wtorek, 28 lipca 2015

"Child 44" ("System")



Na wstępie muszę przyznać, że do obejrzenia "Child 44" (w Polszy znanego jako "System") zachęciły mnie dwa główne czynniki. Po pierwsze oczywiście obsada. Gary Oldman zalicza się od dawna do grona moich ulubionych aktorów, ale i przecież Tom Hardy dzięki genialnym rolom (m.in. "Bronson", "Locke") niedawno wjechał na aktorski Parnas. Druga przyczyna charakteryzuje się natomiast zgoła odmienną naturą. O ile obsadę można bezapelacyjnie uznać za rzecz pozytywną, to totalnie hejterska recenzja filmu Daniela Espinosy z portalu film.org.pl znajduje się na kompletnie przeciwstawnym biegunie. Tekst stworzony w momencie, gdy "System" hulał w polskich kinach ocieka takim jadem i żółcią, że można pomyśleć, iż twórcy osobiście skrzywdzili biednego recenzenta (hajs, hajs, hajs – tak to czytaj?) albo pisał recenzję na zamówienie GRU. Wiadro wylanych pomyj i ocena 1/10. Serio? Ja nie potrzebuję lepszej rekomendacji! Gwoli sprawiedliwości muszę napisać jednak, że scenariusz filmu oparto na zapewne bestsellerowej powieści Toma Roba Smitha. Dlaczego zapewne? Nie mam zwyczaju czytać tego rodzaju książek, których rocznie powstają zapewne setki, a ponadto słowo bestsellerowy już dawno straciło pierwotne znaczenie.
źródło: http://www.impawards.com
Przenieśmy się zatem w mroczne czasy ZSRR, kiedy hartowała się stal. Z początkowych napisów dowiadujemy się jak okrutną zbrodnią była kolektywizacja wsi na Ukrainie. Utraciwszy rodzinę nasz młody bohater ucieka z radzieckiego ośrodka wychowawczego, by w lesie spotkać szlachetny oddział Armii Czerwonej. Czerwonoarmiści, powszechnie znani z dobroci i współczucia, przyjmują chłopca w swoje szeregi, nadając mu nowe, dumne imię. Kilka lat później dorosły Leo Demidov (Tom Hardy) w nagrodę za niebywałą odwagę w trakcie szturmu Reichstagu dostaje przywilej zatknięcia czerwonego sztandaru na nazistowskim gmachu. Właściwa fabuła rozgrywa się jednakże dopiero w 1953 roku. Leo, służący obecnie w MGB (Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR), zajmuje się tropieniem wrogów ludu radzieckiego. Ponieważ jest prawdziwym pro, zwykle otrzymuje niebanalne zadania. Idylliczne życie naszego bohatera komplikuje się jednakże w momencie, gdy małoletni syn jego wiernego kompana Alekseja (Fares Fares) umiera w niewyjaśnionych okolicznościach.
źródło: http://www.fandango.com
O "Systemie" można napisać wiele złego, aczkolwiek moim zdaniem absolutnie nie jest to film zasługujący na najniższą ocenę. Oczywiście twórcy przedstawili dosyć specyficzną wizję Związku Radzieckiego i w zasadzie za takie podejście powinny spaść na nich największe gromy. Jakkolwiek to zabrzmi, w filmie Espinosy w ogóle nie udało mi się odnaleźć klimatu sowieckiej Rosji z początku lat 50-tych ubiegłego stulecia. Co więcej: chociaż akcja rozgrywa się w 1953 roku to nikt nawet przez chwilę nie zająknął się o śmierci Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwiliego, a jakoś nie udało mi się dostrzec choćby jednego elementu żałoby. I proszę mi tu nie podnosić argumentów w stylu O kulcie jednostki i jego następstwach, gdyż Nikita Chruszczow wygłosił swój słynny referat dopiero trzy lata później. Dlaczego fabuła rozgrywa się w tak ważnym dla komunizmu roku, a w filmie brakuje choćby najmniejszego odniesienia do epokowej śmierci Człowieka ze Stali, o którym nawet na skałach faszystowskiej Hiszpanii chłopi pisali: Stalin to pokój? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Według mnie nie istnieje żadne logiczne uzasadnienie wyboru akurat roku 1953. Brak odniesień w głównej intrydze, brak odniesień w życiorysach bohaterów – a zatem jeszcze raz: dlaczego 1953 rok?
źródło: http://www.fandango.com
Związek Radziecki w oczach twórców to jakby jeszcze bardziej szara i uboga wersja Dystryktu XII z "The Hunger Games". Ogólnie jest smutno, biedno, wszędzie agenci wszechwładnego Kapitolu Politbiura tropiący wrogów władzy ludowej. Z wyjątkiem szlachetnych żołdaków z Armii Czerwonej pracownicy MGB to wyłącznie degeneraci oraz bezwzględne potwory, które pragną jedynie zaspokajać swoje chore ambicje. Czasy to okrutnie i nie można okazywać litości, nawet gdy trzeba zadenuncjować nawet własną małżonkę (chociaż w tym przypadku Politbiuro było dosyć łaskawe – Wolsk to przecież nie jest katorga na Kołymie!). O ile to akurat ma pewne uzasadnienie to jednak kompletnie nie przekonała mnie filmowa scenografia. Praga jeszcze jako tako udaje Moskwę, ale gdy wraz z bohaterami podróżujemy przez bujne lasy do Wolska od razu pomyślałem: toż to niechybnie muszą być okolice Vancouver! Jak się później okazało trochę przegiąłem, ponieważ film kręcono w Czechach. Fabularnie jest niestety jedynie co najmniej miałko. Śledztwo nie składa się z logicznie następujących po sobie etapów, a jedynie randomowych zdarzeń, które w zasadzie nie mają ze sobą większego związku. Ostatnia faza dochodzenia to już jednakże prawdziwa tragedia: wyobraźcie sobie bowiem parę bohaterów beztrosko przemierzających Związek Radziecki w poszukiwaniu bezwzględnego mordercy (oczywiście nie mogło zabraknąć mrożącego krew w żyłach finału z obowiązkową pogadanką o motywach zbrodni). Finał w stylu wszystko jest w porządku, źli ukarani odbierać można jedynie jako całkowity absurd (w rzeczywistości wszyscy bohaterowie zapewne zakończyliby żywoty na Łubiance albo, przy bardziej łaskawym podejściu Politbiura, wyjechali na długie, kołymskie wakacje). Takie rozwiązanie trąci najczystszym amerykańskim podejściem do tematu i kompletnie rujnuje całokształt "Systemu". Warto zwrócić również uwagę na pewną irytującą niekonsekwencję. Chociaż większość aktorów mówi po angielsku z rosyjskim akcentem, to jednak niewielka część wykonawców grających rosyjskojęzyczne postacie wysławia się normalną angielszczyzną, co powoduje u widza totalną konfuzję.
źródło: http://www.fandango.com
O ile film jest niezaprzeczalnie słaby i wypełniony mieliznami fabularnymi, o tyle podobała mi się rola Toma Hardy’ego. Leo Demidov w jego wykonaniu to naprawdę fajna postać, którą można polubić mimo niezaprzeczalnego czerwono-armijnego rodowodu oraz wypełnionej sukcesami kariery w MGB. Spojrzenia, drobne gesty oraz znakomicie udawany rosyjski akcent po raz kolejny potwierdzają aktorską klasę Hardy’ego. Jeśli chodzi natomiast o Noomi Rapace to mam zdecydowanie mieszane uczucia. Rola Raisy to zdecydowanie nie jest aktorski Parnas, ale nie ma też większego dramatu. Liczyłem, że na drugim planie ponownie rozbłyśnie gwiazda Gary’ego Oldmana (gen. Nesterov), ale niestety miałkość jego postaci nie pozwalała mu zrobić niczego wielkiego. Ot, po prostu radziecki komisarz Gordon w sowieckiej fantazji Gotham City. Fajnie wypadł natomiast Fares Fares wcielający się w wiernego kompana Leo, Aleksieja oraz Jason Clarke (Brodsky). Mogę jedynie wyrazić ubolewanie, że role Joela Kinnamana (Vasili) oraz Vincenta Cassela (mjr Kuzmin) są tak okrutnie jednowymiarowe. Pod koniec filmu kompletnie zaskoczyło mnie pojawienie się Tywina Lannistera Charlesa Dance’a (którego de facto bardzo lubię). Aktor o aparycji dumnego brytyjskiego admirała grający majora MGB? Przepraszam bardzo, ale coś tutaj chyba nie pasuje…
źródło: http://www.fandango.com
Chociaż w "Systemie" wiele rzeczy poszło nie tak, to gorąco zachęcam Was do obejrzenia filmu Daniela Espinosy. Nie co dzień można bowiem obejrzeć tak pokraczną i stereotypową wizję Związku Radzieckiego stworzoną przez Hollywood. Przegapić taką szansę to jak być w Armii Czerwonej i nie ukraść niczego. Ocena niestety nie najniższa (w zasadzie podniesiona za aktorstwo Hardy’ego), aczkolwiek mam nadzieję, że Politbiuro będzie łaskawe.
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 4/10.

