czwartek, 7 lipca 2016

"Bone Tomahawk"



Westerny raczej rzadko goszczą na moim blogu (no chyba, że akurat Quentin Tarantino nakręci jakiś), ale czasem warto przełamać utarte konwenanse i obejrzeć coś innego niż zwykle. Zważywszy tym bardziej, iż w kategorii science fiction nie udało mi się ostatnio znaleźć niczego interesującego. Dlaczego zatem akurat "Bone Tomahawk" w reżyserii S. Craiga Zahlera? Po pierwsze jest to raczej nietypowe połączenie kina kowbojskiego oraz horroru, więc byłem ciekaw, jak się to sprawdzi, pamiętając o totalnej klęsce niezwykłego, innego combo, czyli "Cowboys & Aliens". Po drugie z pewnością spore wrażenie może zrobić obsada: Patrick Wilson ("Watchmen", "Jack Strong"), Matthew Fox (znienawidzony Jack Shephard z "Lost"), Richard Jenkins oraz prawdziwa wisienka na torcie, czyli Kurt Russell, jeden z bohaterów mojego dzieciństwa. Do dziś pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie wcielając się w pułkownika O’Neilla w "Gwiezdnych Wrotach" czy epicką rolą Snake’a Plisskena z "Ucieczki z Nowego Jorku"!
źródło: http://www.impawards.com
W małym, amerykańskim, typowym dla Dzikiego Zachodu, miasteczku cierpiący z powodu urazu nogi Arthur (Patrick Wilson) pogrąża się we frustracji, ponieważ paskudna kontuzja nie pozwoliła mu wziąć udziału w dorocznym spędzie bydła. Jednakże w ramach nagrody pocieszenia nasz bohater może spędzać czas z uroczą małżonką, Samanthą (Lili Simmons). Ponieważ praktycznie wszyscy sprawni mężczyźni najęli się do pracy jako kowboje, Bright Hope świeci pustkami i pogrąża się w totalnym marazmie. Dlatego też nagłe pojawienie się podejrzanego włóczęgi urasta do rangi ważnego wydarzenia. Na skutek różnicy zdań lokalny szeryf Hunt (Kurt Russell) rani przybysza, a następnie zamyka go w areszcie. Będąc jednakże humanitarnym człowiekiem postanawia zapewnić rannemu opiekę medyczną. Jednak ponieważ miejscowy doktor akurat zajrzał głęboko do butelki, do opatrzenia włóczęgi zostaje wezwana Samantha. Wkrótce okazuje się, że żona Arthura, zastępca szeryfa Nick (Evan Jonigkeit) oraz aresztant znikają z więziennej celi, a jedyną poszlaką jest rozpruty stajenny oraz dziwaczna, indiańska strzała.
źródło: http://www.fandango.com
"Bone Tomahawk" to debiut reżyserski S. Craiga Zahlera i nie da się ukryć, że pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Jakoś niezwykle trudno przychodziło mi dopatrzenie się jakichkolwiek zaczątków własnego, oryginalnego stylu. Akcja filmu posuwa się do przodu w wyjątkowo powolnym tempie – w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy ekspedycja ratunkowa kiedykolwiek dotrze do miejsca przeznaczenia i czy porwani nie będą musieli poczekać na ratunek do drugiej części produkcji. A czymże wypełniają czas nasi bohaterowie wlokąc się do tajemniczej doliny opanowanej przez brutalnych, pierwotnych Indian? Oczywiście rozmowami o niczym w stylu, którego niekwestionowanym mistrzem jest Quentin Tarantino. W przypadku "Bone Tomahawk" zdecydowanie zabrakło polotu oraz humoru. Dialogi o czytaniu w wannie oraz pchlim cyrku, których głównym dystrybutorem był rezerwowy zastępca szeryfa Chicory (Richard Jenkins), wywoływały u mnie raczej uśmiech politowania niż dostarczały rzetelnej rozrywki. Również dosyć brutalne i makabryczne zgony oraz okaleczenia nie wydają się niczym nowym (aczkolwiek zawsze warto je docenić, bo nie wszyscy mają jaja ze stali by pokazać je na ekranie). Tak naprawdę mój głównym zarzut pod adresem 'Bone Tomahawk" to poświęcenie zbyt mało czasu na finałowy rozpierdol, który nabiera raczej kameralnego charakteru. Z drugiej strony rozumiem, że twórcy mieli poważne ograniczenia finansowe i możliwe, że nic bardziej epickiego nie dało się z tego wycisnąć.
źródło: http://www.fandango.com
Ale, jak to mawiał legendarny Wee-bey z „The Wire”: każdy jakoś zaczyna. Na pewno reżyserowi i zarazem scenarzyście w jednej osobie należą się propsy za dosyć odważne połączenie kina kowbojskiego z horrorem. Ponadto wielki szacunek za pracę przy tak okrojonych możliwościach finansowych. Jak na dzisiejsze standardy "Bone Tomahawk" miał absurdalnie niski budżet. Nakręcenie filmu kostiumowego z całkiem niezłą obsadą za 1.8 miliona USD powinno robić naprawdę spore wrażenie. Zważywszy, że Nicolas Cage zgarnął 3 miliony dolarów za udział w pokracznie wyglądającym i do tego współcześnie rozgrywającym się "Left Behind". Sceny akcji i efekty specjalne (prawdziwe, a nie a CGI!) nie wyglądają może specjalnie epicko, ale uwzględniając budżet, myślę, że twórcy wycisnęli z niego wszystko co tylko możliwe i to do ostatniego centa. Kolejna niezaprzeczalna (i w zasadzie chyba największa) zaleta "Bone Tomahawk" to bardzo dobre aktorstwo, ale na ten temat tradycyjnie poświęcę osobny akapit.
źródło: http://www.fandango.com
Kurt Russell, wcielający się w szeryfa Hunta, musiał widocznie polubić westernową konwencję. Jego rola jest więcej niż w porządku – to taka zdecydowanie bardziej uprzejma i szarmancka wersja Johna Rutha z "The Hateful Eight". Ponieważ, jak już wspominałem we wstępie, bardzo lubię tego aktora, każda scena z jego udziałem napawała mnie szczerą radością. Wielkie propsy dla Richarda Jenkinsa za niezwykle irytującą, acz jednocześnie momentami ujmującą, postać Chicory’ego. Wydaje mi się, że stworzenie tego rodzaju kreacji bez podania w przesadę i zbytniego szarżowania jest niezwykle trudne, ale w tym przypadku udało się znakomicie! Na równie duży szacunek zasłużył Matthew Fox – byłem wprost przekonany, że skończył się po "Lost", a tu taka niespodzianka! Brooder, lokalny kozak i dupcyngier, w jego wykonaniu wypadł tak inaczej niż przeciętny Jack Shephard, że początkowo nawet nie rozpoznałem tego aktora. Na tle wymienionej wyżej trójki naprawdę słabo wypada jedynie de facto odtwórca głównego bohatera, czyli Patrick Wilson. Arthur to raczej postać zagrana w typowy sposób dla tego rodzaju bohaterów bez specjalnych fajerwerków. Na koniec, w ramach bezwzględnej walki o równouprawnienie, warto pochwalić Lili Simmons, choć wielu z łatwością może zarzucić roli Samanthy zbytnią nowoczesność. Jednakże ponieważ z poprawnością polityczną u mnie na bakier nie mam zamiaru wyliczać zasług kanibalo-indiańskiej obsady dla światowej kinematografii.
źródło: http://www.fandango.com
Ponieważ gdzieś w głębi duszy spodziewałem się, że projekcja "Bone Tomahawk" zakończy się spektakularną traumą, to końcowy efekt mogę w zasadzie uznać za w miarę zadowalający. Jeżeli macie ochotę na połączenie westernu z horrorem, w którym przez większość czasu wysłuchujecie mało interesujących dialogów o niczym to gorąco polecam film S. Craiga Zahlera. W innym przypadku możecie śmiało odpuścić – Wasze życie nie ulegnie żadnej zmianie, a ponad dwie godziny wykorzystacie na coś lepszego do zrobienia (np. leżenie w rynsztoku bez życia).
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 5/10.

