Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Pattinson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Pattinson. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 lipca 2021

"Tenet" (2020)

 There's a cold war. Cold as ice. To even know its true nature is to lose.

Po ostatnich recenzjach serialowych, wraz z nadejściem prawdziwie upalnego i zdecydowanie zbyt często niestabilnie burzowego lata, postanowiłem przerzucić się trochę bardziej na teksty poświęcone filmom. Nie da się oczywiście ukryć, że duży wpływ na tę decyzję miało rozpoczęcie kolejnej, piętnastej już, edycji Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami. W tym roku na festiwalu pojawiło się dużo ciekawych pozycji, ale jak to zwykle bywa często bezlitosne godziny projekcji uniemożliwiają zobaczenie wszystkiego, co bym chciał. Na szczęście w przypadku ostatniego dzieła Christophera Nolana rozpiska festiwalowa była ogromnie łaskawa, dzięki czemu możecie właśnie czytać tekst o "Tenet". Od razu muszę dodać, że "Tenet" w przeczytanych przeze mnie recenzjach dostawał różnorakie oceny, niemniej rzadko się zdarzało, aby było one niespolaryzowane. Zabawna sytuacja miała miejsce na portalu newonce: po pierwszym seansie powstał tekst chwalący produkcję Nolana, po drugim podejściu wylało się na nią gówno ze szczynami. Takie rzeczy nie nastrajają mnie raczej optymistycznie, to też pełen lęku i obaw wybrałem się z ukochaną w upalne i duszne popołudnie do Kina Pod Baranami (upalne i duszne popołudnie zamieniło się potem w burzowy wieczór).

 ©2020 WARNER BROS. ENT. 

W "Tenet" od samego początku zostajemy wrzuceni w wir błyskawicznej akcji, w której tak naprawdę nic nie wiadomo. Bezimienny agent CIA (?), zwany dalej TYM lub jakimś (z angielskiego the/a) Protagonistą (John David Washington) bierze udział w szturmie na operę w Kijowie, którą opanowali terroryści (?). Operacja nie kończy się jednak zakładanym sukcesem (?), a w efekcie nasz dzielny bohater trafia do niewoli (?), z której wykupują go jakieś bliżej nieznane agencje rządowe (?). W ramach nowego zadania Protagonista otrzymuje jedynie tajemnicze słowo TENET oraz gest splecionych dłoni (serio, tak jest w filmie). Wraz z sympatycznym szpiego-fizykiem Neilem (Robert Pattinson) Protagonista wyrusza w szaleńczą podróż po niemal całym świecie, aby wyjaśnić zagadkę Tenet i powiązanego z nią rosyjskiego oligarchy Satora (Kenneth Branagh).

 ©2020 WARNER BROS. ENT.

Opis fabuły brzmi z pewnością dziwnie i dosyć tajemniczo, ale bardzo trudno jest napisać o czym dokładnie jest "Tenet" bez podawania zbyt dużej liczby informacji, które popsują Wam samodzielne ich odkrywanie. Jak już pisałem we wstępie, po tym dziele Nolana spodziewałem się naprawdę niewiele (w szczególności, że reżyserowi pomagał amerykański fizyk teoretyczny Kip Thorpe, z którym wysmażyli jakże udany "Interstellar") i muszę przyznać, że zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony w naprawdę wielu aspektach. Z drugiej strony warto też zauważyć, że "Tenet" zawiera masę błędów, nonsensów i absurdów, których nie mogą przykryć ekspresowe prowadzenie akcji oraz próby stworzenia widowiskowego i spektakularnego dzieła. Warto zadać sobie po seansie wiele pytań dotyczących poszczególnych wydarzeń w filmie, logiki postępowania bohaterów (w szczególności tej odwróconej) oraz ich sensu w ostatecznym kontekście finału. W naszym, dwuosobowym domowym, ognisku film Nolana wywołał bardzo burzliwe dyskusje zaczynające się od standardowego o co tu chodzi, a kończące na wnikliwej analizie poszczególnych scen i działań podejmowanych przez bohaterów. Muszę przyznać, że były to zdecydowanie fascynujące konwersacje!

