wtorek, 4 marca 2014

"American Hustle"


Na wstępie muszę zaznaczyć, że moje oczekiwania wobec "American Hustle" były dosyć spore. Co prawda przeważnie nie mam w zwyczaju napalać się na filmy, aczkolwiek upchnięcie w jednej produkcji Jennifer Lawrence, Christiana Bale'a, Roberta De Niro, Bradleya Coopera oraz Amy Adams naprawdę robi wrażenie. Nie dziwcie się, że Jeremy Renner nie został wymieniony w powyższej linijce, ale nienawidziłem go szczerze za rolę kompletnie bezużytecznego Hawkeye'a. Ponadto spoglądając na dotychczasową twórczość Davida O. Russella (m.in. "Złoto pustyni", "Fighter", "Silver Linings Playbook") można było wywnioskować, że i tym razem zapewni co najmniej solidny poziom rozrywki, zaczynający się gdzieś na poziomie 6/10 z wysoce prawdopodobną tendencją wzrostową. Do wybrania się na seans zachęcały również recenzje wszelkiej maści krytyków filmowych oraz wyjątkowo wysoki wynik na Metascore (90%!!!). W tejże idealnie wykreowanej bajce wszystko wydawało się na tyle doskonałe, iż "American Hustle" miał zmiażdżyć tegoroczne Oscary, zdobywając milijon statuetek. Niestety, rzeczywistość brutalnie zweryfikowała wybujałe oczekiwania, ponieważ 10 nominacji przełożyło się na dokładnie zero statuetek. Smuteczek raczej.
źródło: http://www.impawards.com
Po fabule "American Hustle" spodziewałem się rozmachu i epickości – w końcu tytuł filmu zobowiązuje. Tymczasem jest to historia małego oszusta, Irvinga Rosenfelda (Christian Bale), który oprócz wielu niewielkich biznesów, para się na boku udzielaniem lewych pożyczek i handlem dziełami sztuki (najczęściej lipnymi). Na pewnej imprezie spotyka uroczą Sydney Prosser (Amy Adams), podzielającą zarówno jego zamiłowanie do Duke'a Ellingtona, jak i szemranych interesów. Para naszych bohaterów łączy swoje talenty i zaczyna rozwijać działalność na coraz większą skalę. Niestety w wyniku prowokacji niezwykle neurotycznego agenta FBI (Bradley Cooper) Sydney i Irving zostają zmuszeni do współpracy z fedziami. Stawka jest wysoka, ponieważ niezrównoważony psychicznie Richie DiMaso nienawidzi korupcji, a jak doskonale wiemy, w latach 70-tych to negatywne zjawisko opanowało nie tylko władze lokalne, ale nawet Kongres. I oczywiście cała opowieść jest based on true story.
źródło: http://www.americanhustle-movie.com/site/
Wspaniała obsada, lata 70-te, klimaty przestępcze – David O. Russell stanął przed wielką szansą, by stworzyć dzieło naprawdę wybitne. Niestety, końcowy efekt jest relatywnie rozczarowujący. Naprawdę rzadko mi się zdarza, aby siedząc w kinie przez początkowe 60 minut filmu, poczuł się totalnie wynudzony. Oglądając pierwszą część "American Hustle" potrafiłem co prawda docenić doskonale rozpisane postacie i grę aktorską, aczkolwiek fabuła nie zbliża się nawet na chwilę do ich poziomu. W zasadzie fabularna ułomność to największy zarzut, jaki mogę postawić produkcji Russella. Na tle wielu innych filmów o zbliżonej tematyce intryga przedstawiona w "American Hustle" nie wypada imponująco. Co więcej, mogę nawet stwierdzić, że jest najzwyczajniej w świecie miałka. W drugiej części zaczyna się robić trochę ciekawiej i z większym rozmachem. Richie, Sydney i Irving wchodzą do naprawdę niebezpiecznej gry zahaczając o plany rewitalizacji Atlantic City i współpracowników samego Meyera Lansky'ego. Niemniej wszystko zostaje ucięte w pewnym momencie i "American Hustle" nagle się kończy. Russell tak naprawdę nie zrobił filmu na serio, ale zdecydowanie uderzył w tzw. przymrużenie oka. Myślicie, że gdyby była to produkcja z ciężarem gatunkowym na przykład "Chłopców z ferajny", ktokolwiek z głównych bohaterów dożyłby do końca?
źródło: http://www.americanhustle-movie.com/site/
Oczywiście twórcom należą się ogromne brawa za sprawność realizacyjną oraz doskonałe oddanie realiów tejże zamierzchłej epoki. Kostiumy i poszczególne stylówki są po prostu bezbłędne – mój faworyt to Shea Whigham. Prawdziwym hitem jest wygląd Christiana Bale'a, który naprawdę wiele zrobił (a raczej zjadł) by stać się Irvingiem. Aby zobaczyć jego wysiłek w pełnej okazałości polecam scenę słuchania Duke'a Ellingtona na imprezie. Kto pamięta jego doskonałą sylwetkę z "Batmana" czy wychudzony szkielet z "Mechanika" może być w szoku bardzo. Ponadto zaskoczyła mnie dosyć spora ilość nawiązań do "Boardwalk Empire". Nie dość, że wiele mówi się o Atlantic City, gdzie została osadzona akcja serialu, to na dodatek na ekranie pojawiają się Shea Whigham oraz Jack Huston, a gdzieś w oddali majaczy widmo potężnego Meyera Lansky'ego. Niestety dialogi nie były aż tak zabawne jak oczekiwałem. Cytując klasyka śmiechłem zaledwie kilka razy (i to delikatnie). O wiele więcej radości przyniosła natomiast relacja DiMaso z jego szefem w FBI i świetnie w nią wpleciona opowieść o łowieniu ryb na zamarzniętym jeziorze.
źródło: http://www.americanhustle-movie.com/site/
Na koniec największa perełka "American Hustle" - aktorstwo. Spośród piątki głównych bohaterów niemal każdy stworzył kreację wybitną, ale warto pamiętać, że są to świetnie napisane postacie. Christian Bale, dokonawszy kolejnej fizycznej metamorfozy, zagrał wspaniałą rolę. Jego Irving to w zasadzie zwyczajny, dosyć sympatyczny człowiek, który posiada również wiele wad i słabości. Zwróćcie uwagę jak się niemal rozkleja w scenie nigdy nie mów prawdy kobiecie. Wyborne aktorstwo, aczkolwiek największe oklaski należą się Amy Adams. Po obejrzeniu "American Hustle" stała się moją główną kandydatką do Oscara, niemniej jak zwykle Akademia mnie oszukała. Jako Sydney wypada po prostu olśniewająco – znakomity angielski akcent, którego mam ochotę słuchać zawsze, oraz bardzo odważne dekolty, które również mógłbym oglądać przez całą wieczność. Splendid! Amy Adams swoją rolą zdecydowanie usunęła w cień jedną z moich ulubionych aktorek. Jennifer Lawrence dostała w sumie niewielką rólkę, zagrała bardzo wyraziście i fajnie, ale to jednak akcent i dekolty Sydney będę najbardziej kojarzył z "American Hustle". Bradley Cooper znowu dostał postać, która kompletnie nie radzi sobie z agresją i muszę przyznać, ze jako zawsze wkurwiony wypadł niezwykle realistycznie. Nawet wielokrotnie hejtowany przeze mnie Jeremy Renner zrobił dobrą robotę. Jego Carmine Polito to naprawdę sympatyczna i szczera postać, którą lubi się po prosu od razu. Brawo Jeremy, prawie zapomniałem, że grałeś Hawkeye'a. W filmie pojawia się również na chwilę Robert De Niro, ale jakoś nie jestem zachwycony jego występem. Moja rada dla Davida O. Russella w tej kwestii: następnym razem zaangażuj kogoś mniej znanego, kto nie jedzie na sławie nazwiska – przynajmniej będzie taniej.
źródło: http://www.americanhustle-movie.com/site/
Według IMDb Christian Bale twierdził, że większość filmu została zaimprowizowana, a Russell w trakcie kręcenia miał nawet powiedzieć: I hate plots. I am all about characters, that's it. Przychylam się do tej teorii, ponieważ naprawdę widać to na ekranie. Niestety miałkości fabularnej nie zastąpią nawet najlepsze aktorskie kreacje. Z tego powodu nie pałam jakąś szczególnie wielką chęcią, aby obejrzeć "American Hustle" raz jeszcze. W przypadku "Silver Linings Playbook" są przynajmniej dwie sceny, które mnie ogromnie bawią za każdym razem. Tutaj naprawdę ciężko wskazać choćby jedną, a to naprawdę daje do myślenia.
źródło: http://www.americanhustle-movie.com/site/
Ocena: 6/10.