poniedziałek, 20 lipca 2015

"The Gunman"



Jakież motywy kierowały Seanem Pennem, kiedy zdecydował się wziąć udział w projekcie pod tytułem "The Gunman" (w Polszy opatrzonym dodatkowym, wysoce żenującym podtytułem "Odkupienie")? Znakomity aktor, laureat dwóch Oscarów, mający na koncie role w ambitnych produkcjach, postanawia nagle wystąpić w typowym na pierwszy rzut oka akcyjniaku pozbawionym jakiejkolwiek głębszej historii. Czyżby dla niektórych remedium na kryzys wieku średniego nie stanowiło krwiście czerwone Lamborghini, lecz napakowanie muskuł i skopanie kilku tyłków na ekranie? Skąd zatem pomysł na seans? Co prawda osoba reżysera niespecjalnie zachęcała do projekcji (mocno średnie kino akcji w stylu "Taken", "13. Dzielnicy" czy "From Paris with Love"), ale obsada mogła urwać nawet najbardziej wymagającą dupę: wspomniany Sean Penn, Javier Bardem, Ray Winstone oraz Stringer Bell Idris Elba! Dodatkową motywacją była również tematyka filmu: od secesji Katangi europejscy najemnicy w Afryce zawsze u mnie na propsie.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "The Gunman" została osadzona w Demokratycznej Republice Konga. Grupa europejskich najemników pracowników kontraktowych brytyjskiej PMC (Private Military Company) ochrania cywilów pracujących w NGO oraz nadzoruje budowę lotniska. Jednakże powyższe działania stanowią jedynie przykrywkę dla ich obecności w Afryce. Prawdziwa misja to klasyczny już nadzór nad sprawnym wydobyciem oraz prawidłową dystrybucją kongijskich surowców naturalnych. W momencie, gdy jeden z ministrów w rządzie DRK stwierdza, że dotychczasowa redystrybucja dóbr narusza żywotne interesy jego ojczyzny, do akcji wkracza ekipa Terriera (Sean Penn). Po sprawnej asasynacji (as you like it, Grażka?) nierozważnego polityka nasz bohater musi jednakże z woli mocodawców porzucić ukochaną lekarkę (Jasmine Trinca) i opuścić Czarny Ląd. Po kilku latach Terrier wraca do DRK, by budować studnie (podwójne sic!), aczkolwiek bardzo szybko okazuje się, że echa jego przeszłych czynów są nadal żywe.
źródło: http://www.fandango.com
Jak można zauważyć czytając opis fabularny, "The Gunman" wpisuje się w nurt kina podkreślającego i piętnującego wyzysk Czarnego Lądu przez bezwzględną, białą rasę. Co prawda na ekranie szlachtuje się bezlitośnie nie tylko randomowych, ale także wysoko postawionych czarnoskórych, lecz przekaz pozostaje jasny: Afryka cierpi, ponieważ Europejczycy i Amerykanie kradną surowce naturalne! Tym bardziej zastanawiająca jest przemiana Terriera, którego można określić bohaterem dynamicznym (jak wszyscy pamiętamy doskonale z podstawówki). Warto zadać sobie pytanie: co sprawiło, że bezwzględny asasyn, który bez mrugnięcia okiem odpalił kongijskiego ministra, po kilku latach wraca do DRK by budować studnie? Oczywiście odpowiedzi na powyższe pytanie nie znajdziemy w filmie, więc pozostawiam Wam dowolną interpretację motywów działania Terriera. Wracając jeszcze na chwilę do afrykańskich ułomności: czy zadawaliście sobie kiedyś pytanie dlaczego jedynym kontynentem, na którym biali ludzie muszą pomagać budować studnie, jest Afryka? W zasadzie "The Gunman" pozostawia bardzo wiele pytań bez odpowiedzi. Po jakiego chuja, pracując dla PMC, Terrier dokumentuje niemal każdy element swojej pracy nagrywając filmiki na telefonie komórkowym? Pamiętajmy, że początek opowieści rozgrywa się w połowie ubiegłej dekady - ileż ten telefon musi mieć pamięci do kurwy nędzy? Dlaczego przez osiem lat od wyjazdu z Afryki Terrier nie odezwał się do swojej ukochanej? Czyżby zapomniał numeru jej telefonu? Nie mówię już o napisaniu maila albo chociaż wysłaniu listu z lipnym wyjaśnieniem powodu ewakuacji…
źródło: http://www.fandango.com
Opisując ułomności "The Gunman" nie można oczywiście zapomnieć o śmiertelnej chorobie, na którą cierpi Terrier. Ponieważ w filmie nie podaje się jej nazwy, podejrzewam, że jest to wymysł wybujałej fantazji scenarzystów. Otóż naszego bohatera czasem potężnie napierdala głowa, nie potrafi zapamiętać informacji składającej się z więcej niż jednego słowa (od czego jest niezastąpiony notatnik!), a ponadto od czasu do czasu zasypia w dziwnych miejscach (np. w śmietniku). Nie, moi Kochani, Terrier nie jest bejem. Ogólnie rzecz biorąc "The Gunman" składa się niemal wyłącznie z wyświechtanych klisz. Przykładowo: nasz bohater ma wiernego kumpla, która zawsze pomoże w potrzebie, za wszystkim stoi oczywiście postać robiąca z początku pozytywne wrażenie (i to nie jest żaden kurwa spoiler!) i oczywiście nie mogło zabraknąć pogadanki protagonisty z antagonistą. Co prawda czasami bywa naprawdę brutalnie, ale efekt wydatnie psują żenujące flashbacki okresowo nawiedzające Terriera. Nie da się ukryć, że troszeczkę podróżujemy: od RPA udającego DRK przez Londyn, Gibraltar aż po ładne hiszpańskie krajobrazy Katalonii.
źródło: http://www.fandango.com
Mimo ewidentnego wejścia w jesień życia, Sean Penn pod względem fizycznym prezentuje się na ekranie całkiem nieźle. Chociaż kiedy trzeba pręży muskuły i kopie złych po tyłkach, to aktorsko postać Terriera momentami zaczyna niebezpiecznie przypominać epicką walkę Clive’a Owena z pełnym zatwardzeniem. Od aktora, który ma na koncie dwa Oscary oraz wiele innych wspaniałych ról, z pewnością należy wymagać zdecydowanie więcej! Fajnie zobaczyć Raya Winstone’a (Stanley), ale szkoda, że jego bohater to typowy, oddany kolega, jakich widziałem już setki. Wracając do tematu bejozy należy wspomnieć rolę Javiera Bardema, za którą, wedle IMDb, otrzymał 5 milionów USD (12.5% budżetu filmu!). Felix z bezwzględnego profesjonalisty zmienia się w luksusowego beja, traktującego własną żonę jak zwykłą ulicznicę. Naprawdę genialna kreacja, warta każdych pieniędzy. W zasadzie najmniej zarzutów można postawić Jasmine Trince (Annie) – aktorka zagrała w miarę solidnie, aczkolwiek nie jest to kreacja wybijająca się ponad scenariuszową mieliznę "The Gunman". Na koniec zostawiam prawdziwą wisienkę na torcie: szumnie anonsowany Stringer Bell Idris Elba pojawia się zaledwie w trzech scenach! Serio?
źródło: http://www.fandango.com
"The Gunman" to kolejny film potrzebny jak kurwie deszcz. Pomimo znakomitej obsady jest to typowy akcyjniak, w dodatku wyróżniający się jedynie dużym poziomem wtórności oraz żenującym przesłaniem o krzywdzeniu Afryki przez okrutną białą rasę. Warto zobaczyć jedynie po to, aby przekonać się jak niewiele niektórzy ludzie muszą zrobić, by zarobić pięć milionów USD. Brawo Javier, trzymaj tak dalej!
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 3/10.