 ©2020 WARNER BROS. ENT.

Tak naprawdę moje pierwsze wrażenie związane z "Tenet" to głośność. Siedząc w kinie miałem wrażenie, że produkcja Nolana jest chyba z trzy razy głośniejsza od normalnego filmu (i jeszcze te charakterystyczne, wywołujące niepokój dźwięki). Poza tym wszystko wygląda bardzo efektownie i widowiskowo. Razem z Protagonistą podróżujemy po różnych lokacjach, niczym w kolejnym filmie o przygodach Jamesa Bonda. Tym razem zwiedzamy m.in. Kijów, Tallinn, Indie, Londyn, wybrzeża Wietnamu, Oslo oraz zapomniane przez wszystkich opuszczone miasto w Rosji. Towarzyszą nam oczywiście drogie jachty, szykowne garnitury, dzieła sztuki oraz najlepsze restauracje. Nie mogło także zabraknąć dziewczyny Bonda, w którą brawurowo wcieliła się Elizabeth Debicki (Kat), aczkolwiek jej rola jest bardzo zbliżona do analogicznego występu w serialu "The Night Manager". Efekty specjalne się czasem bardzo interesujące, ale jednak często nie wypadają więcej niż średnio. Finałowa sekwencja, w założeniu totalnie widowiskowa, grzęźnie jednak w formie, którą przyjęli twórcy i wyraźnie widać, że nie wszystko poszło tam zgodnie z założonym planem.

 ©2020 WARNER BROS. ENT.

Jedną z największych zalet "Tenet", oprócz zabawy z czasem, jest doskonałe aktorstwo. I nie mówię tu akurat o roli Johna Davida Washingtona, która jest naprawdę spoko, zagrana z luzem, ale czasami wydawało mi się jakby Protagonista był bohaterem "BlacKkKlansman". Nie jestem uprzedzony, czasem pojawiało się coś fascynującego w tej kreacji, ale jednak reszta obsady poradziła sobie lepiej. Największe propsy dostaje oczywiście Robert Pattinson za genialną wręcz rolę Neila. Swoją drogą jest to postać o wiele bardziej interesująca od Protagonisty (każdy chyba chciałby takiego ziomala) i zdecydowanie lepiej zagrana. Elizabeth Debicki (Kat) w roli dziewczyny Bonda również wypada bardzo fajnie i dobrze wpisuje się w klimat tej tajemniczej opowieści. Wcielający się w rosyjskiego oligarchę Kenneth Branagh jest na tyle przekonujący, że raczej nie pomyślelibyście, iż urodził się w Belfaście. Warto również wspomnieć, że jak to bywa już często u Nolana, epizodycznie Michael Caine gra samego siebie.

 ©2020 WARNER BROS. ENT.

Wiem, że w recenzji trochę ponarzekałem na różne aspekty "Tenet", aczkolwiek poza fajnym aktorstwem dostrzegam duży potencjał w dziele Nolana. Zabawy z czasem sprawiają, że film nabrał bardzo unikalnego klimatu, który bardzo mi odpowiada, aczkolwiek nie jest jednak w stanie przesłonić oczywistych wad. Dlatego też "Tenet" otrzymuje ocenę trochę wyższą od wyjściowego pięć-zero: była szansa na zdecydowanie więcej, ale trzeba się bardziej postarać. Jest to jednak na tyle interesujące zjawisko, że warto się z nim zapoznać i wyrobić sobie własną opinię.

 ©2020 WARNER BROS. ENT.

Ocena: 6/10.

niedziela, 12 kwietnia 2020

"The Lighthouse" (2019)

Should pale death, with treble dread,
make the ocean caves our bed,
God who hears the surges roll
deign to save our suppliant soul.

