piątek, 12 czerwca 2015

"Dazed and Confused" ("Uczniowska Balanga")



Nie będę ukrywał, że "Dazed and Confused" to jeden z najważniejszych filmów, jakie obejrzałem w swoim żywocie na tym marnym łez padole. Długo zastanawiałem się czy spróbować napisać recenzję tegoż arcydzieła wyreżyserowanego przez Richarda Linklatera. Obawiałem się bowiem, iż nie będę w stanie wystarczająco dobrze przedstawić mistrzowskiego, a jednocześnie niezwykle nostalgicznego klimatu filmu. Jednakże, ponieważ w dalszym ciągu znajduję się pod silnym wpływem "Zapisków z 1001 nocy" (szczególnie polecam inspirujący do działania wers: tysiąc szans, nie miej boja, odwaga to nie wada) to postanowiłem skorzystać z rady Leszka i jednak spróbować stworzyć kolejny krok na drodze ku nieśmiertelności. Mam świadomość, że polski tytuł filmu ("Uczniowska balanga" – for fuck sake, really?) może skutecznie dyskwalifikować produkcję Linklatera, przyczepiając jej łatkę typowej, głupawej komedyjki przeznaczonej dla średnio inteligentnych nastolatków. Nic bardziej mylnego! Jest to po prostu kolejny przejaw ignorancji w tłumaczeniu, ponieważ oryginalny tytuł nawiązuje do piosenki Led Zeppelin, a polscy tłumacze wyraźnie poszli na łatwiznę.
źródło: http://www.impawards.com
Cała akcja "Dazed and Confused" rozgrywa się na przestrzeni kilkunastu godzin ostatniego dnia roku szkolnego w maju 1976 roku. Uczniowie lokalnego high school w Austin przygotowują się do wieńczącego całoroczny trud epickiego melanżu organizowanego przez Pickforda (Shawn Andrews). Niestety wskutek splotu niefortunnych zdarzeń impreza zostaje odwołana, ale młodzież przecież nie lubi się nudzić, więc wkrótce powstaje alternatywny plan imprezowy. W niejako drugim wątku skupiamy się natomiast na przygodach freshmana Mitcha (Wiley Wiggins), który dzięki uprzejmości Pinka (Jason London), niepokornego quaterbacka licealnej drużyny futbolowej, ma okazję zakosztować prawdziwego imprezowego życia wraz ze starszymi kolegami i koleżankami.
źródło: http://www.hollywood.com
Na pierwszy rzut oka "Dazed and Confused" może wydawać się zwyczajną komedią dla nastolatków, jakich nakręcono już miliony. Dlaczego zatem film, którego co najmniej 90% akcji obraca się wokół picia browarów i palenia jointów, jest w moim odczuciu tak wyjątkowy? Otóż Richardowi Linklaterowi udało się bezbłędnie przenieść na taśmę filmową nie tylko niezwykle ulotny klimat połowy lat 70-tych ubiegłego stulecia, ale także jeszcze bardziej unikalny nastrój początku wakacji, który wszyscy doskonale znamy z licealnych czasów (lub też z technikum – pozdro Grażka!). Pod względem reżyser "Boyhood" bezapelacyjnie osiągnął mistrzostwo świata, a może nawet kosmosu! Klimat "Uczniowskiej balangi" (jakiż ten tytuł jest słaby, ja pierdolę!) udziela się na tyle mocno, że od razu mamy ochotę otworzyć piwerko i skręcić sobie tłustego blanta z najlepszego towaru prostu z gorącego Meksyku. Z tego powodu "Dazed and Confused" nie mogę z czystym sercem polecić osobom będącym na narko-odwyku lub które dopiero co wszyły esperal. Wracając jednakże do meritum należy zauważyć, że Linklater wypełnił swoją produkcję hektolitrami młodzieńczego hedonizmu, który może (a w sumie nawet powinien!) udzielić każdemu widzowi. Oczywiście, mamy do czynienia ze specyficzną konwencją amerykańskiego high school oraz dziwnymi tradycjami, które nie każdy w Polszy może kupić, ale klimat filmu po prostu powalił mnie na kolana jak 0.7 wypite z gwinta na raz, gdy na dworze panuje temperatura 40 stopni w cieniu.