niedziela, 12 lipca 2015

"Służby Specjalne"



Powiedz komu dałeś władzę? Tajnym służbom? Nie widzisz, że te służby w sposób jawny się kurwią? – po seansie mogę z całą pewnością stwierdzić, że tekst Ostrego z utworu Po drodze do nieba idealnie podsumowuje "Służby Specjalne" Patryka Vegi. Muszę jednakże przyznać, że co do samego filmu przejawiałem bardzo sceptyczne podejście. Obejrzawszy trailer, w którym nachalnie straszył aktor wyglądający jak Antoni Macierewicz (Krzysztof Horbacz), a na dodatek wtórował mu człowiek przyodziany w krawat w biało-czerwone pasy, lękałem się, iż produkcja Vegi będzie infantylną zabawą w odtwarzanie politycznej rzeczywistości w jakimś krzywym zwierciadle. Po co to komu potrzebne, skoro co drugi polityk w Polszy to kompletny parodysta? Oczywiście moja postawa nie wynikała z iluminacji, lecz solidnych, empirycznych podstaw, o których wspominałem przy okazji recenzji "Ciacha". Bezapelacyjnie reżyser zaliczył monstrualny zjazd, ale przecież powszechnie wiadomo, że jesteś tak dobry jak twój ostatni freestyle. Szansa na odkupienie win pojawiła się przy okazji dziewiątej edycji Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami – serdecznie zapraszam Was do udziału, ponieważ można nadrobić sporo zaległości!
źródło: http://www.filmweb.pl
Akcja "Służb Specjalnych" rozgrywa się w niezwykle gorącym okresie po likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Wszyscy doskonale pamiętamy ile kontrowersji wywołała ta decyzja zawarta w pakcie stabilizacyjnym podpisanym przez liderów PiS, LPR oraz Samoobrony. Jeszcze większym echem odbił się niesławny raport czołowego tropiciela spisków IV RP Antoniego Macierewicza (Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI). Jak łatwo przewidzieć likwidacja WSI nie spotkała się z entuzjazmem zasłużonych funkcjonariuszy służb. W efekcie gen. bryg. Romuald Światło (Wojciech Machnicki) montuje naprędce ekipę złożoną z byłych, ale wiernych pracowników WSI: ppor. "Białko" (Olga Bołądź), kpt. Cerata (Wojciech Zieliński) oraz płk Bońka (Janusz Chabior). Głównym zadaniem grupy jest paraliż ABW oraz eliminacja wrogów polskiej racji stanu, aczkolwiek wraz z kolejnymi zleceniami pojawia się coraz więcej wątpliwości dotyczących prawdziwych motywów decydentów.
źródło: http://www.filmweb.pl
Od razu muszę przyznać, że "Służby Specjalne" zaskakują zdecydowanie pozytywnie (spodziewałem się przecież okolic 3/10), chociaż pod pewnymi względami przypominają trochę "Drogówkę": w pierwszej części sporo śmiesznostek, a w drugiej paranoiczna intryga. Z jednej strony film Vegi należy odbierać jako ogromny pocisk wymierzony w WSI: wszechwładni decydenci (których de facto nawet nie oglądamy na ekranie) wydają rozkazy realizowane przez różnego szczebla podwładnych. Tajemnicza grupa trzymająca władzę, wiecznie operująca w strefie cienia, steruje nie tylko byłymi pracownikami wywiadu, rządowymi spółkami, prywatnym biznesem, ale także mediami, kościołem czy też prokuraturą i robi to wyłącznie dla własnych egoistycznych pobudek (albo jeśli ktoś epatuje bardziej prawicowym nastawieniem to oczywiście w celu realizacji interesów Moskwy). Wszystko jest możliwe do zmanipulowania, a nawet oczywiste samobójstwo okazuje się morderstwem na zlecenie. Jednakże z drugiej strony "Służby Specjalne" nie pozostawiają suchej nitki na ekipie demontującej Wojskowe Służby Informacyjne. Kompletny chaos wywołany niepotrzebnymi czystkami, totalna amatorszczyzna oraz beztroska (m.in. lecący do Afganistanu Maciek, strażnik miejski ze śródmieścia), a także brak refleksji nad zagrożeniami dla państwa wynikającymi z podjętych działań likwidacyjnych to główne zarzuty pojawiające się w filmie. Przy okazji warto zacytować znakomity pojazd po Antonim Macierewiczu: Kto jest największym oszołomem? Kutasiłeb. Potrójnie chujowy. Chujowy mówca, pierdoli głupoty i jeszcze chujowo wygląda. Vega przedstawił w ciekawym świetle wiele prawdziwych wydarzeń, które do dzisiaj wywołują spore kontrowersje (m.in. samobójstwa Barbary Blidy oraz Andrzeja Leppera, działań Macierewicza).
źródło: http://www.filmweb.pl
Agenci wchodzący w skład grupy operacyjnej gen. bryg. Światło nie są na szczęście herosami pokroju Jamesa Bonda, a ponadto nie wszystkim byłym funkcjonariuszom wiedzie się klawo (najlepszy przykład to ojciec ppor. "Białko"). W wolnych od walki o dobro Polszy chwilach bohaterowie "Służb Specjalnych" zmagają się z prozaicznymi problemami: bezpłodnością, nowotworami czy planami asasynacji własnego ojca. Z tego powodu postacie wydają się być o wiele bardziej z krwi i kości, a nie tylko sprawiają wrażenie bezlitosnych morderców pozbawionych życia prywatnego. Jak ogromny plus należy wspomnieć z pewnością piękne ujęcia przeważnie zimowej Warszawy – niczym w amerykańskiej produkcji. Nawiązując przy tej okazji do Wuja Sama to warto zauważyć, że na ekranie oglądamy helikoptery Black Hawk oraz legendarne Huey – na dodatek są to prawdziwe maszyny, a nie atrapy wykonane z kartonu jak w typowym, polskim kinie batalistycznym. Tego nie widzi się w każdym polskim filmie, więc szacunek! Wybornie wypadły dialogi – zabawne (raczej czarny humor), przewrotne, ale także pełne wulgaryzmów oraz wywiadowczego slangu. Swoją drogą twórcom należą się wielkie propsy za bieżące objaśnianie niezrozumiałych terminów – ekranowy słownik sprawdza się bowiem znakomicie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Największy zarzut odnośnie "Służb Specjalnych" to niemożność zamknięcia opowiadanej historii w sensowny sposób – w pewnym momencie opowieści po prostu wyskakują napisy końcowe. Wydaje mi się, że może to wynikać z dwóch przyczyn. Po pierwsze mogło oczywiście zabraknąć inwencji i film wygląda tak jak wygląda. Po drugie Patryk Vega mógł planować sequel, ewentualnie reszta wątków została dopowiedziana w serialu, którego nie miałem okazji oglądać. Niemniej odczuwam z tego powodu spory niedosyt, chociaż z drugiej strony nieumiejętnym zakończeniem można było wszystko spierdolić. Można przyczepić się również do nijakiej ścieżki dźwiękowej oraz niektórych występów aktorskich (przykładowe O Jezu po śmierci posłanki wywołało niezamierzone raczej salwy śmiechu towarzyszącej mi Grażki). Ponadto postać ppor. "Białko" nie jest dla mnie przekonująca, chociaż Olga Bołądź bardzo starała się, żeby to zmienić. Nie do końca kupuję również kpt. Cerata, ale do gry Wojciecha Zielińskiego nie mam większych zastrzeżeń. Z pewnością cały film kradnie Janusz Chabior – genialny aktor wcielił się w znakomicie napisaną postać i dał z siebie wszystko. W szczególności polecam przygody płk Bońka związane ze służbą zdrowia oraz nietypową relację z dr Czerwonko (fantastyczny epizod Agaty Kuleszy). Fajnie zaprezentowali się również Eryk Lubos (Rafun), Kamila Baar (Joanna) oraz Wojciech Machnicki (gen. bryg. Światło).

