sobota, 27 sierpnia 2016

"Hardcore Henry"



Like my father always said, a grenade a day keeps the enemy at bay.

Muszę przyznać, że kiedy zobaczyłem trailer "Hardcore Henry" byłem wniebowzięty. Wreszcie, po latach jałowych oczekiwań, ktoś z jajami wykutymi z hartowanej stali zebrał się na odwagę, by nakręcić film w całości w FPP (first-person perspective). Któż mógłby zebrać się na coś tak niebanalnego? Oczywiście Rosjanin – Ilya Naishuller! Wiedziałem, że się to w końcu stanie, gdy obejrzałem znakomitą, prekursorską sekwencję FPP w "Doomie" Andrzeja Bartkowiaka, który po dziś dzień jest naprawdę niedocenianą produkcją. Gwoli sprawiedliwości muszę jednak napisać, że "Hardcore Henry" nie jest wcale pierwszym filmem nakręconym w całości z perspektywy głównego bohatera. Co ciekawe dekady temu, a dokładniej w 1947 roku, Robert Montgomery postanowił w taki właśnie sposób zekranizować powieść Raymonda Chandlera o legendarnym detektywie Phillipie Marlowe. W efekcie powstało "Lady in the Lake" uznane przez krytykę za ciekawy, acz raczej średnio udany eksperyment. Reżyserowi zarzucano niewykorzystanie potencjału, jaki daje perspektywa głównego bohatera i to na tyle skutecznie, że musiało minąć naprawdę sporo czasu aż ktoś ponownie podjął wyzwanie.
źródło: http://www.impawards.com
Pozwólcie, że dzisiaj do opisu fabuły posłużę się jednym zdaniem zaczerpniętym z IMDb: Henry is resurrected from death with no memory, and he must save his wife (Estelle – Haley Bennett) from a telekinetic warlord (Akan – Danila Kozlovsky) with a plan to bio-engineer soldiers. Muszę przyznać, że autor tejże frazy niezwykle celnie zobrazował wszystkie fabularne aspekty "Hardcore Henry" na wyjątkowo niewielkiej przestrzeni. I naprawdę trudno dodać cokolwiek więcej, ponieważ film przypomina raczej kompletnie zwariowany i wyjątkowo krwawy rampage z GTA niż typową, współczesną produkcję kina akcji.
© 2016 STX Productions, LLC.
"Hardcore Henry" to najprawdziwsza jazda bez trzymanki, w której tak naprawdę fabuła ma znaczenie drugorzędne wobec nieustannej akcji toczącej się w zawrotnym tempie. Jeżeli zdanie z powyższego akapitu opisujące aspekty fabularne uznacie za głupawe to chętnie się z Wami zgodzę i przybiję piątkę. Wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi (np. dlaczego jedynie Akan dysponuje zdolnościami telekinetycznymi?), wiele wątków pojawia się nagle i znika jeszcze szybciej (przykładowo: dlaczego w filmie nagle pojawiają się Katya i Olga, dominatrixy jeżdżące na motorach?), ale jedno pozostaje constans: akcja zapierdala szybciej niż Usain Bolt w biegu na 100 metrów! Jeśli chodzi zatem o fabułę to twórcy mogli zdecydowanie bardziej się postarać i wymyślić coś o wiele lepszego i ciekawszego. Po zakończeniu seansu znalazłem się w totalnej konfuzji i tak naprawdę do dziś nie wiem o co tam chodziło. Wydaje mi się, że rezygnacja z tej całej, kompletnie niedorzecznej otoczki s-f i pójście w stronę czegoś trochę bardziej przyziemnego (jak na przykład "Crank") wyszłoby o wiele fajniej. Nakręcenie filmu z perspektywy głównego bohatera to już na tyle spore i niebanalne osiągnięcie, że nie trzeba tam wpierdalać na siłę kolejnych udziwnień.
© 2016 STX Productions, LLC.
"Hardcore Henry" jest z pewnością brutalnym filmem – na ekranie ginie ponad dwieście osób (ludzi, cyborgów i co to tam jeszcze tylko Akan wyhodował). Trzeba zatem przyznać, że przelewa się sporo krwi, a niektóre ze zgonów są naprawdę finezyjne. Pod tym względem zdecydowanie plus za nieograniczoną, niczym nieskrępowaną, rosyjską wyobraźnię dotyczącą pozbawiania życia kolejnych postaci i statystów. Moje ulubione sceny to oczywiście niezwykle oryginalne podejście do słów: Henry! Henry! Listen to your heart!, motyw związany z najbardziej pedalską kurtką, jaką widziałem w życiu oraz krótka walka z moskiewskimi dresami. Efekty specjalne stoją na solidnym poziomie i w tej kwestii nie uświadczyłem lipy. Co prawda na początku trochę dziwnie oglądało się film, ale po jakimś czasie przywykliśmy do FPP. Dodatkowe wrażenie robią znajome, słowiańsko-socrealistyczne plenery (film został nakręcony głównie w Moskwie oraz okolicach), które sprawiają, że oglądając "Hardcore Henry" możemy się poczuć niemal jak w domu. Wielka zaleta filmu to dynamiczna ścieżka dźwiękowa doskonale dopasowana do akcji rozgrywającej się w zawrotnym tempie. Aha, pooglądajcie sobie napisy końcowe, w których otwarta została furtka na sequel!
© 2016 STX Productions, LLC.
W przypadku "Hardcore Henry" trudno cokolwiek napisać o głównym bohaterze, ponieważ nie oglądamy jego facjaty, a dodatkowo postać została pozbawiona głosu . Trochę ubolewam z tego powodu, bo można było napisać kilka fajnych one-linerów. Skupmy się zatem na pozostałych bohaterach. Demoniczny Akan (Danila Kozlovsky) to typowy pscho-pojeb dysponujący ponadnaturalnymi skłonnościami i wizją budowy niezwyciężonej armii cyborgów. Cóż można dodać więcej? Z pewnością na plus mogę zaliczyć występ Haley Bennett, która wcieliła się w troskliwą żonę Henry’ego, Estelle. Amerykańska aktorka bardzo ładnie prezentuje się na ekranie i kiedy trzeba potrafi być naprawdę przekonująca. Jednakże na największe oklaski zasłużył Sharlto Copley, wcielający się w Jimmy’ego i jego przeróżne avatary/klony. Bardzo sobie chwalę duże zróżnicowanie postaci i co jeszcze lepsze, każda z nich potrafi zapaść w pamięć. A dodatkowo w filmie epizodycznie pojawia się Tim Roth.
© 2016 STX Productions, LLC.
Może "Hardcore Henry" nie jest najbardziej udanym filmem, który miałem okazję oglądać (fabuła wołająca o pomstę do nieba!), ale mimo wszystko produkcja Ilyi Naishullera ma swój niezaprzeczalny urok. Dynamiczna akcja, świetnie dobrana muzyka, słowiańskie realia oraz perspektywa głównego bohatera robią naprawdę dobrą robotę. Jeżeli macie ochotę zobaczyć wyjątkową produkcję pozbawioną głębszego przesłania to "Hardcore Henry" stanowi idealną propozycję.
© 2016 STX Productions, LLC.
Ocena: 7/10.

czwartek, 25 sierpnia 2016

"The Nice Guys"



So you're telling me you made a porno where the plot is the point?