źródło: http://www.hollywood.com
Znakomity klimat filmu dobitnie podkreśla wprost wybornie dobrana ścieżka dźwiękowa: Aerosmith, Deep Purple, Alice Cooper, Bob Dylan, Black Sabbath, ZZ Top, KISS, Seals & Crofts, Lynyrd Skynard – to imponująca wyliczanka tych najbardziej znanych. Chociaż zgromadzenie tychże utworów pochłonęło znaczną część budżetu filmu to uważam, że są one warte każdej wydanej monety. Imponująco trafne wybory! Jak już wspominałem powyżej fabuła "Dazed and Confused" obraca wokół palenia jointów, spożywania ogromnych ilości piwerek oraz bezcelowego, wakacyjnego snucia się wśród miasta świateł, za którym chyba tęsknię obecnie najbardziej (jak dobitnie zauważył Sokół z WWO: już nie te czasy, kiedy piwo o tej porze w nocnym u sprzedawcy się kreśliło, się porobiło). Naprawdę wiele oddałbym by móc ponownie cieszyć się specyficznym nastrojem początku wakacji i szlajać bezcelowo po mieście od parasoli do pleneru. "Dazed and Confused" wywołuje u mnie zawsze nostalgię za tamtymi czasami, kiedy jeszcze mieliśmy paszporty do młodości takie radosne. Richard Linklater zapragnął odtworzyć klimat swojej młodości i zrobił to po prostu bezbłędnie. Chciałbym kiedyś pochwalić się podobnym osiągnięciem, ale póki co zostają mi jedynie marzenia. Warto także zwrócić uwagę na dialogi, podszyte niekiedy głębszą refleksją. Jeśli miałbym stworzyć ranking moich trzech ulubionych kwestii to zestawienie prezentowałoby się następująco:
  • legendarne all right, all right, all right Woodersona,
  • komentarz Woodersona odnośnie dziewczyn z liceum: That's what I love about these high school girls, man. I get older, they stay the same age,
  • krótki monolog Dawsona wygłoszony na futbolowym boisku.
źródło: http://www.hollywood.com
Podobnie jak ścieżka dźwiękowa aktorstwo wypada równie bezbłędnie. Jason London, wcielający się Pinka, zrobił świetną robotę – od razu polubiłem tego sympatycznego quaterbacka, który nie okazał się fiutem dla młodszych kolegów (i ja podobnie, będąc licealnym freshmanem w IV LO przypadkowo poznałem seniorów, a raczej seniorki, które były w pytę bardzo - wielkie pozdro za ówczesną pomoc!). Mogę jedynie wyrazić ubolewanie, że jego późniejsza kariera aktorska potoczyła się raczej mocno średnio (niestety to zjawisko dotknęło wielu aktorów z "Dazed and Confused" – smuteczek bardzo). Na równie wielkie propsy zasłużyli Shawn Andrews, grający zawsze wyluzowanego Pickforda, Sasha Jenson (Dawson) oraz Rory Cochrane (Slater). Zajebiście fajną kreację bez cienia lipy stworzył także młodociany Wiley Wiggins (freshman Mitch). Jeśli chodzi o płeć piękną to warto wyróżnić Joey Lauren Adams (Simone), Milę Jovovich (Michelle), Marissę Ribisi (Cyntia) aczkolwiek największy szacunek należy się Michelle Burke za fantastyczną wprost role Jodi. Nie zapominajmy także o dwójce sympatycznych nerdów, będących stale w tle głównej akcji: Adam Goldberg (Mike) i Anthony Rapp (Tony). Chociaż na drugim planie pojawia się m.in. Ben Affleck oraz Nicky Katt to jednakże jeden człowiek ukradł dla siebie cały film. Debiutujący na dużym ekranie Matthew McConaughey wykreował Woodersona na jedną z moich ulubionych postaci w dziejach kinematografii, którą zawsze będę kojarzył z legendarnym tekstem all right, all right, all right, ciekawą uwagą odnośnie dziewczyn z liceum oraz epickim przywitaniem z Dawsonem. Jeśli ktoś zaczyna karierę filmową w tak epicki sposób to wiadomo, że prędzej czy później dostanie Oscara.
