wtorek, 8 września 2015

"Ida"



Dzisiaj, z typową dla mnie nonszalancją oraz nie przywiązywaniem wagi do aktualnych wydarzeń, zajmiemy się największym, międzynarodowym sukcesem polskiej kinematografii ostatnich lat, czyli oscarową "Idą". Wiele wody w Silnicy musiało upłynąć zanim udało mi się wreszcie obejrzeć utytułowaną produkcję w reżyserii Pawła Pawlikowskiego. Z czego wynikała moja daleko posunięta indolencja? Nie mam pojęcia, pewnie jestem kompletnie leniwy, ponieważ po zdobyciu Oscara "Ida" została wznowiona w niemal każdym krakowskim kinie nie będącym kinoplebsem. Jednakże dopiero w trakcie podróży do Warszawy, z nieukrywanym zaskoczeniem, odkryłem, iż Lux Express dysponuje niezwykle aktualnym repertuarem filmowym i postanowiłem wykorzystać nadarzającą się okazję. Z tego miejsca pozdro dla przewoźnika za ofertę na czasie oraz możliwość spożywania gorących napojów bez ograniczeń.
źródło: http://www.impawards.com
Oczywiście, urodziwszy się w mieście słynnego pogromu z lipca 1946 roku, mam świadomość, iż niektóre środowiska zbojkotują "Idę" z powodu tematyki, której dotyka film. Otóż jest to bowiem historia o Żydach. Na początku lat 60-tych ubiegłego stulecia młoda nowicjuszka Anna (Agata Trzebuchowska) tuż przed złożeniem ślubów zakonnych zostaje oddelegowana na kilka dni pod opiekę jedynej żyjącej krewnej. Czas spędzony z ciotką Wandą (Agata Kulesza), byłą prokurator, a obecnie sędziną, ma pomóc dziewczynie podjąć ostateczną decyzję odnośnie pozostania w zakonie. Chociaż nie można powiedzieć, aby między obiema paniami wytworzyła się szczególna chemia to Wanda zabiera Annę w podróż w rodzinne strony, by poznała tragiczne dzieje swojej rodziny.
źródło: http://www.ida-movie.com/
Nawiązując do początku poprzedniego akapitu niektóre środowiska zapewne uznały przyznanie Oscara "Idzie" za kolejny, tym razem jawny, przejaw syjonistyczno-masońskiego spisku, którego celem ostatecznym jest zdobycie całkowitej władzy nad światem przy kompletnym wyniszczeniu narodu polskiego. Tymże paranoikom z chęcią poleciłbym lekturę Cmentarza w Pradze Umberto Eco, ale ponieważ iloraz ich inteligencji nie przekracza zwykle temperatury pokojowej, obawiam się, że wyciągnięcie właściwych wniosków nie byłoby możliwe. Zarzuty o szkalowaniu dobrego imienia narodu polskiego są również wyssane z dupy. Nie potrafię zrozumieć dlaczego niektórzy prawdziwi Polacy pragną jedynie gloryfikować, kompletnie zapominając o ciemnej stronie okupacji – szmalcownikach, kolaborantach, denuncjacjach na Gestapo, Goralenvolk (ileż jeszcze będę musiał znosić publiczne robienie laski góralom?) czy dosyć groteskowych eliminacjach politycznych przeciwników. Poza tym, skoro chcecie gloryfikować patriotyczne czyny to zamiast biadolić nad zepsuciem moralnym i szkalowaniem dobrego imienia ojczyzny weźcie dupy w troki i stwórzcie wreszcie coś konstruktywnego! No, ale dość już o fobiach narodowców (wybory tak blisko, a szwadrony kukizowców zwarte tak ciasno), skupmy się na filmie!
źródło: http://www.ida-movie.com/
Rozpoczynając seans nurtowała mnie zasadniczo jedna kwestia: czy film Pawlikowskiego rzeczywiście jest aż tak dobry, że zasłużył na Oscara? Nie ukrywajmy: pod względem fabularnym "Ida" z pewnością nie urywa niczego. Niezaprzeczalnie opowiedziana historia jest ciekawa, wciągająca i kontrowersyjna, ale w ostatnich latach spotykało się już znacznie lepsze, polskie scenariusze (vide "Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego). Nie jest to zarzut dyskwalifikujący film, o ile pozostałe elementy wykonane zostały na medal. Wracając do fabuły to warto zauważyć, że reżyser postać, w pewien sposób sympatycznej i wyraźnie hedonistycznej, Wandy Gruz oparł na niesławnej Helenie Wolińskiej (w jednej ze scen bohaterka wspomina, że kiedyś, w latach chwały, była znana jako Krwawa Wanda) Nieświadomym polecam zapoznać się z osiągnięciami oraz życiorysem pani Heleny, a także niebywałą przewrotnością losu, który ją spotkał. Oczywiście zaraz pojawią się zarzuty z prawej strony, że jak to, kłamstwo, przecież tak nie było i w ogóle same przekłamania, hańba i targowica! Przypominam zatem nadmiernie zaangażowanym, że jest to jedynie film fabularny, a nie historyczny, i scenarzysta z bohaterami mógł sobie zrobić wszystko. Zdecydowanie fabuła to najsłabszy element składowy "Idy", niemniej marzę, abym mógł częściej określać w taki sposób historie stworzone na tak wysokim poziomie.
źródło: http://www.ida-movie.com/
Pisząc o "Idzie" nie sposób pominąć klimatycznych oraz genialnych (chociaż to może za mało powiedziane, ale nie sposób oddać ich geniuszu za pomocą słów) zdjęć. Łukaszowi Żalowi oraz Ryszardowi Lenczewskiemu udało się stworzyć coś naprawdę wyjątkowego i zjawiskowego. Gdybym miał przyznać ocenę wyłącznie za zdjęcia "Ida" otrzymałaby bezapelacyjne 10/10. Czarno-białe kadry urywają po prostu dupę! Do tego dołożono przeważnie znakomitą scenografię, choć z drugiej strony trochę szkoda, że przez pewną część filmu oglądamy jedną i tę samą ulicę. Niemniej ogromne wrażenie zrobiły na mnie małe, szare, brudne miasteczka z lat 60-tych, w których prawie zatrzymał się czas. Nie wiem czemu, ale myśląc o tej dekadzie w PRL mam wyłącznie czarno-białe skojarzenia. Film Pawlikowskiego pod tym względem idealnie wpasowuje się w moje oczekiwania. Znam w sumie podobne miejsca, w których nic się nie zmieniło przez dekady, toteż mogę potraktować "Idę" jako nostalgiczną quasi-podróż. Niemoc i beznadzieja polskiej prowincji zostały przedstawione mistrzowsko i za to twórcom należą się z pewnością ogromne brawa. Na plus zaliczam również ścieżkę dźwiękową. Pod tym względem warto pochwalić wprowadzenie do filmu wątku Lisa (Dawid Ogrodnik) i jego zespołu. Chłopaki grają fajnie w klimacie lat 60-tych, a dodatkowo można usłyszeć nawet kompozycje samego Coltrane’a!
źródło: http://www.ida-movie.com/
Kolejna bezapelacyjna zaleta "Idy" to aktorstwo. Debiutująca na ekranie Agata Trzebuchowska spisała się znakomicie – wielkie propsy za tak odważne wejście do światowej kinematografii oraz piękne, głębokie oczy. Miejmy nadzieję, że nie skończy jako one-time wonder (o ile planuje oczywiście kontynuować aktorską karierę). Największe oklaski jednakże należą się Agacie Kuleszy za kolejną brawurową kreację. Wanda Gruz być może kiedyś była stalinowskim siepaczem, niemniej obecnie to wyniszczona życiem sędzina uzależniona od alkoholu i przypadkowego seksu. Jakkolwiek zabrzmi to dziwnie byłą prokurator pod wieloma względami można uznać za hedonistkę (oczywiście do pewnego momentu) – futra, auto, alkohol, mężczyźni, muzyka klasyczna. Wybitnie interesująca postać! Monstrualne propsy należą się także za stworzenie znakomitej chemii między głównymi bohaterkami. Niestety na drugim planie dzieje się stosunkowo niewiele. Warto zwrócić uwagę na kolejną fajną rolę Dawida Ogrodnika, ale w zasadzie to wszystko.
źródło: http://www.ida-movie.com/
Chociaż "Ida" z pewnością nie zasługuje na miano najlepszego filmu w dziejach polskiej kinematografii to jednak Paweł Pawlikowski w pełni zasłużył na Oscara. Może nie pod względem fabularnym, ale z pewnością za mistrzowskie zdjęcia oraz unikalną scenografię należą się twórcom najwyższe laury. W mojej opinii pozycji obowiązkowa, ale Wy i tak powiecie, że recenzja została napisana za grube hajsy przelane z syjonistyczno-masońskich kont z banków na Arubie albo w Tel Awiwie.
źródło: http://www.ida-movie.com/
Ocena: 8/10 (ocena podniesiona za znakomite zdjęcia).