Praktycznie co roku w oscarowych nominacjach pomijany jest jakiś znakomity film (lub nawet kilka), który obiektywnie powinien mieć choćby szansę zawalczyć z nominowanymi mizeriami albo nawet zgarnąć parę statuetek. W tegorocznej edycja ta mało zaszczytna rola przypadła "The Lighthouse" w reżyserii Roberta Eggersa, znanego z fantastycznego "The VVitch: A New-England Folktale". Czarno-biała produkcja zyskała uznanie wyłącznie w jednej kategorii (nominacja za najlepsze zdjęcia), co osobiście uważam za absurd i nonsens, ale przecież się nie wkurwiam, ponieważ to nie ma znaczenia bo nic go w końcu nie ma. W zasadzie chyba powinien przyznawać własne nagrody i przestać wreszcie oglądać się na werdykty Akademii. Jednakże zanim to nastąpi postaram się Was jak najlepiej zachęcić do obejrzenia "The Lighthouse" w jakże ciężkich czasach zarazy. Od razu muszę przyznać, że od czasów studenckich mam bardzo wiele wspólnego z marynistyką, ponieważ często zdarzało mi się przebywać w przesyconych unikalnym zapachem piwnicach krakowskiego Starego Portu.
źródło: https://www.imdb.com/
Tworząc scenariusz Robert i Max Eggers zainspirowali się makabryczną historią, która wydarzyła się na początku XIX wieku w latarni Smalls Lighthouse położonej niedaleko półwyspu Marloes w Pembrokeshire u wybrzeży Walii. Niemniej akcja "The Lighthouse" została osadzona na małej, odludnej wysepce u wybrzeży Nowej Anglii, mniej więcej pod koniec XIX stulecia. Doświadczony latarnik i wilk morski Thomas Wake (Willem Dafoe) oraz były drwal Ephraim Winslow (Robert Pattinson) wyruszają do trudno dostępnej latarni morskiej na kilkutygodniową zmianę. Od samego początku panowie nie pałają do siebie zbytnią sympatią, ale w obliczu potężnego sztormu, który uziemia ich na oddalonym od lądu skrawku ziemi, ich wzajemne relacje zaczynają się znacząco pogarszać.
źródło: https://www.imdb.com/
"The Lighthouse" oczarował mnie już od pierwszych kadrów. Przede wszystkim należy docenić kolosalną pracę odpowiedzialnego za zdjęcia Jarina Blaschke (pracował również przy "The VVitch"), któremu udało się osiągnąć prawdziwą maestrię. Odnośnie czarno-białych zdjęć czytałem kiedyś wywiad z Davidem Lynchem o trudach kręcenia filmów w takiej kolorystyce dzięki czemu zyskałem świadomość, że piekielnie trudno zrobić to poprawnie i żeby przy okazji wyglądało dobrze na ekranie. Tutaj wszystko zagrało idealnie: wspaniałe zdjęcia, podkreślone rzadko spotykanym, prawie kwadratowym formatem obrazu (1.19 : 1), który de facto postarza film, znakomite kostiumy i charakteryzacja (Dafoe i Pattinson zapuścili naturalne brody i wąsy) oraz bezbłędna scenografia (plenery kręcono na przylądku Forchu w Nowej Szkocji) tworzą niepowtarzalną atmosferę. Dodatkowo trzeba oczywiście pochwalić przejmującą realizmem ścieżkę dźwiękową idealnie wprowadzającą grozę brutalnego, oceanicznego żywiołu oraz przeżycia bohaterów skłaniające ich ku szaleństwu (w szczególności powtarzający się stale, przerażający dźwięk syreny mgłowej). To wszystko czynniki, które złożyły się na wywołanie u widza nieustannego poczucia niepokoju oraz zatarcia się wrażenia między prawdziwymi wydarzeniami a halucynacjami czy też wytworami wyobraźni bohaterów. Klimat, klimat i jeszcze raz klimat! I teraz można sobie zadać pytanie dlaczego "The Lighthouse" nie dostał nominacji choćby za scenariusz, role męskie, reżyserię, najlepszy film, kostium, scenografię, dźwięk czy jeszcze wiele innych?
