wtorek, 30 kwietnia 2019

"Big Little Lies" (sezon 1, 2017)


I love my grudges. I tend to them like little pets.

Po niedawnej recenzji trzeciego sezonu "True Detective" postanowiłem jeszcze na chwilę pozostać w świecie seriali (i akurat nie chodzi mi o ten dwutygodnik), a dokładniej produkcji sygnowanych logiem HBO. Dzisiaj na warsztat trafił serial, o którym słyszałem naprawdę wiele dobrego, a ponieważ akcję osadzono w kalifornijskich krajobrazach okolic Monterey (a przecież wielokrotnie już sławiłem tutaj uroki Złotego Stanu), nie mogłem sobie po prostu odmówić przyjemności. Dodatkowo "Big Little Lies" (w Polszy znane pod wyjątkowo zgrabnie przetłumaczonym tytułem "Wielkie kłamstewka"), ponieważ to właśnie o nich mowa, zebrały naprawdę znakomitą obsadę: Nicole Kidman, Reese Witherspoon, Laura Dern, czy choćby prawdziwy weteran produkcji HBO ("Generation Kill", "True Blood") Alexander Skarsgård. Z powodu rychło zbliżającej się premiery drugiego sezonu zapowiedzianej na 9 czerwca 2019 roku, postanowiłem napisać parę słów o "Wielkich kłamstewkach", żywiąc nadzieję, że jeśli jeszcze nie widzieliście serialu HBO to uda mi się Was zachęcić do jego obejrzenia. Warto dodać, że "Big Little Lies" powstało na podstawie bestsellerowej powieści autorstwa australijskiej pisarki Liane Moriarty wydanej w 2014 roku pod tym samym tytułem. Uprzedzając fakty pierwszy sezon wyczerpał fabularny materiał z książkowego pierwowzoru, ale po ogromnym sukcesie serialu autorka stworzyła krótki tekst przedstawiający dalsze losy bohaterów (podobno nie zostanie opublikowany w formie książki, ale to przecież nigdy nie jest pewne).
© 2019 Home Box Office Inc.
Do pięknie położonego na Oceanem Spokojnym Monterey sprowadza się niezbyt zamożna i srogo doświadczona przez życie księgowa Jane Chapman (Shailene Woodley). Jej małoletni syn Ziggy (Iain Armitage), którego ojca nawet nie zna, rozpoczyna naukę w miejscowej szkole podstawowej. Jednakże już pierwszego dnia chłopiec zostaje oskarżony o napaść na koleżankę z klasy, Amabellę (Ivy George). Co gorsze matką dziewczynki okazuje się niezwykle zamożna, wyjątkowo przewrażliwiona i mająca ambicję rządzenia miastem Renata Klein (Laura Dern). W tej jakże niewesołej sytuacji z nieoczekiwaną pomocą Jane przychodzi lokalna oponentka Renaty, Madeline Mackenzie (Reese Whiterspoon), która wciąga do gry również swoją bliską przyjaciółkę, byłą prawniczkę Celeste Wright (Nicole Kidman). Powstały w ten sposób kobiecy triumwirat rozpoczyna obyczajowo-edukacyjną batalię z frakcją Renaty, zmagając się jednocześnie z wieloma problemami natury osobistej.
© 2019 Home Box Office Inc.
Nie spodziewałem się, że serial przeważnie obyczajowy z lekkim wątkiem kryminalnym może dysponować tak silnym magnetyzmem, który wręcz przymusza widza do obejrzenia kolejnego odcinka. David E. Kelly, który stworzył tę produkcję, wykonał kawał znakomitej i przede wszystkim bezbłędnej roboty. Przeniesienie akcji książkowego pierwowzoru z Sydney do Monterey okazało się strzałem w dziesiątkę choćby już pod względem wyjątkowo pięknych krajobrazów i widać to od pierwszych sekund projekcji. Zwróćcie uwagę na jedną z najlepszych czołówek ostatnich lat, chociaż jej opis może wydawać się na pozór nieszczególnie interesujący. Cóż może być ciekawego w matkach wiozących dzieci do szkoły, wygłupiających się przed kamerą dzieciakach czy też pozujących bezpośrednio do widza kobiet przebranych za różne wersje Audrey Hepburn? Jak się okazuje WSZYSTKO, jeżeli przypadkiem zostało to nakręcone na epickiej szosie nad wybrzeżem Pacyfiku, a całość uzupełnia znakomita piosenka Cold Little Heart Michaela Kiwanuka. O Monterey mógłbym napisać osobny tekst, ale mam jedynie nadzieję, że będzie mi dane pojawić się pewnego pięknego dnia w tym kalifornijskim mieście i zostać tam na dłużej. Wracając do tematu w tym wątku warto także zwrócić uwagę na epickie rezydencje naszych bohaterów (sorry Jane, ale ten temat, akurat nie dotyczy ciebie), położone w większości bezpośrednio nad brzegiem oceanu. I chuj z zarzutami, że to czysty amerykański high life, do tego trzeba dążyć i tak właśnie trzeba żyć! Z mojego skromnego życiowego doświadczenia wiem, że nic nie uspokaja tak dobrze jak delektowanie się winem na plaży wsłuchując się w szum oceanu (sprawdziłem w portugalskim Miramar – swoją drogą też piękne miejsce do życia).
© 2019 Home Box Office Inc.
"Big Little Lies" jest świetnie prowadzone pod względem fabularnym. Wątek kryminalny pojawiający się od samego początku wzbudza wyjątkowe zainteresowanie, ponieważ wiemy, że coś się stało, ale tak naprawdę nie wiadomo o co dokładnie chodzi.  Zajebiste jest również to, że mimo, iż serial został początkowo zakontraktowany na klasyczne osiem odcinków, to gdy twórcy uświadomili sobie, że wystarczy siedem, nikt nie wpadł na pomysł rozcieńczenia fabularnego w dodatkowych odcinku, przez co „Big Little Lies” w ogóle nie tracą na intensywności. Mimo, że zdecydowania większość bohaterek zalicza się do wspomnianego high life, to jednak można odnieść wrażenie, że mimo wraz z rosnącym stanem konta nie były w stanie uwolnić się od przyziemnych problemów trapiących wielu z nas. Nadopiekuńczość przeradzająca się w obsesję, bolesne kłótnie z buntującą się nastoletnią córką, przemoc domowa czy niewierność małżeńska nie są przecież zjawiskami nie z tej ziemi. A dostajemy również wątek Madeline walczącej o wolność słowa poprzez wystawienie kontrowersyjnej sztuki w miejskim teatrze. Cóż można więcej dodać – ogląda się to wszystko po prostu znakomicie!
© 2019 Home Box Office Inc.
Aktorstwo – tu kurwa nie ma miejsca na słabe występy. Jak dla mnie "Big Little Lies" kompletnie zawłaszczyła Reese Witherspoon. Choć w pierwszej chwili Madeline może być odbierana jako typowa blond-idiotka, to jednak z czasem stała się chyba moją ulubioną postacią w całym serialu. Reese Witherspoon pokazała pełnię warsztatu tworząc tak skomplikowaną bohaterkę, trapioną przez wiele różnorodnych problemów – ode mnie dostaje najwyższe uznanie za ten niezapomniany występ. Również reszta kobiecego triumwiratu wypada bardzo dobrze na ekranie – oklaski dla Nicole Kidman oraz Shailene Woodley. Na szczęście nie jest to film Marvela, więc na pochwały zasłużyła także Laura Dern, wcielająca się w serialową antagonistkę. Opis aktorstwa rozpoczął się zdecydowanie od mocnego feministycznego uderzenia, ale chociaż panowie są lekko zmarginalizowani, to jednak również należy docenić ich wkład. Alexander Skarsgård imponuje zimną, wyrachowaną brutalnością, Adam Scott (Ed Mackenzie) ciepłem i oddaniem, a Jeffrey Nordling (Gordon Klein) cierpliwością do znoszenia absurdalnych humorów małżonki. Kiedyś bardzo często mówiło się, że ogromną bolączką polskich filmów i seriali są występy dziecięce (vide małoletnia Ciri w "Wiedźminie"). To zobaczcie sobie jak amerykańskie dzieci świetnie grają – jedną z fajniejszych postaci jest przebojowa córka Madeline, Chloe, w którą wcieliła się Darby Camp. Warto także docenić Ivy George oraz Iaina Armitage’a.
© 2019 Home Box Office Inc.
"Big Little Lies" to dla mnie serial kompletny. Znakomity klimat, wciągająca fabuła oraz bezbłędne aktorstwo dostarczyły mi wyjątkowych wrażeń, których nie doświadczałem od dawna. Przygnębienie po słabym oscarowym roku poszło w zapomnienie w jednej chwili. Z jednej strony chciałbym, żeby "Wielkie kłamstewka" zakończyły się po jednym sezonie, zapisując się złotymi zgłoskami w moich wspomnieniach, ale z drugiej niezwykle ciężko oprzeć się pokusie powrotu do Monterey…
© 2019 Home Box Office Inc.
Ocena: 10/10.