czwartek, 27 sierpnia 2015

"True Detective" (sezon 2)



Publiczne, jak to mawiał Hank (i to nie Moody Moi Drodzy, lecz Chinasky – poczytajcie od czasu do czasu), brandzlowanie nad pierwszym sezonem "True Detective" zdecydowanie przerosło moje oczekiwania. Dlaczego nie uważam tegoż serialu za arcydzieło nad arcydziełami napisałem już w zeszłym roku – recenzję znajdziecie tutaj: "True Detective" (sezon 1). Oczywiście nie miałem wtedy i nie mam teraz zamiaru umniejszać doskonałości postaci Rusta Cohle’a, którego przecież zaliczyłem w poczet największych serialowych bohaterów. Niemniej, jak wspominałem w poprzedniej recenzji, nakręcenie drugiej odsłony było tylko kwestią czasu. Pamiętam doskonale, ileż emocji wzbudziło podanie nazwisk odtwórców głównych ról męskich. O ile trochę upadły Colin Farrell wydał mi się całkiem na miejscu, o tyle Vince Vaughn to już lekka kontrowersja, a angaż drewnianego dotychczas Taylora Kitscha można było rozpatrywać w kategorii chorego żartu. W sumie jednak pomyślałem, że każdy zasługuje na szansę by zabłysnąć, więc nie miałem zamiaru skreślić nikogo już na samym starcie. Podobnie było z umiejscowieniem akcji drugiego sezonu. Tym razem zamiast przedziwnej i niemal mistycznej, ale za to najlepszej ekranowej Luizjany, wraz z bohaterami przemierzamy, wydawałoby się, nadmiernie eksploatowaną Kalifornię. Jak napisał kiedyś wieszcz: to lubię! – aczkolwiek wysłuchiwanie lamentacji oraz utyskiwań znajomych było wysoce frustrujące.
źródło: http://www.impawards.com
W przeciwieństwie do pierwszej odsłony liczba głównych bohaterów uległa wyraźnej multiplikacji. Trudno wskazać, kto gra pierwsze skrzypce, mamy do czynienia raczej z równorzędnymi członkami kwartetu. Pozwólcie zatem, że zacznę od moim zdaniem najciekawszych i najbardziej złożonych postaci. Detektyw Ray Velcoro (Colin Farrell) to degenerat, alkoholik, narkoman oraz brudny gliniarz, walczący z byłą żoną o opiekę na swoim rudym synem. Zmagając się z demonami przeszłości zostaje sługusem kliki rządzącej kalifornijskim miastem Vinci. Jednocześnie, grając na dwa fronty, wspomaga lokalnego, niezwykle ambitnego gangstera Franka (Vince Vaughn). Idylliczna egzystencja naszych bohaterów kończy się, gdy w tajemniczych okolicznościach zostaje zamordowana lokalna szycha – Ben Casper. Na wyjaśnieniu zbrodni bardzo zależy Frankowi, który z nieboszczykiem przeprowadzał intratne interesy. Władze dosyć średnio interesują się zgonem, ale mimo to powołują zespół śledczych, w którego skład oprócz wspomnianego detektywa Velcoro wchodzą niepokorna detektyw Ani Bezzerides (Rachel McAdams) oraz zwyczajny funkcjonariusz drogówki Paul Woodrugh (Taylor Kitsch).
Ray.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Usłyszałem kiedyś opinię, że drugi sezon "True Detective" to już nie będzie to samo. Oczywiście, kurwa, że to nie było to samo! Chwała twórcom za to, że nie poszli na łatwiznę kręcąc kolejne przygody Rusta i Marty’ego, ale pokazali jaja ze stali i zaserwowali widzom coś zupełnie nowego. Niestety, jak się szybko okazało, sama odwaga i tupet nie wystarczą do stworzenia dobrego serialu. Nie ukrywajmy: pod względem fabularnym jest to kompletna i bezapelacyjna porażka. Zamiast wątku mistycznego mamy do czynienia z kwestiami ekonomicznymi, które niestety nie wzbudzają aż tylu emocji i odzierają serial z tajemniczej otoczki. Niemniej, niektóre rozwiązania fabularne zakrawają na albo najbardziej oklepane motywy (najlepszy przykład to przypadkowe podsłuchanie tajnej narady złych bohaterów) albo najprawdziwszy dramat. Zanotować taki zjazd na przestrzeni jedynie dwóch sezonów? Niebywałe! Chociaż aż troje z czwórki głównych bohaterów serialu pracuje w policji to nie ma co liczyć na mozolną pracę śledczych, znaną choćby z "The Wire". Zaiste, śledztwo toczy się mozolnie, ale wynika to raczej z faktu, iż niemal kompletnie nikomu nie zależy na jego rozwiązaniu. Kolejne wątki dochodzenia nie są odkrywane w logiczny, przyczynowo-skutkowy sposób, lecz na zasadzie całkowitego przypadku (przykład: w jednym z odcinków bohaterowie udają się do domku w górach, a nieopodal akurat przypadkowo kręci się pełno padlinożernych ptaków).
Frank.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Ogólnie rzecz biorąc w drugim sezonie twórcy postanowili porzucić minimalizm pierwszej odsłony i zaserwować widzom mnogość wątków, głównie obyczajowych (tzw. proza życia). Niestety, praktycznie 90% z nich nie wzbudziło u mnie jakichkolwiek emocji. Do najgorszych zaliczam z pewnością walkę Velcoro o opiekę na synem, epicką batalię z własną gejozą Woodrugha (vide Maverick z "Top Gun") oraz życie uczuciowe Bezzerides. W zasadzie to można się jeszcze przyczepić do żenującej relacji Woodrugha z matką oraz równie ułomnego motywu ze służbą w Black Mountain (jakby ktoś nie wiedział o co chodzi to jest to dosyć nachalne odniesienie to najsłynniejszego PMC świata, czyli niesławnej Blackwater). Zrezygnowano również z jednoczesnego prowadzenia akcji w kilku planach czasowych. Jedyną tego rodzaju zabawą jest linearny przeskok dwa miesiące w przód. Twórcy zdecydowanie odcięli się również od filozoficznych monologów Rusta, które stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów pierwszego sezonu. W drugiej odsłonie rozważania i dialogi bohaterów dotyczą o wiele bardziej prozaicznych aspektów życia. Ponadto serial jest kompletnie nierówny. Za najlepszy przykład może posłużyć odcinek numer sześć, w którym znalazła się genialna scena śniadaniowa Raya i Franka. Niestety w dalszej części nastąpił tak dramatyczny zjazd, że zacząłem uważać go za najgorszy odcinek w całej serii. Warto poruszyć także kwestię zakończenia. Już finał pierwszego sezonu pozostawiał wiele do życzenia, ale tym razem jest naprawdę słabo. Po obejrzeniu ostatniego odcinka zanotowałem sobie, że było chujowo, ale zawsze mogło być gorzej. Dosyć marne pocieszenie, nieprawdaż?