piątek, 14 lutego 2014

"The Great White Hype"


Odkąd tylko pamiętam "The Great White Hype" kojarzy mi się z sielskim niedzielnym popołudniem i żółtym słoneczkiem Polsatu. Wynika to zapewne z faktu, że film Reginalda Hudlina jest puszczany wyłącznie w tenże wyjątkowo leniwy dzień, mniej więcej o tej samej porze i zawsze na tym samym kanale. Niemniej chociaż "Wielką białą pięść" widziałem już milijon razy, to jest mi bardzo trudno odmówić sobie kolejnej projekcji. Czemuż? Otóż jest to dzieło zawierające w sobie dosyć rasistowskie żarty na temat mieszkańców Irlandii. Przejawiając wysoki poziom zainteresowania Wyspami Brytyjskimi wszelkie tego rodzaju wstawki zawsze mnie ogromnie bawiły, toteż wspomnianą produkcję darzę sporą estymą.
źródło: http://www.impawards.com
"The Great White Hype" obraca się w kręgu tematyki sportowej, a dokładniej boksu zawodowego. Doświadczony promotor, wielebny Sultan (Samuel L. Jackson), stwierdza, że wskutek długotrwałej supremacji dotychczasowego mistrza, dochody z walk są coraz mniejsze. Sytuację dodatkowo pogarsza postawa championa. James The Grim Reaper Roper (Damon Wayans) z każdą walką pogrąża się w nonszalancji, a jego podejście do treningów daleko odbiega od zachowań przykładnych sportowców. Sultan wpada zatem na genialny pomysł, by sprawić aby hajs się znowu zgadzał. Jadąc na sprawdzonym patencie (tzw. ostatnia nadzieja białych) postanawia zorganizować walkę z jedynym człowiekiem, który pokonał obecnego mistrza. Niemniej nie jest to proste zadanie, ponieważ pojedynek odbył się jeszcze w czasach amatorskich, a Terry Conklin (Peter Berg) zamiast kontynuować karierę na ringu postanowił zostać frontmanem zespołu rockowego.
źródło: http://www.cineplex.com
"The Great White Hype" nie jest może dziełem wybitnym ani szczególnie ambitnym, ale jako parodia kina sportowego sprawdza się bardzo dobrze. Oczywiście główne przesłanie filmu odnoście postępującej komercjalizacji sportu oraz dziennikarstwa w żaden sposób nie straciło na aktualności. Rozwiązania fabularne zastosowana w filmie są momentami niezwykle zabawne i ożywcze. Do mnie najbardziej przemawiają wszystkie zabiegi mające ugruntować dosyć wątpliwą pozycję pretendenta. Przykładowo aby uzyskać dodatkowe uznanie białych obywateli USA, Terry wkrótce zyskuje ksywę Irish, chociaż jak sam często podkreśla nie posiada żadnych irlandzkich korzeni. Mimo to wyjście Conklina na ring poprzedza słynna irlandzka ballada Danny Boy, a tuż przed dzielnym irlandzkim herosem kroczą karły przebrane za leprechauny. Jednakże moim ulubionym akcentem jest angielski trener Terry'ego, Johnny Windsor (John Rhys-Davies). Jestem przekonany, że jest to jeden z najlepszych coachów na filmowych ekranie. Windsor, wypowiadający swoje doskonałe kwestie wyrażające pogardę dla Irlandczyków (m.in.: Terry, listen to me: do this for the white race. You may be Irish, but they're almost white), jest bezbłędnie skonstruowany. Oczywiście na wszelkie zarzuty Conklina o rasizm ma przygotowaną doskonałą ripostę – Gdybym był rasistą nie mógł bym Cię trenować. Zaiste, takie postacie chcę oglądać na ekranie znacznie częściej!
źródło: http://www.cineplex.com
Fajnie ukazano również degrengoladę obecnego mistrza. James The Grim Reaper Roper poczuł się na tyle pewny własnej supremacji, że zamiast ciężko trenować zaczął obżerać się lodami oglądając "Dolemite" z 1975 roku. Kto nie widział tegoż wspaniałego wytworu blaxploitation może tylko żałować. Jest to kino równie wspaniałe jak nie mniej słynne "Black Gestapo". Jak łatwo sobie wyobrazić Roper bardzo zamienia się w tzw. miśka, budzącego jedynie politowanie u kibiców. Upadek mistrza oraz zabiegi marketingowe wokół pretendenta to zdecydowanie najlepsze fragmenty "The Great White Hype". Oprócz nich w filmie znajdziemy jedno całkiem niezłe nawiązanie do "Pulp Fiction", występ samego Method Mana oraz galerię całkiem fajnych postaci. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się świetny jak zawsze Samuel L. Jackson, aczkolwiek jak już wspominałem najbardziej lubię oglądać Johna Rhysa-Daviesa jako Johnny'ego Windsora. Doskonale w upadłego mistrza wcielił się Damon Wayans, ale również Peter Berg ani na krok nie odstępuje swojego filmowego rywala. Muszę przyznać, że nawet Jeff Goldblum, za którym normalnie niezbyt przepadam, w roli sprzedajnego dziennikarza wypada całkiem solidnie. A w epizodycznych rolach cała plejada uznanych aktorów m.in.: Cheech Marin (jako sprzedajny działacz federacji boksu wypada znakomicie), Albert Hall, Michael Jace czy choćby Jamie Foxx.
źródło: http://www.cineplex.com
Największym zarzutem jaki mogę postawić "Wielkiej białej pięści" jest czas trwania filmu – to jedynie 91 minut. Wyraźnie widać, że twórcom zabrakło inwencji na lepsze zakończenie, ponieważ czułem spory niedosyt, gdy zobaczyłem napisy końcowe. Oczywiście, przy dużym nagromadzeniu żartów, nie wszystkie trzymają odpowiedni poziom. Niemniej większość z nich jest naprawdę wyborna i potrafi bawić nawet po kilkukrotnym obejrzeniu filmu. Co więcej, jak na pastisz filmów sportowych "The Great White Hype" wypada o niebo lepiej niż wiele produkcji kręconych na poważnie. Pod płaszczykiem humoreski ukazono bowiem naprawdę negatywne mechanizmy, dzięku którym obecnie wiele dziedzin sportu wygląda tak, a nie inaczej. Za to należą się wielkie brawa i ocena trochę wyższa niż początkowo planowałem.
źródło: http://www.cineplex.com