Ponieważ jakiś czas temu słyszałem dosyć pochlebne opinie o "The Nice Guys" postanowiłem sprawdzić ostatnie dzieło Shane’a Blacka. Chociaż dotychczasowy dorobek tego reżysera nie powala na kolana pod względem ilościowym (m.in. "Kiss Kiss Bang Bang" oraz "Iron Man 3") to oddał niebywałe zasługi dla kinematografii na przełomie lat 80-tych oraz 90-tych tworząc dzieła pokroju "Zabójczej broni" (wydatny wpływ na całą serię), "Ostatniego skauta" czy "Długiego pocałunku na dobranoc". Cokolwiek nie myślicie o tych produkcjach to jednak musicie przyznać, że widzieliście każdą z nich i to nie jeden raz! Komedia, a w szczególności sensacyjna, to jednakże nieliche rzemiosło i nie raz już miałem okazję oglądać kompletne porażki obiecujących projektów. Ze wspomnianego "Kiss Kiss Bang Bang" zachowałem jednakże całkiem pozytywne wspomnienia, a i w ostatnich latach powstało trochę naprawdę zabawnego kina (m.in. "Tropic Thunder", obie części nowego "Jump Street" czy choćby "Dope"), które nie uwłaczałoby mojej godności.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Równych gości" została osadzona w 1977 roku w Los Angeles. Pod jednym względem ówczesne Miasto Aniołów przypomina współczesny Kraków: w obu metropoliach do wiadomości publicznej podawane są komunikaty sugerujące mieszkańcom pozostanie w domu z powodu wysokiego poziomu zanieczyszczenia powietrza (ale przynajmniej w L.A. świeci słońce…). Holland March (Ryan Gosling), niezbyt rozgarnięty licencjonowany prywatny detektyw i przy okazji alkoholik, próbuje rozwiązać sprawę samobójstwa słynnej aktorki porno Misty Mountains (Murielle Telio). W trakcie śledztwa natrafia na trop niejakiej anarcho-aktywistki Amelii (Margaret Qualley), która może stanowić klucz do rozwiązania zagadki. Jednakże poszukiwania dziewczyny stają pod znakiem zapytania, gdy nasz bohater zbiera ciężki wpierdol od lokalnego bohatera i nielicencjonowanego prywatnego detektywa. Szybko okazuje się, że Jackson Healy (Russell Crowe) został wynajęty przez Amelię, a ponieważ jego młodociana pracodawczyni zniknęła postanawia połączyć siły z Marchem oraz jego niepokorną, nastoletnią córką (Angourie Rice).
© 2016 Warner Bros. Entertainment
Shane Black po raz kolejny udowodnił, że gatunek komedii sensacyjnej nie upadł jeszcze na samo dno odmętów kinematografii. Oczywiście nie sposób uciec od porównań od "Kiss Kiss Bang Bang" (ogólny, lekki klimat, relacje między parą głównych bohaterów), ale tak naprawdę pod pewnymi względami "The Nice Guys" zahaczają delikatnie o tak udane produkcje jak "Boogie Nights" (tematyka pornograficzna potraktowana z wyraźnym przymrużeniem oka) czy "L.A. Confidential" (choćby poprzez Russella Crowe’a oraz Kim Basinger). Scenariusz jest całkiem w porządku, aczkolwiek nie sposób nie odnieść wrażenia, iż multum w nim niezwykłych zbiegów okoliczności. Na szczęście twórcy podeszli do tematu całkiem młodzieżowo i zamiast utartych schematów czy kopiowania klisz dostaliśmy coś całkiem świeżego (najlepsze przykłady to niesztampowe rozwiązanie sceny z wow czy niebanalna próba pozyskania informacji od barmana). Rozwiązanie intrygi kryminalnej może nie jest w pełni satysfakcjonujące czy też odkrywcze, ale jak na komedię sensacyjną sprawdza się całkiem młodzieżowo.
© 2016 Warner Bros. Entertainment
Co najważniejsze "The Nice Guys" potrafił parę razy rozbawić mnie dokumentnie. Scena, w której Healy dobitnie sugeruje Marchowi, że auta nie trzeba prowadzić to moja ulubiona sekwencja w filmie. Dodatkowo, z uwagi na olbrzymiego owada, skojarzyła mi się od razu z legendarnym "Nagim lunchem". Mistrzowsko ukazano również konsekwencje nieudolnej próby włamania do baru czy flashback związany z nauką słowa equanimity (tłumaczonego najczęściej jako spokój umysłu). Bardzo zabawne było również nawiązanie do "Erotycznych przygód Pinokia" (It's not my nose that grows), które znalazło się w filmie w postaci fikcyjnego pornosa zatytułowanego "Pornocchio". Pod względem humoru nie mogłem zatem poczuć się rozczarowany, więc produkcję Shane’a Blacka mogę uznać za całkiem udaną. Ścieżka dźwiękowa jest naprawdę spoko i buja kiedy trzeba – znalazły się na niej miedzy innymi takie ponadczasowe hity jak Get Down On It Kool & The Gang. Zdjęcia i scenografia również spisały się bez przypału, doskonale wpisując w luzacki klimat końcówki lat 70-tych ubiegłego stulecia.
© 2016 Warner Bros. Entertainment
Sukces "The Nice Guys" w dużej mierze opiera się również na znakomitym aktorstwie. Sypiający w wannie z wodą, wiecznie pijany, momentami przygłupi i obleśny March to całkowite zaprzeczenie dotychczasowego wizerunku Ryana Goslinga. Dla aktora należą się spore brawa, ponieważ wcielając się w nową rolę wydaje się być wiarygodny i można odnieść wrażenie, że doskonale bawi się w konwencji filmu Shane’a Blacka. Z kolei Russell Crowe pod względem fizycznym nieoczekiwanie zaczął raczej przypominać Johna Goodmana niż Maximusa z "Gladiatora". Niemniej, wraz ze sporym wzrostem masy, Australijczyk nie zatracił wcale swoich zdolności aktorskich, znakomicie komponując się z młodszym kolegą po fachu. Rozpatrując kreacje męskie warto zwrócić uwagę na Matta Bomera wcielającego się w bezwzględnego asasyna działającego na zlecenie grupy trzymającej władzę. Co prawda konstrukcja tejże postaci nie do końca mnie przekonuje (przydałoby się więcej chłodnego profesjonalizmu), ale występ zaliczam do udanych. Przechodząc do płci pięknej nie sposób nie docenić nastoletniej (ale dla Humberta Humberta oraz Romana Polańskiego raczej już zbyt dojrzałej) Angourie Rice, która zagrała roztropną i ogarniętą życiowo córkę Marcha, Holly. Brawa także dla Margaret Qualley za rolę zwichrowanej anarchistki Amelii. A jako prawdziwą wisienkę na torcie mogę potraktować Kim Basinger (Juddith), chociaż każda męska, szowinistyczna świnia przypisze ten zaszczyt Murielle Tello, aby jeszcze bardziej uprzedmiotowić rolę kobiety w codziennym życiu.
© 2016 Warner Bros. Entertainment
"The Nice Guys" to naprawdę solidna, i co może nawet ważniejsze, całkiem zabawna produkcja. Z pewnością fani "Kiss Kiss Bang Bang" oglądając produkcję Shane’a Blacka nie poczują się rozczarowani, a są nawet wśród nas indywidualności twierdzące, że "Równi goście" są zdecydowanie lepsi. Jeżeli zatem macie ochotę pośmiać się troszkę w konwencji końcówki lat 70-tych to gorąco polecam.
© 2016 Warner Bros. Entertainment
Ocena: 7/10.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