Woodrugh.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Czy zatem "True Detective" posiada jakiekolwiek jasne strony? Z pewnością jako niewielki plus można zaliczyć ukazanie mechanizmów oraz zależności rządzących miastem Vinci, ale także policją czy prokuraturą (w Polszy powiedzielibyśmy: układ). Generalnie nic nie jest proste, jeżeli nie masz mocnych pleców albo nie jesteś rezydentem rosyjskiej mafii. Wielki props należy się za intro oraz piosenkę Nevermind Leonarda Cohena, które po prostu deklasują czołówkę z pierwszego sezonu. Jednakże największą zaletą drugiej odsłony są bezapelacyjnie piękne i doskonałe zdjęcia. To nie jest wesoła, plażowa Kalifornia znana z dotychczasowych seriali. Epicka sieć autostrad stanowiąca swego rodzaju układ krwionośny stanu, gigantyczne zakłady przemysłowe czy obskurne mordownie (w szczególności ulubione miejsce spotkań Franka i Raya) wywarły na mnie ogromne wrażenie. Gdybym miał przyznać ocenę wyłącznie w tej kategorii to z pewnością wystawiłbym notę 10/10 (szczególnie piękna jest panorama Los Angeles z piątego odcinka). Sam wygląd fikcyjnego miasta Vinci zdecydowanie odbiega od typowego wyobrażenia kalifornijskiej, spokojnej mieściny. Za przekształcenie Słonecznego Stanu w totalnie depresyjną i odbierającą chęć do życia miejscówkę należą się wielkie brawa. Pragnę również zwrócić Waszą uwagę na masakrę, która ma miejsce w jednym z odcinków. Epicka rzeź, przypominająca rozmachem bitwy meksykańskich karteli rozgrywające się na ulicach Mexico City albo Ciudad Juárez, również przypadła mi do gustu (aczkolwiek główni bohaterowie byli oczywiście nieśmiertelni i fragowali jak über pro). Mimo wszystko warto podkreślić, że w serialu znalazło się przynajmniej kilka znakomitych scen (m.in. wspomniana wyżej rozmowa Franka i Raya), aczkolwiek w porównaniu do pierwszego sezonu ich ilość nie powala na kolana.
Bezzerides.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Jeśli chodzi o postacie i aktorstwo to pozwólcie, że zacznę od tych, którzy zasługują na brawa. Jak już wspominałem najbardziej złożonym bohaterem jest Ray Velcoro, w którego świetnie wcielił się Colin Farrell. Wieści o upadku tego aktora wydają się być przesadzone, ponieważ jeżeli tylko dostanie do zagrania ciekawą postać zazwyczaj wypada znakomicie. Ray w jego wykonaniu jest naprawdę w porządku, a ponadto widać prawdziwą chemię między nim a Frankiem. Ambitny, kalifornijski gangster również zaskarbił moją sympatię, chociaż trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do facjaty Vaughna. Oczywiście nie sposób ukryć, że zdarzały mi się momenty kompletnej irytacji wywołanej działaniami Franka, ale w ogólnym rozrachunku zaliczam go na plus. Bardzo cieszyłem się z angażu Kelly Reilly i jak zwykle nie zawiodłem się. Jordan w jej wykonaniu nie tylko wygląda zjawiskowo (chociaż są tacy, który nie doceniają jej urody - brzydka, bo ruda), ale także staje się postacią z krwi i kości, która wydatnie przyciąga uwagę widza. Z pewnością nie można tego samego powiedzieć o Ani Bezzerides. Nie mogę odmówić Rachel McAdams jej wysiłków, ale jak to mawiano w "Whiplash": not quite my tempo. Ogólnie rzecz biorąc oceniam tę postać neutralnie z lekkim negatywnym odcieniem. I w ten oto sposób możemy płynnie przejść do kompletnych rozczarowań. Nie ukrywajmy: Taylor Kitsch to dramat. Nie dość, że otrzymał najgorszą i najbardziej sztampową postać (dramatyczna walka z własnym homoseksualizmem oraz psychiczny uraz po służbie w Iraku), to jego drewniany warsztat aktorski tylko pogarsza zaistniałą sytuację. Woodrugh został wrzucony przez scenarzystów do oceanu gówna, z którego mało który aktor byłby się w stanie wygrzebać. No ale i tak powiecie, że jest przecież przystojny! David Morse, typowy bad ass motherfucker, obsadzony w roli Eliota, pociesznego hipisa i jednocześnie religijnego guru? Beztroska postać ojca detektyw Bezzerides pasuje raczej do lekkostrawnego serialu pokroju "Californication", a nie do spuścizny Rusta oraz Marty’ego! Chociaż tym razem bohaterów drugoplanowych jest cała masa to naprawdę z trudem muszę przyznać, że nikt nie zrobił na mnie większego wrażenia – de facto wielu z nich zapomniałem od razu po odcinku, w którym się pojawili.
Jordan.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Recenzja rozciągnęła się ponad miarę, więc przydałoby się jakieś podsumowanie. Drugi sezon "True Detective" to niestety kompletna porażka, która ani przez chwilę nie była w stanie udźwignąć dziedzictwa pierwszej odsłony. Nieliczne przebłyski geniuszy nie mogą bowiem wpłynąć na ostateczną ocenę tego nieciekawego i nakręconego bez pomysłu przedsięwzięcia. Warto polecić jedynie ze względu na postacie Raya, Jordan i Franka, piosenkę Nevermind otwierającą każdy odcinek oraz piękne zdjęcia przemysłowej Kalifornii, za które podnoszę ocenę o jedną gwiazdkę.
Ukochana mordownia Franka i Raya.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Ocena: 5/10.