czwartek, 30 czerwca 2016

"Left Behind" (2014)



Co prawda we wstępie do recenzji "Gods of Egypt" napisałem, że ostatnie dokonania Nicolasa Cage’a nie wywołały u mnie nieodpartej chęci obejrzenia jakiejś produkcji z jego udziałem, ale los okazał się jak zwykle przewrotnym szydercą. Natknąłem się bowiem na zestawienie dotychczasowych, najgorszych filmów trwającej dekady i … volià: "Left Behind" zajęło zaszczytne drugie miejsce w tym wypełnionym wieczną chwałą rankingu. Ponadto dzieło wyreżyserowane przez Vica Armstronga (znanego raczej z wyczynów kaskaderskich niż kręcenia dobrych filmów) zalicza się do niezwykle rzadkiej kategorii, czyli chrześcijańskiego kina apokaliptycznego. Oczywiście nie pomyślcie przypadkiem, że scenariusz to oryginalny koncept twórców. "Left Behind" opiera się bowiem na pierwszej części bestsellerowego (to słowo już nic nie znaczy) cyklu pod tym samym tytułem, którego autorami są amerykański ewangelista Tim LaHaye oraz powieściopisarz Jerry B. Jenkins również pochodzący z USA (pełny tytuł pierwszej części to Left Behind: A Novel of the Earth's Last Days). Żadnego z szesnastu (sic!) tomów nie miałem okazji przeczytać, ale wyjątkowo mocno przemawia do mnie fakt, iż powieściowym Antychrystem jest Nicolae Carpathia, prezydent Rumunii. Warto również zauważyć, że jest to na tyle poczytna literatura (hajs się się musi zgadzać), iż nie po raz pierwszy podjęto próbę ekranizacji.
źródło: http://www.impawards.com
Wydaje mi się, że w zamyśle twórców "Left Behind" miało stanowić swego rodzaju delikatne wprowadzenie do całego cyklu filmów, dlatego też perełki z pierwszej części (czytałem streszczenie na Wiki) zostawiono na późniejsze, bardziej spektakularne odsłony. Główną bohaterką filmu jest przeciętna, amerykańska studentka Chloe (Cassi Thomson), która oczywiście reprezentuje ateistycznie opozycyjną postawę w stosunku do pogrążającej się w dewocji matki (Lea Thompson). Głowa rodziny, pilot samolotów pasażerskich, Rayford (Nicolas Cage), totalnie zlewa familijne problemy i mając w dupie nawet urodziny córki postanawia zaszaleć w Londynie z ponętną stewardessą (Nicky Whelan). Niestety ambitne i całkiem młodzieżowe plany zostają popsute przez niezwykle wydarzenie: otóż w jednej chwili na całym świecie znikają miliony ludzi!
źródło: http://www.leftbehindmovie.com
Przepraszam za spoiler, ale jestem zmuszony napisać, że w "Left Behind" do 32 minuty nie dzieje się kompletnie nic ciekawego, a potem … jest dokładnie tak samo. Do wspomnianego, przełomowego momentu film Armstronga to żenujące kino obyczajowe, które później zamienia się w żenujące i głupawe kino obyczajowo-katastroficzno-religijno-apokaliptyczne (im bliżej końca tym wątki religijno-apokaliptyczne zdecydowanie bardziej dominują nad resztą). Produkcja, która w zamierzeniu twórców miała chyba stanowić bezlitośnie srogi młot na bezbożników, masonów oraz pozostałe ateistyczne abominacje gatunku ludzkiego, z powodu ciężaru fabularnego może co najwyżej wywołać uczucie zażenowania. Wszelkie argumenty przemawiające za religią chrześcijańską jako jedynym antidotum na zepsucie i upadek moralności na świecie podano w tak niezwykle subtelny sposób, że od razu można się domyślić kto jest sponsorem produkcji. "Left Behind" można zatem uznać za 110-minutową reklamę amerykańskiej, zdecydowanie bardziej hardcorowej wersji chrześcijaństwa, w której bóg jest miłosierny wyłącznie dla swoich wyznawców, a na niewiernych zsyła wszystko co najgorsze, niczym w Starym Testamencie – wszędzie ruchawka, zniszczenie i pożoga. Tu nie ma miejsca na dialog między religiami. Czcisz Jahwe albo Allaha? W nagrodę za błędny wybór spędzisz resztę życia na ziemskim łez padole rządzonym przez namiestnika Lucypera!
źródło: http://www.leftbehindmovie.com
Mimo szczytnej idei krzewienia amerykańskiej wersji chrześcijaństwa na świecie na produkcję "Lef Behind" udało się zebrać jedynie 16 milionów USD (z czego podobno aż 3 miliony przeznaczono na gażę Nicolasa Cage’a). Czy z większym budżetem film oglądałoby się ciut lepiej? Myślę, że nie do końca, ale patrzenie na Baton Rouge (Luizjana) i Provo (Utah) udające Nowy Jork może Wam dać poważnie do myślenia. Wiele scen wygląda rodem jak z amerykańskiego serialu obyczajowego o raczej średnim budżecie, a lepsze efekty specjalne widziałem chyba w "Herkulesie" z Kevinem Sorbo. Jeszcze więcej scen nie ma żadnego sensu, a przecież nie jest to najdłuższy film w dziejach kinematografii i można było ten czas spożytkować znacznie lepiej. Wydaje się, iż jest to niemal idealny przykład doskonałego i kompletnego zespolenia ubóstwa fabularnego oraz produkcyjnego w jednym dziele. Chociaż z drugiej strony nie jeden polski reżyser zrobiłby nie jedną laskę za 16-milionowy budżet w USD…
źródło: http://www.leftbehindmovie.com
Pisząc o dokonaniach (takie duże słowo!) aktorskich miałem początkowo posłużyć się porównaniem do łowienia pereł w bezdennym i bezkresnym oceanie gówna. Jednakże wkrótce potem miałem flashback jakiejś randomowej sceny z filmu i stwierdziłem, że nie jest to zbyt adekwatne. Szukanie dobrego występu w "Left Behind" jest jak poławianie stolca w bezkresnym i bezdennym oceanie gówna – można, tylko w jakim celu? Napisanie, że Nicolas Cage zdecydowanie najlepiej wypada na tle reszty obsady to zakwalifikowanie pozostałych odtwórców do aktorskiej klasy C (w terminologii piłkarskiej, nie alfabetycznej). Oglądanie drewnianego warsztatu Cassi Thomson może powodować myśli samobójcze, a warto dodatkowo zauważyć, że dziewczyna pochłania sporo ekranowego czasu i wykazuje się niebywałymi wprost umiejętnościami. Całkiem neutralnie z kolei wypada Chad Michael Murray, wcielający się w sławnego dziennikarza Bucka Williamsa, ale co z tego skoro na drugim planie dzieją się najprawdziwsze dramaty. Abstrahując już od sztampowej do bólu konstrukcji postaci (karzeł nienawidzący ludzi, prawy muzułmanin, rozhisteryzowana narkomanka czy biznesmen nie dbający o relacje z dziećmi), poszczególne role zagrano tak wtórnie i manierycznie, że po prostu nadają się do podręcznika złej gry aktorskiej!
źródło: http://www.leftbehindmovie.com
Mimo fatalnej fabuły, nieudolnego wykonania, nachalnej ideologii oraz koszmarnej wręcz gry aktorskiej nie uważam jednakże by "Left Behind" zasłużyło na jedną gwiazdkę. Na swój kaprawy sposób w filmie Vica Armstronga można dostrzec bowiem ciągłość przyczyno-skutkową, a także fabularne następstwo zdarzeń (duże słowa, ale jednak!). Abstrahując od jakości można zatem przyjąć, że niektóre sceny układają się w mniej więcej logiczną i spójną całość. Niestety "Left Behind" nie należy do grona produkcji, które potrafią rozbawić widza swoją kompletną słabością, więc zdecydowanie odradzam projekcję. To naprawdę może zaboleć…
źródło: http://www.leftbehindmovie.com
Ocena: 2/10.

