rozmiarów napis EAZY-E zdobiący kotłownię nieopodal jednego z bloków pośród betonowej dżungli kieleckiego osiedla Na Stoku. Jakiś czas temu budynek przeszedł niestety swoistą rewitalizację, więc to proste i pozbawione finezji graffiti pozostało jedynie odległym wspomnieniem. Patrząc na napis zawsze zastanawiałem się kim jest Eazy-E, a musicie wiedzieć, że była to era tak zamierzchła, iż nie było możliwe sprawdzenie tego w Google. Wiedza przyszła dopiero wraz z późniejszą fascynacją rapem, a uściślając okresem wzmożonego zainteresowania gangsta rapem z Zachodniego Wybrzeża. Swoją drogą brawa dla autora wykonanie napisu niebieskim sprayem, który doskonale podkreślał przynależność rapera do gangu Crips. A po co o tym wszystkim dzisiaj wspominam? Otóż Eazy-E jest jednym z kluczowych bohaterów filmu "Straight Outta Compton", który opowiada burzliwe dzieje zespołu uznawanego za prekursorów gangsta rapu, czyli N.W.A. (Niggaz Wit Attitude).
źródło: http://www.impawards.com
Then I let the Alpine play, bumpin new shit by N.W.A.
It was “Gangsta Gangsta” at the top of the list
Then I played my old shit, it went something like this
(Eazy-E Boyz-N-The-Hood)

"Straight Outta Compton" wprowadza nas w mroczne zakamarki Los Angeles pogrążającego się w bezlitosnej wojnie gangów i narastającej brutalności LAPD wymierzonej głównie w przedstawicieli mniejszości. W tych niebezpiecznych czasach młodociany, ambitny przestępca Eazy-E (Jason Mitchell) poznaje utalentowanego DJ i producenta Dr. Dre (Corey Hawkins), który przeważnie gra do kotleta w lokalnym klubie. Przy pomocy równie utalentowanych kolegów takich jak Ice Cube (O’Shea Jackson Jr.), MC Ren (Aldis Hodges) czy DJ Yella (Neil Brown Jr.) oraz pieniądzom z nielegalnej działalności Eazy’ego chłopcy tworzą rapowy zespół N.W.A., który wkrótce osiąga niebywałą popularność w USA, a także otwiera całkowicie nową epokę w rapie. Jednakże, jak to zwykle bywa, wraz z oszałamiającym sukcesem zaczyna pojawiać się coraz więcej problemów, które coraz wyraźniej naruszają wewnętrzną spójność ekipy.
źródło: http://www.straightouttacompton.com
I used to know a bitch named Eric Wright
(Dr. Dre Bitches Ain't Shit)

Do "Straight Outta Compton" podchodziłem raczej z mieszanymi uczuciami, pamiętając ile bólu oraz męczarni przyniosło mi oglądanie rodzimej produkcji o jednym z najbardziej znanych polskich zespołów hip-hopowych (niesławne "Jesteś bogiem"). Jednakże reżyser F. Gary Gray to solidny fachman, mogący szczycić się całkiem niezłym dorobkiem (m.in.: "Piątek", "Desperatki", "Negocjator" czy "Prawo zemsty"). Niemniej już na wstępie należy zauważyć, że jego ostatnie dzieło nie może być traktowane jako kompendium wiedzy o N.W.A. W filmie pominięto lub zmieniono wiele istotnych szczegółów, które, przynajmniej dla mnie, mają spore znaczenie. Do najważniejszych z nich zaliczam kompletne pominięcie Arabian Prince'a, który we wczesnym etapie działalności był członkiem grupy oraz znaczące umniejszenie roli MC Rena. Kolejne zarzuty, jakie mogę postawić "Straight Outta Compton", to zbytnia epizodyczność w formie. Rozumiem, że akcja rozgrywa się na przestrzeni niemalże  dekady, ale wraz z bohaterami skaczemy od jednego kluczowego wydarzenia do drugiego i czasami odnosiłem wrażenie, że ktoś mniej obeznany z gangsta rapem może się w tym wszystkim pogubić (co wydaje się tym bardziej absurdalne, jeśli zdacie sobie sprawę ile czasu bohaterowie poświęcają na powtarzanie swoich ksywek i przybijanie piątek). To zawsze był spory problem w tego rodzaju kinie: chcemy pokazać zdecydowanie zbyt wiele w jak najkrótszym czasie.
źródło: http://www.straightouttacompton.com
Since Dre is a bitch pimp slap that hoe
(Eazy-E Wut Would You Do)