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Disco Polo"



W tegorocznej edycji Letniego Taniego Kinobrania postanowiłem się skupić na polskich produkcjach, ponieważ uznałem, iż dla przeciętnego człowieka nie dysponującego dostępem do Canal+, a także mającego w głębokiej pogardzie oglądanie filmów on-line w marnej, pikselotycznej jakości, bycie na czasie bez regularnego chodzenia do kina jest niemal niemożliwe do wykonania (właśnie napisałem pięcolinijkowe zdanie wielokrotnie złożone!). Recenzję "Służb Specjalnych" mieliście okazję czytać całkiem niedawno, a dzisiaj przyszedł czas na "Disco Polo". Gwoli wyjaśnienia muszę przyznać, że zdecydowanie daleko mi do fascynacji tym kiedyś powszechnie wyszydzanym gatunkiem muzycznym, który mimo przeciwności losu zdołał podbić serca Januszów całego świata, a obecnie zdaje się przeżywać kolejny już renesans. Zatem, jak zarymował kiedyś Wojtek Sokół - wróćmy teraz na boisko podstawówki. W nostalgicznych latach 90-tych, spędzając corocznie większość wakacji na wsi, gdzie liczba kanałów telewizyjnych ograniczała się w porywach do pięciu (jeśli mieliśmy dobry sygnał), zostałem skazany na coniedzielne oglądanie legendarnego, polsatowskiego Disco Relaxu. Sięgając pamięcią do lat młodości, wspominam, iż były to seanse raczej radosne i tegoż właśnie oczekiwałem od "Disco Polo".
Kwintesencja przaśności plakatu.
( źródło: http://www.filmweb.pl)
Tak naprawdę trudno określić kiedy dokładnie rozgrywa się akcja "Disco Polo". W zasadzie nie ma to większego znaczenia dla fabuły, więc przyjmijmy, iż jest to jeden z okresów disco-polowego boomu. Młody gniewny Tomek (Dawid Ogrodnik), egzystując na jakimś polskim zadupiu, marzy o muzycznej karierze, górach hajsu i pięknych kobietach. W końcu, w akcie totalnej desperacji, stawia wszystko na jedną kartę: wraz z utalentowanym muzycznie Rudym (Piotr Głowacki) oraz techniczną o wdzięcznej ksywie Mikser (Aleksandra Hamkało) tworzy zespół Laser. Droga na disco-polowy Parnas nie jest jednakże usłana różami, a wszystko w garści trzyma szef topowej wytwórni muzycznej, Daniel Polak (Tomasz Kot).
źródło: http://www.filmweb.pl
Szczere powiedziawszy (a raczej napisawszy) spodziewałem się, że "Disco Polo" będzie całkowicie innym filmem: typową historią od zera do bohatera, tyle że tym razem w disco-polowej tonacji. Abstrahując jednakże od trochę czerstwego westernowego wstępu (chociaż Tomasz Knapik na wiecznym propsie), produkcję Macieja Bochniaka należy uznać za jeden z najbardziej oryginalnych projektów w dziejach polskiej kinematografii. Pierdolnięcie, z jakim na ekranie pojawia się fikcyjny zespół Atomic wykonujący prawdziwy utwór Cztery osiemnastki, oraz epickość teledysku trudno oddać słowami. Nie przypominam sobie kiedy ostatnio widziałem polski film, z którego hektolitrami tryskałaby fascynacja najbardziej tandetną, lunaparkową Ameryką. Za kostiumy oraz scenografię należą się ogromne oklaski, bowiem nawet Warszawę niemal udało się przerobić na pełne neonów Las Vegas. Show jest totalny i obejmuje również zdjęcia, montaż oraz użyte w filmie rekwizyty (sprawdźcie choćby wystrój przyczepy kempingowej babci Rudego, mundury klawiszów czy choćby auta, którymi przemieszczają się bohaterowie). Nie przypominam sobie również, kiedy ostatnio widziałem polski film napakowany tak bezpośrednimi, a jednocześnie znakomitymi nawiązaniami do zagranicznej produkcji (pytanie o jajka wywołało salwy śmiechu u uświadomionej filmowo części widowni). Jeśli zastanawiacie się dlaczego w "Disco Polo" pojawiają się dwie przyodziane w biel postacie, dzierżące w rękach kije golfowe, to odpowiedź na powyższe pytanie znajdziecie oglądając "Funny Games".
źródło: http://www.filmweb.pl
Nie da się ukryć, że "Disco Polo' to spiżowy pomnik wystawiony tytułowemu gatunkowi muzycznemu. Czas i miejsce akcji nie mają większego znaczenia, przede wszystkim liczy się bowiem muzyka. W filmie można nie tylko usłyszeć największe przeboje disco polo, ale także zobaczyć czołowych wykonawców (m.in. Tomasz Niecik czy Radosław Liszewski z Weekendu) w autoironicznych epizodach. Zrobiono to na tyle dobrze, że muzyka naprawdę nie żenuje, a co po niektórzy zaczęli się nawet bujać w jej rytmie, uparcie twierdząc, iż to właśnie gra się na weselach (w tym miejscu gorące pozdro dla mojej towarzyszki!). De gustibus non est disputandum. Fabuła nie jest niestety aż tak kolorowa jak scenografia, chociaż pojawia się kilka smaczków (m.in. kameralny występ w więzieniu czy też propozycja zaśpiewania piosenki dla kandydata na prezydenta RP). "Disco Polo" to niemalże bajkowa opowieść o zawrotnej karierze zespołu muzycznego ze wszystkimi typowymi elementami, przewidywalnym love story oraz obowiązkowym morałem. Jednakże w tym przypadku sztampowość opowieści została zbilansowana przez pozostałe składowe i nie wywołuje u widza uczucia żenady. Akcja napiera naprawdę w zawrotnym tempie, a także wyeliminowano mielizny fabularne, dzięki czemu nie ma czasu na nudę. Jak na kompletnie no name’owego reżysera (przynajmniej dla mnie) Maciej Bochniak odwalił kawał solidnej roboty.
źródło: http://www.filmweb.pl
Aktorstwo to niezaprzeczalna zaleta "Disco Polo". Z mojej perspektywy dopiero w tym filmie w pełni rozbłysła gwiazda Dawida Ogrodnika, kompletnie nijakiego Rahima z "Jesteś bogiem". Aktor, niczym mityczny Atlas, wziął na swoje bary niemal cały ciężar produkcji. Niemal, ponieważ nie sposób nie docenić kolejnej znakomitej roli Tomasza Kota. Postać Daniela Polaka po prostu urywa dupę! Trzecie miejsce na podium otrzymuje natomiast Mariusz Drężek, wcielający się w przerysowanego do bólu, ale jednocześnie pełnego zajebistości Rolanda, prowadzącego disco-polowy show. Reszta wykonawców nie zrobiła na mnie niestety większego wrażenia. Joanna Kulig (Anka) gra raczej typową rolę pozornie zimnego wampa, który w rzeczywistości skrywa głęboko nieprzebrane pokłady wrażliwości. Nie specjalnie wyróżniają się również postali członkowie zespołu Laser – Piotr Głowacki oraz Aleksandra Hamkało (w jej przypadku jest to już jazda po bandzie). Na małe propsiki zasłużyli natomiast Juliusz Chrząstowski (ojciec Tomka), Iwona Bielska (babcia Rudego) oraz niezawodny Janusz Chabior.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Disco Polo" to dla mnie jedno z największych pozytywnych zaskoczeń polskiej kinematografii ostatnich lat. Mimo, że spodziewałem się całkowicie innego kalibru, to film no name’owego reżysera dysponuje takim początkowym pierdolnięciem i tempem, iż nie sposób wystawić niską notę. Dodatkowe zalety to oczywiście jawna inspiracja Ameryką oraz znakomite kostiumy i scenografia (dla fanów tej muzyki niezaprzeczalnym atutem będą największe klasyki gatunku). A że wszystko dotyczy disco polo? W zasadzie nie ma to dla mnie znaczenia – opowieść o Tomku i jego marzeniach można potraktować jako uniwersalną przypowiastkę. Sprawdźcie sami!
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 7/10.

wtorek, 28 lipca 2015

"Child 44" ("System")