Ocena: 7/10.

poniedziałek, 3 lutego 2014

"Pod Mocnym Aniołem"


Chociaż jestem już w życia wędrówce, na połowie czasu to dotychczas nie miałem żadnej styczności z prozą Jerzego Pilcha. W zasadzie trudno to wytłumaczyć, ponieważ nie raz i nie dwa byłem zdecydowany przeczytać którąś z jego książek, ale widocznie the odds were not in my favor. Niemniej skoro nie wyszło z literaturą, to przy okazji najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego nadarzyła się okazja, by sprawdzić jak wypada twórczość Pilcha na dużym ekranie. Jednakże trailer "Pod Mocnym Aniołem" nie zapowiadał wybitnego kina. Co więcej, od razu przywoływał skojarzenia z niezbyt dobrą "Drogówką", którą z nieznanych mi przyczyn (czyli hajs się musi zgadzać) hołubili wszelacy recenzenci. Zapowiedź sprawiała wrażenie bardzo zabawowego kina – podłożenie słynnego motywu z "Zorby" do dziś wydaje mi się wyjątkowo miałkim chwytem. Do tego żenujące (przynajmniej dla mnie) tag line: Film, który zachwieje Polską. What the fuck?! Rozumiem, że czasem trzeba grać pod publikę, ale przecież Smarzowski nie słynie z kręcenia filmów dla plebsu. Ostatecznie okazało się, że te wyjątkowe okoliczności nie są na tyle porażające by odpuścić sobie kinową projekcję "Pod Mocnym Aniołem". Zebrawszy solidną ekipę udaliśmy się do krakowskiego kina Kijów. Wspominam o tej lokalizacji, ponieważ tuż przed seansem mieliśmy okazję zobaczyć błyskotliwą akcję miejscowej prewencji, którą można jedynie skomentować hasłem – Mój kraj, taki piękny (R.I.P. Życie i Śmierć). Co z tego, że na krakowskich osiedlach ludzie giną od maczety, skoro najpoważniejszym przestępstwem jest rzucenie peta na chodnik (bo oczywiście kosza na śmieci brak)?
źródło: http://www.filmweb.pl
"Pod Mocnym Aniołem" to opowieść o znanym pisarzu Jurku (wyraźne wątki autobiograficzne Pilcha), który zmaga się z alkoholizmem. Nie jest to jednakże nałóg postępujący, ba nawet nie dowiadujemy się z jakiego powodu bohater zaczął pić tak brutalnie – zresztą w kontekście tej historii nie ma to większego znaczenia. Jureczek nie tyle pije, co raczej chleje totalnie. Cały jego żywot to pasmo nieustających libacji, z rzadka przerywanych pobytem w ośrodku dla uzależnionych. Jednakże muszę Was przestrzec: nie liczcie nie linearną fabułę. "Pod Mocnym Aniołem" to po prostu zbiór randomowych scen z życia Jurka i jego kompanionów: libacje, odwyk, halucynacje pod wpływem, majaki oraz imaginacje. Czas ani tym bardziej realność wydarzeń nie mają żadnego znaczenia. W zasadzie poszczególne sceny można sobie zaaplikować w dowolnej kolejności, a finalny efekt i tak będzie taki sam.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
"Pod Mocnym Aniołem" wpisuje się w dosyć szeroki nurt filmów poruszających temat alkoholizmu. Jednakże Wojciech Smarzowski, zgodnie ze swoim stylem, przedstawia picie jako proces dążący do totalnego upodlenie człowieka. Na ekranie oglądamy zatem wszystkie możliwe efekty uboczne hardcorowych libacji, totalny syf i brud (m.in. regularne taplanie się gunwie i wymiotach bez względu na płeć). Nie wiem jakie macie doświadczenia z alkoholizmem, ale mając styczność z paroma alkoholikami w żaden w sposób nie jestem zaskoczony tym, co widziałem na ekranie. Film Smarzowskiego nie próbuje na szczęście pouczać widza by przestał pić – w zasadzie spoglądając na niektórych moich towarzyszy z seansu wywołał efekt kompletnie odwrotny. U mnie natomiast pogłębił pewną refleksję. Nie raz po kolejnym melanżu, budząc się po 16 w fatalnym stanie, zastanawiałem się ile mi jeszcze brakuje do przekroczenia cienkiej, czerwonej linii? Jak blisko jestem by dzierżąc życie w reklamówce żulówce ze sztajnesami stać na winklu przy wspomnieniach i wódce? Możliwe, że już znalazłem się na linii pochyłej. Zważywszy, że piszę recenzję sącząc chilijski merlot jest to niezwykle interesująca kwestia. Nie raz w stanie upojenia podejmowało się fatalne w skutkach decyzje, jednakże absolutnym hitem dla mnie pozostaje pewien zakład z czasów licealnych. Mocno nietrzeźwy znajomy w trakcie partii bilarda założył się o własną dziewczynę i … przegrał. O skutki zakładu nie pytajcie, równie dobrze mogliście tam być. Tymczasem skończmy prywatę i wróćmy do filmu Smarzowskiego.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Jak już wspomniałem powyżej "Pod Mocnym Aniołem" ma dosyć epizodyczną formę. Niektóre sceny mogą bawić (szósta w południe), inne autentycznie odstręczać naturalizmem, ale niestety do większości filmu mam stosunek całkowicie obojętny. Nie mam zamiaru czepiać się rozwiązań fabularnych, ponieważ Smarzowski ekranizuje powieść Pilcha. Niemniej, jeżeli książkowy oryginał ma taką samą formę, to pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego filmować coś, czego dobrze sfilmować się nie da? Nie wiem jakie motywacje stały za Smarzowskim, gdy podejmował tę decyzję, ale patrząc na końcowy efekt jestem przekonany, że był to nietrafny wybór. Oglądając film ani przez chwilę nie czułem żadnej wizji reżysera, nie dostrzegłem również niczego, co spięłoby perypetie Jurka w jakąś całość. Większość akcji rozgrywa się w Krakowie, więc miło zobaczyć na ekranie ulice, po których stąpam na co dzień. Honor tytułowej knajpy pełniła Cafe Szafe na ul. Felicjanek. Do tego dodano wiele scen m.in. na Plantach (chyba moje ulubione ujęcia z ogorzałym ryłem Jurka i butelką wódki), Rynku czy też nad Wisłą. Niemniej pod względem scenografii pojawiają się pewne zgrzyty. Jeżeli mamy retrospekcję z 1997 roku to troszkę mało realne wydaje się być picie wódki Krupnik, która po prostu jeszcze wtenczas nie istniała. Swoją drogą na ekranie leją się hektolitry Maximusa, więc muszę pochwalić producenta tego trunku za niebywale odważny product placement.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Jak zwykle u Smarzowskiego oglądamy praktycznie te same twarze. Jeden z moich towarzyszy niezwykle trafnie określił to zjawisko jako uniwersum Smarzowskiego. A więc ponownie jest Marian Dziędziel, Arkadiusz Jakubik (najlepsza stylówa w całym filmie), Kinga Preis (genialna charakteryzacja i świetna rola), Marcin Dorociński (epizod całkowicie zbędny), Lech Dyblik, Andrzej Grabowski, Agata Kulesza oraz Jacek Braciak. Chociaż lubię i szanuję każdego z tych aktorów, to szczerze powiedziawszy nie mam ochoty oglądać ich w każdym filmie Smarzowskiego. Szczęśliwie w roli głównej obsadzony został Robert Węckiewicz, który w postaci Jurka odnalazł się znakomicie. Nie jest łatwo grać pijanego, gdyż bardzo łatwo można przegiąć i stworzyć komediową kreację. Węckiewicz sprawdził się doskonale i co najważniejsze również wiarygodnie. Partnerująca mu Julia Kijowska niestety nie zrobiła furory, aczkolwiek zagrała bez większego przypału. Adam Woronowicz wypadł całkiem spoko, aczkolwiek jak słusznie zauważyła dziewczyna siedząca za mną w kinie - mógł nie zdejmować czapki. Bardzo podobał mi się swoisty follow up do "Drogówki" - zwróćcie uwagę na policjanta z alkomatem. Po tej jednej scenie można wywnioskować, że Smarzowski ma spory dystans do własnej twórczości.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Niestety kilka fajnych ról nie zdołało uratować tego filmu. Najlepszym podsumowaniem całości był dźwięk szklanej butelki wrzucanej do kosza tuż przed końcem seansu, co wywołało prawdziwą euforię na sali kinowej. Szkoda, że spontaniczna radość nie wynikała z tego, co działo się na ekranie. Nie da się ukryć, że "Pod Mocnym Aniołem" to kolejne rozczarowanie w twórczości Wojciecha Smarzowskiego. Rozpatrując jego ostatnie dokonania wyraźnie zarysowuje się trend spadkowy. "Drogówkę" można było uznać za wypadek przy pracy, aczkolwiek ekranizacja książki Pilcha udowadnia, że utalentowany reżyser znalazł się na równi pochyłej. Nie miałbym wielkich pretensji, gdyby "Pod Mocnym Aniołem" nakręcił jakiś rookie albo no name. Jednakże od twórcy "Wesela" oraz "Domu Złego" wymagam znacznie więcej – skoro zawiesza się poprzeczkę tak wysoko, to nie można nagle tak drastycznie obniżać poziomu. Pytam zatem rozpaczliwie: quo vadis Wojciechu?
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Ocena: 5/10.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"The Hobbit: The Desolation of Smaug"