Po "Służbach Specjalnych" spodziewałem się naprawdę niewiele. Tymczasem Patryk Vega udowodnił, że dysponuje jeszcze resztkami potencjału i być może pewnego dnia wróci do prawdziwej gry. Film z pewnością ciekawie ukazuje pewne aspekty polskiej rzeczywistości, aczkolwiek pod różnymi względami może być uznawany za propagandowy manifest prawicowych teorii spiskowych – gdyby nie ostry pojazd po likwidatorach WSI spełniłby się w rej roli niemalże idealnie. Niemniej szkalowanie Antoniego i jego ekipy zbilansowało prawicowe fobie, przez co "Służby Specjalne" ogląda się całkiem nieźle. Chociaż końcowa ocena może nie jest zbyt wysoka to uważam, że warto zobaczyć tę produkcję – choćby dlatego by spojrzeć na pewne oczywiste sprawy z innej strony.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 6/10.

poniedziałek, 6 lipca 2015

"Fifty Shades of Grey"



Pięćdziesiąt twarzy Greya – literacki fenomen, a zarazem pierwsza część bestsellerowej trylogii, która przyniosła E. L. James ogólnoświatowy fame oraz miliony monet. Książka tak wybitna, że sprzedawała się lepiej niż Insygnia śmierci J. K. Rowling! A jednocześnie powieść ogromnie kontrowersyjna, wypełniona bowiem sadomasochistycznym seksem, poniżaniem uległego partnera oraz wszelkimi seksualnymi perwersjami jakie tylko możecie sobie wymarzyć! Plus gejzery spermy tryskające ze stronic, błyskotliwe dialogi, oryginalna fabuła i nieoczekiwane zwroty akcji! No dobrze, dajmy już spokój fantazjom o tym, jak mogłoby wyglądać Pięćdziesiąt twarzy Greya, gdyby nie powstało pod wpływem wysoce niezdrowej fascynacji sagą Zmierzch (co już samo w sobie jest wystarczająco dyskwalifikujące). Jeśli chodzi o moje kontakty z twórczością E. L. James to zatrzymałem się na przeczytaniu kilku fragmentów – naprawdę, wybaczcie, ale nie dałem rady więcej. Przecież kiedyś, siedząc przy barowym kontuarze w Rotundzie, rzekłem: Chcecie czytać książki wypełnione seksem? Sięgnijcie choćby po Charlesa Bukowskiego (niemal wszystko, co napisał), Henry’ego Millera (w szczególności Zwrotnik Raka oraz Zwrotnik Koziorożca) czy Pedro Juana Gutiérreza (Brudna trylogia o Hawanie). Pojawia się tylko jeden problem: dla większości społeczeństwa przygody biednych ludzi nie są aż tak fascynujące jak perypetie wyimaginowanego tajemniczego multimilionera. Mimo wszystko postanowiłem obejrzeć ekranizację powieści E. L. James, abym dysponował solidnym uzasadnieniem dla późniejszego hejtu. Ponieważ sam prawdopodobnie nigdy nie zdzierżyłbym tego rodzaju tematyki na tak marnym poziomie (próby samobójcze tak bardzo realne) zapewniłem sobie wsparcie na krytyczne momenty – Grażko, pięknie dziękuję za cierpliwość oraz bieżący komentarz do filmowych wydarzeń!
http://www.impawards.com
"Pisiont Pięćdziesiąt twarzy Greya" to opowieść o Anastazji (Dakota Johnson), młodej i niewinnej studentce literatury angielskiej, która zastępując koleżankę przypadkowo poznaje tajemniczego milionera Christiana Greya (Jamie Dornan). Jak dziecinnie łatwo przewidzieć nasza bohaterka ostro zajawia się na utalentowanego biznesmena (hajs, hajs, hajs – tak to czytaj), ale i on sam nie pozostaje obojętny na jej dziewicze (sic!) wdzięki. Z obopólnej fascynacji wkrótce rodzi się nietypowy związek, opierający się na sadomasochistycznej relacji między panem a uległą mu partnerką.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Na początek ogromne zaskoczenie: "Fifty Shades of Grey" trwa ponad dwie godziny! Nie byłoby w tym może nic niezwykłego, gdyby film potrafił zainteresować widza fabułą, ale zamiast tego w końcowych scenach niemal odpadłem ze znużenia. Chociaż dzieło Sam Taylor-Johnson (kompletnie no-name’owa reżyserka) oglądałem całkiem niedawno to nie jestem sobie w stanie przypomnieć niczego poza wszechogarniającą otchłanią nudy okraszoną jednymi z najgorszych dialogów w dziejach kinematografii. Gdzie się podziały jakiekolwiek perwersje? Rozumiem, że moje spojrzenie na preferencje seksualne może i jest dosyć wypaczone (o wiele za wczesne spotkanie z twórczością markiza de Sade), ale nawet z perspektywy zwykłego człowieka nie potrafię dostrzec niczego kontrowersyjnego. Oczywiście mam świadomość, że znajdą się tacy, którzy uznają związanie Anastazji i wymierzenie jej sześciu batów za okrutne oraz zdemoralizowane praktyki BDSM, godne największych seksualnych degeneratów wywodzących się zapewne z kręgów ultraliberalnej żydomasonerii (echa Cmentarza w Pradze Umberto Eco). Po za tym, jak na film o brutalnym i dzikim seksie, "Pięćdziesiąt twarzy Greya" zaskakuje mizernym poziomem nagości. Pod tym względem o wiele lepiej wypadają niektóre odcinki "Gry o tron", "True Blood", a porównanie do "Spartakus: Blood and Sand" nie ma najmniejszego sensu. I za te mizerne okruchy kategoria od 16 lat? Naprawdę?
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Wiadomo oczywiście, że całą odpowiedzialność za fabularne ułomności "Pięćdziesięciu twarzy Greya" ponosi E. L. James. Niemniej jak dowiódł William Monahan w "London Boulevard" można zrobić z gówna pomarańczę (w tym przypadku z marnej powieści Kena Bruena). Tutaj nikt nawet nie podjął próby, która de facto przy tym poziomie, z góry skazana była na monstrualną porażkę. Po seansie mocno zacząłem się zastanawiać kiedy Christian Grey ma czas na pracę, ponieważ większość filmu zajmuje uganianie się za Anastazją (jak ostatnio słyszałem na mieście: tylko dupy mu w głowie). Czy zatem w tym bezkresnym oceanie gówna można znaleźć cokolwiek przypominającego pomarańczę? W zasadzie jedyny plus, który jestem w stanie wymienić, to naprawdę ładne zdjęcia Vancouver oraz Seattle. Ścieżka dźwiękowa po prostu leci w tle, nie wyróżniając się niczym szczególnym.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Ileż to mówiło się o obsadzie "Pięćdziesięciu twarzy Greya"! Któż zagra Christiana, a kto wcieli się w Anastazję? Spekulacje nie miały końca i jak zwykle w takim przypadku efekt jest totalnie mizerny. Jamie Dornan może i wygląda nieźle pod względem fizycznym (chociaż nie mnie to oceniać), ale jakoś nie przełożyło się to na tajemniczość Christiana Greya. Po prostu bogaty koleś, który lubi lekko perwersyjny seks – co oczywiście nie wynika z jego nienormalności, lecz skrzywdzenia w nastoletnim wieku przez koleżankę przybranej matki. Na dodatek Dakota Johnson nie zachwyca ani urodą ani tym bardziej grą aktorską, więc pod względem występu pary głównych odtwórcy film leży na łopatkach. Na drugim planie nie dzieje się kompletnie nic ciekawego. Wcielająca się we współlokatorkę Anastazji Eloise Mumford w roli sypkiej studentki wygląda tak samo wiarygodnie jak Channing Tatum oraz Jonah Hill w "22 Jump Street" (przy czym oni byli przynajmniej zabawni). Z ciekawostek warto odnotować, że w siostrę Greya wciela się piosenkarka albańskiego pochodzenie Rita Ora, ale oczywiście nie wnosi niczego ponad przeciętność.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Wiele hałasu o nic – to najlepsze podsumowanie "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Film jest nad wyraz przeciętny i pozbawiony jakichkolwiek elementów wywołujących kontrowersje (szkoda, że nie dostał jeszcze kategorii R), a cały szum związany z tym projektem jawi się dla mnie jako burza w szklance wody. Jestem przekonany, że gdyby nie sukces powieści E. L. James, kompletnie nikt nie zwróciłby uwagi na produkcję Sam Taylor-Johnson. Tak naprawdę jedyna rzecz, która podobała mi się w całym przedsięwzięciu to oryginalny tytuł książki. Niestety przez dwie godziny filmu oglądamy ciągle jedną i tę samą, monotonną twarz tajemniczego milionera. Obejrzyjcie albo nie – projekcja nie wzbogaci ani nie zuboży Waszej egzystencji na tym marnym łez padole.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Ocena: 3/10.