Na wstępie muszę przyznać, że do obejrzenia "Child 44" (w Polszy znanego jako "System") zachęciły mnie dwa główne czynniki. Po pierwsze oczywiście obsada. Gary Oldman zalicza się od dawna do grona moich ulubionych aktorów, ale i przecież Tom Hardy dzięki genialnym rolom (m.in. "Bronson", "Locke") niedawno wjechał na aktorski Parnas. Druga przyczyna charakteryzuje się natomiast zgoła odmienną naturą. O ile obsadę można bezapelacyjnie uznać za rzecz pozytywną, to totalnie hejterska recenzja filmu Daniela Espinosy z portalu film.org.pl znajduje się na kompletnie przeciwstawnym biegunie. Tekst stworzony w momencie, gdy "System" hulał w polskich kinach ocieka takim jadem i żółcią, że można pomyśleć, iż twórcy osobiście skrzywdzili biednego recenzenta (hajs, hajs, hajs – tak to czytaj?) albo pisał recenzję na zamówienie GRU. Wiadro wylanych pomyj i ocena 1/10. Serio? Ja nie potrzebuję lepszej rekomendacji! Gwoli sprawiedliwości muszę napisać jednak, że scenariusz filmu oparto na zapewne bestsellerowej powieści Toma Roba Smitha. Dlaczego zapewne? Nie mam zwyczaju czytać tego rodzaju książek, których rocznie powstają zapewne setki, a ponadto słowo bestsellerowy już dawno straciło pierwotne znaczenie.
źródło: http://www.impawards.com
Przenieśmy się zatem w mroczne czasy ZSRR, kiedy hartowała się stal. Z początkowych napisów dowiadujemy się jak okrutną zbrodnią była kolektywizacja wsi na Ukrainie. Utraciwszy rodzinę nasz młody bohater ucieka z radzieckiego ośrodka wychowawczego, by w lesie spotkać szlachetny oddział Armii Czerwonej. Czerwonoarmiści, powszechnie znani z dobroci i współczucia, przyjmują chłopca w swoje szeregi, nadając mu nowe, dumne imię. Kilka lat później dorosły Leo Demidov (Tom Hardy) w nagrodę za niebywałą odwagę w trakcie szturmu Reichstagu dostaje przywilej zatknięcia czerwonego sztandaru na nazistowskim gmachu. Właściwa fabuła rozgrywa się jednakże dopiero w 1953 roku. Leo, służący obecnie w MGB (Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR), zajmuje się tropieniem wrogów ludu radzieckiego. Ponieważ jest prawdziwym pro, zwykle otrzymuje niebanalne zadania. Idylliczne życie naszego bohatera komplikuje się jednakże w momencie, gdy małoletni syn jego wiernego kompana Alekseja (Fares Fares) umiera w niewyjaśnionych okolicznościach.
źródło: http://www.fandango.com
O "Systemie" można napisać wiele złego, aczkolwiek moim zdaniem absolutnie nie jest to film zasługujący na najniższą ocenę. Oczywiście twórcy przedstawili dosyć specyficzną wizję Związku Radzieckiego i w zasadzie za takie podejście powinny spaść na nich największe gromy. Jakkolwiek to zabrzmi, w filmie Espinosy w ogóle nie udało mi się odnaleźć klimatu sowieckiej Rosji z początku lat 50-tych ubiegłego stulecia. Co więcej: chociaż akcja rozgrywa się w 1953 roku to nikt nawet przez chwilę nie zająknął się o śmierci Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwiliego, a jakoś nie udało mi się dostrzec choćby jednego elementu żałoby. I proszę mi tu nie podnosić argumentów w stylu O kulcie jednostki i jego następstwach, gdyż Nikita Chruszczow wygłosił swój słynny referat dopiero trzy lata później. Dlaczego fabuła rozgrywa się w tak ważnym dla komunizmu roku, a w filmie brakuje choćby najmniejszego odniesienia do epokowej śmierci Człowieka ze Stali, o którym nawet na skałach faszystowskiej Hiszpanii chłopi pisali: Stalin to pokój? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Według mnie nie istnieje żadne logiczne uzasadnienie wyboru akurat roku 1953. Brak odniesień w głównej intrydze, brak odniesień w życiorysach bohaterów – a zatem jeszcze raz: dlaczego 1953 rok?
źródło: http://www.fandango.com
Związek Radziecki w oczach twórców to jakby jeszcze bardziej szara i uboga wersja Dystryktu XII z "The Hunger Games". Ogólnie jest smutno, biedno, wszędzie agenci wszechwładnego Kapitolu Politbiura tropiący wrogów władzy ludowej. Z wyjątkiem szlachetnych żołdaków z Armii Czerwonej pracownicy MGB to wyłącznie degeneraci oraz bezwzględne potwory, które pragną jedynie zaspokajać swoje chore ambicje. Czasy to okrutnie i nie można okazywać litości, nawet gdy trzeba zadenuncjować nawet własną małżonkę (chociaż w tym przypadku Politbiuro było dosyć łaskawe – Wolsk to przecież nie jest katorga na Kołymie!). O ile to akurat ma pewne uzasadnienie to jednak kompletnie nie przekonała mnie filmowa scenografia. Praga jeszcze jako tako udaje Moskwę, ale gdy wraz z bohaterami podróżujemy przez bujne lasy do Wolska od razu pomyślałem: toż to niechybnie muszą być okolice Vancouver! Jak się później okazało trochę przegiąłem, ponieważ film kręcono w Czechach. Fabularnie jest niestety jedynie co najmniej miałko. Śledztwo nie składa się z logicznie następujących po sobie etapów, a jedynie randomowych zdarzeń, które w zasadzie nie mają ze sobą większego związku. Ostatnia faza dochodzenia to już jednakże prawdziwa tragedia: wyobraźcie sobie bowiem parę bohaterów beztrosko przemierzających Związek Radziecki w poszukiwaniu bezwzględnego mordercy (oczywiście nie mogło zabraknąć mrożącego krew w żyłach finału z obowiązkową pogadanką o motywach zbrodni). Finał w stylu wszystko jest w porządku, źli ukarani odbierać można jedynie jako całkowity absurd (w rzeczywistości wszyscy bohaterowie zapewne zakończyliby żywoty na Łubiance albo, przy bardziej łaskawym podejściu Politbiura, wyjechali na długie, kołymskie wakacje). Takie rozwiązanie trąci najczystszym amerykańskim podejściem do tematu i kompletnie rujnuje całokształt "Systemu". Warto zwrócić również uwagę na pewną irytującą niekonsekwencję. Chociaż większość aktorów mówi po angielsku z rosyjskim akcentem, to jednak niewielka część wykonawców grających rosyjskojęzyczne postacie wysławia się normalną angielszczyzną, co powoduje u widza totalną konfuzję.
źródło: http://www.fandango.com
O ile film jest niezaprzeczalnie słaby i wypełniony mieliznami fabularnymi, o tyle podobała mi się rola Toma Hardy’ego. Leo Demidov w jego wykonaniu to naprawdę fajna postać, którą można polubić mimo niezaprzeczalnego czerwono-armijnego rodowodu oraz wypełnionej sukcesami kariery w MGB. Spojrzenia, drobne gesty oraz znakomicie udawany rosyjski akcent po raz kolejny potwierdzają aktorską klasę Hardy’ego. Jeśli chodzi natomiast o Noomi Rapace to mam zdecydowanie mieszane uczucia. Rola Raisy to zdecydowanie nie jest aktorski Parnas, ale nie ma też większego dramatu. Liczyłem, że na drugim planie ponownie rozbłyśnie gwiazda Gary’ego Oldmana (gen. Nesterov), ale niestety miałkość jego postaci nie pozwalała mu zrobić niczego wielkiego. Ot, po prostu radziecki komisarz Gordon w sowieckiej fantazji Gotham City. Fajnie wypadł natomiast Fares Fares wcielający się w wiernego kompana Leo, Aleksieja oraz Jason Clarke (Brodsky). Mogę jedynie wyrazić ubolewanie, że role Joela Kinnamana (Vasili) oraz Vincenta Cassela (mjr Kuzmin) są tak okrutnie jednowymiarowe. Pod koniec filmu kompletnie zaskoczyło mnie pojawienie się Tywina Lannistera Charlesa Dance’a (którego de facto bardzo lubię). Aktor o aparycji dumnego brytyjskiego admirała grający majora MGB? Przepraszam bardzo, ale coś tutaj chyba nie pasuje…
źródło: http://www.fandango.com
Chociaż w "Systemie" wiele rzeczy poszło nie tak, to gorąco zachęcam Was do obejrzenia filmu Daniela Espinosy. Nie co dzień można bowiem obejrzeć tak pokraczną i stereotypową wizję Związku Radzieckiego stworzoną przez Hollywood. Przegapić taką szansę to jak być w Armii Czerwonej i nie ukraść niczego. Ocena niestety nie najniższa (w zasadzie podniesiona za aktorstwo Hardy’ego), aczkolwiek mam nadzieję, że Politbiuro będzie łaskawe.
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 4/10.

poniedziałek, 20 lipca 2015

"The Gunman"