Pomimo wielkich obaw pierwsza część "Hobbita" zachwyciła mnie ogromnie. Dzieło Petera Jacksona wypadło tak znakomicie, że postanowiłem przymknąć oko na przerobienie 300-stronicowej książki na trzy dosyć długie filmy i zobaczyć "The Desolation of Smaug" w kinie. Wychodziłem z założenia, że cała trylogia "Hobbita", podobnie jak "Władca Pierścieni", będzie na dosyć zbliżonym poziomie, przez co nie uświadczę żenady. Gdy tylko Peter Jackson dowiedział się, że wybieram się na jego najnowsze dzieło od razu zaproponował pokrycie kosztów biletu oraz dowóz na miejsce Bentleyem Continental z barkiem wypełnionym Moët. Niestety prowadzenie tak popularnego i opiniotwórczego bloga wiąże się ze sporymi wyrzeczeniami. Jako ostatni sprawiedliwy z bólem serca musiałem odmówić Peterowi i potwierdzić opinię nieprzekupnego. Niemniej w dalszym ciągu czekam na propozycję nie do odrzucenia od szejków odnośnie korekty recenzji "Black Gold".
źródło: http://www.impawards.com
"The Hobbit: The Desolation of Smaug" rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym skończyła się pierwsza część trylogii. Dzielna drużyna Thorina (Richard Armitage) w dalszym ciągu prze naprzód, a upragniony Erebor jest coraz bliżej. Niemniej to, co w "Niezwykłej Podróży" zarysowano jedynie w delikatny sposób, tutaj staje się niemal równorzędnym wątkiem dla krasnoludzkiej rekonkwisty. Mowa oczywiście o złu przez duże zet, którego widmo z każdym dniem coraz wyraźniej majaczy na spokojnym dotychczas Śródziemiem.
źródło: http://www.thehobbit.com
W "Pustkowiu Smauga" twórcy w dalszym ciągu konsekwentnie trzymają się przyjętej wizji Śródziemia. W środkowej części trylogii możemy zatem podziwiać imponujące Leśne Królestwo króla elfów Thranduila (Lee Pace), położone w gęstwinie Mrocznej Puszczy. Ciekawie przedstawiono Esgaroth. Miasto na Jeziorze ma całkiem fajny wygląd oraz klimat, aczkolwiek wywołało u mnie troszkę skojarzeń z "Piratami z Karaibów". Dol Guldur, jak na siedzibę Czarnoksiężnika przystało, epatuje mrokiem i wzbudza odpowiedni poziom niepokoju. I oczywiście, w zamierzeniu twórców, wisienka na torcie, czyli Erebor. Niemniej muszę przyznać, że niezwykle przestronne wnętrza Samotnej Góry nie zrobiły na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak królestwo Thranduila. Śródziemie w dalszym ciągu wygląda znakomicie i po prostu nie miałem ochoty opuszczać sali kinowej. Skoro wiemy już dokąd zabrał nas tym razem Peter Jackson, rzućmy okiem na rozwiązania fabularne. "Pustkowie Smauga" niemal pozbawione jest przestojów. Akcja mknie do przodu w zawrotnym tempie, ale niestety niektóre wydarzenia są troszkę za bardzo spektakularne i przypominają raczej późniejsze, mocno przegięte części "Piratów z Karaibów". W głównej mierze dotyczy to wszystkiego, co działo się w czasie rzecznej ucieczki z Leśnego Królestwa. Naprawdę może się to komuś wydać imponujące, ale mnie już najzwyczajniej w świecie nudzi. Mam również duże zarzuty pod adresem finału w Ereborze. Krasnoludy beztrosko biegające po dawnym królestwie bez ładu i składu pozwalają powątpiewać w zdolności planistyczne i taktyczny geniusz Thorina Dębowej Tarczy. Na pewno do legendy przejdzie ogromny zapał, jaki wykazała krasnoludzka kompania, by postarać się otworzyć tajemne wejście do Ereboru.
źródło: http://www.thehobbit.com
Odnośnie rozwiązań fabularnych warto również wspomnieć o jednym z najbardziej znienawidzonych przeze mnie motywów filmowych – poprawności politycznej. W czasie przemowy Thorina w Esgaroth dostajemy bowiem dwa ujęcia, w czasie których możemy podziwiać czarnoskórych mieszkańców tegoż miasta. Trochę to dziwne, zważywszy, że reszta populacji składa się wyłącznie z przedstawicieli białej rasy. Druga i jeszcze bardziej irytująca sprawa to niezwykle durne, międzyrasowe (dosłownie) love story, które studio postanowiło na siłę wepchnąć do filmu. Dodatkowy wątek zazdrości Legolasa (Orlando Bloom) postanowiłem zostawić bez komentarza. Przez tego rodzaju szczegóły "Pustkowie Smauga" bardzo wiele straciło w moich oczach. Jednakże w dalszym ciągu jest to świetne kino rozrywkowe, które nie pozwala się nudzić widzom. Niemniej druga część kończy się tak niespodziewanie (w połowie kluczowej akcji), że od razu ma się ochotę obejrzeć finałową odsłonę. Niestety w czasie napisów końcowych zamiast jakiejś potężnej i podniosłej pieśni w stylu Far over the Misty Mountains Cold zostałem uraczony strasznie miałką piosenką w wykonaniu Eda Sheerana. Jedyny komentarz jaki nasuwa mi się po przesłuchaniu I See Fire to skromne what the fuck?!