"Queen of the Desert"



Dzisiaj na warsztacie ląduje film, który można potraktować jako feministyczną odpowiedź na legendarnego "Lawrence’a z Arabii". "Queen of the Desert" ("Królowa pustyni"), bo o niej właśnie mowa, to produkcja z 2015 roku wyreżyserowana przez Wernera Herzoga. Tak się składa, że ostatnie osiągnięcia niemieckiego reżysera raczej nie przypadły mi do gustu. W szczególności dotyczy to kompletnie niepotrzebnego remake’a "Złego porucznika", który wyborną produkcję Abla Ferrary z epicką rolą Harveya Keitela zamienił w stertę gówna z upadłym Nicolasem Cage’m na wierzchu. Aczkolwiek pozostawmy już w spokoju demony przeszłości i skupmy się na teraźniejszości. "Królowa pustyni" to dzieło o charakterze biograficznym, poświęcone brytyjskiej archeolog i badaczce (tak naprawdę parała się zdecydowanie większą liczbą różnorakich profesji – m.in. wspinaczką górską) Gertrude Margaret Lowthian Bell, która w pierwszych dekadach XX stulecia odegrała niebanalną rolę w kształtującym się układzie sił na Bliskim Wschodzie. A ponieważ w rzeczywiści ta odważna kobieta przyjaźniła się z samym T.E. Lawrence’m nie sposób uciec od porównań do produkcji Davida Leana z 1962 roku, która zdobyła aż siedem Oscarów!
źródło: http://www.impawards.com
Gertrude Bell (Nicole Kidman) wiedzie dosyć nudną (ale trzeba przyznać, że jednocześnie bardzo luksusową) egzystencję w posiadłości swoich niezwykle zamożnych rodziców. Dziewczyna, znudzona balami oraz nieudolnymi zalotami niezbyt twarzowych kawalerów, uprasza ojca, aby pozwolił jej podjąć pracę w ambasadzie brytyjskiej w Teheranie. Na miejscu Gertrude czuje się jak ryba w wodzie, a dodatkowo poznaje przystojnego, acz mało znaczącego dyplomatę Henry’ego Cadogana (James Franco). Płomienny romans naszych bohaterów nie ma jednakże najmniejszej szansy na pozytywne zakończenie – pogrążony w hazardowych długach młodzieniec nie może przecież stanowić solidnej partii dla panny z tak niebywale dobrego domu.
źródło: http://queenofthedesertfilm.com/
Po dosyć pobieżnym zapoznaniu się z życiorysem Gertrude Bell śmiało mogę stwierdzić, że dzielna, brytyjska podróżniczka zdecydowanie zasłużyła na solidny film biograficzny. Niestety produkcja Wernera Herzoga kompletnie nie spełnia pokładanych w niej nadziei i już na wstępie jestem zmuszony napisać, że w praktycznie każdym aspekcie (z jednym wyjątkiem) porównywanie jej do "Lawrence’a z Arabii" jest całkowicie bezsensowne. Oczywiście akcja została rozciągnięta na przestrzeni wielu lat, przez co "Królowa pustyni" często charakteryzuje się nadmierną epizodycznością. Dodatkowo w konfuzję widza może wprowadzić wygląd głównej bohaterki, który praktycznie nie ulega zmianie wraz z upływem czasu. Czyżby zatem róża jerychońska rzeczywiście tak skutecznie powstrzymywała proces starzenia się jak napisano na niejednym kosmetyku? Oczywiście "Królowa pustyni" jest bardzo mało kontrowersyjnym filmem, a postać Gertrude jawi się niczym (prawie) nieskalana gwiazda w szowinistycznym świecie arabskim. W zasadzie po obejrzeniu produkcji Herzoga trudno mi zrozumieć czemu nasza bohaterka zaskarbiła sobie tak duży szacunek u ludzi pustyni (Wiesz co się liczy? Szacunek ludzi pustyni!). Od czasu do czasu wyruszając w jakąś podróż do kresu piasku i przy okazji wykazując się niezwykłą bezczelnością lub lekkomyślnością? Naprawdę szkoda, że tak oszczędnie potraktowano wpływ Gertrude na powstawanie państw arabskich, a tyle uwagi poświęcono nudnym z mojej perspektywy wątkom romansowym.
źródło: http://queenofthedesertfilm.com/
Ten jedyny aspekt, o którym wspominałem powyżej to zdjęcia. Herzog musiał złożyć naprawdę obfite ofiary krwiożerczym, pustynnym bogom, ponieważ udało mu się nakręcić prawdziwą burzę piaskową oraz niezwykle rzadkie zjawisko w postaci śniegu na pustyni. Film jest momentami niezwykle urokliwy pod względem wizualnym – zdjęcia kręcono głównie w Maroku, ale możemy również zobaczyć Jordanię. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na miejsce udające brytyjską ambasadę w Teheranie – pod względem wnętrz jest to jedna z najbardziej epickich filmowych lokalizacji jakie miałem okazję oglądać. Co więcej jestem gotów polecić Wam seans "Królowej pustyni" tylko dlatego, żebyście mogli wraz z bohaterami pozwiedzać to piękne miejsce. Pod względem realizacyjnym nie uświadczymy zatem żadnego przypału, a dodatkowo możemy poczuć się naprawdę zadowoleni.
źródło: http://queenofthedesertfilm.com/
Aktorstwo nie powala może na kolana, ale prawie nie ma większego przypału. Poza nie starzeniem się naprawdę trudno przyczepić się do Nicole Kidman. Gertrude w jej wykonaniu emanuje prawdziwą motywacją i wewnętrzną siłą, które zmuszają ją do eksploracji mało znanych rejonów Bliskiego Wschodu. Szkoda, że scenariusz nie pozwolił na dodanie paru smaczków do tej postaci, ponieważ momentami jest naprawdę sztywno. James Franco, wcielający się w pierwszego ukochanego naszej bohaterki, wypadł całkiem młodzieżowo i ubolewam, iż scenarzysta postanowił zrobić z niego ówczesne wcielenie młodego Wertera. Przypadł mi do gustu również Damian Lewis (legendarny Richard D. Winters z "Kompanii braci" i Brody z "Homeland"), ale w jego przypadku scenariusz również zaczął nabierać cech werterowskich. Warto wyróżnić także Jaya Abdo, który wcielił się w wiernego sługę Gertrude, Fattuha. Kompletne nieporozumienie to natomiast obsada roli T.E. Lawrence’a. Chociaż Robert Pattinson udowodnił, że potrafi grać nieźle (vide "Cosmopolis") to jednak w zestawieniu z Peterem O’Toolem wypada bardzo marnie. Skąd taki pomysł to naprawdę nie mam pojęcia.