piątek, 26 czerwca 2015

"Last Knights"



Naprawdę nie jestem w stanie udzielić rzeczowej odpowiedzi na pytanie jakie motywy skłoniły mnie do obejrzenia "Last Knights" (a przecież już plakat zapowiada chujowiznę totalną). Z całą pewnością nie był to trailer, który kiedyś przypadkowo obejrzałem na YouTube (z wyraźnym naciskiem na przypadkowo). Generalnie już wtedy miałem koncepcję tego filmu i doskonale wiedziałem czego mogę oczekiwać po seansie. Nie było to również pragnienie obejrzenia wyjątkowo chujowej produkcji, a następnie ulżenia psychice hejterską recenzją, gdyż stworzony z wtórności "Seventh Son" zaspokoił moje potrzeby na dłuższy czas. Do projekcji nie zachęcał również Clive Owen, który w trailerze wyglądał, jakby powtórnie borykał się permanentnym zatwierdzeniem z czasów "Króla Artura" ani Morgan Freeman, któremu od jakiegoś czasu musi się mocno nie zgadzać hajs, ponieważ wyraźnie zarzucił granie w sensowych filmach. Dlaczego zatem poświęciłem cenny czas na "Last Knights"? Do końca życia będę szukał odpowiedzi na to pytanie…
źródło: http://www.impawards.com
W prawie idealistycznej wersji późnego średniowiecza, gdzie rasa człowieka ani tym bardziej jego religia nie ma żadnego znaczenia (sic! – realizm tak bardzo), powstało potężne imperium – de facto nie wiadomo czy poza nim istnieje cokolwiek. Ostoją rządów Imperatora (Peyman Moaadi) stali się możni, którzy poszerzając granice państwa jednocześnie skutecznie zwalczają wszelkie wewnętrzne ruchawki w poszczególnych prowincjach. Jednakże pomiędzy dumnymi szlachcicami a administracją centralną dochodzi do wyraźnej i dosyć brutalnej różnicy zdań. W efekcie niefortunnej wymiany poglądów lord Bartok (Morgan Freeman) zostaje skazany na śmierć, a wierny dowódca jego wojsk Raiden (Clive Owen) poprzysięga krwawą zemstę w imię honoru swojego pana. Niemniej szlachetne przedsięwzięcie rozpoczyna od zostania typowym barowym ochlejmordą (niemal jak James Bond w "Skyfall") oraz kurwiarzem – gdyby Raiden umiał jeszcze opisać swoje przygody w stolicy śmiało można by nazwać go Charlesem Bukowskim wyimaginowanego średniowiecza.
źródło: http://www.fandango.com
Jak łatwo zauważy każdy średnio ogarnięty kinoman "Last Knights" to kolejna wariacja na temat "47 Roninów", co swoją drogą wydaje się być jednocześnie dziwne i nudne, gdyż w 2013 roku nakręcono przecież kolejną wersję z Keanu Reevesem. Tym razem zamiast Japonii otrzymaliśmy quasi-średniowiecze, co wydaje się jeszcze dziwniejsze, ponieważ na stolcu reżyserskim osadzony został no-name’owy reżyser z Kraju Kwitnącej Wiśni – Kazuaki Kiriya. Jednakże nawet w tejże niemal baśniowej, politycznie poprawnej krainie, gdzie rasa i religia nie są powodem do dyskryminacji, czarnoskórzy bohaterowie giną najsampierw. Cóż za niefortunny zbieg okoliczności! Świat przedstawiony w filmie nie wyróżnia się w sumie niczym oryginalnym – ot tutaj prowincja i twarda walka o granice imperium, a tam przeżarta biurokracją i zepsuciem stolica; mądry i sprawiedliwy cesarz vs. skorumpowani i bezduszni urzędnicy. Na pewno na mały plus można zaliczyć dosyć ładne zimowe krajobrazy Czech, aczkolwiek zbyt często zostały popsute nachalnym CGI. Fabularnie jest oczywiście nad wyraz sztampowo – wszyscy znamy historię 47 roninów walczących o przywrócenie honoru swojego pana, więc w sumie trudno oczekiwać jakichkolwiek większych zaskoczeń. Niemniej z tego właśnie powodu nieoczekiwany twist wydaje się oczywisty jak kolejny sezon Ekstraklasy bez klubów z polskiego Detroit.
źródło: http://www.fandango.com
Osłodą tejże opowieści o honorze, lojalności oraz bezgranicznym oddaniu mogły być oczywiście doskonale nakręcone walki oraz sceny batalistyczne (których de facto nie ma). Niestety od jakiegoś czasu sceny akcji w tego rodzaju produkcjach najzwyczajniej w świecie mnie kompletnie nużą. Pod tym względem "Last Knights" nie wyróżnia się w żaden sposób: ani przemocą ani choreografią. Nuda, nuda, nuda! Warto podkreślić również, że drużyna Raidena została sklecona w niezwykle schematyczny sposób. Lider, mimo że przez ponad rok chlał dzień w dzień w lokalnej mordowni, to oczywiście absolutny über pro broni białej, młócący przeciwników jak kombajn zboże. Porucznik Cortez (Cliff Curtis) to wierny towarzysz i chociaż nie zasłużył jeszcze na status über pro to jest na dobrej drodze by do niego aspirować. Resztę teamu wypełniają oczywiście typowe postacie: mistrz łuku, mistrz zasadzki, silnoręcy od napierdalana ciężką bronią oraz rzesza no-name’owych statystów, których los i tak nikogo nie obchodzi. W zasadzie jedyną innowacją w filmie jest magiczna brama w rezydencji Gezza Motta (Aksel Hennie), która z nieznanych (i oczywiście nie wyjaśnionych w filmie przyczyn) ma powstrzymać każdy szturm. Naprawdę, nie pytajcie dlaczego…
źródło: http://www.fandango.com
Jeśli chodzi o aktorstwo to jest dokładnie tak jak się spodziewałem. Jak już wspominałem we wstępie nietęga mina Clive’a Owena sugeruje kolejną, ociekającą patosem, bezlitosną walkę z pełnym zatwardzeniem. Morgan Freeman, który widocznie na starość wpadł w poważne tarapaty finansowe (albo chce zapewnić godną egzystencję swoim bliskim) po raz kolejny całkowicie przeszedł obok filmu, grając ponownie samego siebie. Na pochwały nie zasłużył również Cliff Curtis, wcielający w porucznika Semper Fidelis Corteza, ponieważ nie wyróżnił się niczym szczególnym na ekranie. Szczerze powiedziawszy to z no-name’owej bandy Raidena nie zapamiętałem nikogo więcej, więc na tym zakończymy. Aksel Hennie, wcielający się w antagonistę, także nie zrobił jakiejś wyjątkowo dobrej roboty, ale z powodu solidności występu trudno hejtować jego kreację. Z pewnością na jedyne aktorskie propsy za "Last Knights" zasłużył Peyman Moaadi. Moim zdaniem w roli Imperatora z wiecznie marsową miną wypadł znakomicie i naprawdę trudno nie docenić majestatu bijącego od jego postaci.
źródło: http://www.fandango.com
"Last Knights" to kolejny, obok "Seventh Son", kompletnie niepotrzebny film, opierający się głównie na kompletnej wtórności (oczywiście z wyjątkiem magicznej bramy, która powstrzyma każdy szturm). Produkcja Kazuaki Kiriya jest tak słaba, że nawet nikt nie wymyślił dla niej polskiego tytułu! Naprawdę nie warto marnować cennego czasu na to gówno, więc gdyby naszła Was kiedykolwiek ochota na obejrzenie "Last Knights" to szczerze polecam zrobić coś bardziej pożytecznego zamiast seansu: rozwiązać sudoku, wyprodukować w domu trochę metamfetaminy albo nawet ulepić kałwana. Naprawdę.
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 3/10.

piątek, 12 czerwca 2015

"Dazed and Confused" ("Uczniowska Balanga")