środa, 24 kwietnia 2019

"True Detective" (sezon 3, 2019)


You ever been somewhere you couldn't leave, and you couldn't stay, 
both at the same time?

Im dalej od tegorocznych Oscarów, tym bardziej wydają mi się słabe, więc na jakiś czas postanowiłem poświęcić się nadrabianiu serialowych zaległości. Parę ładnych lat upłynęło nim twórcy "True Detective" podnieśli się po totalnej klęsce drugiego sezonu. Kompletne, lecz jednocześnie wyjątkowo odważne, odejście od stylistyki i klimatu z premierowej odsłony wzbudziło tak wiele negatywnych emocji, że miałem spore wątpliwości czy kiedykolwiek projekt zostanie jeszcze wznowiony. No, ale minęło trochę czasu, widownia pewnie zapomniała grzechy przeszłości, a hajs się musi zgadzać się czemu nie. Do trzeciej odsłony serialu twórcy przygotowywali się naprawdę na grubo. Wystarczy choćby wspomnieć, że angaż do głównej roli otrzymał Mahershala Ali, który po tegorocznej gali przygarnął już drugiego Oscara (tym razem za występ w recenzowanym niedawno "Green Book"). A dodatkowo akcję osadzono w niezwykłym, specyficznym miejscu. Płaskowyż Ozark to kraina obejmująca obszary leżące w czterech stanach: Missouri, Arkansas, Oklahoma oraz Kansas. Obszar pod wieloma względami (m.in. etnicznym, kulturowym) wyraźnie wyróżnia się na tle pozostałych regionów w USA. Niemniej w trzecim sezonie "True Detective" ograniczono się jedynie do części Ozark leżącej w stanie Arkansas. Wydawało się zatem, że wszystko idzie wręcz znakomicie i ręce same będą się składać do oklasków.
© 2019 Home Box Office Inc.
Akcja trzeciej odsłony "True Detective" rozpoczyna się w 1980 roku. Wyraźnie znudzeni pracą detektywi stanowej policji z Arkansas Wayne Hays (Mahershala Ali) i Roland West (Stephen Dorff) otrzymują sprawę tajemniczego zaginięcia dwójki dzieci Toma (Scoot McNairy) oraz Lucy (Mamie Gummer) Purcell. Dzieciaki, wybrawszy się na rowerową przejażdżkę po okolicznych lasach, nie wróciły nigdy do domu. Śledztwo od samego początku wydaje się być czymś więcej niż tylko prostą sprawą dotyczącą zaginięcia, a aktywny udział miejscowych notabli oraz władz stanowych nie pomaga funkcjonariuszom w wyjaśnieniu tajemnicy. Już z pierwszego odcinka dowiadujemy się, że nie wszystko w 1980 roku poszło tak jak powinno, gdyż akcja płynnie przenosi się także do roku 1990, gdy wznowiono zamknięte śledztwo oraz do 2015, w którym sędziwy i miewający poważne problemy z pamięcią detektyw Hays udziela wywiadu telewizyjnej dziennikarce śledczej.
© 2019 Home Box Office Inc.
Czołówka została konsekwentnie utrzymana w dotychczasowym stylu, niemniej z przykrością muszę zawiadomić, że wykorzystana tym razem piosenka Death Letter wykonywana przez Cassandrę Wilson zrobiła na mnie dosyć średnie wrażenie. W efekcie postanowiłem ją umieścić na trzecim miejscu w moim prywatnym rankingu (króluje oczywiście Nevermind Leonarda Cohena z drugiej odsłony). Utwór co prawda dobrze wpisuje się w nieśpieszny klimat sezonu, ale zdecydowanie brakuje mu wyrazistości i trochę bardziej kojarzy mi się z Głębokim Południem niż z płaskowyżem Ozark. Już na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że twórcy "True Detective" wyraźnie pragnęli zapomnieć o drugim sezonie i postanowili stworzyć coś przypominającego klimatem premierową odsłonę serii. Jeśli zwrócimy baczną uwagę na początkowe śledztwo z 1980 roku to można odnieść niezwykle mocne wrażenie, że słomiane laleczki przypominają analogiczne artefakty z Luizjany i wszystko będzie rozgrywać się wokół jakiegoś mistycznego, brutalnego obrządku polegającego na składaniu dzieci w ofierze starym bogom, ewentualnie pedofilii. Co więcej twórcy serialu postanowili stworzyć coś w rodzaju uniwersum "True Detective", ponieważ w jednym z odcinków pojawiają się informacje o finale pierwszego sezonu (widocznie drugi pozostanie szczelnie przykryty całunem milczenia).
© 2019 Home Box Office Inc.
W tym miejscu muszę przyznać, że trzeci sezon "True Detective" ogląda się naprawdę świetnie (klimat, klimat, klimat), a jednocześnie jest przy tym wyjątkowo wciągający. Przy okazji finałowego odcinku zaistniał nawet poważny spór z Grażką dotyczący terminu seansu, który mógł skutkować spóźnieniem na wyjątkowo ważny mecz Garbarni Kraków (niestety znowu wpierdol, wracamy na Ludwinów). Cały sezon składający się z ośmiu odcinków udało się nam obejrzeć na przestrzeni mniej więcej 24 godzin. Pod tym względem produkcja HBO jest niezwykle udana i gdyby mieć wystarczająco dużo czasu, można by obejrzeć cały sezon za jednym posiedzeniem. Realizacyjnie jest to po prostu majstersztyk – piękne, klimatyczne zdjęcia, podkreślone fajną ścieżką dźwiękową oraz świetne kreacje aktorskie tworzą po prostu niesamowite wrażenia. Właśnie tak trzeba kręcić seriale – HBO po raz kolejny zaprezentowało naprawdę wysoki poziom. Ponadto "True Detective" dobrze oddaje rzeczywiste aspekty policyjnej roboty: wieloaspektowe tropy, poszlaki, niezakończone wątki, znikający podejrzani, naciski na szybkie zakończenie śledztwa ze strony przełożonych i władz stanowych czy psychologiczne rozterki bohaterów. Na ogromny plus zasługuje również znakomita charakteryzacja bohaterów – przedstawić tak odmiennie postacie grane przez tych samych aktorów w różnych planach czasowych to prawdziwa sztuka. Warto również docenić jedną z nielicznych sekwencji prawdziwej akcji w całej serii – tym razem wygląda jak przejmujące i gorzkie nawiązanie do pierwszego Rambo.