Jakież motywy kierowały Seanem Pennem, kiedy zdecydował się wziąć udział w projekcie pod tytułem "The Gunman" (w Polszy opatrzonym dodatkowym, wysoce żenującym podtytułem "Odkupienie")? Znakomity aktor, laureat dwóch Oscarów, mający na koncie role w ambitnych produkcjach, postanawia nagle wystąpić w typowym na pierwszy rzut oka akcyjniaku pozbawionym jakiejkolwiek głębszej historii. Czyżby dla niektórych remedium na kryzys wieku średniego nie stanowiło krwiście czerwone Lamborghini, lecz napakowanie muskuł i skopanie kilku tyłków na ekranie? Skąd zatem pomysł na seans? Co prawda osoba reżysera niespecjalnie zachęcała do projekcji (mocno średnie kino akcji w stylu "Taken", "13. Dzielnicy" czy "From Paris with Love"), ale obsada mogła urwać nawet najbardziej wymagającą dupę: wspomniany Sean Penn, Javier Bardem, Ray Winstone oraz Stringer Bell Idris Elba! Dodatkową motywacją była również tematyka filmu: od secesji Katangi europejscy najemnicy w Afryce zawsze u mnie na propsie.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "The Gunman" została osadzona w Demokratycznej Republice Konga. Grupa europejskich najemników pracowników kontraktowych brytyjskiej PMC (Private Military Company) ochrania cywilów pracujących w NGO oraz nadzoruje budowę lotniska. Jednakże powyższe działania stanowią jedynie przykrywkę dla ich obecności w Afryce. Prawdziwa misja to klasyczny już nadzór nad sprawnym wydobyciem oraz prawidłową dystrybucją kongijskich surowców naturalnych. W momencie, gdy jeden z ministrów w rządzie DRK stwierdza, że dotychczasowa redystrybucja dóbr narusza żywotne interesy jego ojczyzny, do akcji wkracza ekipa Terriera (Sean Penn). Po sprawnej asasynacji (as you like it, Grażka?) nierozważnego polityka nasz bohater musi jednakże z woli mocodawców porzucić ukochaną lekarkę (Jasmine Trinca) i opuścić Czarny Ląd. Po kilku latach Terrier wraca do DRK, by budować studnie (podwójne sic!), aczkolwiek bardzo szybko okazuje się, że echa jego przeszłych czynów są nadal żywe.
źródło: http://www.fandango.com
Jak można zauważyć czytając opis fabularny, "The Gunman" wpisuje się w nurt kina podkreślającego i piętnującego wyzysk Czarnego Lądu przez bezwzględną, białą rasę. Co prawda na ekranie szlachtuje się bezlitośnie nie tylko randomowych, ale także wysoko postawionych czarnoskórych, lecz przekaz pozostaje jasny: Afryka cierpi, ponieważ Europejczycy i Amerykanie kradną surowce naturalne! Tym bardziej zastanawiająca jest przemiana Terriera, którego można określić bohaterem dynamicznym (jak wszyscy pamiętamy doskonale z podstawówki). Warto zadać sobie pytanie: co sprawiło, że bezwzględny asasyn, który bez mrugnięcia okiem odpalił kongijskiego ministra, po kilku latach wraca do DRK by budować studnie? Oczywiście odpowiedzi na powyższe pytanie nie znajdziemy w filmie, więc pozostawiam Wam dowolną interpretację motywów działania Terriera. Wracając jeszcze na chwilę do afrykańskich ułomności: czy zadawaliście sobie kiedyś pytanie dlaczego jedynym kontynentem, na którym biali ludzie muszą pomagać budować studnie, jest Afryka? W zasadzie "The Gunman" pozostawia bardzo wiele pytań bez odpowiedzi. Po jakiego chuja, pracując dla PMC, Terrier dokumentuje niemal każdy element swojej pracy nagrywając filmiki na telefonie komórkowym? Pamiętajmy, że początek opowieści rozgrywa się w połowie ubiegłej dekady - ileż ten telefon musi mieć pamięci do kurwy nędzy? Dlaczego przez osiem lat od wyjazdu z Afryki Terrier nie odezwał się do swojej ukochanej? Czyżby zapomniał numeru jej telefonu? Nie mówię już o napisaniu maila albo chociaż wysłaniu listu z lipnym wyjaśnieniem powodu ewakuacji…
źródło: http://www.fandango.com
Opisując ułomności "The Gunman" nie można oczywiście zapomnieć o śmiertelnej chorobie, na którą cierpi Terrier. Ponieważ w filmie nie podaje się jej nazwy, podejrzewam, że jest to wymysł wybujałej fantazji scenarzystów. Otóż naszego bohatera czasem potężnie napierdala głowa, nie potrafi zapamiętać informacji składającej się z więcej niż jednego słowa (od czego jest niezastąpiony notatnik!), a ponadto od czasu do czasu zasypia w dziwnych miejscach (np. w śmietniku). Nie, moi Kochani, Terrier nie jest bejem. Ogólnie rzecz biorąc "The Gunman" składa się niemal wyłącznie z wyświechtanych klisz. Przykładowo: nasz bohater ma wiernego kumpla, która zawsze pomoże w potrzebie, za wszystkim stoi oczywiście postać robiąca z początku pozytywne wrażenie (i to nie jest żaden kurwa spoiler!) i oczywiście nie mogło zabraknąć pogadanki protagonisty z antagonistą. Co prawda czasami bywa naprawdę brutalnie, ale efekt wydatnie psują żenujące flashbacki okresowo nawiedzające Terriera. Nie da się ukryć, że troszeczkę podróżujemy: od RPA udającego DRK przez Londyn, Gibraltar aż po ładne hiszpańskie krajobrazy Katalonii.
źródło: http://www.fandango.com
Mimo ewidentnego wejścia w jesień życia, Sean Penn pod względem fizycznym prezentuje się na ekranie całkiem nieźle. Chociaż kiedy trzeba pręży muskuły i kopie złych po tyłkach, to aktorsko postać Terriera momentami zaczyna niebezpiecznie przypominać epicką walkę Clive’a Owena z pełnym zatwardzeniem. Od aktora, który ma na koncie dwa Oscary oraz wiele innych wspaniałych ról, z pewnością należy wymagać zdecydowanie więcej! Fajnie zobaczyć Raya Winstone’a (Stanley), ale szkoda, że jego bohater to typowy, oddany kolega, jakich widziałem już setki. Wracając do tematu bejozy należy wspomnieć rolę Javiera Bardema, za którą, wedle IMDb, otrzymał 5 milionów USD (12.5% budżetu filmu!). Felix z bezwzględnego profesjonalisty zmienia się w luksusowego beja, traktującego własną żonę jak zwykłą ulicznicę. Naprawdę genialna kreacja, warta każdych pieniędzy. W zasadzie najmniej zarzutów można postawić Jasmine Trince (Annie) – aktorka zagrała w miarę solidnie, aczkolwiek nie jest to kreacja wybijająca się ponad scenariuszową mieliznę "The Gunman". Na koniec zostawiam prawdziwą wisienkę na torcie: szumnie anonsowany Stringer Bell Idris Elba pojawia się zaledwie w trzech scenach! Serio?
źródło: http://www.fandango.com
"The Gunman" to kolejny film potrzebny jak kurwie deszcz. Pomimo znakomitej obsady jest to typowy akcyjniak, w dodatku wyróżniający się jedynie dużym poziomem wtórności oraz żenującym przesłaniem o krzywdzeniu Afryki przez okrutną białą rasę. Warto zobaczyć jedynie po to, aby przekonać się jak niewiele niektórzy ludzie muszą zrobić, by zarobić pięć milionów USD. Brawo Javier, trzymaj tak dalej!
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 3/10.

niedziela, 12 lipca 2015

"Służby Specjalne"