środa, 15 czerwca 2016

"Gods of Egypt"



Czasem po prostu muszę odpuścić sobie poważne kino stawiające ważne, egzystencjalne pytania. Wtenczas odczuwam nieodpartą potrzebę, aby poświęcić dwie godziny mojej egzystencji na tym ziemskim łez padole na kompletnie pozbawioną ambicji produkcję (oczywiście oprócz ambicji zarobienia jak największej ilości monet), która nie wniesie całkowicie nic do mojego życia. Dotychczas wielokrotnie tego rodzaju rozrywki dostarczał niezawodny i totalnie upadły Nicolas Cage. Niestety, gdy zapoznałem się z jego ostatnimi dokonaniami, żaden z filmów nie wywołał u mnie nieodpartej chęci projekcji. Co ja pocznę? - pomyślałem wówczas ze smutkiem, a jednocześnie znużony podróżą do kresu kinematograficznej chujni. I nagle, niczym prawdziwa iluminacja albo zjawa jakaś czy mara nocna, przed oczyma duszy mojej ukazał się epicki, ociekający złotem tytuł: "Gods of Egypt". Rzut oka na trailer wystarczył by zadać sobie zajebiście ważne, fundamentalne wręcz pytanie: czy dzieło Alexa Proyasa (m.in. "The Crow", "Dark City") da radę wyjść z 3/10?
źródło: http://www.impawards.com
Fabuła "Gods of Egypt" została oparta na starym, egipskim micie o walce Horusa z Setem. Oczywiście głównym bohaterem filmu uczyniono zwykłego śmiertelnika, o wdzięcznym imieniu Bek (Australijczyk Brenton Thwaites). Ów młodzian, zamieszkujący ze swoją ukochaną Zayą (Australijka Courtney Eaton), ma problem dotykający większości młodych ludzi: brak hajsu na lepszej jakości życie. Jednakże Bek nie jest w ciemię bity i potrafi wykorzystywać swoje nieprzeciętne złodziejskie talenty dla dobra związku. Tymczasem w Egipcie ma dojść do dobrej zmiany. Zmęczony sprawowaniem królewskiej władzy Ozyrys (Australijczyk Bryan Brown) postanawia przekazać koronę swemu pierworodnemu, Horusowi (Jaime Lannister Duńczyk Nikolaj Coster-Waldau). Wesołą ceremonię przerywa jednakże brutalny wjazd na kwadrat brata dotychczasowego władcy. Zamieszkujący do niedawna pustynię Set (Szkot Gerard "THIS IS SPARTA" Butler) wrócił z armią Nieskalanych, by przywrócić prawo i sprawiedliwość. W efekcie Ozyrys rozstaje się z życiem, a pozbawiony oczu Horus zostaje skazany na banicję.
©2016 Lions Gate Entertainment, Inc.
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że "Gods of Egypt" niesie jakiś potencjał niezwykle interesującej egipskiej mitologii. W ostatnich latach doświadczyliśmy przecież srogiego zainteresowania religią oraz mitami antycznej Grecji – wspomnijmy choćby "Clash of the Titans", "Wrath of the Titans", "Immortals" czy "Herculesa" (chociaż każdy, kto w latach 90-tych oglądał namiętnie seriale Polsatu wie, że prawdziwym Herkulesem może być wyłącznie Kevin Sorbo). Popularność spora, hajs się pewnie zgadzał, więc czemu by nie odświeżyć trochę zapomnianego Egiptu? Przecież dwie dekady temu "Gwiezdne Wrota" (mówimy o filmie) czy "Mumia" rozpalały moją wyobraźnię! Niestety "Gods of Egypt" idealnie wprost wpisuje się konwencję totalnie wtórnego kina. Tak naprawdę nie potrafię sobie przypomnieć niczego oryginalnego z filmu Proyasa. Bogowie transformują się w swoje zwierzęce wersje niczym Transformers, a bohaterowie łażą od jednej lokacji do drugiej, zaliczając kolejne etapy niczym w liniowej grze przygodowej. Swoją drogą ważna kwestia: Set nie zmienia się wcale w szakala, ponieważ to zwierzę je przypisane Anubisowi, lecz w nieokreślone zwierzątko określane jako sha. Poza tym nasz czarny charakter kolekcjonuje sobie potężne artefakty, wyłącznie dla egoistycznych celów tuningu własnej postaci. Nie muszę chyba dodawać, że końcowa forma Seta wygląda co najmniej komicznie?
©2016 Lions Gate Entertainment, Inc.
Na osobny akapit zasługują efekty specjalne. I to oczywiście nie dlatego, że są zajebiste lub urywają dupę, czego w sumie można oczekiwać po filmie, który ma 140 milionów USD budżetu. Dawno nie miałem wątpliwej przyjemności oglądać tak nużącego kolorowym przepychem, marnego i przepełnionego totalną sztucznością CGI. Tak naprawdę nie mam nic przeciwko kręceniu filmów w całości czy większej części przy użyciu komputerów, ponieważ coraz potężniejsze maszyny dają ogromne pole możliwości. Niemniej, gdy patrzę na produkcję za tak grube hajsy i widzę, że tło w ogóle nie przystaje do pierwszego planu, to chyba coś poszło bardzo nie tak. Dziwi mnie to niezmiernie tym bardziej, że przy produkcji "Gods of Egypt" zatrudniono rzeszę osób pracujących przy ostatnim "Mad Maxa" (tak, film kręcono w Australii, ponieważ Sahara wydawała się twórcom zbyt niebezpiecznym miejscem). Żeby przy ogromnym potencjale egipskiej mitologii nie potrafić stworzyć przyciągających uwagę efektów to już chyba naprawdę trzeba być pozbawionym wyobraźni. Jedyna postać, która wygląda naprawdę spoko to Anubis (podróżuje w fajny sposób), aczkolwiek trzeba przyznać, że jego królestwo dupy nie urywa…
©2016 Lions Gate Entertainment, Inc.
Jeśli zwróciliście uwagę, że wymieniałem narodowości poszczególnych aktorów to gratuluję spostrzegawczości. Oczywiście nie było to bezcelowe – zauważcie, że większość z nich wygląda raczej mało egipsko. Jednakże mimo zatrudnienia głównie aryjskiej obsady trudno wyróżnić "Gods of Egipt" pod względem aktorskim. Brenton Thwaites, wcielający się w Beka, jest tylko troszeczkę lepszy od przepełnionego miałkością głównego bohatera "Seventh Son". I chuj, że jest entuzjastycznym młodzieńcem, skoro w dupie mam los jego postaci. O wiele ciekawiej zapowiadały się przecież występy egipskich bogów! Jednakże Jaime Lannister Nikolaj Coster-Waldau o wiele więcej daje z siebie co tydzień w "Grze o tron", więc rola do szybkiego zapomnienia. Z kolei Gerard Butler wykreował wariację na temat złego wcielenia Leonidasa, któremu tak naprawdę nie wiadomo o co chodzi (a tym bardziej dlaczego). Na drugim planie monety do emerytury postanowili sobie pozbierać Geoffrey Rush (Ra) oraz Bryan Brown – w obu przypadkach nic specjalnego. Na tytuł  najbardziej irytująco zagranej postaci zasłużył bezapelacyjnie Chadwick Boseman. Ziom, całkowicie nie ta konwencja – gdybym był na miejscu Seta, zostałbyś odpalony na samym początku. Kompletnie nieoczekiwanie o niebo lepiej jest w przypadku ról żeńskich. Co prawda Courtney Eaton udziela się może niespecjalnie dużo, ale za to Elodie Yung (Hathor) zaprezentowała się naprawdę znakomicie. Kto wie, może pewnego dnia pójdzie nawet ścieżką wytyczoną niedawno przez Alicię Vikander?
©2016 Lions Gate Entertainment, Inc.
Alex Proyas nie kręci filmów zbyt często, ale gdy oglądam produkcję pokroju "Gods of Egypt" to wydaje mi się, że mógłby przestać to robić bez żadnego uszczerbku dla kulturowego dziedzictwa ludzkości. Film totalnie wtórny, z wyjątkowo słabym CGI, a w dodatku nie przynoszący żadnej frajdy podczas seansu (z wyjątkiem małego promyczka w postaci Elodie Yung). Polecam wszystkim piewcom rzekomej doskonałości "Dark City": patrzcie dokąd dotarł wasz mistrz!
©2016 Lions Gate Entertainment, Inc.
Ocena: 3/10.