źródło: http://www.hollywood.com
"Dazed and Confused" to znakomita, nostalgiczna podróż do połowy lat 70-tych ubiegłego stulecia. Chociaż film Linklatera dotyczy uczniów high school w Austin to jednak w trakcie projekcji dostarcza uniwersalnych wspomnień o wesołych i beztroskich czasach licealnych wakacji, gdy wszystko było o wiele prostsze niż obecnie, a znalezienie hajsu na pyszne, zimne piwerko lub sytego jointa były jedynymi zmartwieniami zaprzątającymi umysł. Już niedługo wakacje (hahaha, śmieszny żart – dla kogo kogo, dla tego kogo), więc jeśli macie ochotę przypomnieć sobie jak to kiedyś wyglądało to nie znajdziecie lepszej pozycji. Absolutne arcydzieło i wieczne propsy dla Richarda Linklatera!
źródło: http://www.hollywood.com
Ocena: 10/10.

niedziela, 7 czerwca 2015

"Kung Fury"



Po kolejnym fantastycznym weekendzie, w trakcie którego nastąpiło kompletne oderwanie od szarej rzeczywistości (lub jak to ładnie określono w Oblivionie – stark reality), wracamy do smutnej prozy życia. Dzisiaj na warsztacie wylądowało, kolejne po "Veronice Mars", cudowne dziecko Kickstartera, czyli owiany legendą "Kung Fury". Dlaczegóż owiany legendą spytać możecie? Otóż najlepszą odpowiedzią na to pytanie, a jednocześnie rekomendacją do obejrzenia filmu Davida Sandberga jest sprawdzenie oficjalnego trailera oraz mistrzowskiej piosenki True Survivor wykonywanej przez Davida Hasselhoffa, która promuje tenże ambitny projekt. Tak doskonałego trailera nie widziałem od czasów "Grindhouse" i pierwszego "Machete"! Co ciekawe film jest dostępny bezpłatnie na YouTube i trwa jedynie 30 minut, więc jeśli nie mieliście okazji zapoznać się z nim wcześniej to rekomenduję krótki seans przed czytaniem recenzji.
źródło: http://www.kungfury.com/
Ponieważ "Kung Fury" jest oczywistym hołdem złożonym kinematografii lat 80-tych ubiegłego stulecia akcja filmu mogła rozgrywać się tylko i wyłącznie w Miami roku pańskiego 1985. Tytułowy bohater (David Sandberg) to gliniarz, który pod wpływem szoku po stracie partnera nieoczekiwanie został mistrzem kung-fu. Nie trzeba chyba dodawać, że Kung jest oczywiście über pro w swoim rzemiośle i bezwzględnie zwalcza przestępczość w gorącym mieście. Po serii niefortunnych wydarzeń (efektem epickiej walki z bezwzględnym automatem do gier okazały się równie epickie zniszczenia szacowane na 50 milionów USD) Fury postanawia raz na zawsze rozwiązać problem prymatu w sztukach walki i przy pomocy utalentowanego Hackermana (Leopold Nilsson) cofa się w czasie, aby zwyciężyć najpotężniejszego mistrza kung-fu w dziejach – Adolfa Hitlera (Jorma Taccone), zwanego z powodu unikalnych umiejętności Kung Führerem. Niestety okazuje się, że hakowanie czasu nie jest tak proste i ostatecznie Fury ląduje w czasach Wikingów (oczywiście odpowiednio podrasowanych na potrzeby kinematografii z lat 80-tych).
źródło: http://www.kungfury.com/
Budżet "Kung Fury" wyniósł zaledwie 600 tysięcy USD, ale muszę przyznać, że pod wieloma względami projekt Sandberga deklasuje większość hollywoodzkich superprodukcji. Oczywiście można postawić zarzuty, że film trwa jedynie 30 minut i zabrakło inwencji na więcej, aczkolwiek zauważmy, iż te niby marne pół godziny wypełniono prawdziwą esencją przygodowo-policyjnego kina typowego dla lat 80-tych XX wieku. Jest to historia całej dekady skompresowana w postaci małej pigułki, którą bardzo łatwo połknąć. Nie może zatem dziwić, że "Kung Fury" oferuje szeroki przegląd motywów z kina policyjnego (m.in.: klasyczna strata partnera oraz nieśmiertelne I work alone), walki ze sztuczną inteligencją opanowującą nagle zwykle urządzenia elektryczne, nowe, epickie technologie (telefon umożliwiający rozmowy pomiędzy różnymi erami), podróże w czasie (I'm a cop... from the future), nazistowską III Rzeszę, dinozaury (laserowe velociraptory – co za doskonały koncept!) czy też nawiązania do mitologii nordyckiej – scena przyzwania Thora przez Katanę (Helene Ahlson) wypadła po prostu epicko i zdecydowanie zalicza się do moich ulubionych! Oczywiście nie mogło zabraknąć pochwały tężyzny fizycznej głównego bohatera (Yeah, that’s my bicep) oraz jego sojuszników (Your pecs are epic.)