źródło: http://www.thehobbit.com
Jeśli chodzi o naszych dzielnych bohaterów to większość krasnoludzkiej kompanii wypada niemal taka samo, jak w poprzedniej części. Pewnie zmiany zachodzą w postaci Thorina – czasami staje się po prostu bezwzględnym, chciwym kutasem, totalnie nieliczącym się z życiem jednostek. Nie można się zatem dziwić, że Beorn nienawidzi krasnoludzkiej rasy, a elfy mają ją w totalnej pogardzie. Chciwość to główny zarzut stawiany przez Thranduila, ale kto czytał Silmarillion wie że elfy potrafiły być równie pazerne i okrutne (w szczególności polecam Quenta Silmarillion). Również inaczej zaczyna zachowywać się Bilbo (Martin Freeman), którego powoli oplata moc Jedynego Pierścienia. Gandalf (Ian McKellen) tradycyjnie już łączy w swojej postaci sprzeczności: dalekosiężne myślenie strategiczne oraz podejmowanie beztroskich działań na pałę, przez co oczywiście kończy w typowy dla siebie sposób. Warto w tym miejscu wspomnieć o scenie, w której okazuje się kim naprawdę jest Czarnoksiężnik. Tejże potężnej postaci w materialnej formie nie widzieliśmy bowiem od bardzo dawna, a jak zawsze jest to niezwykle imponujące wrażenie. I to nie tylko wizualne, ponieważ słuchanie Czarnej Mowy to wyjątkowe przeżycie. Przedstawiciele ludzkiej rasy wypadają w filmie raczej kiepsko: albo są to krótkowzroczni, chciwi głupcy albo totalnie prawi i sprawiedliwi jak Bard (Luke Evans). Niestety jest to postać kompletnie bez wyrazu i szkoda, że Luke Evans nie postarał się bardziej by nadać jej choćby odrobinę inny rys. O ile jednak Bard wystąpił w książce, o tyle Tauriel (Eveageline Lilly) to w całości wytwór kreatywności scenarzystów. Nie dość, że jest nieposłuszna swemu władcy, to na dodatek wikłając się w żenujący romans może doprowadzić do powstania hybrydy dwóch ras (chciałbym zobaczyć reakcję Legolasa na coś takiego). Niemniej patrząc na pannę Lilly cały czas miałem wrażenie, że zaraz z zarośli wyskoczą Jack i Sawyer z "Lost" by w mordobiciu ustalić kto jest bardziej godzien jej wdzięków. Na szczęście honor elfów ratuje świetna postać króla Thranduila – w zasadzie można tylko żałować, że w filmie jest go tak mało. Równie doskonale wypada nasz stary znajomy z "Władcy Pierścieni", a przy okazji syn władcy Leśnego Królestwa – Legolas. W "Pustkowiu Smauga" objawia się nie tylko jako ultimate über pro fighter, ale także złotousty hejter krasnoludzkiej rasy. A jak zatem wypada tytułowy Smaug? Od czasów "Wiedźmina" wiadomo, że smoki to kontrowersyjny temat. Tym razem nie jestem zażenowany, ale przyznam, że spodziewałem się czegoś co urwie mi dupę. Niestety Smaug nie urwał.
źródło: http://www.thehobbit.com
"Pustkowie Smauga" nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia jak "Niezwykła Podróż". Aczkolwiek takaż jest niewdzięczna rola części środkowej – świat przedstawiony już znamy, a finał opowieści dopiero przed nami. Niestety z powodu wymienionych wyżej powodów (postać Tauriel, żenujący romans, przekombinoane rozwiązania) nie jestem w stanie wystawić drugiej części oceny takiej samej jak pierwszej. Nie zrozumcie mnie przy tym źle – uważam "Pustkowie Smauga" za kino rozrywkowe najwyższej klasy, zrealizowane na mistrzowskim poziomie. Pod względem technicznym produkcji Jacksona nie można nic zarzucić. Niestety fabularnie nie jest tak doskonale jak w przypadku "Władcy Pierścieni". Mimo wszystko z wytęsknieniem czekam na finałową odsłonę trylogii "Hobbita".
źródło: http://www.thehobbit.com
Ocena: 7/10.
źródło: http://www.thehobbit.com
Ps.
Nie mam odwagi wspominać o żadnych różnicach pomiędzy książką a filmem (z wyjątkiem wprowadzenia Tauriel), ponieważ powieść Tolkiena czytałem zbyt dawno temu.
źródło: http://www.thehobbit.com