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ale czy naprawdę jest aż tak wspaniale? Osobiście, nie ujmując niczego, odbieram trzeci sezon jako bardzo zachowawcze zagranie ze strony twórców wobec widowni. Chcieliśmy zrobić coś w innym stylu (drugi sezon), nie wyszło kompletnie, więc teraz dostaniecie coś na co czekacie i co kochacie. Jakkolwiek by jechać po drugim sezonie, to nie sposób nie docenić odwagi zrobienia czegoś kompletnie innego. W tym przypadku odnoszę wrażenie mocnej wtórności i typowego zagrania pod publiczkę. Para głównych bohaterów pod wieloma względami przypomina Rusta i Marty’ego, otrzymujemy podobny klimat oraz po raz kolejny do śledztwa mieszają się czynniki lokalnej, można by powiedzieć nawet skorumpowanej władzy, które utrudniają jego rozwiązanie (jak w niesławnym drugim sezonie). Przy opisie poszczególnych postaci napiszę trochę więcej, ale już teraz muszę stwierdzić, że w serialu zdecydowanie brakuje wyrazistości i poglądów filozoficznych w stylu Rusta Cohle'a. Jeśli chodzi o poszczególne linie czasowe to zdecydowanie najbardziej pod względem fabularno-klimatycznym podobała mi się pierwsza. Ze środkowej mam chyba najmniej wspomnień, a trzecia z powodu problemów z pamięcią Haysa wydaje się przytłaczająco przygnębiająca. Finał delikatnie mnie rozczarował, a zważywszy że wyjaśnienie sprawy zajęło aż 35 lat to może jednak bohaterowie nie byli takimi zajebistymi detektywami (poraża w szczególności ignorancja Haysa, który nie chciało się przeczytać pewnej książki).
© 2019 Home Box Office Inc.
O ile w przypadku zdecydowanej większości bohaterów ze wszystkich trzech sezonów wiem o co mniej więcej jakie mają plany i ambicje, o tyle przypadek Wayne'a Haysa zaliczam do grupy o chuj ci chodzi człowieku? (z chłodnymi pozdrowieniami dla Woodrugha i Bezzerides). Weteran wojny wietnamskiej nabył niezwykłą umiejętność wkurwiania wszystkich dookoła: regularnie wkurwia żonę, partnera z policji, a przede wszystkim przełożonych. Knąbrność, tendencje do strzelania fochów oraz kompletnie nieuzasadniona kłótliwość zdecydowanie wyróżniają postać graną przez Ali’ego na tle innych bohaterów. Jednocześnie Hays charakteryzuje się najbardziej złożoną psychiką w serialu. Wyrwawszy się z totalnej biedy dzieciństwa do koszmaru wojny w Wietnamie, który odcisnął wyraźnie negatywne piętno na jego duszy, Wayne z bezmyślnym uporem prze do rozwiązania śledztwa, znosząc po drodze mniej lub bardziej subtelne rasistowskie docinki (a akcja rozgrywa się przecież znacznie później niż oscarowy "Green Book"). Naprawdę ciężko polubić tak trudny charakter, ale wręcz wypada szanować go za konsekwencję i poświęcenie sprawie, do których można dorzucić autentyczne współczucie z powodu problemów z pamięcią i halucynacji z najpóźniejszej linii czasowej. Mahershala Ali spisał się jak zwykle znakomicie, bezbłędnie oddając emocje targające swoich bohaterem oraz stan permanentnego wkurwienia na cały świat.
© 2019 Home Box Office Inc.
Stephen Dorff wcielił się natomiast w o wiele bardziej sympatyczną i przystępną połówkę policyjnego duetu. Roland West jawi się bowiem jako bardziej ludzki, zabawniejszy, a przede wszystkim lżejszy w odbiorze kobieciarz. Swoją drogą twórcy zdecydowanie bardziej starali się nakreślić skomplikowany portret psychologiczny Haysa zapominając trochę skupić się na jego partnerze oraz ich wzajemnych stosunkach. Niemniej jest to również świetnie zagrana postać, dysponująca dosyć ciekawą relacją z ojcem zaginionych dzieciaków. Zresztą oboje rodzice to znakomicie zagrane role, które wyjątkowo mocno zapadają w pamięć. Zarówno Scoot McNairy, jak i Mamie Gummer, wznieśli się na wyżyny swoich możliwości, tworząc przejmujące kreacje. Jednakże moim osobistym faworytem z drugiego planu pozostaje Michael Graziadei, wcielający się w kuzyna Lucy, Dana O'Briena. Momentami wręcz odrażający, ale dysponujący jakimś urokiem bad boya bohater zrobił na mnie spore wrażenie. Z ważniejszych występów warto również wspomnieć o fajnej i bardzo ciepłej roli Carmen Ejogo (Amelia Reardon), przygnębiającym występie Rhys Wakefield (Freddy Burns), któremu śledztwo zamieniło życie w gówno, czy też o Michaelu Greyeyesie, który brawurowo zagrał kolejnego wietnamskiego weterana z uszkodzoną psychiką, Bretta Woodyarda. Do całej układanki średnio pasuje mi jedynie Ray Fisher, wcielający się w już dorosłego syna Haysa, Henry’ego.
© 2019 Home Box Office Inc.
Wydaje mi się, że do dzisiaj mam problem z oceną trzeciego sezonu "True Detective". Pod wieloma względami udało się stworzyć świetny klimat wyraźnie inspirowany pierwszą odsłoną serialu, ale sam finał pozostawił u mnie bardzo duży niedosyt. Pod względem konstrukcji czasowej pierwszy wątek wydaje mi się zrealizowany najlepiej, a im bliżej współczesności, tym gorzej. Wielkim plus stanowi natomiast świetne aktorstwo oraz mnogość znakomitych postaci drugoplanowych. Podsumowując muszę zatem stwierdzić, że sezon trzeci z pewnością nie przeskoczył jakością oryginału, ale był zdecydowanie lepszy niż odważna w formie, acz kompletnie nieudana druga odsłona. Za tę serię przepraszać nie trzeba.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ocena: 7/10.