wtorek, 7 czerwca 2016

"Straight Outta Compton"



Fuck the police comin straight from the underground
A young nigga got it bad cause I’m brown
And not the other color so police think
They have the authority to kill a minority
(N.W.A. Fuck Tha Police)

Gdy byłem jeszcze w podstawówce, każdego dnia idąc i wracając ze szkoły, mijałem sporych rozmiarów napis EAZY-E zdobiący kotłownię nieopodal jednego z bloków pośród betonowej dżungli kieleckiego osiedla Na Stoku. Jakiś czas temu budynek przeszedł niestety swoistą rewitalizację, więc to proste i pozbawione finezji graffiti pozostało jedynie odległym wspomnieniem. Patrząc na napis zawsze zastanawiałem się kim jest Eazy-E, a musicie wiedzieć, że była to era tak zamierzchła, iż nie było możliwe sprawdzenie tego w Google. Wiedza przyszła dopiero wraz z późniejszą fascynacją rapem, a uściślając okresem wzmożonego zainteresowania gangsta rapem z Zachodniego Wybrzeża. Swoją drogą brawa dla autora wykonanie napisu niebieskim sprayem, który doskonale podkreślał przynależność rapera do gangu Crips. A po co o tym wszystkim dzisiaj wspominam? Otóż Eazy-E jest jednym z kluczowych bohaterów filmu "Straight Outta Compton", który opowiada burzliwe dzieje zespołu uznawanego za prekursorów gangsta rapu, czyli N.W.A. (Niggaz Wit Attitude).
źródło: http://www.impawards.com
Then I let the Alpine play, bumpin new shit by N.W.A.
It was “Gangsta Gangsta” at the top of the list
Then I played my old shit, it went something like this
(Eazy-E Boyz-N-The-Hood)

"Straight Outta Compton" wprowadza nas w mroczne zakamarki Los Angeles pogrążającego się w bezlitosnej wojnie gangów i narastającej brutalności LAPD wymierzonej głównie w przedstawicieli mniejszości. W tych niebezpiecznych czasach młodociany, ambitny przestępca Eazy-E (Jason Mitchell) poznaje utalentowanego DJ i producenta Dr. Dre (Corey Hawkins), który przeważnie gra do kotleta w lokalnym klubie. Przy pomocy równie utalentowanych kolegów takich jak Ice Cube (O’Shea Jackson Jr.), MC Ren (Aldis Hodges) czy DJ Yella (Neil Brown Jr.) oraz pieniądzom z nielegalnej działalności Eazy’ego chłopcy tworzą rapowy zespół N.W.A., który wkrótce osiąga niebywałą popularność w USA, a także otwiera całkowicie nową epokę w rapie. Jednakże, jak to zwykle bywa, wraz z oszałamiającym sukcesem zaczyna pojawiać się coraz więcej problemów, które coraz wyraźniej naruszają wewnętrzną spójność ekipy.
źródło: http://www.straightouttacompton.com
I used to know a bitch named Eric Wright
(Dr. Dre Bitches Ain't Shit)