źródło: http://queenofthedesertfilm.com/

Niestety "Królowa pustyni" nie jest filmem wybitnym ani nawet dobrym. Niemniej oprócz znakomitych wrażeń wizualnych z seansu wyniosłem wprost palącą potrzebę przeczytania Siedmiu filarów mądrości T.E. Lawrence’a, na których oparto "Lawrence’a z Arabii". Można to uznać za coś pozytywnego, zatem film Wernera Herzoga mogę polecić wszystkim miłośnikom Bliskiego Wschodu jako swoisty wstęp do pogłębiania wiedzy. Jest też sporo rzewnego romansu, więc przedstawicielki płci piękniej nie powinny być rozczarowane.
źródło: http://queenofthedesertfilm.com/
Ocena: 5/10.

czwartek, 28 lipca 2016

"Tequila Sunrise"



Friendship is the only choice in life you can make that's yours! 
You can't choose your family!

Tequila Sunrise... Z czym najbardziej kojarzy się Wam ta nazwa? Z niezwykle popularnym drinkiem? Czy może raczej z piosenką? A jeśli tak, to czy może bardziej z utworem zespołu Eagles czy też Cypress Hill? A czy ktokolwiek z Was powiązał z tym określeniem film Roberta Towne’a (w sumie bardziej znany z pisania scenariuszów niż reżyserii – m.in. Oscar za scenariusz do "Chinatown") z 1988 roku? Na tę produkcję ze złotej dekady lat 80-tych natknąłem się bowiem przeglądając filmografię Kurta Russella przy okazji pisania recenzji "Bone Tomahawk". Niezwykle chwytliwy tytuł, gwiazdorska obsada (wspomniany Kurt Russell, Mel Gibson kiedy był jeszcze spoko oraz Michelle Pfeiffer) i narkotykowo-policyjna fabuła wydawały się być wprost idealnym i totalnie bezbłędnym połączeniem. Niestety oceny filmu jakoś nie oddawały jego rzekomej wielkości, ale nie od dziś wiadomo przecież, że niektóre produkcje są zbyt epickie dla zwykłych zjadaczy popcornu.
źródło: http://www.impawards.com
"Tequila Sunrise" to historia o nietypowej przyjaźni. Najlepsi kumple od dzieciństwa po latach stanęli po przeciwnej stronie barykady. Mac McKussic (Mel Gibson), człowiek z mocno narkotykową przeszłością, próbuje związać koniec z końcem prowadząc w Los Angeles całkowicie legalne przedsiębiorstwo. Niestety zarówno lokalna policja, jak i federalni, nie wierzą w szczere intencje naszego bohatera, uważając, że firma jest tak naprawdę przykrywką do zakrojonego na szeroką skalę handlu narkotykami. Sprawa rozpracowania domniemanego dealera zostaje powierzona jego najlepszemu przyjacielowi. Nick Frescia (Kurt Russell), najlepszy gliniarz w mieście, zabiera się do zadania z raczej średnim entuzjazmem. Jednakże naciski z strony władz federalnych w osobie Maguire’a (J.T. Walsh) oraz pogłoski o przybyciu do Stanów legendarnego meksykańskiego narcotraficante Carlosa, wymagają zdecydowanej reakcji. Sytuację komplikuje dodatkowo atrakcyjna menedżerka restauracji Jo Ann (Michelle Pfeiffer), która jednocześnie zawróciła obu panom w głowach.
źródło: http://www.imdb.com
Na pierwszy rzut oka mogło by się wydawać, że "Tequila Sunrise" posiada wszystkie cechy, aby zyskać status absolutnego, ponadczasowego klasyka. Wyborna obsada, narkotykowo-policyjna tematyka, a przede wszystkim film został nakręcony w bezbłędnej dekadzie lat 80-tych! Jednakże oglądając dzieło Roberta Towne’a można odnieść wrażenie, że tak naprawdę wiele rzeczy poszło bardzo nie tak. Pierwszy czynnik, który powoduje u mnie rozdrażnienie, to nudna fabuła. Niby zarys wydaje się całkiem młodzieżowy, ale wraz z rozwojem akcji zaczynałem coraz częściej zadawać sobie pytanie kiedy wreszcie wydarzy się coś ciekawego, ktoś