Recenzje pozostałych sezonów poniżej:

sobota, 30 marca 2019

"Black Panther"/"Czarna Pantera" (2018)


Wakanda forever!

Pozostając w kręgu produkcji, które kompletnie nie zasłużyły na nominację do Oscara w kategorii najlepszy film, przechodzę płynie do "Black Panther", wchodzącego w skład uniwersum Marvela. Co prawda im dłużej od seansu, tym mniej mi się chce pisać recenzję tegoż wiekopomnego dzieła. Dodatkowo obejrzałem ostatnio parę naprawdę eleganckich produkcji, o których po prostu trzeba wspomnieć, ale ponieważ ostatnio mam trochę mało czasu, postanowiłem skupić się na jakimś szybkim tekście, przepełnionym negatywnymi uczuciami i hejtem (jest to świetny nośnik, a jednocześnie niezła motywacja do przyspieszenia procesu twórczego – oczywiście trzeba pamiętać o zachowaniu odpowiedniej jakości; istnieją również inne wspomagacze, ale trochę nie wypada najebać się we wtorek). Nieoczekiwanie dla mnie "Czarna Pantera" zebrała w tym roku aż siedem nominacji (w tym za najlepszy film – serio?), które przełożyły się na aż trzy statuetki: najlepsza muzyka, najlepsze kostiumy (pozdro "Faworyta") oraz najlepsza scenografia (pozdro "Faworyta" po raz drugi). Prawda, że całkiem nieźle jak na film Marvela? Zważywszy, że o wiele bardziej epickie "Avengers: Infinity War" zebrało całą jedną jedyną nominację w jakże nieoczekiwanej kategorii efektów specjalnych (przegrywając ostatecznie z "First Man").
©2018 Marvel
Z prologu "Czarnej Pantery" dowiadujemy się, że w sercu Czarnego Lądu istnieje ukryte przed światem zaawansowane technologicznie państwo o nazwie Wakanda, które dokonało ogromnego postępu dzięki pokaźnym złożom bezcennego metalu vibranium (tarcza Kapitana Ameryki została wykonana z tego materiału). Dla świata zewnętrznego środkowoafrykański kraj jawi się jak zdecydowana większość kontynentu: zacofanie, totalne ubóstwo i nędza. Po śmierci króla T’Chaki (John Kani) władzę w królestwie oraz zaszczytny tytuł Czarnej Pantery przejmuje młody i ambitny T’Challa (Chadwick Boseman). Wkrótce po objęciu rządów dochodzi do poważnego kryzysu, godzącego w dotychczasowy, utajniony status Wakandy. T’Challa musi stanąć na przeciw potężnej koalicji wrogów, której przewodzą Erik Killmonger (Michael B. Jordan) oraz Ulysses Klaue (Andy Serkis).
©2018 Marvel
Jeżeli powyższy opis fabuły wydaje się Wam co najmniej dziwny jak na produkcję nominowaną do Oscara w kategorii najlepszy film to chyba jednak trzeba się zacząć na poważnie przyzwyczajać. Podobne scenariusze wymyślałem bawiąc się klockami Lego w dzieciństwie, ale wtedy nie miałem jeszcze świadomości, że można na tym zarabiać krocie. Wracając do tematu to muszę przyznać, że mam spore zaległości w oglądaniu kolejnych produkcji z marvelowskiego uniwersum. Odkąd uznałem, że rzeczywiście szkoda mojego czasu na tak ambitne filmy, na bieżąco śledziłem jedynie przygody Thora, kiedyś z nudów sprawdziłem "Doctora Strange’a", a ostatnio w przypływie litości obejrzałem "Avengers: Infinity War" (za Thanosa i zabawne zakończenie mogę przyznać z łaską 6/10; nie piszę recenzji, ponieważ to strata mojego cennego czasu). Zastanawiałem się czy istnieje jakikolwiek sens oceniać aspekty fabularne "Czarnej Pantery", ale chyba tak naprawdę szkoda na to mojego i Waszego czasu. Pod tym względem jest to po prostu typowa produkcja MCU: absurdalnie niedorzeczna akcja pędzi jak błyskawica do spektakularnego, nonsensownego finału. Z filmu dowiedziałem się, że mimo zaawansowanej technologii najlepiej jest jednak stoczyć bitwę we wczesnośredniowiecznym stylu (to za dużo powiedziane: raczej w plemiennym), która składa się z licznych pojedynków jeden na jeden. Oczywiście produkcja MCU bez spektakularnego solo między głównym bohaterem i antagonistą nie może się wydarzyć, więc i podobnie jest tutaj. Tylko, że ta emocjonująca w założeniu walka wydaje się być kompletnie bezsensowna i całkowicie wyprana z dramatycznego napięcia.
©2018 Marvel
MCU zawsze kulało pod względem filmowych villainów. I wyobraźcie sobie, że kiedy wreszcie dostajemy złoczyńcę fascynującego pod wieloma względami (mowa oczywiście o Ulyssesie Klaue), fantastycznie zagranego, to znika z ekranu niemal tak szybko jak się na nim pojawił. Wiem, że wielu fanów MCU waliło sobie gruchę do postaci Erika Killmongera, ale akurat ten antybohater nie zrobił na mnie większego wrażenia (zważywszy, że działa ze szlachetnych pobudek). Przechodząc natomiast do zalet "Czarnej Pantery" to oprócz wspomnianego Ulissesa warto z pewnością zwrócić uwagę na ekranową Wakandę, takie niby państwo przyszłości z high tech, ale mimo wszystko trochę z trzeciego świata, z fajnie wplecionymi motywami afrykańskiej kultury plemiennej. Szukając natomiast zrozumienia dla decyzji Akademii w Oscarach za najlepsze kostiumy i scenografię to rozumiem, że o pominięciu w tych kategoriach "Faworyty", zadecydowało to, że twórcy "Black Panther" musieli stworzyć wszystko w CGI czerpiąc z komiksowego dorobku, a nie korzystać z zachowanych lokalizacji i źródeł historycznych. Swoją drogą należy podkreślić, że w przeciwieństwie do większości produkcji sygnowanych logiem Marvela, efekty specjalne w „Czarnej Panterze” są momentami dramatycznie słabe. Na małe plusy zasłużyły jeszcze fajnie sceny duchowe oraz całkiem nieźle bujająca ścieżka dźwiękowa (Kendrick Lamar zawsze na propsie!).
©2018 Marvel
Pod względem aktorstwa nie ma większego dramatu, ale też (poza jednym wyjątkiem) ciężko kogokolwiek specjalnie wyróżnić. Chadwick Boseman całkiem nieźle prezentuje się jako tytułowa Czarna Pantera, ale ciężko doszukać się w jego kreacji czegoś, co pozwoli ją zapamiętać na dłużej. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku występów innych aktorów: Lupita Nyong'o (Nakia), Danai Gurira (Okoye), Daniel Kaluuya (W’Kabi) czy Winston Duke (M’Baku) wypadają z głowy zaraz po seansie. Erik Killmonger w wykonaniu Michaela B. Jordana również nie powala na kolana, a nawet aktor tak uznany jak Forest Whitaker wydaje się po prostu kopiować swój występ z "Rogue One" – najważniejsze, że hajs się zgadza. Jedynie Andy Serkis, wcielający się w Ulyssesa Klaue’a, zrobił naprawdę znakomitą robotę i sprawił, że MCU zyskało wreszcie villaina, którego można zapamiętać na dłużej (oczywiście z wyjątkiem Thanosa).
©2018 Marvel
Nominacja "Czarnej Pantery" w kategorii najlepszy film z jednej strony wyraźnie uwydatnia jak słaby pod względem filmowym był to rok, ale z drugiej strony wyraźnie zaznacza przyszłościowe trendy i wprowadzenie nowej kategorii dla tego rodzaju produkcji. Oczywiście nie sposób nie odnieść wrażenia, że produkcja, w której rola białego człowieka została znacznie zredukowana na rzecz afrykańskiej supremacji, otrzymała nominację z czysto poprawnie politycznych powodów. Ale jak już wielokrotnie podkreślałem na tym blogu nie ma miejsca na jakąkolwiek dyskryminację z pobudek rasowych, politycznych, religijnych czy jakichkolwiek innych: wszystkie chujowe filmy są jednakowo bezużyteczne. Absurdalna fabuła, jedynie poprawne występy aktorskie oraz żenujące efekty specjalne zdecydowanie nie są receptą na odniesienie sukcesu.
©2018 Marvel
Ocena: 5/10.

Ps.
Jeśli chodzi o pantery, to zdecydowanie bardziej wolę Bagheerę oraz Steel Panther.

poniedziałek, 11 marca 2019

"A Star Is Born"/"Narodziny gwiazdy" (2018)


Maybe its time to let the old ways die.