środa, 18 grudnia 2013

"The Great Gatsby" (2013)

Kiedy na ekrany polskich kin wchodził "The Great Gatsby", na przekór postanowiłem nie wybrać się na seans i w domowym zaciszu przeczytać powieść Francisa Scotta Fitzgeralda z 1925 roku. Chociaż wcześniej nie miałem żadnej styczności z twórczością tegoż pisarza, bardzo chciałem się wreszcie dowiedzieć kim jest legendarny Jay Gatsby. Przyznam szczerze, że gdy wówczas przerzucałem kolejne kartki książki, nie odczuwałem wielkiego zachwytu. Oczywiście, doceniałem wysoki poziom literacki Fitzgeralda, niemniej brakowało mi pierwiastka boskości, który uczyniłby powieść nieśmiertelną. Jednakże z perspektywy czasu zacząłem patrzeć troszkę inaczej na "Wielkiego Gatsby'ego" i czuć do niej coraz większą sympatię. W zasadzie przełomowym momentem w tym procesie była projekcja najnowszej ekranizacji, którą wyreżyserował Baz Luhrmann, odpowiedzialny m.in. za wysoce oryginalną wersję "Romeo i Julii" czy też "Moulin Rouge!". Spodziewałem się zatem, że będzie niestandardowo i po seansie mogę stwierdzić, że Luhrmann tym razem mnie nie zawiódł. Gwoli ścisłości dodam, że niestety nie oglądałem ekranizacji z 1974 roku z Robertem Redfordem, ale z tego co widzę na IMDb oceny ma nie najlepsze. Niemniej zestawienie dwóch różnych wizji mogłoby być całkiem ciekawe.
źródło: http://www.impawards.com
Podobnie jak w powieści, narratorem "The Great Gatsby" jest Nick Carraway (Tobey Maguire). Losy głównych bohaterów przedstawiono jako reminiscencję naszego bohatera, który na prośbę swojego psychiatry po latach spisuje dzieje burzliwej młodości. Tuż po studiach Nick przyjeżdża do Nowego Yorku by podjąć pracę na Wall Street. Jak się wkrótce okazuje jego najbliższym sąsiadem jest niemal mityczny i niezwykle tajemniczy Jay Gatsby (Leonardo DiCaprio), słynący z najlepszych i najbardziej epickich melanży w całym mieście. Szczęście nie opuszcza naszego bohatera: na jednym z epickich melanży poznaje osobiście gospodarza, który obdarza go zaufaniem i swoją przyjaźnią. Nick stając się towarzyszem Gatsby'ego z czasem zaczyna poznawać jego najgłębsze sekrety.
Picture me rollin' in my 500 Benz..
(źródło: http://thegreatgatsby.warnerbros.com/)
Początek filmu nie zwiastował niczego niezwykłego. Fajnie, że napisy początkowe z logiem wytwórni nawiązywały do produkcji z lat 20-tych ubiegłego stulecia. Niemniej zaraz po spokojnym starcie widz zostaje rzucony na naprawdę głęboką wodę. Wszystko w "The Great Gatsby" epatuje nowoczesnością – od zawrotnego sposobu kręcenia filmu po współczesną muzykę, która towarzyszy bohaterom. Początkowo czułem się naprawdę dziwnie, ale z czasem przyzwyczaiłem się do wizji Baza Luhrmanna. W szczególności przekonała mnie scena, w której Nick jadąc autem mija automobil wypełniony ludnością afroamerykańską sączącą Moët, a w tle słyszymy Shawna Cartera we własnej osobie (jakby ktoś nie wiedział jest to Jay-Z). Imponujące! Druga rzecz, która uderza w "Wielkim Gatsbym" to przepych i bogactwo. To już nie jest zwykły ukłon w stronę bling blingu. Gdybym miał wskazać film, który najlepiej oddaje sens szczytnej idei jebać biedę to bez wahania wybieram produkcję Luhrmanna, która niemal ocieka złotem. Jako, że sam obecnie znajduję się na pewnym etapie życiowych przewartościowań to potrafię docenić próby wypełnienia każdego kadru tonami hajsu. Najwięcej tego rodzaju zabiegów oglądamy w czasie epickich melanży u Gatsby'ego – to, co się tam dzieje przechodzi ludzkie pojęcie! Wygląd samej posiadłości jest naprawdę oszałamiający! Wszystko co dotychczas widziałem w MTV Cribs nie umywa się do kwadratu Gatsby'ego. Twórcy wyjątkowo się postarali, aby ich bohater zyskał sławę najbardziej hojnego gospodarza w NY.
Epicki kwadrat Gatsby'ego
(źródło: http://thegreatgatsby.warnerbros.com/)
Jakoby dla kontrastu z bling blingowym życiem bohaterów, Fitzgerald wprowadził do książki Dolinę Popiołów. Luhrmann przedstawił to miejsce jako totalny syf, coś w rodzaju brudnego i czarnego Ślunska. Pod względem wizualnym te dwa miejsca dzieli prawdziwa przepaść, niemniej naturalistyczne ukazanie biedy sprawia, że "The Great Gatsby" nie jest jedynie laurką dla bogactwa i splendoru. W zasadzie film epatuje bardzo poważną tonacją. W zależności od podejścia możemy bowiem uznać Gatsby'ego za prawdziwego człowieka z nadziei, psychopatycznego stalkera lub też osobę owładniętą obsesją wzbogacenia się za wszelką cenę. Tak naprawdę dopiero po obejrzeniu filmu Luhrmanna zacząłem naprawdę doceniać książkę Fitzgeralda. I za to właśnie twórcom należą się ogromne brawa!
Wilson reprezentuje biedę.
(źródło: http://thegreatgatsby.warnerbros.com/)
Wielka siła spoczywa również w obsadzie. Co prawda Tobey Maguire kompletnie mi nie leży, aczkolwiek jest niemal uosobieniem każdej ułomności książkowego Nicka. Podobnie jak swój literacki pierwowzór momentami zachowuje się jak kompletny debil i równie często pociesznie nie ogarnia sytuacji. Z powodu wrodzonej ułomności tej postaci miałem w dupie jej los. Na szczęście film kradnie Leonardo DiCaprio – każda scena, w której się pojawia nosi znamiona wybitności. Ponadto aktor genialnie oddał całą książkową głębię postaci Gatsby'ego – a nie było to wcale łatwe zadanie. Świetnie dobrano również Joela Edgertona do roli Toma Buchanana – po prostu idealnie wpasowuje się w koncepcję tej postaci. Po oklaskach dla panów przejdźmy do płci pięknej. Carey Mulligan jako Daisy jest po prostu urzekająca! Dokładnie w ten sposób wyobrażałem sobie żonę Buchanana. Wielkie brawa! Elizabeth Debicki także dobrze pasuje do roli Jordan, niemniej moim zdaniem jej postać najbardziej ucierpiała w stosunku do literackiego pierwowzoru (straszliwe okrojono jej relacje z Nickiem). Jeśli chodzi natomiast o drugi plan mam dwóch faworytów: absorbujący w 100% uwagę widza Amitabh Bachchan (Meyer Wolfsheim) oraz grający trochę przygłupa Jason Clarke (Wilson).
Kwiatowy przepych.
(źródło: http://thegreatgatsby.warnerbros.com/)
"The Great Gatsby" to naprawdę solidne kino z momentami błysku. Długo zastanawiałem się jaką ocenę wystawić. Zaraz po wyjściu z sali kinowej byłem pewien, że film Luhrmanna ma 6/10 pewne jak w banku. Niemniej gdzieś w odmętach umysłu świtała myśl: a może zasłużył na więcej? I rzeczywiście po namyśle i rewizji stosunku do książki Fitzgeralda postanowiłem wystawić jedną gwiazdkę wyżej. Wracając jeszcze na chwilę do porównania literackiego pierwowzoru i filmu to generalnie większych odstępstw nie uświadczyłem (z wyjątkiem wspomnianego okrojenia postaci Jordan oraz kosmetycznych zmian w końcówce). Tym samym należy docenić wysiłek twórców, którym pomimo ogromnych pokładów nowoczesności udało się zachować wymowę oryginału. Jeśli więc macie ochotę na tony złota, bling bling w wersji mega, epatowanie hajsem i marzycie by pić Moët na śniadanie (tak jak ja) to lepszego filmu nie znajdziecie.
Party hard!
(źródło: http://thegreatgatsby.warnerbros.com/)
Ocena: 7/10.