Do "Straight Outta Compton" podchodziłem raczej z mieszanymi uczuciami, pamiętając ile bólu oraz męczarni przyniosło mi oglądanie rodzimej produkcji o jednym z najbardziej znanych polskich zespołów hip-hopowych (niesławne "Jesteś bogiem"). Jednakże reżyser F. Gary Gray to solidny fachman, mogący szczycić się całkiem niezłym dorobkiem (m.in.: "Piątek", "Desperatki", "Negocjator" czy "Prawo zemsty"). Niemniej już na wstępie należy zauważyć, że jego ostatnie dzieło nie może być traktowane jako kompendium wiedzy o N.W.A. W filmie pominięto lub zmieniono wiele istotnych szczegółów, które, przynajmniej dla mnie, mają spore znaczenie. Do najważniejszych z nich zaliczam kompletne pominięcie Arabian Prince'a, który we wczesnym etapie działalności był członkiem grupy oraz znaczące umniejszenie roli MC Rena. Kolejne zarzuty, jakie mogę postawić "Straight Outta Compton", to zbytnia epizodyczność w formie. Rozumiem, że akcja rozgrywa się na przestrzeni niemalże  dekady, ale wraz z bohaterami skaczemy od jednego kluczowego wydarzenia do drugiego i czasami odnosiłem wrażenie, że ktoś mniej obeznany z gangsta rapem może się w tym wszystkim pogubić (co wydaje się tym bardziej absurdalne, jeśli zdacie sobie sprawę ile czasu bohaterowie poświęcają na powtarzanie swoich ksywek i przybijanie piątek). To zawsze był spory problem w tego rodzaju kinie: chcemy pokazać zdecydowanie zbyt wiele w jak najkrótszym czasie.
źródło: http://www.straightouttacompton.com
Since Dre is a bitch pimp slap that hoe
(Eazy-E Wut Would You Do)

Po pierwszych, naprawdę brudnych scenach, w których Eazy-E próbuje dopiąć narko-transakcję z nieuczciwymi negrami, a LAPD robi naprawdę konkretny rozpierdol, miałem nadzieję, że reszta produkcji została nakręcona w podobnie mrocznym klimacie. Niestety "Straight Outta Compton" reprezentuje raczej sztampowe podejście do tematu, którego głównym celem jest zapewnienie wystarczającego poziomu rozrywki dla przeciętnego widza. W efekcie dostajemy więc obowiązkowe heheszki, szczyptę dramatu, dynamiczne pięcie się w górę oraz problemy związane z dotarciem na szczyty popularności. Z tego powodu znacznie spłycono motywacje niektórych bohaterów. Z filmu można zatem  wywnioskować, że Dr. Dre chciał mieć po prostu  święty spokój by skupić się wyłącznie na muzyce, chciwy Ice Cube miał wieczne problemy, ponieważ nie zgadzał mu się hajs, a Eazy-E był na tyle krótkowzroczny by nie dostrzec, iż został srogo wyruchany finansowo przez Jerry'ego Hellera (Paul Giamatti). Rozpad grupy został przedstawiony raczej słabo i tak naprawdę trudno dostrzec prawdziwe powody, dla których członkowie N.W.A opuszczali ekipę.
źródło: http://www.straightouttacompton.com
It's a case of divide-and-conquer
Cuz you let a Jew break up my crew
(Ice Cube No Vaseline)

Na odrębny akapit zasługuje jeden z mniej oczywistych bohaterów filmu, czyli twórczość zespołu. O wkładzie N.W.A. w rozwój nie tylko rapu, ale praktycznie całej amerykańskiej branży muzycznej można śmiało napisać nie jeden doktorat (dwa tytuły magistra już mam, więc wszystko przede mną). O ile nigdy nie uwierzę w lewackie pierdolenie, że Magik był głosem biednej i uciśnionej klasy robotniczej (a takie wnioski można wyciągnąć po przeczytaniu książki, na której oparto "Jesteś bogiem"), o tyle w 100% przyjmuję teksty N.W.A. o ciężkim życiu w Mieście Aniołów i brutalności LAPD. Macie wątpliwości? Sprawdźcie prawdziwe, szczere emocje i wkurwienie w utworach zespołu albo obejrzyjcie filmik z pobicia Rodneya Kinga przez policjantów. Naprawdę w filmie nie ma ani jednej sceny, w której LAPD przedstawione zostało w pozytywnym świetle. "Straight Outta Compton" pod względem muzycznym to prawdziwa uczta dla fanów rapu. Możemy bowiem zobaczyć jak doszło do nagrania takich hitów jak Boyz-N-The-Hood czy Nuthing But A G Thang albo obejrzeć popis djskich umiejętności Dr. Dre! Dodatkowo na drugim planie przewijają się wschodzące gwiazdy rapu, czyli Snoop Doggy Dogg oraz 2pac. Nie muszę chyba wymieniać ilu znakomitych utworów mamy okazję posłuchać w trakcie oglądania filmu?
źródło: http://www.straightouttacompton.com
Cuz you can't be Niggaz 4 Life crew
With a white Jew tellin' you what to do
(Ice Cube No Vaseline)

W kwestii aktorstwa nie uświadczymy lipy. Największe plusy zbierają O'Shea Jackson Jr. za znakomitą rolę Ice Cube'a (de facto jego ojca) z uwzględnieniem grymasu wiecznego wkurwienia oraz Jason Mitchell za niezwykle realistyczną kreację Eazy-E. Trochę mniej podszedł mi Corey Hawkins wcielający się w Dr. Dre (nie jest aż tak podobny jak jego poprzednicy), ale nie sposób nie docenić wysiłków tego chłopaka. Spore, i dodajmy pozytywne wrażenie, zrobił na mnie Paul Giamatti, wcielający się w Jerry’ego Hellera. Znakomicie zaprezentował się także R. Marcos Taylor – legendarny Suge Knight, którego podejście do rapowego biznesu cechowało się używaniem wyjątkowych i niepowtarzalnych metod (m.in. przy rozwiązywaniu kontraktów). Niestety "Straight Outta Compton" pod względem ról damskich nie wyróżnia się niczym niezwykłym. W świecie zdominowanym przez raperów i gangsterów kobiety pełnią raczej ozdobną rolę, niejednokrotnie ukazując swoje wdzięki (nie żebym specjalnie narzekał).
źródło: http://www.straightouttacompton.com
"Straight Outta Compton" to idealna pozycja dla początkujących graczy, którzy dopiero wchodzą do rap-gry. Gdyby tego rodzaju film powstał jakieś dziesięć czy piętnaście lat temu to zapewne zajarałbym się na maxa i dzisiaj wymieniałbym go jednym tchem wraz z resztą moich ulubionych produkcji. Niestety nie miałem tyle szczęścia co współczesne dzieciaki. Z pozycji człowieka nieuchronnie dążącego ku jesieni życia nie mogę w pełni cieszyć się "Straight Outta Compton", ponieważ bardzo rażą mnie zbyt oczywiste wady dzieła Graya. Trochę żałuję potencjału tego projektu, bo przy odrobinie szczęścia mogło być naprawdę dobrze.
źródło: http://www.straightouttacompton.com
Ocena: 6/10.

poniedziałek, 30 maja 2016

"Lobster"