źródło: https://www.imdb.com/
Oczywiście trzeba także pamiętać, że nie jest to film łatwy i przystępny dla masowego widza (zapomnijcie o seansie przy niedzielnym obiadku i pomyślcie raczej o ciemnej, listopadowej nocy, gdy dmie mroźny wiatr, a drzewa wydają się czymś innym niż są w rzeczywistości, chociaż kto tam wie, ale sowy na pewno nie są tym, czym się wydają). Pod względem fabularnym trudno połapać się w rzeczywistości i fikcji tworzonej przez bohaterów i można pokusić się o wiele interpretacji. Twórcy oczywiście wskazują na inspirację motywami mitologicznymi: zazdrośnie strzegący ognia latarni Wake ma być swoistym Proteuszem (bóstwo morskie, syn Posejdona i Tetydy), natomiast ciekawy tejże tajemnicy, energiczny i młody Winslow uosabia Prometeusza (którego nikomu przedstawiać nie trzeba). Nie sposób w tym kontekście nie zwrócić uwagi na trytony, syreny i tym podobne stworzenia wprowadzające atmosferę fantastyczną. Oprócz greckich mitów można także dostrzec wpływy twórczości uznanych pisarzy takich jak choćby Herman Melville (m.in. Moby Dick) czy mistrz powieści grozy H.P. Lovecraft, a także wiele legend i przesądów typowo marynistycznych (np. o duszach marynarzy mieszkających w ptakach morskich).
źródło: https://www.imdb.com/
"The Lighthouse" to przede wszystkim popis aktorskich umiejętności dwóch aktorów. Robert Pattinson po raz kolejny dobitnie udowadnia, że potrafi być znakomitym aktorem zmywając z siebie błyszczącą się hańbę sagi "Zmierzch". Jego przejmująca rola Winslowa to prawdziwy popis powolnego popadania w szaleństwo, podlanego sosem okrutnej tajemnicy z przeszłości. Partnerujący mu na ekranie Willem Dafoe nie musi co rusz udowadniać swojej aktorskiej klasy, ale tym razem naprawdę zasłużył na co najmniej nominację do Oscara, a gdyby nawet otrzymał statuetkę wcale nie czułbym się z tym źle. Aktor znakomicie wcielił się w postać doświadczonego marynarza, kreując Wake’a na bezwzględnego, acz morzobojnego i wysoce zabobonnego wilka morskiego, który lubi najebać się w wolnej chwili i poznęcać nad żółtodziobem Winslowem, traktując go niemal jak niewolnika. Dafoe świetnie oddał również fascynację swojej postaci ogniem latarni, stając się kimś w rodzaju strażnika/kapłana płomienia. Zdecydowanie warto pochwalić obu aktorów także za świetne przygotowanie pod względem językowym – w szczególności wiązanki morskich przekleństw wyrzucane taśmowo przez Dafoe robią piorunujące wrażenie.
źródło: https://www.imdb.com/
"The Lighthouse" to znakomite, acz niełatwe i niebanalne kino, które wymaga od widza uwagi i pełnego zaangażowania. Uwielbiam tego rodzaju filmy i szczerze boleję nad prawie kompletnym pominięciem dzieła braci Eggers w tegorocznym Oscarach. Niemniej Wy się tym nie przejmujcie i śmiało bierzcie się za tę doskonałą produkcję z wyjątkowo niespokojnym klimatem.
źródło: https://www.imdb.com/
Ocena: 9/10.