niedziela, 8 grudnia 2013

"Bronson"

Niedzielne, wrześniowe popołudnie zapowiadało się sennie. Za oknem lato chyliło się ku ostatecznemu upadkowi, a liście powoli przybierały odcienie żółci i czerwieni. Niemniej znakomita pogoda zachęcała do spędzenia resztek dnia w plenerach AGH. Jednakże wystarczyła jedna wiadomość od szanownego kolegi Dziurałkę (uszanowanko bardzo) by porzucić wszelkie plany spacerowe. Przeczytawszy zwięzłą sentencję zapraszam na piwo błyskawicznie podjąłem decyzję i przystąpiłem do działania. Ani się obejrzałem, gdy opuściłem moją ówczesną rezydencję na Woli East Side i wsiadłem do odpowiedniego autobusu (przypadkiem wysłuchawszy na przystanku znakomitego telefonicznego monologu na temat konkubinatu). W czasie spożywania kolejnych browarów padło sakramentalne pytanie: Czy widziałeś już "Bronsona"? Jako, że odpowiedź była negatywna, uzbrojeni w Harnasie zasiedliśmy do projekcji. W tym miejscu chciałbym zhejtować tegoroczną promocję Harnolda, ponieważ mimo wypicia monstrualnych ilości tegoż zacnego trunku (najlepszy wśród najtańszych) przez cały rok nie udało mi się wygrać ani jednego! I na dodatek nie słyszałem, żeby wygrał ktokolwiek inny! Hańba i zdrada!
źródło: http://www.impawards.com
"Bronson" przedstawia prawdziwą historię brytyjskiego kryminalisty Michaela Petersona (Tom Hardy). W 1974 roku nasz bohater dokonał niezwykle zuchwałego napadu na pocztę, rabując oszałamiającą kwotę niecałych 27 funtów szterlingów. Za rabunek, godny największych geniuszów zbrodni, został skazany na siedem lat więzienia. Jednakże z uwagi na antyspołeczne zachowania Petersona jego karę wielokrotnie wydłużano, w efekcie czego większość dorosłego życia spędził pod celą. Warto dodać, że z uwagi na permanentne napierdalanie innych wieźniów i strażników Peterson przesiedział prawie 30 lat w izolatce. W 1988 roku, w czasie krótkotrwałego pobytu na wolności, nasz bohater zaczął brać udział w nielegalnych walkach i na potrzeby nowego zajęcia zaczął się określać jako Charles Bronson.
źródło: http://www.starpulse.com
Przyglądając się Charlesowi Bronsonowi od razu nasunęło mi się skojarzenie z Marvem, jedną z postaci "Sin City". Idealnie tegoż bohatera podsumował komiksowy kolega, Dwight McCarthy: Most people think Marv is crazy. He just had the rotten luck of being born in the wrong century. He'd be right at home on some ancient battlefield swinging an axe into somebody's face. Or in a Roman arena, taking his sword to other gladiators like him. Po obejrzeniu filmu Nicolasa Windinga Refna śmiało mogę stwierdzić, że Bronson cierpi na dokładnie taką samą przypadłość jak Marv. Trudno jednoznacznie zakwalifikować naszego bohatera jako wcielone zło. Chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się to oczywiste z powodu wieloletniego pobytu w więzieniu to jednak Bronson nie wydaje się esencją czystego zła. Co ciekawe nasz bohater wcale nie uważa się za złego człowieka: I'm a nice guy, but sometimes I lose all my senses and become nasty. That doesn't make me evil, just confused (cytat z IMDb).
źródło: http://www.starpulse.com
Sukces "Bronsona" był uzależniony od dwóch czynników. Pierwszy to oczywiście odpowiedni scenariusz i reżyser, który zadba by film nie zamienił się w sentymentalną opowiastkę. Drugi, może nawet ważniejszy, to aktor wcielający się w postać recydywisty. W mojej opinii zarówno Nicolas Winding Refn, jak i Tom Hardy, spisali się doskonale. Duński reżyser w "Bronsonie" daje bowiem mocny przedsmak swojego późniejszego, wyrazistego stylu: minimalistyczne dialogi, brutalna przemoc, piękne kadry wypełnione czerwienią. Niemniej oprócz typowej narracji, Refn wprowadził również do filmu sceny, w który Bronson zwraca się bezpośrednio do publiczności. Jak dla mnie trochę dziwne, aczkolwiek jednocześnie niezwykle oryginalne rozwiązanie. I w tym momencie na scenę wchodzi Tom Hardy. Napiszę krótko: genialna rola. To nie jest Tom Hardy wcielający się w Bronsona – to jest Tom Hardy stający się Bronsonem! Reszta filmu praktycznie nie ma znaczenia, ponieważ liczy się tylko Bronson w jego wykonaniu. Oprócz znakomitego aktorstwa Hardy doskonale upodobnił się do swojego bohatera pod względem fizycznym. Na dodatek wąsy, które dumnie nosi należały do prawdziwego Bronsona, który zgolił je i pozwolił wykorzystać na potrzeby produkcji.
źródło: http://www.starpulse.com
Momentami film Refna może odstręczać – przemoc jest naprawdę brutalna, a sceny w szpitalu psychiatrycznym bardzo naturalistyczne. Niemniej dzięki wysiłkom reżysera oraz Hardy'ego Bronson staje się postacią, którą widz może obdarzyć autentyczną sympatią, nawet pomimo niezwykle wysokiej aspołeczności. Film jednakże stanowi dla mnie jedynie pewien filmowy eksperyment, co prawda dosyć udany, niemniej nic ponadto. W pamięć zapadła mi z pewnością rola Toma Hardy'ego. Bane z "The Dark Knight Rises" jest naprawdę niczym przy kreacji Charlesa Bronsona. Na koniec ciekawostka: w 2011 roku prawdziwemu Bronsonowi wreszcie pozwolono obejrzeć film o sobie. Według IMDb określił go jako theatrical, creative and brilliant, więc czyż może być lepsza rekomendacja?
Michael Peterson, czyli prawdziwy Bronson.
(źródło: http://en.wikipedia.org)
Ocena: 7/10.