"Lobster" zaintrygował mnie od pierwszego wejrzenia, ponieważ jakiś czas temu przed kinowym seansem miałem okazję obejrzeć trailer filmu Yorgosa Lanthimosa. O to właśnie chodzi: mniej reklam, więcej zapowiedzi! Szkoda, że w Cinema City i innych kinoplebsach proporcje zostały tak zaburzone, że aż się odechciewa chodzić. Przyznam szczerze, że z wcześniejszą twórczością greckiego reżysera nie miałem zbyt wiele wspólnego. Pamiętam jedynie, że kilka lat temu na pewno czytałem o dosyć oryginalnej produkcji sygnowanej jego nazwiskiem ("Kieł" z 2009 roku). Tym razem oprócz intrygującego pomysłu na fabułę do obejrzenia "Lobstera" zachęcił mnie z pewnością Colin Farrell, który od jakiegoś czasu próbuje zrobić coś ze swoją karierą, żeby nie pójść drogą najbardziej upadłego z upadłych, czyli Nicolasa Cage’a (swoją drogą dawno nie recenzowałem jego ostatnich dokonań). Występ Irlandczyka w drugim sezonie "True Detective" był jednym z najjaśniejszych punktów tego średnio udanego przedsięwzięcia, więc liczyłem, że Colin również tym razem mnie nie zawiedzie.
źródło: http://www.impawards.com
W dystopijnej przyszłości (raczej bliższej niż dalszej), w nieokreślonym miejscu zwanym po prostu Miastem (The City), panują niezwykle oryginalne reguły prawa. Otóż ludzie, którzy nie mają lub też stracili swoje drugie połówki zostają w ramach kary zesłani do Hotelu. W tymże przybytku, zarządzanym przez bezwzględną menedżerkę (Olivia Colman), single mają 45 dni na znalezienie partnera (aczkolwiek istnieje możliwość przedłużenia tego terminu). Jeżeli natomiast poszukiwania zakończą się niepowodzeniem, każdy z życiowych przegrywów zostanie zamieniony w zwierzę, które sobie uprzednio wybrał. I właśnie w tym miejscu poznajemy sympatycznego Davida (Colin Farrell), który wskutek utraty żony zostaje skazany na pobyt w Hotelu.
źródło: http://thelobster-movie.com/fox
Z pewnością pod względem fabularnym "Lobster" jest jednym z najbardziej oryginalnych filmów, jakie miałem ostatnio przyjemność obejrzeć. Sama koncepcja zamiany człowieka w zwierzę za nieudolne dobieranie partnera wydawać się może kompletnie absurdalnym pomysłem, aczkolwiek film ogląda się znakomicie. Nie razi nawet fakt, iż nikt nie pokusił się o choćby okruszek wyjaśnienia przy użyciu jakiej technologii miałby zostać przeprowadzony ten proces albo z jakiej przyczyny społeczeństwo zaakceptowało tenże specyficzny system kar. Abstrahując jednakże od oryginalności głównego motywu filmu to muszę przyznać, iż momentami miałem wrażenie, że pod pewnymi względami "Lobster" coś mi przypomina. Po namyśle doszedłem do wniosku, iż jest to z pewnością powieść Raya Bradbury’ego 451 stopni Fahrenheita. Pierwsze skojarzenie dotyczyło oczywiście singli ukrywających się w lesie – podobnie jak we wspomnianej książce po oddaleniu się od Miasta czy Hotelu okazuje się, że restrykcyjne przepisy nie sięgają tak naprawdę wszędzie. Drugie nawiązanie to z kolei zanik krytycznego myślenia i wolnej woli, wynikające bezpośrednio z nieuchronnej groźby zamiany w zwierzę. Słabsze jednostki wymiękają popełniając samobójstwa, natomiast inteligentniejsze za wszelką cenę próbują dostosować się do potrzeb dopiero co znalezionych partnerów, tworząc na pozór szczęśliwe związki.
źródło: http://thelobster-movie.com/fox
Warto tutaj również zwrócić uwagę na intrygujący klimat oraz fabularną przewrotność. Gdy nasz bohater w końcu wyzwala się z represyjnych okowów totalitarnego systemu i ucieka do lasu by żyć pośród dzikich zwierząt, trafia do równie bezwzględnej dyktatury zarządzanej twardą ręką przez wyjątkowo hardą dziewczynę, marzącą o zniszczeniu Hotelu. Jak to mawiał Kapitan Bomba: biednemu zawsze wiatr w oczy i chuj w dupę. Niemniej "Lobster" to opowieść nasycona wyjątkowo czarnym, czasami nawet brutalnym, humorem, który sprawia, że film ogląda się naprawdę znakomicie (o ile oczywiście lubicie takie podejście do tematu życia i śmierci). Kolejny plus to piękne irlandzkie krajobrazy – głównie urocze hrabstwo Kerry, hrabstwo Cork oraz Dublin grający totalitarne Miasto. Ścieżka dźwiękowa jest całkiem młodzieżowa i jako ciekawostkę mogę napisać, że zawiera kilka utworów z muzyki klasycznej.
źródło: http://thelobster-movie.com/fox
Jednakże znakomite aktorstwo jest prawdziwą perełką "Lobstera". Na największe propsy zasłużył oczywiście Colin Farrell. David w jego wykonaniu nie jest żadnym herosem wykutym z hartowanej stali. Można powiedzieć nawet więcej: to całkowicie zwyczajny koleś o raczej mało muskularnej posturze (zwróćcie uwagę na brzuszek Colina), różnymi problemami i rozterkami psychicznymi, który jednak nie pragnie zostać zamieniony w tytułowego homara w ramach kary za nieudolność miłosną. Jego starania, by dostosować się do poszczególnych partnerek za wszelką cenę to przejaw jawnego oportunizmu, ale cóż poradzić, skoro normy społeczne obowiązujące w Mieście są tak bezwzględne. Wielkie brawa dla Colina za tak znakomitą kreację i mam nadzieję, że wreszcie uda mu się wrócić na słuszną, aktorską drogę do chwały. Chociaż nigdy nie byłem (i nie jestem) fanem Rachel Weisz to trudno mi nie docenić jej roli – oklaski za znakomite dostosowanie się do filmowej konwencji. Choć Léa Seydoux nie urwała mi dupy w "Spectre" to muszę docenić jej występ w "Lobsterze". Wcielając się w bezwzględną i okrutną liderkę ruchu oporu singli wypada po prostu znakomicie! A dodatkowo na drugim planie cieszą oko Ben Whishaw, John C. Reilly, Angeliki Papoulia, Ariane Labed czy Ashley Jensen.
źródło: http://thelobster-movie.com/fox
Jeżeli macie ochotę na wyjątkowo oryginalne i niesztampowe kino przesycone czarnym humorem to zdecydowanie polecam Wam "Lobstera". Dawno nie miałem okazji oglądać tak nietypowego podejścia do fabuły, kwestii egzystencjalnych takich jak relacje międzyludzkie i do tego czy warto za wszelką cenę dostosować się do swojego partnera.
źródło: http://thelobster-movie.com/fox
Ocena: 8/10.