Nie będę ukrywał, że "Dazed and Confused" to jeden z najważniejszych filmów, jakie obejrzałem w swoim żywocie na tym marnym łez padole. Długo zastanawiałem się czy spróbować napisać recenzję tegoż arcydzieła wyreżyserowanego przez Richarda Linklatera. Obawiałem się bowiem, iż nie będę w stanie wystarczająco dobrze przedstawić mistrzowskiego, a jednocześnie niezwykle nostalgicznego klimatu filmu. Jednakże, ponieważ w dalszym ciągu znajduję się pod silnym wpływem "Zapisków z 1001 nocy" (szczególnie polecam inspirujący do działania wers: tysiąc szans, nie miej boja, odwaga to nie wada) to postanowiłem skorzystać z rady Leszka i jednak spróbować stworzyć kolejny krok na drodze ku nieśmiertelności. Mam świadomość, że polski tytuł filmu ("Uczniowska balanga" – for fuck sake, really?) może skutecznie dyskwalifikować produkcję Linklatera, przyczepiając jej łatkę typowej, głupawej komedyjki przeznaczonej dla średnio inteligentnych nastolatków. Nic bardziej mylnego! Jest to po prostu kolejny przejaw ignorancji w tłumaczeniu, ponieważ oryginalny tytuł nawiązuje do piosenki Led Zeppelin, a polscy tłumacze wyraźnie poszli na łatwiznę.
źródło: http://www.impawards.com
Cała akcja "Dazed and Confused" rozgrywa się na przestrzeni kilkunastu godzin ostatniego dnia roku szkolnego w maju 1976 roku. Uczniowie lokalnego high school w Austin przygotowują się do wieńczącego całoroczny trud epickiego melanżu organizowanego przez Pickforda (Shawn Andrews). Niestety wskutek splotu niefortunnych zdarzeń impreza zostaje odwołana, ale młodzież przecież nie lubi się nudzić, więc wkrótce powstaje alternatywny plan imprezowy. W niejako drugim wątku skupiamy się natomiast na przygodach freshmana Mitcha (Wiley Wiggins), który dzięki uprzejmości Pinka (Jason London), niepokornego quaterbacka licealnej drużyny futbolowej, ma okazję zakosztować prawdziwego imprezowego życia wraz ze starszymi kolegami i koleżankami.
źródło: http://www.hollywood.com
Na pierwszy rzut oka "Dazed and Confused" może wydawać się zwyczajną komedią dla nastolatków, jakich nakręcono już miliony. Dlaczego zatem film, którego co najmniej 90% akcji obraca się wokół picia browarów i palenia jointów, jest w moim odczuciu tak wyjątkowy? Otóż Richardowi Linklaterowi udało się bezbłędnie przenieść na taśmę filmową nie tylko niezwykle ulotny klimat połowy lat 70-tych ubiegłego stulecia, ale także jeszcze bardziej unikalny nastrój początku wakacji, który wszyscy doskonale znamy z licealnych czasów (lub też z technikum – pozdro Grażka!). Pod względem reżyser "Boyhood" bezapelacyjnie osiągnął mistrzostwo świata, a może nawet kosmosu! Klimat "Uczniowskiej balangi" (jakiż ten tytuł jest słaby, ja pierdolę!) udziela się na tyle mocno, że od razu mamy ochotę otworzyć piwerko i skręcić sobie tłustego blanta z najlepszego towaru prostu z gorącego Meksyku. Z tego powodu "Dazed and Confused" nie mogę z czystym sercem polecić osobom będącym na narko-odwyku lub które dopiero co wszyły esperal. Wracając jednakże do meritum należy zauważyć, że Linklater wypełnił swoją produkcję hektolitrami młodzieńczego hedonizmu, który może (a w sumie nawet powinien!) udzielić każdemu widzowi. Oczywiście, mamy do czynienia ze specyficzną konwencją amerykańskiego high school oraz dziwnymi tradycjami, które nie każdy w Polszy może kupić, ale klimat filmu po prostu powalił mnie na kolana jak 0.7 wypite z gwinta na raz, gdy na dworze panuje temperatura 40 stopni w cieniu.
źródło: http://www.hollywood.com