zakończy żywot w krwawej jatce albo ujrzę epicką eksplozję? Naprawdę, jak na niemal dwugodzinną produkcję nakręconą w latach 80-tych, to czuję się pod tym względem solidnie wyruchany. Fabuła rozwija się dramatycznie wolno, racząc widza wątkami typowego kina rodzinno-obyczajowego (motyw syna Maca) czy też romansowymi rozterkami bohaterów. Nie zrozumcie mnie przy tym źle – sam pomysł na trójkąt miłosny jest całkiem w porządku, ale naprawdę zbyt wiele uwagi poświęcono rozterkom emocjonalnym z nim związanym. Ponadto (sorry za spoiler) do dzisiaj nurtuje mnie jedna kwestia: w jaki sposób likwidacja agenta federalnego (nawet skorumpowanego) mogła przejść bez żadnych konsekwencji? Czyżby specyfika lat 80-tych?
źródło: http://www.imdb.com
Oprócz wyjątkowo niskiego poziomu akcji warto zwrócić uwagę na wrażenia wizualne. Osobiście nie określiłbym "Tequila Sunrise" jako zawsze ładnego dla oka filmu (i nie chodzi mi przy tym o brud wylewający się z ekranu, bo tego tu po prostu nie ma). Najlepszy przykład to scena, w której Jo Ann jedzie kabrioletem po nadmorskiej autostradzie przy akompaniamencie wpadającej w ucho piosenki. Jakich widoków należałoby oczekiwać? Może pięknej, skąpanej w złocie słonecznych promieni plaży? Oczywiście, to dostaniemy jedynie na początek, by za chwilę przejść do oglądania lokalnego Czarnobyla. Kto wpadł na tak genialny pomysł? Abstrahując jednakże od tego rodzaju motywów zdecydowanie warto zwrócić uwagę na moim zdaniem najlepszą scenę filmu, w której Mac i Nick rozmawiają na huśtawkach nad brzegiem oceanu. Jeżeli po latach pozostanie mi jakiekolwiek wspomnienie z "Tequila Sunrise" to z pewnością będzie to ta wyjątkowo piękna i poruszająca sekwencja. W ponad dwuminutowej konwersacji zawarto więcej filmowej magii niż w całej reszcie produkcji. Warto również docenić "Tequila Sunrise" za sprawność realizacyjną oraz nostalgiczną ścieżkę dźwiękową, idealnie wpisującą się w schyłek lat 80-tuch ubiegłego stulecia.
źródło: http://www.imdb.com
Jak już wspominałem we wstępie nielicha obsada to chyba największa zaleta "Tequila Sunrise". Chociaż przez większość filmu Kurt Russell niemiłosiernie szarżuje to ma kilka scen, w których potrafi chwycić widza za jajca i ścisnąć niczym bezlitosne żelazne imadło. Mel Gibson jedzie cały czas na równym poziomie, dostarczając solidnej porcji rozrywki. Pochwały należą się również Michelle Pfeiffer za wyjątkowo okazałą rolę Jo Ann. Na drugim planie jest również ciekawie. J.T. Walsh stworzył kreację niebanalnie upierdliwego i odpychającego federalnego, za którą należą się szczere brawa. Warto wyróżnić również Daniela Zacapę za wcielenie się w Arturo, latynoski głos rozsądku naszej bohaterki. Trochę mieszane uczucia wzbudził u mnie natomiast Raul Julia (Escalante) – zdecydowanie wolałbym, aby pozostał chłodnym profesjonalistą bez operowych odpałów.
źródło: http://www.imdb.com
Z pewnością "Tequila Sunrise" bardzo trudno zaliczyć w poczet ponadczasowych klasyków nakręconych w latach 80-tych. Wyjątkowo nudna, a czasami niedorzeczna wprost fabuła kompletnie zepsuła wysiłek trójki odtwórców głównych ról. Film Roberta Towne'a mogę Wam polecić jako swoistą ciekawostkę, a zarazem nostalgiczną wyprawę w odległą dekadę, gdzie bezproblemowe mordowanie z zimną krwią agentów federalnych było o wiele mniej skomplikowane niż współcześnie.
źródło: http://www.imdb.com
Ocena: 6/10 (jedna gwiazdka w górę za scenę na huśtawkach).