piątek, 20 maja 2016

"The Danish Girl"



Dzisiaj ponownie powracam do tegorocznych, oscarowych zwycięzców. Tym razem na warsztat trafiło kolejne kontrowersyjne dla niektórych dzieło (jawna promocja transseksualizmu przecież), czyli "The Danish Girl". W Polszy film wyreżyserowany przez Toma Hoopera występował pod wdzięcznym tytułem "Dziewczyna z portretu" – przynajmniej w tłumaczeniu zawarto jakieś nawiązanie fabularne. We wstępie warto również podkreślić ważną, przynajmniej moim zdaniem, informację, która może mieć wpływ na Waszą percepcję filmu. Wbrew temu, co można wywnioskować z napisów końcowych, produkcja Hoopera nie przedstawia w 100% prawdziwej historii (choć oczywiście Gerda i Einar to postacie historyczne), ale jest luźno oparta na powieści Davida Ebershoffa pod tym samym tytułem. A z kolei książka amerykańskiego pisarza to efekt kompletnej imaginacji autora na temat życia dwojga bohaterów, w którym pominięto lub zmieniono wiele kluczowych szczegółów, a niemal wszystkie postacie drugoplanowe są tworem jego bogatej wyobraźni. Sami zatem oceńcie czy dysponując taką wiedzą nie zmienicie trochę podejścia do "Dziewczyny z portretu".
źródło: http://www.impawards.com
Jak już wspomniałem powyżej "The Danish Girl" to historia luźno oparta na faktach. W międzywojennej Kopenhadze utalentowany malarz pejzaży Einar Wegener (Eddie Redmayne) odnosi coraz większe sukcesy na polu artystycznym. Niestety Gerda (Alicia Vikander), małżonka naszego bohatera specjalizująca się w malowaniu portretów, nie może dorównać popularnością mężowi, cały czas stojąc u progu kariery. Pewnego dnia wskutek całkowitego przypadku Einar, przebrany w damskie ubrania, musi posłużyć żonie w roli modela do kolejnego obrazu. Z pozoru błaha przebieranka odnosi jednak fatalne skutki na psychice mężczyzny, ponieważ wyzwala długo skrywane w podświadomości pragnienia i potrzeby.
© 2016 Focus Features. A Comcast Company.
Przyznam szczerze, że po obejrzeniu przepełnionego totalną miałkością "Brooklynu" nie miałem większych oczekiwań co do "Dziewczyny z portretu" i zasadniczo film postanowiłem obejrzeć z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że bardzo lubię malarstwo i jak się kiedyś okazało nawet mierne kino może w tej dziedzinie prezentować walory edukacji (vide "Złota Dama" i Gustav Klimt). Po drugie ciekawiła mnie drugoplanowa kreacja, za którą Alicia Vikander otrzymała tegorocznego Oscara. Oczywiście po seansie mogę śmiało stwierdzić, że kompletnie nie rozumiem dlaczego jej rola nie została uznana za główną, skoro przebywa na ekranie przez większość filmu (podejrzewam spisek masonów i karbonariuszy). Ale abstrahując już od osobistych wycieczek muszę stwierdzić, że gdyby przedstawiona w "Dziewczynie z portretu" historia miała więcej wspólnego z rzeczywistością (lub jak ktoś woli prawdą historyczną) to byłbym niemal zachwycony. Oczywiście wyeliminowałbym słowo niemal z poprzedniego zdania, ponieważ chociaż film trzyma mimo wszystko niezły poziom, to ostatnia scena jest wyjątkowo tanim, przesadnie sentymentalnym i nachalnym chwytem, który ma pełnić rolę wyciskacza łez z najtwardszej dupy.
© 2016 Focus Features. A Comcast Company.
Niestety odniosłem wrażenie, że scenariusz luźno oparty na powieści, która z kolei została luźno oparta na faktach historycznych, ma w sobie trochę za wiele elementów o charakterze jawnie idealistycznym. Dotyczy to głównie konstrukcji postaci Gerdy, którą można odebrać jako prawdziwe uosobienie bezwarunkowej miłości oraz altruizmu. Jednakże w tym przypadku dzięki dosyć interesującej historii, a przede wszystkim znakomitej grze aktorskiej Alicii Vikander, nie odgrywa to pierwszoplanowego znaczenia. Ponadto "Dziewczyna z portretu" to naprawdę znakomicie nakręcona produkcja – poszczególnie sceny, kostiumy, plenery czy widoki pięknych europejskich miast (głównie Kopenhaga i Bruksela) robią imponujące wrażenie! Do niewątpliwych zachwytów wizualnych należy również dodać liczne obrazy Einara i Gerdy, które wraz z rozwojem akcji przewijają się na ekranie – a zatem film spełnia wspomniany w poprzednim akapicie walor edukacyjny. Na plus zaliczam również ścieżkę dźwiękową dobrze dopełniającą piękne wizualia.
© 2016 Focus Features. A Comcast Company.
Jeśli chodzi o aktorstwo to po raz kolejny muszę napisać, że chociaż doceniam niezwykłą i stopniową transformację Eddie’go Redmayne’a w kobietę, to nie mogę w pełnić kupić jego roli. Nie wiem czy wynika to z faktu, że strasznie się wkurwiłem, kiedy otrzymał Oscara za "Teorię wszystkiego", a Michael Keaton wykręcał właśnie życiowkę w "Birdmanie". Chciałbym, żeby ten niezaprzeczalnie utalentowany aktor pojawił się w końcu na ekranie występując jako normalny, przeciętny bohater i pokazał jakimi skillami rzeczywiście dysponuje. Niemniej Eddie całkowicie niknie, gdy na ekranie pojawia się Alicia Vikander. Oglądając w zeszłym roku "Seventh Son" ani przez chwilę nie pomyślałem, że rok później będę oklaskiwał na stojąco szwedzką aktorkę i pisał, że jest to jeden z najbardziej zasłużonych Oscarów ostatnich lat. Dodam również, że w przeciwieństwie do wielu pochlebnych opinii, jej rola w "Ex Machina" również nie urwała mi dupy. Jednakże Gerda to postać zagrana mistrzowsko – kobieta pełna życiowej energii, nad wyraz silna i gotowa poświęcić osobiste szczęście dla swojego partnera. Momentami z panny Vikander emanuje taka siła, że naprawdę ma się ochotę wznieść własną egzystencję na wyższy poziom. Oklaski na stojąco! Epicka rola Gerdy sprawiła także, że większość postaci drugoplanowych nie zapada specjalnie w pamięć – i to na dodatek w sytuacji, gdy na ekranie pojawia się Amber Heard (Ulla) czy Ben Whishaw (Q skreślić Henryk). W zasadzie na małe wyróżnienie zasłużył Matthias Schoenaerts, wcielający się w Hansa.
© 2016 Focus Features. A Comcast Company.
Gdyby nie wspomniana ostatnia scena, byłbym gotów wystawić filmowi Toma Hoopera zawrotne 8/10. Abstrahując już od przekłamań historyczny i kontrowersyjnej (przynajmniej dla niektórych) tematyki gorąco zachęcam Was do obejrzenia "Dziewczyny z portretu" – w szczególności, jeżeli Wasze zainteresowanie obracają się wokół malarstwa. Niemniej nawet pomijając walory artystyczne jest to wyjątkowo interesująca produkcja, a Alicia Vikander zagrała tak epicko, że naprawdę trzeba to zobaczyć.
© 2016 Focus Features. A Comcast Company.
Ocena: 7/10.

wtorek, 10 maja 2016

"Duke of Burgundy"



I love you. I know I have a different way of showing it. But I love you.