Powiedz komu dałeś władzę? Tajnym służbom? Nie widzisz, że te służby w sposób jawny się kurwią? – po seansie mogę z całą pewnością stwierdzić, że tekst Ostrego z utworu Po drodze do nieba idealnie podsumowuje "Służby Specjalne" Patryka Vegi. Muszę jednakże przyznać, że co do samego filmu przejawiałem bardzo sceptyczne podejście. Obejrzawszy trailer, w którym nachalnie straszył aktor wyglądający jak Antoni Macierewicz (Krzysztof Horbacz), a na dodatek wtórował mu człowiek przyodziany w krawat w biało-czerwone pasy, lękałem się, iż produkcja Vegi będzie infantylną zabawą w odtwarzanie politycznej rzeczywistości w jakimś krzywym zwierciadle. Po co to komu potrzebne, skoro co drugi polityk w Polszy to kompletny parodysta? Oczywiście moja postawa nie wynikała z iluminacji, lecz solidnych, empirycznych podstaw, o których wspominałem przy okazji recenzji "Ciacha". Bezapelacyjnie reżyser zaliczył monstrualny zjazd, ale przecież powszechnie wiadomo, że jesteś tak dobry jak twój ostatni freestyle. Szansa na odkupienie win pojawiła się przy okazji dziewiątej edycji Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami – serdecznie zapraszam Was do udziału, ponieważ można nadrobić sporo zaległości!
źródło: http://www.filmweb.pl
Akcja "Służb Specjalnych" rozgrywa się w niezwykle gorącym okresie po likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Wszyscy doskonale pamiętamy ile kontrowersji wywołała ta decyzja zawarta w pakcie stabilizacyjnym podpisanym przez liderów PiS, LPR oraz Samoobrony. Jeszcze większym echem odbił się niesławny raport czołowego tropiciela spisków IV RP Antoniego Macierewicza (Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI). Jak łatwo przewidzieć likwidacja WSI nie spotkała się z entuzjazmem zasłużonych funkcjonariuszy służb. W efekcie gen. bryg. Romuald Światło (Wojciech Machnicki) montuje naprędce ekipę złożoną z byłych, ale wiernych pracowników WSI: ppor. "Białko" (Olga Bołądź), kpt. Cerata (Wojciech Zieliński) oraz płk Bońka (Janusz Chabior). Głównym zadaniem grupy jest paraliż ABW oraz eliminacja wrogów polskiej racji stanu, aczkolwiek wraz z kolejnymi zleceniami pojawia się coraz więcej wątpliwości dotyczących prawdziwych motywów decydentów.
źródło: http://www.filmweb.pl
Od razu muszę przyznać, że "Służby Specjalne" zaskakują zdecydowanie pozytywnie (spodziewałem się przecież okolic 3/10), chociaż pod pewnymi względami przypominają trochę "Drogówkę": w pierwszej części sporo śmiesznostek, a w drugiej paranoiczna intryga. Z jednej strony film Vegi należy odbierać jako ogromny pocisk wymierzony w WSI: wszechwładni decydenci (których de facto nawet nie oglądamy na ekranie) wydają rozkazy realizowane przez różnego szczebla podwładnych. Tajemnicza grupa trzymająca władzę, wiecznie operująca w strefie cienia, steruje nie tylko byłymi pracownikami wywiadu, rządowymi spółkami, prywatnym biznesem, ale także mediami, kościołem czy też prokuraturą i robi to wyłącznie dla własnych egoistycznych pobudek (albo jeśli ktoś epatuje bardziej prawicowym nastawieniem to oczywiście w celu realizacji interesów Moskwy). Wszystko jest możliwe do zmanipulowania, a nawet oczywiste samobójstwo okazuje się morderstwem na zlecenie. Jednakże z drugiej strony "Służby Specjalne" nie pozostawiają suchej nitki na ekipie demontującej Wojskowe Służby Informacyjne. Kompletny chaos wywołany niepotrzebnymi czystkami, totalna amatorszczyzna oraz beztroska (m.in. lecący do Afganistanu Maciek, strażnik miejski ze śródmieścia), a także brak refleksji nad zagrożeniami dla państwa wynikającymi z podjętych działań likwidacyjnych to główne zarzuty pojawiające się w filmie. Przy okazji warto zacytować znakomity pojazd po Antonim Macierewiczu: Kto jest największym oszołomem? Kutasiłeb. Potrójnie chujowy. Chujowy mówca, pierdoli głupoty i jeszcze chujowo wygląda. Vega przedstawił w ciekawym świetle wiele prawdziwych wydarzeń, które do dzisiaj wywołują spore kontrowersje (m.in. samobójstwa Barbary Blidy oraz Andrzeja Leppera, działań Macierewicza).
źródło: http://www.filmweb.pl
Agenci wchodzący w skład grupy operacyjnej gen. bryg. Światło nie są na szczęście herosami pokroju Jamesa Bonda, a ponadto nie wszystkim byłym funkcjonariuszom wiedzie się klawo (najlepszy przykład to ojciec ppor. "Białko"). W wolnych od walki o dobro Polszy chwilach bohaterowie "Służb Specjalnych" zmagają się z prozaicznymi problemami: bezpłodnością, nowotworami czy planami asasynacji własnego ojca. Z tego powodu postacie wydają się być o wiele bardziej z krwi i kości, a nie tylko sprawiają wrażenie bezlitosnych morderców pozbawionych życia prywatnego. Jak ogromny plus należy wspomnieć z pewnością piękne ujęcia przeważnie zimowej Warszawy – niczym w amerykańskiej produkcji. Nawiązując przy tej okazji do Wuja Sama to warto zauważyć, że na ekranie oglądamy helikoptery Black Hawk oraz legendarne Huey – na dodatek są to prawdziwe maszyny, a nie atrapy wykonane z kartonu jak w typowym, polskim kinie batalistycznym. Tego nie widzi się w każdym polskim filmie, więc szacunek! Wybornie wypadły dialogi – zabawne (raczej czarny humor), przewrotne, ale także pełne wulgaryzmów oraz wywiadowczego slangu. Swoją drogą twórcom należą się wielkie propsy za bieżące objaśnianie niezrozumiałych terminów – ekranowy słownik sprawdza się bowiem znakomicie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Największy zarzut odnośnie "Służb Specjalnych" to niemożność zamknięcia opowiadanej historii w sensowny sposób – w pewnym momencie opowieści po prostu wyskakują napisy końcowe. Wydaje mi się, że może to wynikać z dwóch przyczyn. Po pierwsze mogło oczywiście zabraknąć inwencji i film wygląda tak jak wygląda. Po drugie Patryk Vega mógł planować sequel, ewentualnie reszta wątków została dopowiedziana w serialu, którego nie miałem okazji oglądać. Niemniej odczuwam z tego powodu spory niedosyt, chociaż z drugiej strony nieumiejętnym zakończeniem można było wszystko spierdolić. Można przyczepić się również do nijakiej ścieżki dźwiękowej oraz niektórych występów aktorskich (przykładowe O Jezu po śmierci posłanki wywołało niezamierzone raczej salwy śmiechu towarzyszącej mi Grażki). Ponadto postać ppor. "Białko" nie jest dla mnie przekonująca, chociaż Olga Bołądź bardzo starała się, żeby to zmienić. Nie do końca kupuję również kpt. Cerata, ale do gry Wojciecha Zielińskiego nie mam większych zastrzeżeń. Z pewnością cały film kradnie Janusz Chabior – genialny aktor wcielił się w znakomicie napisaną postać i dał z siebie wszystko. W szczególności polecam przygody płk Bońka związane ze służbą zdrowia oraz nietypową relację z dr Czerwonko (fantastyczny epizod Agaty Kuleszy). Fajnie zaprezentowali się również Eryk Lubos (Rafun), Kamila Baar (Joanna) oraz Wojciech Machnicki (gen. bryg. Światło).