wtorek, 26 lipca 2016

"Córki dancingu" ("The Lure")



Jakiś czas temu nastały wakacje, a wraz z nimi dziesiąta już edycja Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami. Świetny, a przede wszystkim wyjątkowo tani (w tym roku większość biletów po 7.00 PLN, natomiast hity po dyszkę), festiwal corocznie pozwala mi na nadrobienie zaległości z produkcji filmowych z ostatnich miesięcy. W tym roku, podobnie zresztą jak i w zeszłym, postanowiłem skupić się na polskich przedsięwzięciach, ponieważ jak wszyscy doskonale wiecie niekiedy występują poważne problemy z ich pozyskaniem, a dodatkowo można narazić się na nieprzyjemne sankcje. Na pierwszy ogień wybrałem "Córki dancingu" w reżyserii Agnieszki Smoczyńskiej, będące jej pełnometrażowym debiutem. Chociaż film kwalifikowano przeważnie do kategorii musical, do której żywię raczej ambiwalentne uczucia, to zaintrygowała mnie recenzja, którą przeczytałem jeszcze w okresie kinowej premiery. Ponieważ przeważnie szumne zapowiedzi typu tego jeszcze nie widzieliście okazują zwykłym pierdoleniem (aczkolwiek w przypadku "Disco Polo" było inaczej), to postanowiłem zostawić sobie seans na lepsze, wakacyjne (a przede wszystkim tańsze) czasy.
źródło: http://www.imdb.com
Akcja filmu rozgrywa się w przaśnej Warszawie, prawdopodobnie z początku lat 80-tych ubiegłego stulecia. Prawdopodobnie, ponieważ tak jak w przypadku "Disco Polo" czas i miejsce tak naprawdę nie mają większego znaczenia dla rozwoju fabuły. Podupadający zespół muzyczny Figi i Daktyle, złożony z Wokalistki (Kinga Preis), Perkusisty (Andrzej Konopka) oraz Basisty (Jakub Gierszał), w trakcie srogiego melanżu nad brzegiem Wisły poznaje dwie, młode syreny. Ponieważ okazuje się, że zarówno Złota (Marta Mazurek) jak i Srebrna (Michalina Olszańska) zostały obdarzone znakomitymi wokalami (w sumie jak na syreny przystało), to uzyskują natychmiastowy angaż w lokalnym klubie nocnym, zarządzanym przez Kierownika (Zygmunt Malanowicz). Dziewczyny, dzięki swoim niezwykłym zdolnościom, osiągają niebywały sukces, ale z czasem zaczynają podążać coraz bardziej odmiennymi drogami, a na dodatek pojawia się z problem z okiełznaniem krwiożerczej, syreniej natury.
źródło: http://www.imdb.com
Jakkolwiek nie ocenicie "Córek dancingu" to musicie przyznać jedno: z pewnością jest to jeden z najbardziej oryginalnych (jeśli w ogóle nie najoryginalniejszy) polskich filmów, jakie kiedykolwiek nakręcono. Rozumiem, że "Disco Polo" wydawało się sporym krokiem naprzód, ale debiut reżyserski Agnieszki Smoczyńskiej poszedł hektariony dalej. Oczywiście jest to wariacja na temat Małej syrenki (raczej gorzkiej baśni Hansa Christiana Andersena niż wersji Disneya), aczkolwiek wyjątkowo mocno osadzona w polskiej baśniowo-przaśno-absurdalnej rzeczywistości. Sama fabuła filmu nie jest może szczególnie wyrafinowana, ale pamiętajmy, że przede wszystkim jest to musical, a nie złożony dramat psychologiczny. Oczywiście jestem niemal w 100% pewny, że takiego połączenia musicalu z komedią oraz horrorem jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć. Z tego powodu też mogę przymknąć oko na raczej sztampowo poprowadzony wątek  nieodwzajemnionej miłości syreny do człowieka czy typowe siostrzane konflikty wynikające z odmiennej psychiki syren. Film epatuje tak znakomitym, oniryczno-narkotycznym klimatem (cytując Grażkę: oni wszyscy wyglądają jakby się naćpali), że fabuła ma znaczenie drugorzędne. Dodatkowo, jak na musical, jest to niezwykle brutalne kino, pełne hektolitrów krwi, wyrywania serc czy odgryzionych kończyn. W tym miejscu należą się wielkie brawa za efekty specjalne, ponieważ wyglądają naprawdę świetnie.
źródło: http://www.imdb.com
Gdy na ekranie pojawiła się czołówka, gdzieś z końca sali padło niedowierzające pytanie: to jest polski film? I naprawdę, przynajmniej pod względem realizacyjnym, nie sposób dziwić się pytającemu. "Córki dancingu" są zrealizowane po prostu znakomicie: od razu widać, że dopieszczono każdy detal w konkretnym kadrze. Za najlepszy przykład mogą posłużyć występy sceniczne oraz epicka sekwencja z monstrualną wprost liczbą statystów w socjalistycznym centrum handlowym. Mnie osobiście najbardziej do gustu przypadł statek pogrążony w gęstej mgle – trudno stworzyć lepszy klimat! Jako musicalowy laik muszę przyznać, że piosenki oraz układy taneczne zaprezentowane w filmie były dla mnie całkiem przystępne w odbiorze. Na ekranie przewija się ponadto bardzo wiele (naprawdę!) nastoletniej nagości, co oczywiście nie powinno nikomu przeszkadzać, a ponadto może zostać nawet uznane za zaletę tej produkcji.
źródło: http://www.imdb.com
Jeśli chodzi o obsadę aktorską to szczerze napisawszy nie uświadczyłem lipy. Odtwórczynie głównych ról, Marta Mazurek oraz Michalina Olszańska, zagrały wprost koncertowo i pozostaje tylko nadzieja, że będąc obecnie u progu sławy dostarczą nam jeszcze wiele rozrywki w najbliższych latach. Ich sukces został na szczęście podparty znakomitymi rolami drugoplanowymi. Nie od dziś wiadomo, że Kinga Preis to klasa sama w sobie, ale warto również wyróżnić Andrzeja Konopkę, Zygmunta Malanowicza czy Marcina Kowalczyka wcielającego w tajemniczego Trytona. Na ich tle znacznie słabiej błyszczy gwiazda Jakuba Gierszała, który chyba od jakiegoś czasu postanawia grać tak samo w każdym filmie. Może czasem przydałaby się jakaś odmiana? W rolach epizodycznych ciekawe występy zaliczyli m.in. Katarzyna Herman (milicjantka), Magdalena Cielecka (Boskie Futro) czy Grzegorz Stelmaszewski (lokalny wykidajło).
źródło: http://www.imdb.com
Wydaje mi się, że "Córki dancingu" padły troszkę ofiarą swojej przełomowości. Przeciętny widz nie jest w stanie docenić wielkości tego filmu i potraktuje go jako absurdalną, kompletnie niezrozumiałą produkcję o jakiś krwiożerczych syrenach i trytonach. Janusze nie docenią przecież niezwykle lekkiej i przewrotnej zabawy konwencją, co zresztą widać wyraźnie po ocenach filmu na Filmwebie. Dla mnie natomiast produkcja wyreżyserowana przez Agnieszkę Smoczyńską to absolutnie wyjątkowe jak na polskie realia przedsięwzięcie i mam nadzieję, że w przyszłości kolejni twórcy będą mieli odwagę pójść jeszcze dalej w radosnej zabawie konwencją.
źródło: http://www.imdb.com
Ocena: 8/10.

czwartek, 7 lipca 2016

"Bone Tomahawk"