Nie spodziewałem się, że tak szybko obejrzę "A Star Is Born" (w Polszy "Narodziny gwiazdy"), co więcej miałem cichą nadzieję, że może nigdy to nie nastąpi. Wszystko oczywiście z powodu piosenki Shallow, którą rozgłośnie radiowe katowały tak bardzo, że powstała u mnie awersja do filmu wyreżyserowanego przez Bradleya Coopera (debiut w tej roli). Nie spodziewałem się również, że będę skłonny napisać recenzję, ale muszę z pełną szczerością przyznać, że po seansie wkurwiłem się jeszcze bardziej niż po setnym przesłuchaniu zapętlonego Shallow. Ale zanim przejdę do wylewania tony gówna na dotychczasowe dziedzictwo Bradleya, to warto wspomnieć o paru istotnych faktach. Oczywiście "A Star Is Born" nie jest scenariuszem oryginalnym. Mieliśmy już wersję z 1937 roku, z 1954 roku (z Judy Garland) oraz przedostatnią z 1976 roku, w której parę głównych bohaterów zagrali Barbra Streisand i Kris Kristofferson. Idealne podsumowanie tej spirali remake’ów to padające w filmie słowa Bobby’ego: It's the same story told over and over, forever. Podejrzewam więc, że nie jest to jeszcze ostatnie słowo Hollywood w tym temacie. Akademia była bardzo hojna przyznając aż osiem [sic!] nominacji do Oscara: najlepszy film (absurd, o wiele bliżej do Złotych Malin), najlepszy aktor (Bradley Cooper), najlepsza aktorka (Lady Gaga), najlepszy aktor drugoplanowy (Sam Elliott), najlepszy scenariusz adaptowany (serio?), najlepsze zdjęcia, najlepszy dźwięk oraz najlepsza piosenka (Shallow). Jak już doskonale wiemy, liczne nominacje przerodziły się w jedną statuetkę w ostatniej kategorii.
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Dawno (w zasadzie to od seansu "Black Panther") nie oglądałem tak słabego fabularnie filmu nominowanego do Oscara w tylu kategoriach. Zaprawiony w niejednym alkoholowym boju, niezłomny poszukiwacz Melanżu Ostatecznego, a przy okazji tracący słuch dosyć znany muzyk Jack Maine (Bradley Cooper) po kolejnym koncercie postanawia napierdolić się w lokalnym barze. Radosną libację alkoholową przerywa jednakże błyskotliwy występ wokalny skromniutkiej Ally (Lady Gaga w normalnej wersji). Jack, zamroczony alkoholem, a jednocześnie oczarowany talentem dziewczyny spędza z nią resztę wieczoru zapraszając na swój kolejny występ, który staje się dla niej przepustką do międzynarodowej kariery.
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Jak już wspominałem w poprzednim akapicie pod względem fabularnym "A Star Is Born" to prawdziwy dramat i totalna klęska twórców. Akcja filmu toczy się w tak niewiarygodnie szybkim tempie, że po prostu nie sposób uwierzyć w jakiekolwiek znamiona realności. Fabuła jest odklejona od rzeczywistości jak słaba szafiara i taki raper idiota w kawałku Sokoła Koniec gatunku. O ile jeszcze pierwszy wieczór/noc spędzaną przez Jacka i Ally można uznać za upośledzoną wersję "Before Sunrise", to im bliżej końca do filmu tym jest coraz gorzej. Muzyczna kariera Ally rozkręca się w tak błyskawicznym tempie, że totalnie straciłem rachubę ekranowego czasu – minęły dni, tygodnie, miesiące czy lata? Chociaż swoją drogą twórcy całkiem sprawie wypunktowali mechanizmy rządzące dzisiejszym showbizem. Przemiana Ally ze skromnej dziewczyny śpiewającej przy fortepianie w wulgarną, wyuzdaną gwiazdę pop kręcącą dupą w teledyskach przypomina ścieżki kariery wybrane przez wiele współczesnych piosenkarek (tylko następuje zdecydowanie za szybko!). Co za ironia, że w tę rolę wcieliła się jakże mało kontrowersyjna Lady Gaga! Oczywiście dostajemy również w pakiecie kolejnego bezwzględnego, młodego menadżera z wielkiej wytwórni dla którego nie liczy się dobro swojej podopiecznej, lecz wyniki w sprzedaży płyt (złota płyta znika w czeluściach bagażu). Trochę sztampowo, ale nie spodziewałem się, że działania Reza (Rafi Gavron) doprowadzą do tak szokującego finału – nie oglądałem żadnej z poprzednich wersji filmu.
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Jednakże abstrahując od ułomności fabularnej w "Narodzinach gwiazdy" można odnaleźć kilka pozytywów. Reżyserski debiut Bradleya dobrze wypada pod względem muzycznym, zarówno jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, ekranowe koncerty czy popisy wokalne pary głównych bohaterów. Wreszcie ktoś sięgnął po rozum do głowy i zaangażował parę aktorów, którzy dysponują umiejętnościami wokalnymi (w szczególności Lady Gaga) – jakże to miła odmiana po wyczynach Ryana Goslinga w "La La Land". Parę scen wyszło całkiem młodzieżowo, występ Jacka na nagrodach Grammy ociera się o lekkiego Wojtka Smarzowskiego ("Pod Mocnym Aniołem"), a ostatnie ujęcie twarzy Jacka niosło ze sobą dosyć spory ładunek emocjonalny. Sporą zaletą wydaje się także aktorstwo, ale nad tą kwestią pochylę się w kolejnym akapicie. W ramach lekkiego żartu zaproponuję Wam natomiast moją wersję alternatywnego zakończenia filmu. Po latach ochlejstwa Jack udaje się na prawdziwy odwyk (sceny leczenia przedstawione w filmie uznajemy za halucynacje). Kiedy w końcu trzeźwieje ostatecznie, uświadamia sobie, że Ally to kompletne beztalencie, a cała fascynacja wynikała z upojenia alkoholowego. Świadom swego brzemienia sięga po środki ostateczne (i tu wstawiam filmową scenę z garażu).
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Nie spodziewałem się, że będę chwalił "Narodziny gwiazdy" za aktorstwo, ale pod tym względem prawie nie uświadczyłem lipy. Ally, czyli Lady Gaga w normalnej, powszedniej wersji, zrobiła na mnie spore wrażenie jako postać budząca sporą sympatię (przynajmniej w początkowym okresie filmu). Nieoczekiwanie dla mnie okazało się, że amerykańska piosenkarka jest całkiem niezłą aktorką, ale z tą nominacją to bym może nie przesadzał. Jeszcze lepiej zaprezentował się Bradley Cooper. Jack w jego wykonaniu to postać znakomicie zagrana – od stylówy zapijaczonej gwiazdy rocka, przez świetny głos po niezwykle realistyczne oddanie stanu lekkiej bądź cięższej nietrzeźwości. Swoją drogą Bradley Cooper jest dla mnie jakby spoiwem łączącym film w jedną całość – z jednej strony dzięki znakomitej chemii z Lady Gagą, o której napisano już wiele, a z drugiej dzięki doskonałej ekranowej relacji z Samem Elliottem, grającym Bobby’ego. Starszy brat Jacka to również bohater zagrany w fascynujący sposób, pomimo krótkiej obecności na ekranie. W obu tych przypadkach uznaję nominacje oscarowe za uzasadnione, ponieważ oba występu mocno zapadają w pamięć. Z ról epizodycznych spore wrażenie zrobił na mnie Noddles, którego zagrał Dave Chappelle. Dotychczas amerykańskiego komika kojarzyłem trochę z innych występów, tak więc jestem pełen uznania. Niestety jak to często bywa najsłabszym ogniwem jest czarny charakter. Rafi Gavron nie zrobił kompletnie nic, aby sprawić, że jego bohater nie będzie totalnie sztampowym złym menadżerem muzycznym, dla którego wyłącznie hajs musi się zgadzać.
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Jeśli miałbym rozpatrywać "Narodziny gwiazdy" wyłącznie pod względem aktorskim i muzycznym, to ocena z pewnością byłaby o wiele wyższa. Niemniej nie jest to kurwa festiwal piosenki w Opolu, więc przy wystawieniu noty końcowej biorę pod uwagę wszystkie czynniki. Fabularne dno skutecznie uniemożliwia przyznanie czegokolwiek więcej. Niestety w mojej opinii jest to kolejna produkcja potwierdzająca wyjątkową słabość tegorocznych nominacji oscarowych.
© 2018 Warner Bros. Entertainment.
Ocena: 5/10.

środa, 27 lutego 2019

"The Favourite"/"Faworyta" (2018)


But a favour is a breeze that shifts direction all the time.