Po pierwszych, naprawdę brudnych scenach, w których Eazy-E próbuje dopiąć narko-transakcję z nieuczciwymi negrami, a LAPD robi naprawdę konkretny rozpierdol, miałem nadzieję, że reszta produkcji została nakręcona w podobnie mrocznym klimacie. Niestety "Straight Outta Compton" reprezentuje raczej sztampowe podejście do tematu, którego głównym celem jest zapewnienie wystarczającego poziomu rozrywki dla przeciętnego widza. W efekcie dostajemy więc obowiązkowe heheszki, szczyptę dramatu, dynamiczne pięcie się w górę oraz problemy związane z dotarciem na szczyty popularności. Z tego powodu znacznie spłycono motywacje niektórych bohaterów. Z filmu można zatem  wywnioskować, że Dr. Dre chciał mieć po prostu  święty spokój by skupić się wyłącznie na muzyce, chciwy Ice Cube miał wieczne problemy, ponieważ nie zgadzał mu się hajs, a Eazy-E był na tyle krótkowzroczny by nie dostrzec, iż został srogo wyruchany finansowo przez Jerry'ego Hellera (Paul Giamatti). Rozpad grupy został przedstawiony raczej słabo i tak naprawdę trudno dostrzec prawdziwe powody, dla których członkowie N.W.A opuszczali ekipę.
źródło: http://www.straightouttacompton.com
It's a case of divide-and-conquer
Cuz you let a Jew break up my crew
(Ice Cube No Vaseline)

Na odrębny akapit zasługuje jeden z mniej oczywistych bohaterów filmu, czyli twórczość zespołu. O wkładzie N.W.A. w rozwój nie tylko rapu, ale praktycznie całej amerykańskiej branży muzycznej można śmiało napisać nie jeden doktorat (dwa tytuły magistra już mam, więc wszystko przede mną). O ile nigdy nie uwierzę w lewackie pierdolenie, że Magik był głosem biednej i uciśnionej klasy robotniczej (a takie wnioski można wyciągnąć po przeczytaniu książki, na której oparto "Jesteś bogiem"), o tyle w 100% przyjmuję teksty N.W.A. o ciężkim życiu w Mieście Aniołów i brutalności LAPD. Macie wątpliwości? Sprawdźcie prawdziwe, szczere emocje i wkurwienie w utworach zespołu albo obejrzyjcie filmik z pobicia Rodneya Kinga przez policjantów. Naprawdę w filmie nie ma ani jednej sceny, w której LAPD przedstawione zostało w pozytywnym świetle. "Straight Outta Compton" pod względem muzycznym to prawdziwa uczta dla fanów rapu. Możemy bowiem zobaczyć jak doszło do nagrania takich hitów jak Boyz-N-The-Hood czy Nuthing But A G Thang albo obejrzeć popis djskich umiejętności Dr. Dre! Dodatkowo na drugim planie przewijają się wschodzące gwiazdy rapu, czyli Snoop Doggy Dogg oraz 2pac. Nie muszę chyba wymieniać ilu znakomitych utworów mamy okazję posłuchać w trakcie oglądania filmu?
źródło: http://www.straightouttacompton.com
Cuz you can't be Niggaz 4 Life crew
With a white Jew tellin' you what to do
(Ice Cube No Vaseline)

W kwestii aktorstwa nie uświadczymy lipy. Największe plusy zbierają O'Shea Jackson Jr. za znakomitą rolę Ice Cube'a (de facto jego ojca) z uwzględnieniem grymasu wiecznego wkurwienia oraz Jason Mitchell za niezwykle realistyczną kreację Eazy-E. Trochę mniej podszedł mi Corey Hawkins wcielający się w Dr. Dre (nie jest aż tak podobny jak jego poprzednicy), ale nie sposób nie docenić wysiłków tego chłopaka. Spore, i dodajmy pozytywne wrażenie, zrobił na mnie Paul Giamatti, wcielający się w Jerry’ego Hellera. Znakomicie zaprezentował się także R. Marcos Taylor – legendarny Suge Knight, którego podejście do rapowego biznesu cechowało się używaniem wyjątkowych i niepowtarzalnych metod (m.in. przy rozwiązywaniu kontraktów). Niestety "Straight Outta Compton" pod względem ról damskich nie wyróżnia się niczym niezwykłym. W świecie zdominowanym przez raperów i gangsterów kobiety pełnią raczej ozdobną rolę, niejednokrotnie ukazując swoje wdzięki (nie żebym specjalnie narzekał).
źródło: http://www.straightouttacompton.com
"Straight Outta Compton" to idealna pozycja dla początkujących graczy, którzy dopiero wchodzą do rap-gry. Gdyby tego rodzaju film powstał jakieś dziesięć czy piętnaście lat temu to zapewne zajarałbym się na maxa i dzisiaj wymieniałbym go jednym tchem wraz z resztą moich ulubionych produkcji. Niestety nie miałem tyle szczęścia co współczesne dzieciaki. Z pozycji człowieka nieuchronnie dążącego ku jesieni życia nie mogę w pełni cieszyć się "Straight Outta Compton", ponieważ bardzo rażą mnie zbyt oczywiste wady dzieła Graya. Trochę żałuję potencjału tego projektu, bo przy odrobinie szczęścia mogło być naprawdę dobrze.
źródło: http://www.straightouttacompton.com
Ocena: 6/10.