Westerny raczej rzadko goszczą na moim blogu (no chyba, że akurat Quentin Tarantino nakręci jakiś), ale czasem warto przełamać utarte konwenanse i obejrzeć coś innego niż zwykle. Zważywszy tym bardziej, iż w kategorii science fiction nie udało mi się ostatnio znaleźć niczego interesującego. Dlaczego zatem akurat "Bone Tomahawk" w reżyserii S. Craiga Zahlera? Po pierwsze jest to raczej nietypowe połączenie kina kowbojskiego oraz horroru, więc byłem ciekaw, jak się to sprawdzi, pamiętając o totalnej klęsce niezwykłego, innego combo, czyli "Cowboys & Aliens". Po drugie z pewnością spore wrażenie może zrobić obsada: Patrick Wilson ("Watchmen", "Jack Strong"), Matthew Fox (znienawidzony Jack Shephard z "Lost"), Richard Jenkins oraz prawdziwa wisienka na torcie, czyli Kurt Russell, jeden z bohaterów mojego dzieciństwa. Do dziś pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie wcielając się w pułkownika O’Neilla w "Gwiezdnych Wrotach" czy epicką rolą Snake’a Plisskena z "Ucieczki z Nowego Jorku"!
źródło: http://www.impawards.com
W małym, amerykańskim, typowym dla Dzikiego Zachodu, miasteczku cierpiący z powodu urazu nogi Arthur (Patrick Wilson) pogrąża się we frustracji, ponieważ paskudna kontuzja nie pozwoliła mu wziąć udziału w dorocznym spędzie bydła. Jednakże w ramach nagrody pocieszenia nasz bohater może spędzać czas z uroczą małżonką, Samanthą (Lili Simmons). Ponieważ praktycznie wszyscy sprawni mężczyźni najęli się do pracy jako kowboje, Bright Hope świeci pustkami i pogrąża się w totalnym marazmie. Dlatego też nagłe pojawienie się podejrzanego włóczęgi urasta do rangi ważnego wydarzenia. Na skutek różnicy zdań lokalny szeryf Hunt (Kurt Russell) rani przybysza, a następnie zamyka go w areszcie. Będąc jednakże humanitarnym człowiekiem postanawia zapewnić rannemu opiekę medyczną. Jednak ponieważ miejscowy doktor akurat zajrzał głęboko do butelki, do opatrzenia włóczęgi zostaje wezwana Samantha. Wkrótce okazuje się, że żona Arthura, zastępca szeryfa Nick (Evan Jonigkeit) oraz aresztant znikają z więziennej celi, a jedyną poszlaką jest rozpruty stajenny oraz dziwaczna, indiańska strzała.
źródło: http://www.fandango.com
"Bone Tomahawk" to debiut reżyserski S. Craiga Zahlera i nie da się ukryć, że pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Jakoś niezwykle trudno przychodziło mi dopatrzenie się jakichkolwiek zaczątków własnego, oryginalnego stylu. Akcja filmu posuwa się do przodu w wyjątkowo powolnym tempie – w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy ekspedycja ratunkowa kiedykolwiek dotrze do miejsca przeznaczenia i czy porwani nie będą musieli poczekać na ratunek do drugiej części produkcji. A czymże wypełniają czas nasi bohaterowie wlokąc się do tajemniczej doliny opanowanej przez brutalnych, pierwotnych Indian? Oczywiście rozmowami o niczym w stylu, którego niekwestionowanym mistrzem jest Quentin Tarantino. W przypadku "Bone Tomahawk" zdecydowanie zabrakło polotu oraz humoru. Dialogi o czytaniu w wannie oraz pchlim cyrku, których głównym dystrybutorem był rezerwowy zastępca szeryfa Chicory (Richard Jenkins), wywoływały u mnie raczej uśmiech politowania niż dostarczały rzetelnej rozrywki. Również dosyć brutalne i makabryczne zgony oraz okaleczenia nie wydają się niczym nowym (aczkolwiek zawsze warto je docenić, bo nie wszyscy mają jaja ze stali by pokazać je na ekranie). Tak naprawdę mój głównym zarzut pod adresem 'Bone Tomahawk" to poświęcenie zbyt mało czasu na finałowy rozpierdol, który nabiera raczej kameralnego charakteru. Z drugiej strony rozumiem, że twórcy mieli poważne ograniczenia finansowe i możliwe, że nic bardziej epickiego nie dało się z tego wycisnąć.
źródło: http://www.fandango.com
Ale, jak to mawiał legendarny Wee-bey z „The Wire”: każdy jakoś zaczyna. Na pewno reżyserowi i zarazem scenarzyście w jednej osobie należą się propsy za dosyć odważne połączenie kina kowbojskiego z horrorem. Ponadto wielki szacunek za pracę przy tak okrojonych możliwościach finansowych. Jak na dzisiejsze standardy "Bone Tomahawk" miał absurdalnie niski budżet. Nakręcenie filmu kostiumowego z całkiem niezłą obsadą za 1.8 miliona USD powinno robić naprawdę spore wrażenie. Zważywszy, że Nicolas Cage zgarnął 3 miliony dolarów za udział w pokracznie wyglądającym i do tego współcześnie rozgrywającym się "Left Behind". Sceny akcji i efekty specjalne (prawdziwe, a nie a CGI!) nie wyglądają może specjalnie epicko, ale uwzględniając budżet, myślę, że twórcy wycisnęli z niego wszystko co tylko możliwe i to do ostatniego centa. Kolejna niezaprzeczalna (i w zasadzie chyba największa) zaleta "Bone Tomahawk" to bardzo dobre aktorstwo, ale na ten temat tradycyjnie poświęcę osobny akapit.
źródło: http://www.fandango.com
Kurt Russell, wcielający się w szeryfa Hunta, musiał widocznie polubić westernową konwencję. Jego rola jest więcej niż w porządku – to taka zdecydowanie bardziej uprzejma i szarmancka wersja Johna Rutha z "The Hateful Eight". Ponieważ, jak już wspominałem we wstępie, bardzo lubię tego aktora, każda scena z jego udziałem napawała mnie szczerą radością. Wielkie propsy dla Richarda Jenkinsa za niezwykle irytującą, acz jednocześnie momentami ujmującą, postać Chicory’ego. Wydaje mi się, że stworzenie tego rodzaju kreacji bez podania w przesadę i zbytniego szarżowania jest niezwykle trudne, ale w tym przypadku udało się znakomicie! Na równie duży szacunek zasłużył Matthew Fox – byłem wprost przekonany, że skończył się po "Lost", a tu taka niespodzianka! Brooder, lokalny kozak i dupcyngier, w jego wykonaniu wypadł tak inaczej niż przeciętny Jack Shephard, że początkowo nawet nie rozpoznałem tego aktora. Na tle wymienionej wyżej trójki naprawdę słabo wypada jedynie de facto odtwórca głównego bohatera, czyli Patrick Wilson. Arthur to raczej postać zagrana w typowy sposób dla tego rodzaju bohaterów bez specjalnych fajerwerków. Na koniec, w ramach bezwzględnej walki o równouprawnienie, warto pochwalić Lili Simmons, choć wielu z łatwością może zarzucić roli Samanthy zbytnią nowoczesność. Jednakże ponieważ z poprawnością polityczną u mnie na bakier nie mam zamiaru wyliczać zasług kanibalo-indiańskiej obsady dla światowej kinematografii.
źródło: http://www.fandango.com
Ponieważ gdzieś w głębi duszy spodziewałem się, że projekcja "Bone Tomahawk" zakończy się spektakularną traumą, to końcowy efekt mogę w zasadzie uznać za w miarę zadowalający. Jeżeli macie ochotę na połączenie westernu z horrorem, w którym przez większość czasu wysłuchujecie mało interesujących dialogów o niczym to gorąco polecam film S. Craiga Zahlera. W innym przypadku możecie śmiało odpuścić – Wasze życie nie ulegnie żadnej zmianie, a ponad dwie godziny wykorzystacie na coś lepszego do zrobienia (np. leżenie w rynsztoku bez życia).
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 5/10.

czwartek, 30 czerwca 2016

"Left Behind" (2014)