Kiedy zaczynam pisać niniejszą recenzję wyniki tegorocznych Oscarów są już powszechnie znane, a więc gwoli sprawiedliwości wspomnę jedynie, że statuetkę w kategorii najlepszy film przytulił recenzowany ostatnio "Green Book". Czy był to wybór absolutnie bezdyskusyjny i najbardziej trafny wspominałem troszeczkę w poprzednim tekście, ale postaram się uzasadnić swoją opinię również teraz (choć nadal nie obejrzałem jeszcze wszystkich nominowanych). Tym razem na warsztat trafiła natomiast kolejna z ośmiu produkcji wybranych przez Akademię. "The Favourite" (w Polszy po prostu "Faworyta") w reżyserii Yorgosa Lanthimosa, która zebrała naprawdę pokaźną liczbę oscarowych nominacji – dokładnie dziesięć: najlepszy film, reżyseria, aktorka pierwszoplanowa (Olivia Colman), aktorka drugoplanowa (Rachel Weisz i Emma Stone), zdjęcia, scenariusz oryginalny, scenografia, kostiumy oraz montaż. Jak już dzisiaj wiemy plan został wykonany jedynie w 10% przez Olivię Colman. Warto wspomnieć, że "Faworyta" dostała także Złotego Globa za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą (przy 5 nominacjach) oraz aż siedem nagród BAFTA (przy jedenastu nominacjach). Z dotychczasowej twórczości greckiego reżysera miałem okazję zapoznać się z trzema filmami: "Kynodontas" ("Kieł") oraz recenzowanymi tutaj "Lobster" i "The Killing of a Sacred Deer". Muszę przyznać, że seans każdej z tych produkcji był niezapomnianym, wręcz kompletnie wyjątkowym przeżyciem i takie właśnie miałem oczekiwania wobec "Faworyty".
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
Akcja filmu rozgrywa się na początku XVIII wieku na angielskim dworze królewskim. Anglia, rządzona przez schorowaną i niestabilną emocjonalnie królową Annę (Olivia Colman), uwikłała się w kontynentalną wojnę z Francją o sukcesję hiszpańską. Dzięki potężnym wpływom małżonki Sarah (Rachel Weisz), John Churchill 1. książę Marlborough (Mark Gatiss), może oddać się beztroskiej wojaczce i odnosić legendarne zwycięstwa jak choćby pod Blenheim w 1704 roku. Niemniej sytuacja na dworze zaczyna ulegać nieoczekiwanej zmianie, gdy w pałacu pojawia się daleka i uboga krewna dotychczasowej faworyty. Abigail (Emma Stone) zaskarbia sobie sympatię monarchini, aczkolwiek jednocześnie staje się łakomym kąskiem dla lorda Harleya (Nicholas Hoult) bezwzględnego przywódcy stronnictwa Torysów, któremu marzy się obalenie rządu Wigów.
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
Pomimo wykorzystania prawdziwych historycznych postaci "Faworyta" oczywiście nie jest stuprocentowo wierna historii (aczkolwiek w ogólnym zarysie odzwierciedla faktyczny przebieg zdarzeń na angielskim dworze). Niemniej produkcję Yorgosa Lanthimosa ogląda się po prostu świetnie z uwagi choćby na niezwykły klimat oraz wyjątkowo czarne, wisielcze poczucie humoru oraz absurdalne wydarzenia na ekranie (jak choćby pełne emocji wyścigi kaczek i homarów, walka na pomidory czy zabawy z liczną populacją królików). Osobna kwestia to znakomite i niezwykle cięte, zabawne dialogi, które przyniosły mi naprawdę sporo radości (a przecież bardzo trudno zaspokoić moje wysublimowane poczucie humoru). Angielski dwór jawi się jako miejsce wypełnione po brzegi przez zaburzenia psychiczne, seksualne perwersje, korupcję, zdradę i chwiejne układy, gdzie gwałty popełniane przez gentlemenów są na porządku dziennym, a schorowana królowa jest bezwolną kukiełką w rękach wyjątkowo sprawnej manipulatorki lady Sarah. I chociaż Abigail jawi się na początku jako nieśmiała, prostoduszna i życzliwa dziewczyna pragnąca szczerze ulżyć królowej Annie w cierpieniu, to jednak rywalizacja z daleką krewną oraz liczne (a przede wszystkim bolesne) upokorzenia wyzwalają w niej najgorsze instynkty.
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
Podzielenie filmu na krótkie, kilkunastominutowe rozdziały okazało się również strzałem w dziesiątkę – ciężko odczuwać znużenie, gdy skupiamy się na jednym epizodzie, a potem przeskakujemy do kolejnego (oczywiście poszczególne części tworzą jedną, wielką całość). W "Faworycie" bardzo łatwo ponadto odnaleźć wiele scen perełek, ale zwróćcie uwagę na genialną scenę rozgrywającą się w obskurnym burdelu. W zasadzie jest to chyba najpodlejsze miejsce w całym filmie (chociaż pod względem moralnym lordowie i damy nie za bardzo odstają). Przy tej okazji warto napisać parę słów o olśniewającej wręcz scenografii oraz kostiumach (w pełni zasłużone nominacje do Oscara w obu kategoriach i kompletnie niezasłużone porażki z "Black Panther"). Film kręcono głównie w pięknie zachowanym XVII-wiecznym pałacu Hatfield z epickim wprost ogrodem, położonym w angielskim hrabstwie Hertfordshire. Przedstawione na ekranie wnętrza, oświetlane jedynie przez światło dzienne lub świecie, zrobiły na mnie kolosalne wrażenia i uważam, że jest to kolejny doskonały powód, aby polecić Wam "Faworytę". Ale jak doskonale wiemy pałac to nie tylko piękne wnętrza i dzieła sztuki, ale także tajne przejścia oraz pomieszczenia gospodarcze. Do kręcenia scen rozgrywających się w kuchni wykorzystano wnętrza królewskiego pałacu w Hampton Court, w hrabstwie Surrey. To naprawdę robi wrażenie! Kostiumy ekranowych bohaterów wyglądały równie znakomicie i naprawdę ciężko zrozumieć mi werdykt Akademii w tej kategorii.
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
Pod względem fabularnym, ale także przede wszystkim aktorskim, "Faworyta" jawi się jako wyjątkowo feministyczna produkcja. Zdecydowana większość męskich bohaterów odgrywa na dworze marginalne role lub jest po prostu słupami w przedsięwzięciach o wiele ambitniejszych kobiet. Wyjątek stanowi lord Harley, w którego świetnie wcielił się Nicholas Hoult tworząc żadną władzy postać, która jednocześnie budzi odrazę/pogardę, a zarazem fascynuje. Przykładowo książę Marlborough w wykonaniu Marka Gatissa ogranicza się do wojaczki poza granicami Anglii i malwersacji finansowych. Jednakże przejdźmy do najważniejszych postaci. Olivia Colman, wcielająca się w rozkapryszoną i schorowaną królową Annę, w pełni zasłużyła na swojego Oscara. Osobiście nie uważam, żeby Glen Close zagrała lepiej, a oglądałem już przecież "The Wife". Ekranowa władczyni Anglii to z jednej strony osoba o usposobieniu wyjątkowo chwiejnego emocjonalnie dziecka, przeważnie niezdolna do podejmowania samodzielnych decyzji, ale także od czasu do czasu potrafiąca postawić na swoim. Olivia Colman doskonale wczuła się w huśtawkę nastrojów swojej bohaterki, nadając jej również tragiczny rys wynikający z licznych poronień i śmierci dzieci. Z kolei Rachel Weisz, grająca lady Sarah, postawiła na bezwzględną przebiegłość, dosłowne dążenie do celu po trupach i wyrafinowany czarny humor. W jej postaci odnalazłem bardzo wiele fascynującej perwersji i nie płakałbym, gdyby otrzymała Oscara za najlepszą rolę drugoplanową. Rola Emmy Stone, również nominowanej w tej kategorii, także przypadła mi do gustu. W szczególności warto zwrócić uwagę na fajnie zagraną ewolucję od szczerej dobrotliwości po kompletne wyrachowanie, niemniej zawsze podszyte strachem. Na koniec pragnę uhonorować Horatia, Najszybszą Kaczkę w Mieście, za najlepszy występ w kategorii zwierzę.
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
"Faworyta" jest dla mnie filmem o wiele odważniejszym, brutalniejszym, a przede wszystkim zabawniejszym niż oscarowy "Green Book". Produkcja Yorgosa Lanthimosa wydaje się być zdecydowanie niegrzeczna, stylowa i jakoś nie odniosłem wrażenia, że jest to kolejna wersja tej samej historii o żmudnym procesie zdobywania wzajemnego szacunku i rodzenia się tolerancji. Na tę chwilę, gdyby zależało to ode mnie, "Faworyta" zgarnęłaby najważniejszą statuetkę na tegorocznej gali, a z łaskawości dorzuciłbym również wyróżnienia w paru innych kategoriach (przede wszystkim za scenografię i kostiumy – no, ale niełatwo konkurować z CGI).
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
Ocena: 8/10.

poniedziałek, 18 lutego 2019

"Green Book" (2018)


Being genius is not enough, it takes courage to change people's hearts.