Ps.
Nigdy nie zabijajcie morskich ptaków.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

"Queen of the Desert"



Dzisiaj na warsztacie ląduje film, który można potraktować jako feministyczną odpowiedź na legendarnego "Lawrence’a z Arabii". "Queen of the Desert" ("Królowa pustyni"), bo o niej właśnie mowa, to produkcja z 2015 roku wyreżyserowana przez Wernera Herzoga. Tak się składa, że ostatnie osiągnięcia niemieckiego reżysera raczej nie przypadły mi do gustu. W szczególności dotyczy to kompletnie niepotrzebnego remake’a "Złego porucznika", który wyborną produkcję Abla Ferrary z epicką rolą Harveya Keitela zamienił w stertę gówna z upadłym Nicolasem Cage’m na wierzchu. Aczkolwiek pozostawmy już w spokoju demony przeszłości i skupmy się na teraźniejszości. "Królowa pustyni" to dzieło o charakterze biograficznym, poświęcone brytyjskiej archeolog i badaczce (tak naprawdę parała się zdecydowanie większą liczbą różnorakich profesji – m.in. wspinaczką górską) Gertrude Margaret Lowthian Bell, która w pierwszych dekadach XX stulecia odegrała niebanalną rolę w kształtującym się układzie sił na Bliskim Wschodzie. A ponieważ w rzeczywiści ta odważna kobieta przyjaźniła się z samym T.E. Lawrence’m nie sposób uciec od porównań do produkcji Davida Leana z 1962 roku, która zdobyła aż siedem Oscarów!
źródło: http://www.impawards.com
Gertrude Bell (Nicole Kidman) wiedzie dosyć nudną (ale trzeba przyznać, że jednocześnie bardzo luksusową) egzystencję w posiadłości swoich niezwykle zamożnych rodziców. Dziewczyna, znudzona balami oraz nieudolnymi zalotami niezbyt twarzowych kawalerów, uprasza ojca, aby pozwolił jej podjąć pracę w ambasadzie brytyjskiej w Teheranie. Na miejscu Gertrude czuje się jak ryba w wodzie, a dodatkowo poznaje przystojnego, acz mało znaczącego dyplomatę Henry’ego Cadogana (James Franco). Płomienny romans naszych bohaterów nie ma jednakże najmniejszej szansy na pozytywne zakończenie – pogrążony w hazardowych długach młodzieniec nie może przecież stanowić solidnej partii dla panny z tak niebywale dobrego domu.
źródło: http://queenofthedesertfilm.com/
Po dosyć pobieżnym zapoznaniu się z życiorysem Gertrude Bell śmiało mogę stwierdzić, że dzielna, brytyjska podróżniczka zdecydowanie zasłużyła na solidny film biograficzny. Niestety produkcja Wernera Herzoga kompletnie nie spełnia pokładanych w niej nadziei i już na wstępie jestem zmuszony napisać, że w praktycznie każdym aspekcie (z jednym wyjątkiem) porównywanie jej do "Lawrence’a z Arabii" jest całkowicie bezsensowne. Oczywiście akcja została rozciągnięta na przestrzeni wielu lat, przez co "Królowa pustyni" często charakteryzuje się nadmierną epizodycznością. Dodatkowo w konfuzję widza może wprowadzić wygląd głównej bohaterki, który praktycznie nie ulega zmianie wraz z upływem czasu. Czyżby zatem róża jerychońska rzeczywiście tak skutecznie powstrzymywała proces starzenia się jak napisano na niejednym kosmetyku? Oczywiście "Królowa pustyni" jest bardzo mało kontrowersyjnym filmem, a postać Gertrude jawi się niczym (prawie) nieskalana gwiazda w szowinistycznym świecie arabskim. W zasadzie po obejrzeniu produkcji Herzoga trudno mi zrozumieć czemu nasza bohaterka zaskarbiła sobie tak duży szacunek u ludzi pustyni (Wiesz co się liczy? Szacunek ludzi pustyni!). Od czasu do czasu wyruszając w jakąś podróż do kresu piasku i przy okazji wykazując się niezwykłą bezczelnością lub lekkomyślnością? Naprawdę szkoda, że tak oszczędnie potraktowano wpływ Gertrude na powstawanie państw arabskich, a tyle uwagi poświęcono nudnym z mojej perspektywy wątkom romansowym.
źródło: http://queenofthedesertfilm.com/
Ten jedyny aspekt, o którym wspominałem powyżej to zdjęcia. Herzog musiał złożyć naprawdę obfite ofiary krwiożerczym, pustynnym bogom, ponieważ udało mu się nakręcić prawdziwą burzę piaskową oraz niezwykle rzadkie zjawisko w postaci śniegu na pustyni. Film jest momentami niezwykle urokliwy pod względem wizualnym – zdjęcia kręcono głównie w Maroku, ale możemy również zobaczyć Jordanię. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na miejsce udające brytyjską ambasadę w Teheranie – pod względem wnętrz jest to jedna z najbardziej epickich filmowych lokalizacji jakie miałem okazję oglądać. Co więcej jestem gotów polecić Wam seans "Królowej pustyni" tylko dlatego, żebyście mogli wraz z bohaterami pozwiedzać to piękne miejsce. Pod względem realizacyjnym nie uświadczymy zatem żadnego przypału, a dodatkowo możemy poczuć się naprawdę zadowoleni.
źródło: http://queenofthedesertfilm.com/
Aktorstwo nie powala może na kolana, ale prawie nie ma większego przypału. Poza nie starzeniem się naprawdę trudno przyczepić się do Nicole Kidman. Gertrude w jej wykonaniu emanuje prawdziwą motywacją i wewnętrzną siłą, które zmuszają ją do eksploracji mało znanych rejonów Bliskiego Wschodu. Szkoda, że scenariusz nie pozwolił na dodanie paru smaczków do tej postaci, ponieważ momentami jest naprawdę sztywno. James Franco, wcielający się w pierwszego ukochanego naszej bohaterki, wypadł całkiem młodzieżowo i ubolewam, iż scenarzysta postanowił zrobić z niego ówczesne wcielenie młodego Wertera. Przypadł mi do gustu również Damian Lewis (legendarny Richard D. Winters z "Kompanii braci" i Brody z "Homeland"), ale w jego przypadku scenariusz również zaczął nabierać cech werterowskich. Warto wyróżnić także Jaya Abdo, który wcielił się w wiernego sługę Gertrude, Fattuha. Kompletne nieporozumienie to natomiast obsada roli T.E. Lawrence’a. Chociaż Robert Pattinson udowodnił, że potrafi grać nieźle (vide "Cosmopolis") to jednak w zestawieniu z Peterem O’Toolem wypada bardzo marnie. Skąd taki pomysł to naprawdę nie mam pojęcia.