Co prawda we wstępie do recenzji "Gods of Egypt" napisałem, że ostatnie dokonania Nicolasa Cage’a nie wywołały u mnie nieodpartej chęci obejrzenia jakiejś produkcji z jego udziałem, ale los okazał się jak zwykle przewrotnym szydercą. Natknąłem się bowiem na zestawienie dotychczasowych, najgorszych filmów trwającej dekady i … volià: "Left Behind" zajęło zaszczytne drugie miejsce w tym wypełnionym wieczną chwałą rankingu. Ponadto dzieło wyreżyserowane przez Vica Armstronga (znanego raczej z wyczynów kaskaderskich niż kręcenia dobrych filmów) zalicza się do niezwykle rzadkiej kategorii, czyli chrześcijańskiego kina apokaliptycznego. Oczywiście nie pomyślcie przypadkiem, że scenariusz to oryginalny koncept twórców. "Left Behind" opiera się bowiem na pierwszej części bestsellerowego (to słowo już nic nie znaczy) cyklu pod tym samym tytułem, którego autorami są amerykański ewangelista Tim LaHaye oraz powieściopisarz Jerry B. Jenkins również pochodzący z USA (pełny tytuł pierwszej części to Left Behind: A Novel of the Earth's Last Days). Żadnego z szesnastu (sic!) tomów nie miałem okazji przeczytać, ale wyjątkowo mocno przemawia do mnie fakt, iż powieściowym Antychrystem jest Nicolae Carpathia, prezydent Rumunii. Warto również zauważyć, że jest to na tyle poczytna literatura (hajs się się musi zgadzać), iż nie po raz pierwszy podjęto próbę ekranizacji.
źródło: http://www.impawards.com
Wydaje mi się, że w zamyśle twórców "Left Behind" miało stanowić swego rodzaju delikatne wprowadzenie do całego cyklu filmów, dlatego też perełki z pierwszej części (czytałem streszczenie na Wiki) zostawiono na późniejsze, bardziej spektakularne odsłony. Główną bohaterką filmu jest przeciętna, amerykańska studentka Chloe (Cassi Thomson), która oczywiście reprezentuje ateistycznie opozycyjną postawę w stosunku do pogrążającej się w dewocji matki (Lea Thompson). Głowa rodziny, pilot samolotów pasażerskich, Rayford (Nicolas Cage), totalnie zlewa familijne problemy i mając w dupie nawet urodziny córki postanawia zaszaleć w Londynie z ponętną stewardessą (Nicky Whelan). Niestety ambitne i całkiem młodzieżowe plany zostają popsute przez niezwykle wydarzenie: otóż w jednej chwili na całym świecie znikają miliony ludzi!
źródło: http://www.leftbehindmovie.com
Przepraszam za spoiler, ale jestem zmuszony napisać, że w "Left Behind" do 32 minuty nie dzieje się kompletnie nic ciekawego, a potem … jest dokładnie tak samo. Do wspomnianego, przełomowego momentu film Armstronga to żenujące kino obyczajowe, które później zamienia się w żenujące i głupawe kino obyczajowo-katastroficzno-religijno-apokaliptyczne (im bliżej końca tym wątki religijno-apokaliptyczne zdecydowanie bardziej dominują nad resztą). Produkcja, która w zamierzeniu twórców miała chyba stanowić bezlitośnie srogi młot na bezbożników, masonów oraz pozostałe ateistyczne abominacje gatunku ludzkiego, z powodu ciężaru fabularnego może co najwyżej wywołać uczucie zażenowania. Wszelkie argumenty przemawiające za religią chrześcijańską jako jedynym antidotum na zepsucie i upadek moralności na świecie podano w tak niezwykle subtelny sposób, że od razu można się domyślić kto jest sponsorem produkcji. "Left Behind" można zatem uznać za 110-minutową reklamę amerykańskiej, zdecydowanie bardziej hardcorowej wersji chrześcijaństwa, w której bóg jest miłosierny wyłącznie dla swoich wyznawców, a na niewiernych zsyła wszystko co najgorsze, niczym w Starym Testamencie – wszędzie ruchawka, zniszczenie i pożoga. Tu nie ma miejsca na dialog między religiami. Czcisz Jahwe albo Allaha? W nagrodę za błędny wybór spędzisz resztę życia na ziemskim łez padole rządzonym przez namiestnika Lucypera!
źródło: http://www.leftbehindmovie.com
Mimo szczytnej idei krzewienia amerykańskiej wersji chrześcijaństwa na świecie na produkcję "Lef Behind" udało się zebrać jedynie 16 milionów USD (z czego podobno aż 3 miliony przeznaczono na gażę Nicolasa Cage’a). Czy z większym budżetem film oglądałoby się ciut lepiej? Myślę, że nie do końca, ale patrzenie na Baton Rouge (Luizjana) i Provo (Utah) udające Nowy Jork może Wam dać poważnie do myślenia. Wiele scen wygląda rodem jak z amerykańskiego serialu obyczajowego o raczej średnim budżecie, a lepsze efekty specjalne widziałem chyba w "Herkulesie" z Kevinem Sorbo. Jeszcze więcej scen nie ma żadnego sensu, a przecież nie jest to najdłuższy film w dziejach kinematografii i można było ten czas spożytkować znacznie lepiej. Wydaje się, iż jest to niemal idealny przykład doskonałego i kompletnego zespolenia ubóstwa fabularnego oraz produkcyjnego w jednym dziele. Chociaż z drugiej strony nie jeden polski reżyser zrobiłby nie jedną laskę za 16-milionowy budżet w USD…
źródło: http://www.leftbehindmovie.com
Pisząc o dokonaniach (takie duże słowo!) aktorskich miałem początkowo posłużyć się porównaniem do łowienia pereł w bezdennym i bezkresnym oceanie gówna. Jednakże wkrótce potem miałem flashback jakiejś randomowej sceny z filmu i stwierdziłem, że nie jest to zbyt adekwatne. Szukanie dobrego występu w "Left Behind" jest jak poławianie stolca w bezkresnym i bezdennym oceanie gówna – można, tylko w jakim celu? Napisanie, że Nicolas Cage zdecydowanie najlepiej wypada na tle reszty obsady to zakwalifikowanie pozostałych odtwórców do aktorskiej klasy C (w terminologii piłkarskiej, nie alfabetycznej). Oglądanie drewnianego warsztatu Cassi Thomson może powodować myśli samobójcze, a warto dodatkowo zauważyć, że dziewczyna pochłania sporo ekranowego czasu i wykazuje się niebywałymi wprost umiejętnościami. Całkiem neutralnie z kolei wypada Chad Michael Murray, wcielający się w sławnego dziennikarza Bucka Williamsa, ale co z tego skoro na drugim planie dzieją się najprawdziwsze dramaty. Abstrahując już od sztampowej do bólu konstrukcji postaci (karzeł nienawidzący ludzi, prawy muzułmanin, rozhisteryzowana narkomanka czy biznesmen nie dbający o relacje z dziećmi), poszczególne role zagrano tak wtórnie i manierycznie, że po prostu nadają się do podręcznika złej gry aktorskiej!
źródło: http://www.leftbehindmovie.com
Mimo fatalnej fabuły, nieudolnego wykonania, nachalnej ideologii oraz koszmarnej wręcz gry aktorskiej nie uważam jednakże by "Left Behind" zasłużyło na jedną gwiazdkę. Na swój kaprawy sposób w filmie Vica Armstronga można dostrzec bowiem ciągłość przyczyno-skutkową, a także fabularne następstwo zdarzeń (duże słowa, ale jednak!). Abstrahując od jakości można zatem przyjąć, że niektóre sceny układają się w mniej więcej logiczną i spójną całość. Niestety "Left Behind" nie należy do grona produkcji, które potrafią rozbawić widza swoją kompletną słabością, więc zdecydowanie odradzam projekcję. To naprawdę może zaboleć…
źródło: http://www.leftbehindmovie.com
Ocena: 2/10.