Znakomity klimat filmu dobitnie podkreśla wprost wybornie dobrana ścieżka dźwiękowa: Aerosmith, Deep Purple, Alice Cooper, Bob Dylan, Black Sabbath, ZZ Top, KISS, Seals & Crofts, Lynyrd Skynard – to imponująca wyliczanka tych najbardziej znanych. Chociaż zgromadzenie tychże utworów pochłonęło znaczną część budżetu filmu to uważam, że są one warte każdej wydanej monety. Imponująco trafne wybory! Jak już wspominałem powyżej fabuła "Dazed and Confused" obraca wokół palenia jointów, spożywania ogromnych ilości piwerek oraz bezcelowego, wakacyjnego snucia się wśród miasta świateł, za którym chyba tęsknię obecnie najbardziej (jak dobitnie zauważył Sokół z WWO: już nie te czasy, kiedy piwo o tej porze w nocnym u sprzedawcy się kreśliło, się porobiło). Naprawdę wiele oddałbym by móc ponownie cieszyć się specyficznym nastrojem początku wakacji i szlajać bezcelowo po mieście od parasoli do pleneru. "Dazed and Confused" wywołuje u mnie zawsze nostalgię za tamtymi czasami, kiedy jeszcze mieliśmy paszporty do młodości takie radosne. Richard Linklater zapragnął odtworzyć klimat swojej młodości i zrobił to po prostu bezbłędnie. Chciałbym kiedyś pochwalić się podobnym osiągnięciem, ale póki co zostają mi jedynie marzenia. Warto także zwrócić uwagę na dialogi, podszyte niekiedy głębszą refleksją. Jeśli miałbym stworzyć ranking moich trzech ulubionych kwestii to zestawienie prezentowałoby się następująco:
  • legendarne all right, all right, all right Woodersona,
  • komentarz Woodersona odnośnie dziewczyn z liceum: That's what I love about these high school girls, man. I get older, they stay the same age,
  • krótki monolog Dawsona wygłoszony na futbolowym boisku.
źródło: http://www.hollywood.com
Podobnie jak ścieżka dźwiękowa aktorstwo wypada równie bezbłędnie. Jason London, wcielający się Pinka, zrobił świetną robotę – od razu polubiłem tego sympatycznego quaterbacka, który nie okazał się fiutem dla młodszych kolegów (i ja podobnie, będąc licealnym freshmanem w IV LO przypadkowo poznałem seniorów, a raczej seniorki, które były w pytę bardzo - wielkie pozdro za ówczesną pomoc!). Mogę jedynie wyrazić ubolewanie, że jego późniejsza kariera aktorska potoczyła się raczej mocno średnio (niestety to zjawisko dotknęło wielu aktorów z "Dazed and Confused" – smuteczek bardzo). Na równie wielkie propsy zasłużyli Shawn Andrews, grający zawsze wyluzowanego Pickforda, Sasha Jenson (Dawson) oraz Rory Cochrane (Slater). Zajebiście fajną kreację bez cienia lipy stworzył także młodociany Wiley Wiggins (freshman Mitch). Jeśli chodzi o płeć piękną to warto wyróżnić Joey Lauren Adams (Simone), Milę Jovovich (Michelle), Marissę Ribisi (Cyntia) aczkolwiek największy szacunek należy się Michelle Burke za fantastyczną wprost role Jodi. Nie zapominajmy także o dwójce sympatycznych nerdów, będących stale w tle głównej akcji: Adam Goldberg (Mike) i Anthony Rapp (Tony). Chociaż na drugim planie pojawia się m.in. Ben Affleck oraz Nicky Katt to jednakże jeden człowiek ukradł dla siebie cały film. Debiutujący na dużym ekranie Matthew McConaughey wykreował Woodersona na jedną z moich ulubionych postaci w dziejach kinematografii, którą zawsze będę kojarzył z legendarnym tekstem all right, all right, all right, ciekawą uwagą odnośnie dziewczyn z liceum oraz epickim przywitaniem z Dawsonem. Jeśli ktoś zaczyna karierę filmową w tak epicki sposób to wiadomo, że prędzej czy później dostanie Oscara.
źródło: http://www.hollywood.com
"Dazed and Confused" to znakomita, nostalgiczna podróż do połowy lat 70-tych ubiegłego stulecia. Chociaż film Linklatera dotyczy uczniów high school w Austin to jednak w trakcie projekcji dostarcza uniwersalnych wspomnień o wesołych i beztroskich czasach licealnych wakacji, gdy wszystko było o wiele prostsze niż obecnie, a znalezienie hajsu na pyszne, zimne piwerko lub sytego jointa były jedynymi zmartwieniami zaprzątającymi umysł. Już niedługo wakacje (hahaha, śmieszny żart – dla kogo kogo, dla tego kogo), więc jeśli macie ochotę przypomnieć sobie jak to kiedyś wyglądało to nie znajdziecie lepszej pozycji. Absolutne arcydzieło i wieczne propsy dla Richarda Linklatera!
źródło: http://www.hollywood.com
Ocena: 10/10.

niedziela, 7 czerwca 2015

"Kung Fury"