źródło: http://queenofthedesertfilm.com/

Niestety "Królowa pustyni" nie jest filmem wybitnym ani nawet dobrym. Niemniej oprócz znakomitych wrażeń wizualnych z seansu wyniosłem wprost palącą potrzebę przeczytania Siedmiu filarów mądrości T.E. Lawrence’a, na których oparto "Lawrence’a z Arabii". Można to uznać za coś pozytywnego, zatem film Wernera Herzoga mogę polecić wszystkim miłośnikom Bliskiego Wschodu jako swoisty wstęp do pogłębiania wiedzy. Jest też sporo rzewnego romansu, więc przedstawicielki płci piękniej nie powinny być rozczarowane.
źródło: http://queenofthedesertfilm.com/
Ocena: 5/10.

wtorek, 6 listopada 2012

"Cosmopolis"

David Cronenberg kręci bardzo specyficzne filmy. W zasadzie każdy jest wyjątkowo dziwny i nietypowy. Wystarczy przytoczyć choćby recenzowany jakiś czas temu "Naked Lunch" czy pamiętną "Muchę". Nawet, gdy Cronenberg zabiera się za kino sensacyjne wychodzi z tego przedziwny twór – obejrzyjcie "Eastern Promises". "Cosmopolis" to najnowsza produkcja Cronenberga. Już na wstępie mamy kontrowersję, gdyż reżyser bardzo odważnie sięgnął po Roberta Pattinsona, bożyszcza nastolatek i hejtowanego powszechnie błyszczącego wampira z sagi "Zmierzch".