"Duke of Burgundy" to doskonały przykład filmu, na który natknąłem się przeglądając na pozór bezcelowo IMDb. Te poszukiwania, wynikające często z uczucia dogłębnego rozczarowania otaczającą rzeczywistością, mają zasadniczo na celu znalezienie produkcji wymykających się standardom szeroko pojmowanej mainstreamowej kinematografii. W przypadku "Reguł pożądania", jak zgrabnie przetłumaczono anglojęzyczny oryginał, zainteresował mnie właściwe oryginalny tytuł oraz wyjątkowo klimatyczny plakat. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości muszę wspomnieć, iż termin Duke of Burgundy odnosi się jednakże nie do historii, lecz biologii – jest to po prostu zanikający gatunek rzadkiego motyla (Hamearis lucina), który w Polskiej nauce występuje pod wyjątkowo subtelną nazwą: wielena plamowstęg. Reżyser Peter Strickland był mi uprzednio kompletnie nieznany, toteż projekcja zapowiadała się jako kompletna tabula rasa.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Duke of Burgundy" rozgrywa się w niewielkim, acz niezaprzeczalnie urokliwym miasteczku położonym tak naprawdę nie wiadomo gdzie (w zasadzie nie ma to większego znaczenia dla fabuły filmu). Cynthia (Sidse Babett Knudsen), lokalna specjalistka od motyli oraz ciem, regularnie upokarza oraz karze swoją służącą na coraz bardziej wyszukane sposoby. Jednakże Evelyn (Chiara D’Anna) dzielnie znosi kolejne zachcianki swojej pracodawczyni i wydaje się, że czerpie satysfakcję z sadomasochistycznej relacji. Oczywiście, jak to zwykle bywa, wkrótce okazuje się, że rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie.
źródło: http://www.fandango.com
Może zabrzmi to przewrotnie, ale cieszę się, że "Duke of Burgundy" nie odniósł większego sukcesu w Polszy, ponieważ nie zniósłbym chyba kolejnych przejawów nacjonalistyczno-prawicowo-katolickiego bólu dupy z powodu jawnej gloryfikacji homoseksualnych, a dodatkowo sadomasochistycznych związków. Wyobraźcie sobie te uwłaczające intelektowi manifestacje ONR (to ci, co za logo przyjęli sobie ramię przebite kutasem) albo NOP (łatwo się pomylić, ponieważ mają takie same logo jak ONR) pod kinami i pełne żaru kazania księży potępiające dzieło Petera Stricklanda! Nie da się bowiem ukryć, że "Reguły pożądania" to tak naprawdę wysublimowana i kameralna opowieść o lesbijskiej utopii, w której dla mężczyzn kompletnie zabrakło miejsca (obsada składa się wyłącznie z kobiet i manekinów, o czym napiszę dalej). Cóż za policzek dla patriarchalnej dyktatury! Dla przedstawionej historii nie ma większego znaczenia ani miejsce ani tym bardziej czas. Jednakże z uwagi na bardzo ładną scenografię warto dodać, że film kręcono głównie na Węgrzech. Dzięki usunięciu tak niepotrzebnych w tym przypadku ograniczeń czasowo-lokalizacyjnych twórcy mogli skupić się na esencji dziwnej relacji Cynthii oraz Evelyn.
źródło: http://www.fandango.com
Jeśli miałbym zestawić "Duke of Burgundy" oraz "Fifty Shades of Grey" pod względem pokazanej na ekranie perwersji to muszę napisać, iż takie porównanie nie ma kompletnie sensu, ponieważ pierwszy film jest zbyt dobry, aby babrać się w gównie reprezentowanym przez drugi. Peter Strickland przedstawił perwersyjne, sadomasochistyczne zabawy Cynthii i Evelyn w wyjątkowo subtelny i interesujący sposób, pozostawiając tak naprawdę wiele niedopowiedzeń. A było to przecież nie lada wyzwanie, ponieważ niektóre z rytuałów naszych bohaterek mamy okazję obejrzeć po kilka razy w niemal niezmienionej formie. Wracając jeszcze na chwilę do kwestii niedopowiedzeń to przykładowo nie wiem co mają symbolizować manekiny posadzone pośród widowni w trakcie wykładu. Zakładam przy tym, że twórcy nie manifestowaliby skromnego budżetu w aż tak ostentacyjny sposób. Oprócz atrakcji wizualnych warto również zwrócić uwagę na interesującą ścieżkę dźwiękową, za którą odpowiada duet Cat’s Eyes.
źródło: http://www.fandango.com
Minimalistyczne podejście do fabuły sprawia, że uwaga widza automatycznie skupia się odtwórczyniach głównych ról . De facto na ich barkach spoczęła niemal cała odpowiedzialność za sukces filmu, gdyż postacie drugoplanowe pojawiają na ekranie raczej rzadko i przeważnie na krótko. Na moje szczęście obie aktorski idealnie wpisały się w klimat "Duke of Burgundy", chociaż stworzyły całkowicie odmienne kreacje. Cynthia w wykonaniu Sidse Babett Knudsen to dojrzała kobieta, może nawet trochę zmęczona prozą życia, niemniej w dalszym ciągu atrakcyjna oraz trzymająca klasę. Dawno nie oglądałem tak przekonująco zagranego smutku i pewnego rodzaju rezygnacji wynikającej z pogodzenia się z nieuchronnością własnego losu. Dla odmiany Chiara D’Anna w postaci Evelyn skupiła się na młodości i entuzjazmie młodej dziewczyny, która co rusz pragnie nowych doznań, a często podejmuje lekkomyślne działania, nie zastanawiając się jakie przyniosą efekty. Obu paniom należą się ogromne brawa za tak znakomite występy.
źródło: http://www.fandango.com
Jeżeli akurat macie ochotę obejrzeć wyjątkowo subtelną opowieść o lesbijskim, sadomasochistycznym związku, z której epatują pokłady smutku, to trudno mi polecić coś lepszego niż "Duke of Burgundy". Peterowi Stricklandowi udało się nakręcić film niezwykle delikatny, momentami urzekający pięknymi zdjęciami oraz doskonale dopasowaną muzyką. A ponieważ daleko mi od prawicowo-nacjonalistycznego podejścia do kinematografii nagradzam "Reguły pożądania" wysoką oceną.
Tytułowy Duke of Burgundy
(źródło: https://commons.wikimedia.org)
Ocena: 8/10.