Po "Służbach Specjalnych" spodziewałem się naprawdę niewiele. Tymczasem Patryk Vega udowodnił, że dysponuje jeszcze resztkami potencjału i być może pewnego dnia wróci do prawdziwej gry. Film z pewnością ciekawie ukazuje pewne aspekty polskiej rzeczywistości, aczkolwiek pod różnymi względami może być uznawany za propagandowy manifest prawicowych teorii spiskowych – gdyby nie ostry pojazd po likwidatorach WSI spełniłby się w rej roli niemalże idealnie. Niemniej szkalowanie Antoniego i jego ekipy zbilansowało prawicowe fobie, przez co "Służby Specjalne" ogląda się całkiem nieźle. Chociaż końcowa ocena może nie jest zbyt wysoka to uważam, że warto zobaczyć tę produkcję – choćby dlatego by spojrzeć na pewne oczywiste sprawy z innej strony.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 6/10.

poniedziałek, 6 lipca 2015

"Fifty Shades of Grey"



Pięćdziesiąt twarzy Greyaliteracki fenomen, a zarazem pierwsza część bestsellerowej trylogii, która przyniosła E. L. James ogólnoświatowy fame oraz miliony monet. Książka tak wybitna, że sprzedawała się lepiej niż Insygnia śmierci J. K. Rowling! A jednocześnie powieść ogromnie kontrowersyjna, wypełniona bowiem sadomasochistycznym seksem, poniżaniem uległego partnera oraz wszelkimi seksualnymi perwersjami jakie tylko możecie sobie wymarzyć! Plus gejzery spermy tryskające ze stronic, błyskotliwe dialogi, oryginalna fabuła i nieoczekiwane zwroty akcji! No dobrze, dajmy już spokój fantazjom o tym, jak mogłoby wyglądać Pięćdziesiąt twarzy Greya, gdyby nie powstało pod wpływem wysoce niezdrowej fascynacji sagą Zmierzch (co już samo w sobie jest wystarczająco dyskwalifikujące). Jeśli chodzi o moje kontakty z twórczością E. L. James to zatrzymałem się na przeczytaniu kilku fragmentów – naprawdę, wybaczcie, ale nie dałem rady więcej. Przecież kiedyś, siedząc przy barowym kontuarze w Rotundzie, rzekłem: Chcecie czytać książki wypełnione seksem? Sięgnijcie choćby po Charlesa Bukowskiego (niemal wszystko, co napisał), Henry’ego Millera (w szczególności Zwrotnik Raka oraz Zwrotnik Koziorożca) czy Pedro Juana Gutiérreza (Brudna trylogia o Hawanie). Pojawia się tylko jeden problem: dla większości społeczeństwa przygody biednych ludzi nie są aż tak fascynujące jak perypetie wyimaginowanego tajemniczego multimilionera. Mimo wszystko postanowiłem obejrzeć ekranizację powieści E. L. James, abym dysponował solidnym uzasadnieniem dla późniejszego hejtu. Ponieważ sam prawdopodobnie nigdy nie zdzierżyłbym tego rodzaju tematyki na tak marnym poziomie (próby samobójcze tak bardzo realne) zapewniłem sobie wsparcie na krytyczne momenty – Grażko, pięknie dziękuję za cierpliwość oraz bieżący komentarz do filmowych wydarzeń!
http://www.impawards.com
"Pisiont Pięćdziesiąt twarzy Greya" to opowieść o Anastazji (Dakota Johnson), młodej i niewinnej studentce literatury angielskiej, która zastępując koleżankę przypadkowo poznaje tajemniczego milionera Christiana Greya (Jamie Dornan). Jak dziecinnie łatwo przewidzieć nasza bohaterka ostro zajawia się na utalentowanego biznesmena (hajs, hajs, hajs – tak to czytaj), ale i on sam nie pozostaje obojętny na jej dziewicze (sic!) wdzięki. Z obopólnej fascynacji wkrótce rodzi się nietypowy związek, opierający się na sadomasochistycznej relacji między panem a uległą mu partnerką.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Na początek ogromne zaskoczenie: "Fifty Shades of Grey" trwa ponad dwie godziny! Nie byłoby w tym może nic niezwykłego, gdyby film potrafił zainteresować widza fabułą, ale zamiast tego w końcowych scenach niemal odpadłem ze znużenia. Chociaż dzieło Sam Taylor-Johnson (kompletnie no-name’owa reżyserka) oglądałem całkiem niedawno to nie jestem sobie w stanie przypomnieć niczego poza wszechogarniającą otchłanią nudy okraszoną jednymi z najgorszych dialogów w dziejach kinematografii. Gdzie się podziały jakiekolwiek perwersje? Rozumiem, że moje spojrzenie na preferencje seksualne może i jest dosyć wypaczone (o wiele za wczesne spotkanie z twórczością markiza de Sade), ale nawet z perspektywy zwykłego człowieka nie potrafię dostrzec niczego kontrowersyjnego. Oczywiście mam świadomość, że znajdą się tacy, którzy uznają związanie Anastazji i wymierzenie jej sześciu batów za okrutne oraz zdemoralizowane praktyki BDSM, godne największych seksualnych degeneratów wywodzących się zapewne z kręgów ultraliberalnej żydomasonerii (echa Cmentarza w Pradze Umberto Eco). Po za tym, jak na film o brutalnym i dzikim seksie, "Pięćdziesiąt twarzy Greya" zaskakuje mizernym poziomem nagości. Pod tym względem o wiele lepiej wypadają niektóre odcinki "Gry o tron", "True Blood", a porównanie do "Spartakus: Blood and Sand" nie ma najmniejszego sensu. I za te mizerne okruchy kategoria od 16 lat? Naprawdę?
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Wiadomo oczywiście, że całą odpowiedzialność za fabularne ułomności "Pięćdziesięciu twarzy Greya" ponosi E. L. James. Niemniej jak dowiódł William Monahan w "London Boulevard" można zrobić z gówna pomarańczę (w tym przypadku z marnej powieści Kena Bruena). Tutaj nikt nawet nie podjął próby, która de facto przy tym poziomie, z góry skazana była na monstrualną porażkę. Po seansie mocno zacząłem się zastanawiać kiedy Christian Grey ma czas na pracę, ponieważ większość filmu zajmuje uganianie się za Anastazją (jak ostatnio słyszałem na mieście: tylko dupy mu w głowie). Czy zatem w tym bezkresnym oceanie gówna można znaleźć cokolwiek przypominającego pomarańczę? W zasadzie jedyny plus, który jestem w stanie wymienić, to naprawdę ładne zdjęcia Vancouver oraz Seattle. Ścieżka dźwiękowa po prostu leci w tle, nie wyróżniając się niczym szczególnym.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Ileż to mówiło się o obsadzie "Pięćdziesięciu twarzy Greya"! Któż zagra Christiana, a kto wcieli się w Anastazję? Spekulacje nie miały końca i jak zwykle w takim przypadku efekt jest totalnie mizerny. Jamie Dornan może i wygląda nieźle pod względem fizycznym (chociaż nie mnie to oceniać), ale jakoś nie przełożyło się to na tajemniczość Christiana Greya. Po prostu bogaty koleś, który lubi lekko perwersyjny seks – co oczywiście nie wynika z jego nienormalności, lecz skrzywdzenia w nastoletnim wieku przez koleżankę przybranej matki. Na dodatek Dakota Johnson nie zachwyca ani urodą ani tym bardziej grą aktorską, więc pod względem występu pary głównych odtwórcy film leży na łopatkach. Na drugim planie nie dzieje się kompletnie nic ciekawego. Wcielająca się we współlokatorkę Anastazji Eloise Mumford w roli sypkiej studentki wygląda tak samo wiarygodnie jak Channing Tatum oraz Jonah Hill w "22 Jump Street" (przy czym oni byli przynajmniej zabawni). Z ciekawostek warto odnotować, że w siostrę Greya wciela się piosenkarka albańskiego pochodzenie Rita Ora, ale oczywiście nie wnosi niczego ponad przeciętność.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Wiele hałasu o nic – to najlepsze podsumowanie "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Film jest nad wyraz przeciętny i pozbawiony jakichkolwiek elementów wywołujących kontrowersje (szkoda, że nie dostał jeszcze kategorii R), a cały szum związany z tym projektem jawi się dla mnie jako burza w szklance wody. Jestem przekonany, że gdyby nie sukces powieści E. L. James, kompletnie nikt nie zwróciłby uwagi na produkcję Sam Taylor-Johnson. Tak naprawdę jedyna rzecz, która podobała mi się w całym przedsięwzięciu to oryginalny tytuł książki. Niestety przez dwie godziny filmu oglądamy ciągle jedną i tę samą, monotonną twarz tajemniczego milionera. Obejrzyjcie albo nie – projekcja nie wzbogaci ani nie zuboży Waszej egzystencji na tym marnym łez padole.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Ocena: 3/10.