źródło: http://www.impawards.com/index.html
O czym jest "Cosmopolis"? Fabuła może zostać opisana w jednym zdaniu: film opowiada o podróży do fryzjera limuzyną godną Pimp My Ride. Nie brzmi to zbyt imponująco ani zachęcająco, nieprawdaż? Jednak warto zwrócić uwagę, że w wypasionym samochodzie po Nowym Jorku porusza się postać niezwykła: 28-letni geniusz spekulacji walutowych Eric Packer (Robert Pattinson). Miliarder w porannym kaprysie postanowił przemierzyć całe miasto, aby dostać się do swojego ulubionego fryzjera. Podróż nie jest łatwa, gdyż miasto nawiedza prezydent (Prezydent czego? – spyta nasz bohater) powodujący ogromne korki, awarie wodociągów oraz manify anarcholewactwa. Nasz bohater jest mocno zmartwiony ostatnimi spekulacjami na chińskiej walucie, które mogą znacznie uszczuplić jego pokaźny majątek. Sytuację pogarszają również domniemane wieści z Kompleksu o niebezpieczeństwie zagrażającym Packerowi. Szef ochrony miliardera Torval (Kevin Durand) w obawie o jego los najchętniej nigdzie by się nie ruszał, ale Packer uparcie nalega na wycieczkę na drugi koniec miasta.
źródło: http://www.movieinsider.com/
W "Cosmopolis" tak naprawdę niewiele się dzieje. Akcja ograniczona została głównie do dialogów między Packerem a jego gośćmi w limuzynie. Czasami bohater opuszcza auto, aby zjeść posiłek, uprawiać seks w hotelu, czy też porozmawiać z równie bogatą żoną Elise (Sarah Gadon). Przy czym małżeńskie rozmowy sprowadzają się do pytań Packera o to kiedy wreszcie pójdą do łóżka. Kilka zdań należy poświęcić samej limuzynie, bo jest to auto niezwykłe: opancerzone, wyciszone korkiem, ze wszelkimi możliwymi bajerami. W zasadzie jest to jednocześnie dom i biuro Packera, w którym uprawia seks, zajmuje się pracą, ubolewa nad śmiercią ulubionego rapera (Jak umarł? Zastrzelili go?), a nawet przechodzi codzienny zestaw badań lekarskich. W barku możemy dostrzec polski akcent: kilka flaszek Sobieskiego bardzo ładnie wygląda na ekranie. W filmie mamy jeszcze jeden polski wątek: "Cosmopolis" rozpoczyna się od cytatu z wiersza Zbigniewa Herberta. W efekcie przez cały film przewija się motyw szczura.
źródło: http://www.movieinsider.com/
Mimo, że Cronenberg nie rozpuszcza nas akcją, to "Cosmopolis" oglądało mi się bardzo fajne. Świetne dialogi, o magnetycznej sile, nie pozwoliły mi się oderwać od ekranu. Historia o Tu-160 (Blackjack) kupionym przez Packera w Kazachstanie była bardzo interesująca. Moim zdaniem Pattinson idealnie sprawdził się w roli zblazowanego i niemal bezuczuciowego Packera. Do tego bardzo podobał mi się Kevin Durand jako szef ochrony oraz większość gości przyjętych na limuzynową audiencję (m.in. Juliette Binoche). Co mi się natomiast nie podobało? Mniej więcej od momentu w którym Packer dociera wreszcie do fryzjera rozwój akcji staje się dla mnie zbyt udziwniony. Do tego momentu byłem gotów dać mocarną siódemkę, ale końcówka zmieniła moje zdanie. Gdyby cały film został utrzymany w limuzynowej konwencji to nie miał bym problemu wystawić dosyć wysoką ocenę. Niestety tak się nie stało, dlatego nieznacznie obniżę końcową notę. Czy warto obejrzeć? Zdecydowanie tak, choćby dlatego, że film niesamowicie wciąga. Kto by pomyślał, że podróż do fryzjera może być tak interesująca?

Ocena: 6/10.