środa, 4 grudnia 2013

"The Hunger Games: Catching Fire"

W sierpniu 2012 roku recenzją "The Hunger Games" zainaugurowałem działalność mojego bloga. Od tego epokowego wydarzenia w dziejach tegoż marnego uniwersum upłynęło trochę czasu i pojawiło się sporo nowych tekstów. Niemniej z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że trochę przegiąłem z oceną filmu Gary'ego Rossa. W zalewie późniejszej chujni nie było to bowiem dzieło aż tak złe, by otrzymać 4/10. Niestety póki co z braku czasu nie zanosi się na rehabilitację i rewizję oceny, aczkolwiek do dziś odczuwam niezwykle silną irytację z powodu niektórych rozwiązań fabularnych czyniących z Katniss niemal świętą (głównie dotyczy to uśmiercenia Rue). Jednakże znalazłem trochę inny sposób na zadośćuczynienie krzywdom przeszłości. Jak się zatem domyślacie dzisiaj wracamy do korzeni, ponieważ wreszcie spiąłem się i wybrałem do kina na najnowszą odsłonę "Igrzysk Śmierci", czyli "Catching Fire". Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że moje oczekiwania co do tego, że kolejne ekranizacje powieści Suzanne Collins będą good enough zawsze zawierały się w pięknym powiedzeniu the odds are never in our favor.
Mockingjay, czyli Kosogłos.
(źródło: http://www.impawards.com)
Jak doskonale pamiętamy z pierwszej części Katniss (Jennifer Lawrence) i Peeta (Josh Hutcherson) dosyć nieoczekiwanie zwyciężyli w 74 Igrzyskach Śmierci. Jako zwycięzcy odbywają swoiste tournee po wszystkich Dystryktach, spotykając się z ich mieszkańcami. W założeniach prezydenta Snowa (Donald Sutherland) podróż miała ugruntować władzę Kapitolu i wyeliminować wszelkie zarzewie buntu. Jednakże jak napisał kiedyś Geoffrey Chaucer - Yet in our ashen cold is fire yreken. Zwycięstwo Katniss dało nadzieję uciskanemu ludowi Dystryktów i mimo stosowania terroru, prości ludzie nadal manifestują poparcie dla pary z Dwunastki. Większość wystąpień kończy się zamieszkami, w związku z czym Snow postanawia zlikwidować uciążliwy problem poprzez jubileuszowe 75 Igrzyska Śmierci, w których obsadzie mają się znaleźć wyłącznie dotychczasowi zwycięzcy.
Tournee poszło trochę słabo...
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Pierwsza rzecz o jakiej należy wspomnieć przy okazji "Catching Fire" to wymiana reżysera. Francis Lawrance spisał się moim zdaniem o wiele lepiej niż Gary Ross, a sam film jest o wiele bardziej mroczny i poważniejszy. Momentami dziwiłem się nawet, że dostał wysoce pogardzaną kategorię PG13, ponieważ niektóre sceny są wyjątkowo brutalne (m.in. egzekucje niemal jak z czasów katyńskich, biczowanie godne "Pasji", czy choćby rozliczne poparzenia chmurą kwasu). Warto w tym miejscu wspomnieć również postać dowódcy Threada (Patrick St. Esprit) – jest tak doskonale bezlitosna, że chętnie przeszczepiłbym ją do nowego "Dredda". Bardzo dobrze, że wątki romansu młodych ludzi same z siebie niejako usuwają się na drugi plan i nie zamieniają "Catching Fire" w coś pokroju "Zmierzchu". Ponadto, chociaż jest to film o zarzewiu rewolucji, wątki lewackie są praktycznie nieobecne, a ziarna samej rebelii dopiero kiełkują. Dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby na drugi dzień po zwycięstwie w Igrzyskach Katniss stanęła na czele buntu jak Joanna D'Arc. Póki co jest daleka od posiadania jakichkolwiek cech przywódczych – poprzednie Igrzyska poważnie uszkodziły jej psychikę, miewa koszmary i halucynacje, przez co wydaje się o wiele bardziej ludzka, a film bardziej realistyczny. Również prezydent Snow nie oszczędza naszej bohaterki fundując jej różne psychologiczne niespodzianki (m.in. malowidło Rue na podłodze w czasie prezentacji zawodników).
...więc El Comandante Snow nie był zachwycony.
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Twórcy okazali się konsekwentni, przez co udało się utrzymać spójną wizję Dystryktów z poprzedniej części. Kapitol olśniewa i przyznam, że chociaż wtedy kręciłem nosem, to teraz kupuję tę oryginalną wizję rzeczywistości, a za jej główny wyraz mogę uznać kolorowe stroje Effie (Elizabeth Banks). Na prowincji w dalszym ciągu bieda, której reprezentować nie powstydziłby się Rychu Peja. Myślałem, że biedniej niż w Dystrykcie XII być nie może, niemniej jak się okazało po paru ujęciach z Dystryktu XI (zamieszkanego de facto przez ludność afroamerykańską - przypadek?), wykazałem się kompletnym brakiem wyobraźni. "Catching Fire" momentami olśniewa efektami specjalnymi. Polecam scenę, w której Katniss prezentuje białą suknię – czegoś takiego jak żyję nie widziałem. Niesamowite wykonanie jednego z najbardziej oryginalnych pomysłów – po prostu OUTSTANDING. Sceny akcji również nie zawodzą, niemniej oglądanie kolejnej edycji Igrzysk nie jest już może tak bardzo odkrywcze. O wiele bardziej byłem zainteresowany tym, co działo się przed ich rozpoczęciem.
Gale również nie był zachwycony sytuacją.
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Pod względem aktorskim "Catching Fire" prezentuje się bardzo dobrze. Jennifer Lawrence zasługuje na oklaski za świetną grę oraz zjawiskowy wygląd. Były sceny kiedy szeptałem: Damn, that girl is so beautiful! Niemniej po raz kolejny potwierdza ogromny talent i udowadnia, że tegoroczny Oscar nie był przypadkowy. Kompanioni Katniss również wypadają bez zarzutu. Zarówno Liam Hemsworth (Gale), jak i Josh Hutcherson (Peeta), dobrze wczuli się w kreacje, nie uderzając przy tym w typowo nastoletnie emocje. Na drugim planie lepiej niż solidnie wypadają Woody Harrelson, Lenny Kravitz, Elizabeth Banks, Stanley Tucci oraz nowy w tym zacnym towarzystwie Philip Seymour Hoffman. Aczkolwiek największe oklaski zostawiam dla postaci prezydenta Snowa i Johanny Mason. Donald Sutherland zalicza się do moich ulubionych aktorów, ale w "Catching Fire" po prostu kradnie każdą scenę. Podobnie wypada debiutantka w "Igrzyskach Śmierci" – Jena Malone. Zaprawdę, powiadam Wam, doskonały występ!
OUTSTANDING!
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Kończąc recenzję "The Hunger Games" napisałem, że Igrzyska mają pewien potencjał, może nie na kino wybitne, ale na solidną rozrywkę na pewno. "Catching Fire" udowodnił, że po eliminacji wad części pierwszej, kolejne odsłony mogą stać się znakomitą rozrywką. Przyznam szczerze, że dosyć mocno wkręciłem się w przedstawioną rzeczywistość i to chyba najlepiej świadczy o magii tego filmu. Niemniej względem części trzeciej mam pewne obawy, ponieważ twórcy mogą pójść na łatwiznę i zaserwować widzom coś na mentalnym poziomie "Terminator Salvation" i Katniss jako odpowiedniczki Johna Connora. Niemniej jak pisałem we wstępie the odds are never in our favor, więc może również doznam pozytywnego zaskoczenia.
Prawie jak w "Winter's Bone".
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Ocena: 7/10.
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.