Po kompletnie przypałowym pod względem nagród, aczkolwiek całkiem eleganckim w odbiorze "Wildlife" przechodzę wreszcie do tradycyjnego cyklu recenzji omawiających tegoroczne produkcje nominowane w kategorii najlepszy film. W tym roku Akademia wybrała ośmiu kandydatów do prestiżowej statuetki, a ja pisząc te słowa miałem okazję zapoznać się już z trzema z tego grona. "Green Book", wyreżyserowany przez Petera Farrelly’ego (znanego dotychczas raczej z lekkich komedii typu "Głupi i głupszy" czy "Sposób na blondynkę"), oprócz wspomnianej nominacji został wyróżniony jeszcze w czterech kategoriach: najlepszy aktor (Viggo Mortensen), najlepszy aktor drugoplanowy (Mahershala Ali), najlepszy scenariusz oryginalny oraz najlepszy montaż. W międzyczasie na konto produkcji wpadło też parę innych ważnych nagród: trzy Złote Globy (najlepszy film, scenariusz i najlepszy aktor drugoplanowy) oraz jedna BAFTA (Mahershala Ali za najlepszego aktora drugoplanowego). Użytkownicy IMDb docenili "Green Book" tak bardzo, że wjechał do ekskluzywnego zestawienia 250 najwyżej ocenionych filmów w serwisie (w połowie lutego 2019 roku zajmuje 134 miejsce na liście). Mogło się zatem wydawać, że wszystko jest sztywniutko i zapowiada się pyszna filmowa uczta! Gwoli wyjaśnienia tytułu wspomnę jeszcze, że pochodzi z przewodnika The Negro Motorist Green Book (znanego również jako The Negro Travelers' Green Book), wydawanego w latach 1936-1966. Książka zawierała informacje oraz wskazówki dla afroamerykańskich kierowców, które miały pozwolić na uniknięcie kłopotów w trakcie podróży po USA.
© 2019 Universal Pictures.
Akcja "Green Book" rozgrywa się w 1962 roku. Tony "Tony Lip" Vallelonga (Viggo Mortensen), wszechstronnie utalentowany wykidajło, chwilowo pozostaje bez pracy po zamknięciu klubu nocnego na czas remontu. W trakcie pochłaniania hot-dogów na bezrobociu pojawia się nietypowa oferta pracy. Tony ma zostać kierowcą i ochroniarzem czarnoskórego pianisty Dr Dona Shirleya (Mahershala Ali), który wybiera się w kilkutygodniowe tournée po niegościnnych dla jego braci stanach Głębokiego Południa. I jak to najczęściej bywa w tego rodzaju opowieściach współpraca kulturalnego i wyedukowanego muzyka z chamskim, brutalnym osiłkiem nie zapowiada się zbyt owocnie.
© 2019 Universal Pictures.
Film Petera Farrelly’ego to naprawdę solidne kino drogi, oparte na prawdziwej historii, a przede wszystkim poruszające ważny temat społeczny, niemalże skrojone pod Oscara za najlepszy film (w szczególności jeśli uwzględnimy roszczenia i pretensje czarnoskórej mniejszości w USA, które dotyczą przemysłu filmowego). Jest to również, jakkolwiek banalnie to brzmi, dosyć optymistyczna opowieść o przemianie wzajemnie oddziałujących na siebie bohaterów oraz narodzinach tolerancji i szacunku. Nie da się ukryć, że twórcy bardzo ładnie, a przede wszystkim realistycznie, przedstawili codzienne życie nowojorskiej włoskiej rodziny na początku lat 60-tych XX wieku (co ciekawe do obsady zaangażowano żyjących członków rodziny głównego bohatera). I chociaż nie jest to żadna ze słynnych Pięciu Rodzin, to jednak ledwie widoczna obecność mafijnych wpływów objawia się w życiu Tony’ego od czasu do czasu. Wielką zaletą "Green Book" są także bardzo żywe, a przede wszystkim autentycznie zabawne, konwersacje między bohaterami (w szczególności w tej kategorii przodują luźne pogawędki Tony’ego z dr Shirleyem). Film Petera Farrelly’ego dobrze oddaje również uroki życia na południu USA, których niemal na każdym kroku mógł zakosztować podróżnik o ciemniejszej karnacji (od zwyczajnej segregacji przez rasistowską policję po wpierdole od lokalnych rednecków). Niezwykle mocne wrażenie zrobiła na mnie scena, w której w czasie gdy Tony naprawia auto (swoją drogą piękny Cadillac DeVille z 1962 roku), dr Shirley przygląda się morderczej wręcz pracy czarnoskórych rolników na spalonym słońcem polu.
© 2019 Universal Pictures.
Jednakże wydaje mi się, że spływające zewsząd pochlebne opinie o "Green Book" wypaczyły zdecydowanie ponad miarę moje oczekiwania. Odbieram film Petera Farrelly’ego jako troszkę zbyt ugrzecznioną produkcję, przygotowaną po prostu pod oscarowy triumf. W szczególności dotyczy to motywu homoseksualizmu jednego z bohaterów, który nie specjalnie wnosi cokolwiek do fabuły oraz zakończenia filmu, które jest po prostu zbyt idealne jak dla mnie (w szczególności, jeśli poczytacie w jaki sposób rodzina dr Shirleya odnosiła się do jego przyjaźni z Tony’m). Poza tym czy twórcy naprawdę karzą nam wierzyć, że tak utalentowany muzyk, wytyczający nowe trendy, nigdy nie słyszał o artystach pokroju Arethy Franklin czy Little Richarda? Niemniej są to moje bardzo osobiste odczucia, których najbliższe mi osoby zdecydowanie nie podzielają (z serii pozdro Grażka!). Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na dosyć klasyczną ścieżkę dźwiękową, w szczególności jeśli fortepian jest Waszym ulubionym instrumentem. Na koniec zostawiam jeszcze prawdziwy hit dotyczący filmowych lokacji (i patrzcie jak Hollywood kłamie). Chociaż wraz z bohaterami filmu przemierzamy na ekranie kilka różnych stanów ze zdecydowanie zróżnicowanymi krajobrazami, to tak naprawdę z wyjątkiem scen rozgrywających się w Carnegie Hall wszystko nakręcono w Luizjanie (tak, nawet sceny tak bardzo nowojorskie jak dzielnica Tony’ego).
© 2019 Universal Pictures.
Tak naprawdę w "Green Book" król jest tylko jeden. Aragorn, syn Arathorna, (lub jak kto woli Aragurn, syn Arakurwa) Viggo Mortensen powraca w wielkim stylu, niczym heroina w "Pulp Fiction". Rola Tony’ego jest naprawdę epicka: od zabójczego akcentu (pamiętacie jeszcze "Eastern Promises"?) przez znaczne przybranie masy po prekursorskie metody jedzenia posiłków (w szczególności pizzy). Viggo Mortensen stworzył naprawdę świetną kreację i jedyna rzecz, do której mam zastrzeżenia to jego mało włoska fizjonomia. Niemniej, oprócz doskonałego warsztatu, aktor wręcz idealnie współpracował z pozostałymi odtwórcami, generując niezwykłą chemię. Zdecydowanie przyćmiony przez swojego kolegę Mahershala Ali (miał zdecydowanie mniej materiału źródłowego do przygotowania się do swojej roli niż Mortensen) wypadł także bardzo dobrze, ale w tym przypadku nie miał szans w pełni zabłysnąć. Mimo to jego dr Shirley to bardzo samotna osoba, świetnie wykształcona, znająca języki, pełna erudycji oraz wyszukanej kultury osobistej, czasem jednak dosyć trudna w kontakcie z powodu lekkiej pogardy dla otoczenia oraz alkoholizmu. Z bardzo fajnej strony pokazała się także Linda Cardellini, wcielająca się w Dolores, żonę Tony’ego, postać bardzo ciepłą i bezgranicznie oddaną swojemu mężowi.
© 2019 Universal Pictures.
"Green Book" to naprawdę udany film ze świetnymi dialogami, ładną ścieżką dźwiękową oraz wybitną rolą Viggo Mortensena. Jak dla mnie brakuje trochę efektu wow, ale jeżeli produkcja zbierze parę Oscarów na tegorocznej gali nie będę wcale zdziwiony.
© 2019 Universal Pictures.
Ocena: 7/10.

sobota, 26 stycznia 2019

"Wildlife"/"Kraina wielkiego nieba" (2018)

Well, ain't this a wild life, son?