Po kolejnym fantastycznym weekendzie, w trakcie którego nastąpiło kompletne oderwanie od szarej rzeczywistości (lub jak to ładnie określono w Oblivionie – stark reality), wracamy do smutnej prozy życia. Dzisiaj na warsztacie wylądowało, kolejne po "Veronice Mars", cudowne dziecko Kickstartera, czyli owiany legendą "Kung Fury". Dlaczegóż owiany legendą spytać możecie? Otóż najlepszą odpowiedzią na to pytanie, a jednocześnie rekomendacją do obejrzenia filmu Davida Sandberga jest sprawdzenie oficjalnego trailera oraz mistrzowskiej piosenki True Survivor wykonywanej przez Davida Hasselhoffa, która promuje tenże ambitny projekt. Tak doskonałego trailera nie widziałem od czasów "Grindhouse" i pierwszego "Machete"! Co ciekawe film jest dostępny bezpłatnie na YouTube i trwa jedynie 30 minut, więc jeśli nie mieliście okazji zapoznać się z nim wcześniej to rekomenduję krótki seans przed czytaniem recenzji.
źródło: http://www.kungfury.com/
Ponieważ "Kung Fury" jest oczywistym hołdem złożonym kinematografii lat 80-tych ubiegłego stulecia akcja filmu mogła rozgrywać się tylko i wyłącznie w Miami roku pańskiego 1985. Tytułowy bohater (David Sandberg) to gliniarz, który pod wpływem szoku po stracie partnera nieoczekiwanie został mistrzem kung-fu. Nie trzeba chyba dodawać, że Kung jest oczywiście über pro w swoim rzemiośle i bezwzględnie zwalcza przestępczość w gorącym mieście. Po serii niefortunnych wydarzeń (efektem epickiej walki z bezwzględnym automatem do gier okazały się równie epickie zniszczenia szacowane na 50 milionów USD) Fury postanawia raz na zawsze rozwiązać problem prymatu w sztukach walki i przy pomocy utalentowanego Hackermana (Leopold Nilsson) cofa się w czasie, aby zwyciężyć najpotężniejszego mistrza kung-fu w dziejach – Adolfa Hitlera (Jorma Taccone), zwanego z powodu unikalnych umiejętności Kung Führerem. Niestety okazuje się, że hakowanie czasu nie jest tak proste i ostatecznie Fury ląduje w czasach Wikingów (oczywiście odpowiednio podrasowanych na potrzeby kinematografii z lat 80-tych).
źródło: http://www.kungfury.com/
Budżet "Kung Fury" wyniósł zaledwie 600 tysięcy USD, ale muszę przyznać, że pod wieloma względami projekt Sandberga deklasuje większość hollywoodzkich superprodukcji. Oczywiście można postawić zarzuty, że film trwa jedynie 30 minut i zabrakło inwencji na więcej, aczkolwiek zauważmy, iż te niby marne pół godziny wypełniono prawdziwą esencją przygodowo-policyjnego kina typowego dla lat 80-tych XX wieku. Jest to historia całej dekady skompresowana w postaci małej pigułki, którą bardzo łatwo połknąć. Nie może zatem dziwić, że "Kung Fury" oferuje szeroki przegląd motywów z kina policyjnego (m.in.: klasyczna strata partnera oraz nieśmiertelne I work alone), walki ze sztuczną inteligencją opanowującą nagle zwykle urządzenia elektryczne, nowe, epickie technologie (telefon umożliwiający rozmowy pomiędzy różnymi erami), podróże w czasie (I'm a cop... from the future), nazistowską III Rzeszę, dinozaury (laserowe velociraptory – co za doskonały koncept!) czy też nawiązania do mitologii nordyckiej – scena przyzwania Thora przez Katanę (Helene Ahlson) wypadła po prostu epicko i zdecydowanie zalicza się do moich ulubionych! Oczywiście nie mogło zabraknąć pochwały tężyzny fizycznej głównego bohatera (Yeah, that’s my bicep) oraz jego sojuszników (Your pecs are epic.)
Hackerman w pełnym rynsztunku.
(źródło: http://www.kungfury.com/)
Nie da się ukryć, że "Kung Fury" nawiązuje do wielu wcześniejszych filmów, seriali oraz gier komputerowych (m.in. "Terminator", "2001: A Space Odyssey", Rastan Saga, "G.I. Joe" czy choćby "Knight Rider"), ale wnosi również ogrom świeżych pomysłów. Zwróćcie na przykład uwagę na bezapelacyjnie epicką rezydencję Kunga na szczycie budynku – koncept w rodzaju wariacji na temat buddyjskiej świątyni. W ilu produkcjach widzieliście coś równie doskonałego? Dodatkowo bezbłędnie dobrano auta z epoki: czerwone i białe Lamborghini Countach robią niemałe wrażenie i doskonale wpisują się w ducha ówczesności. Szaloną fabułę znakomicie uzupełniają wyborne wprost dialogi i one-linery. Pod tym względem "Kung Fury" deklasuje totalnie i jednocześnie udowadnia, jak bardzo czerstwe są żarty we współczesnych hollywoodzkich superprodukcjach. Ponadto skoro efekty specjalne w filmie nakręconym za 600 tysięcy USD wyglądają tak bezbłędnie i epicko to zastanówmy się na co tak naprawdę idą te dziesiątki i setki milionów dolarów w produkcjach Marvela? Jako najlepszy przykład weźmy choćby scenę, w której Kung w jednym ciągu masakruje kilkunastu hitlerowskich żołnierzy. Epickość. Czysta esencja kina, a jednocześnie zajebiste nawiązanie do tzw. dwuwymiarowych, ulicznych, chodzonych naparzanek. Wybornie wypadł również poziom przemocy: dekapitacje, wyrywanie rąk oraz kręgosłupów zawsze na propsie! Na osobne (i jednocześnie monstrualne w wielkości) propsy zasługuje bezbłędna ścieżka dźwiękowa z piosenką True Survivor wykonywaną przez Hassel The Hoffa. Mistrzostwo!
Hakowanie czasu.
(źródło: http://www.kungfury.com/)

"Kung Fury" wypada również znakomicie pod względem aktorstwa oraz pomysłów na poszczególne postacie. Główny bohater to największych policyjny heros i jednocześnie mistrz wschodnich sztuk walki w dziejach ludzkości, który nieugięcie tępiąc wszelką zbrodnię jest gotowy nawet do podróży w czasie, aby wymierzyć sprawiedliwość. Oczywiście metody działania Kunga zdecydowanie odbiegają od podręcznikowych przepisów oraz procedur. O mistrzowskiej stylówce Fury’ego nie będę nic pisał – musicie to zobaczyć na własne oczy! David Sandberg znakomicie wpisał się w konwencję filmu i zasłużył tym samym na wieczne propsy. Moją drugą ulubioną postacią jest oczywiście Hackerman, znakomicie zagrany przez Leopolda Nilssona. Komputerowy geniusz oraz prekursor podróży w czasie w jednej osobie, obdarzony zabójczym wąsem oraz bujną czupryną (krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie) to już prawdziwy kosmos! Spore wrażenie zrobiła na mnie także postać wyjątkowo muskularnego Thora (Andreas Cahling) oraz wyjątkowo urodziwe Katana (Helene Ahlson) i Barbarianna (Eleni Young). Per-Henrik Arvidius wcielający się w przełożonego Kunga to z kolei esencja policyjnego dowodzenia i narzekań na niestandardowe metody działania. W roli wisienki na torcie tym razem wystąpił sam David Hasselhoff, podkładający głos pod Hoffa 9000, komputer pokładowy w Lamborghini Countach Kunga. Wyborny pomysł, a przy okazji znakomite nawiązanie do "Knight Ridera" oraz "2001: A Space Odyssey" Stanleya Kubricka. W zasadzie jedyną postacią, co do której miałem większe oczekiwania jest Adolf Hitler a.k.a. Kung Führer. Jorma Taccone mógł dać z siebie zdecydowanie więcej.
źródło: http://www.kungfury.com/
Przyznam szczerze, że trailer "Kung Fury" zawiesił poprzeczkę tak wysoko, iż obawiałem się czy finalny produkt sprosta wybujałym oczekiwaniom. Jak bowiem doskonale pamiętamy w przypadku "Machete" było raczej tak sobie (lub też mocno średnio). Na szczęście David Sandberg nie zawiódł i przygotował naprawdę wciągającą, 30-minutową esencję kina lat 80-tych. Propsy tym większe, iż jednocześnie udowodnił, że nie trzeba dysponować milionami USD, aby nakręcić bezbłędną produkcję. Jeżeli nie oglądaliście jeszcze "Kung Fury" to zachęcam Was gorąco do poświęcenia 30 minut z życia na tę produkcję. Prawdziwe mistrzostwo!
źródło: http://www.kungfury.com/
Ocena: 9/10.