Poprzedni rok zamknąłem nawiązaniem do ubiegłorocznych Oscarów ("Call Me by Your Name"), a kolejny otwieram filmem mającym szansę zebrać parę nominacji w tegorocznej odsłonie tychże nagród. Kiedy zacząłem pisać wstęp do recenzji tak naprawdę nie wiedziałem czy "Wildlife" (w Polszy znamy pod wyjątkowo trafnym tytułem "Kraina wielkiego nieba", nawiązującym do jednego z przydomków Montany: Big Sky Country) dostanie szansę na jakąkolwiek statuetkę, gdyż lista nominacji nie została jeszcze wówczas ogłoszona. Nie sądziłem jednakże, że proces twórczy (chyba ostatnio za mało piję) przeciągnie się w czasie tak bardzo, że 22 stycznia będę zmuszony do edytowania własnego tekstu. Niemniej, wyszło jak wyszło i finalnie "Wildlife" pominięto zarówno w nominacjach do Złotych Globów, BAFTA, jak i Oscarów. Reżyserski debiut Paula Dano, którego miałem ostatnio okazję oglądać w przedziwnej produkcji zatytułowanej "Swiss Army Man", gdzie wesoło zabawiał się z gadającym truchłem Daniela Radcliffe’a (polecam obejrzeć), zainteresował mnie przede wszystkim z powodu obecności w obsadzie Jake’a Gyllenhaala. Warto również nadmienić, że "Wildlife" to adaptacja powieści autorstwa amerykańskiego pisarza Richarda Forda opublikowanej pod tym samym tytułem w 1990 roku. Co ciekawe, gdy Paul Dano starał się o uzyskanie prawa do adaptacji filmowej książki, autor zaprezentował niezwykle zaskakujące podejście: My book is my book, your picture, were you to make it, is your picture. Your movie maker's fidelity to my novel is of no great concern to me. Establish your own values, means, goal. Leave the book behind so it doesn't get in the way (źródło: https://www.imdb.com/title/tt5929754/trivia?ref_=tt_trv_trv).
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Wildlife" rozgrywa się w 1960 roku w USA. Nastoletni Joe Brinson (Ed Oxenbould) przenosi się wraz z rodzicami do prowincjonalnego miasteczka w Montanie. Jego ojciec, sympatyczny i łatwo nawiązujący kontakty Jerry (Jake Gyllenhaal) traci właśnie niskopłatną pracę na lokalnym polu golfowym, która stanowiła jedyne źródło dochodów familii. W obliczu finansowej klęski matka chłopca Jeanette (Carey Mulligan) bierze sprawy w swoje ręce zatrudniając się jako nauczycielka pływania na pół etatu. Jerry, nie mogąc znaleźć nowego zajęcia, pogrąża się we frustracji, a gdy tylko nadarza się okazja na wyjazd w góry w celu walki z niebezpiecznymi pożarami lasów, decyduje się natychmiast. Przed młodziutkim Joe wyrasta wówczas nieoczekiwane i trudne zadanie utrzymania rodzinnych więzów.
źródło: https://www.imdb.com
"Wildlife" to niewielka, wręcz kameralna produkcja, która w całości została poświęcona prozie życia na amerykańskiej prowincji na początku lat 60-tych ubiegłego stulecia. Problemy dotykające bohaterów filmu są wręcz niezwykle prozaiczne: bezrobocie, finansowa niestabilność rodziny, czy też poważny kryzys małżeński najmocniej uderzający w bezbronnego nastolatka, który tak naprawdę niczemu nie zawinił. Paul Dano postawił na niezwykle interesującą perspektywę, ponieważ wydarzenia rozgrywające się na ekranie oglądamy z perspektywy małoletniego Joe. Chłopak, który powinien zachować z młodzieńczych lat najlepsze wspomnienia, zamiast tego musi skupić się na zachowaniu integralności rodziny oraz znalezieniu dorywczej pracy pozwalającej na polepszenie egzystencji materialnej. Dodatkowo "Wildlife" brutalnie rozprawia się z amerykańskim snem oraz wyobrażeniem o powojennej prospericie, która znajduje się raczej w mocno schyłkowym okresie. Prowincjonalne miasteczko w Montanie nie oferuje zbyt wielu ścieżek kariery i ciężko wywnioskować co dokładnie skusiło Jerry’ego do wyboru akurat tego miejsca (jakich pewnie było tysiące). Znalezienie pełnoetatowej, poważnej pracy zakrawa niemalże na cud, więc coraz bardziej aktualne staje się hasło wyborcze z polskiej gry "Rezerwowe psy": Chłodno, głodno, chujowo (zważywszy na rychłe na nadejście zimy).
źródło: https://www.imdb.com
"Kraina wielkiego nieba" w niezwykle realistyczny sposób ukazuje również rozpad raczej średnio udanego małżeństwa. W pewnym momencie wydaje się, że tłamszona dotychczas kobieta przejmie stery pogrążonego w kryzysie związku i wyjdzie na prostą, ale finalnie okazuje się równie słabym ogniwem co dotychczasowy małżonek (o ile nawet nie wypada jeszcze gorzej). Swoją drogą jest to film o bardzo prostych ludziach, którzy jeżeli mieli kiedykolwiek jakieś ambicje czy aspiracje do wyższych celów, to już dawno pogrążyli je w odmętach niepamięci. Tempo filmu nie rzuca na kolana, ale przecież nie oczekujemy od prozaicznego tematu nagłych, nieoczekiwanych zwrotów akcji czy też nadmiaru ekranowych wydarzeń. Fabuła ślamazarnie toczy się do finału, idealnie wręcz oddając szybkość egzystencji w prowincjonalnym miasteczku w Montanie. Powolność bardzo fajnie podkreślają zdjęcia – częste, statyczne i długie ujęcia na panoramę miasta na tle gór, w którym kompletnie nic się nie dzieje, a czasem jedynie przejedzie jakiś pociąg. Poza tym Paul Dano stworzył w "Wildlife" klimat, który przynajmniej ja odbieram jako wyjątkowo smutny i przygnębiający (mimo niezachwianej, młodzieńczej wiary Joe, że wszystko będzie dobrze).
źródło: https://www.imdb.com
W kwestii aktorstwa jest naprawdę bardzo kameralnie, ponieważ w zasadzie można skupić się wyłącznie na czterech najważniejszych postaciach. Ed Oxenbould, wcielający się w Joe, wypadł naprawdę dobrze, fajnie odgrywając nastolatka, któremu bez żadnej winy nagle wali się na głowę cały świat. Jego postać w jednej chwili musi stanąć samotnie przeciwko różnym przeciwnościom losu: od starania o ocalenie jedności rodziny, przez zdobycie pracy po naukę gotowania obiadu. Jednak prawdziwy koncert aktorskich umiejętności zaprezentowali Jake Gyllenhaal oraz Carey Mulligan. Jerry to sympatyczny koleś, ale raczej lekkomyślny, zawzięty i honorowy człowiek, który naprawdę kocha swoją rodzinę. Niemniej pod względem materialnym totalnie beztroski i biernie wyczekujący na zdobycie pracy. Z kolei Jeanette to osoba o wiele bardziej aktywna, ale także nieszczęśliwa i marząca o wyrwaniu się z monotonnego, małomiasteczkowego życia (nawet za cenę utraty rodziny). Jeśli chodzi o te dwie role to Paul Dano naprawdę nie mógł wybrać lepszych aktorów. Nasz kwartet uzupełnia natomiast Bill Camp (Warren Miller), wcielający się w lokalnego krezusa posiadającego salon samochodowy, który naprawdę wie czego chce od życia i jak to zdobyć.
źródło: https://www.imdb.com
"Wildlife" to dosyć udana produkcja, aczkolwiek kompletnie pominięta w tegorocznych nagrodach filmowych. Co prawda dopiero zaczynam przygodę z oscarowymi nominacjami, ale wydaje mi się, że zarówno Jake Gyllenhaal i Carey Mulligan mogliby bez przypału przytulić po nominacji za role drugoplanowe, a film Paula Dano wcale nie musiałby być pominięty w kategorii najlepszy scenariusz adaptowany. No cóż, Akademia rządzi się swoimi prawami, ale polecam Wam "Krainę wielkiego nieba" jako naprawdę solidny dramat obyczajowy.
źródło: https://www.imdb.com
Ocena: 7/10.