Hackerman w pełnym rynsztunku.
(źródło: http://www.kungfury.com/)
Nie da się ukryć, że "Kung Fury" nawiązuje do wielu wcześniejszych filmów, seriali oraz gier komputerowych (m.in. "Terminator", "2001: A Space Odyssey", Rastan Saga, "G.I. Joe" czy choćby "Knight Rider"), ale wnosi również ogrom świeżych pomysłów. Zwróćcie na przykład uwagę na bezapelacyjnie epicką rezydencję Kunga na szczycie budynku – koncept w rodzaju wariacji na temat buddyjskiej świątyni. W ilu produkcjach widzieliście coś równie doskonałego? Dodatkowo bezbłędnie dobrano auta z epoki: czerwone i białe Lamborghini Countach robią niemałe wrażenie i doskonale wpisują się w ducha ówczesności. Szaloną fabułę znakomicie uzupełniają wyborne wprost dialogi i one-linery. Pod tym względem "Kung Fury" deklasuje totalnie i jednocześnie udowadnia, jak bardzo czerstwe są żarty we współczesnych hollywoodzkich superprodukcjach. Ponadto skoro efekty specjalne w filmie nakręconym za 600 tysięcy USD wyglądają tak bezbłędnie i epicko to zastanówmy się na co tak naprawdę idą te dziesiątki i setki milionów dolarów w produkcjach Marvela? Jako najlepszy przykład weźmy choćby scenę, w której Kung w jednym ciągu masakruje kilkunastu hitlerowskich żołnierzy. Epickość. Czysta esencja kina, a jednocześnie zajebiste nawiązanie do tzw. dwuwymiarowych, ulicznych, chodzonych naparzanek. Wybornie wypadł również poziom przemocy: dekapitacje, wyrywanie rąk oraz kręgosłupów zawsze na propsie! Na osobne (i jednocześnie monstrualne w wielkości) propsy zasługuje bezbłędna ścieżka dźwiękowa z piosenką True Survivor wykonywaną przez Hassel The Hoffa. Mistrzostwo!
Hakowanie czasu.
(źródło: http://www.kungfury.com/)

"Kung Fury" wypada również znakomicie pod względem aktorstwa oraz pomysłów na poszczególne postacie. Główny bohater to największych policyjny heros i jednocześnie mistrz wschodnich sztuk walki w dziejach ludzkości, który nieugięcie tępiąc wszelką zbrodnię jest gotowy nawet do podróży w czasie, aby wymierzyć sprawiedliwość. Oczywiście metody działania Kunga zdecydowanie odbiegają od podręcznikowych przepisów oraz procedur. O mistrzowskiej stylówce Fury’ego nie będę nic pisał – musicie to zobaczyć na własne oczy! David Sandberg znakomicie wpisał się w konwencję filmu i zasłużył tym samym na wieczne propsy. Moją drugą ulubioną postacią jest oczywiście Hackerman, znakomicie zagrany przez Leopolda Nilssona. Komputerowy geniusz oraz prekursor podróży w czasie w jednej osobie, obdarzony zabójczym wąsem oraz bujną czupryną (krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie) to już prawdziwy kosmos! Spore wrażenie zrobiła na mnie także postać wyjątkowo muskularnego Thora (Andreas Cahling) oraz wyjątkowo urodziwe Katana (Helene Ahlson) i Barbarianna (Eleni Young). Per-Henrik Arvidius wcielający się w przełożonego Kunga to z kolei esencja policyjnego dowodzenia i narzekań na niestandardowe metody działania. W roli wisienki na torcie tym razem wystąpił sam David Hasselhoff, podkładający głos pod Hoffa 9000, komputer pokładowy w Lamborghini Countach Kunga. Wyborny pomysł, a przy okazji znakomite nawiązanie do "Knight Ridera" oraz "2001: A Space Odyssey" Stanleya Kubricka. W zasadzie jedyną postacią, co do której miałem większe oczekiwania jest Adolf Hitler a.k.a. Kung Führer. Jorma Taccone mógł dać z siebie zdecydowanie więcej.
źródło: http://www.kungfury.com/
Przyznam szczerze, że trailer "Kung Fury" zawiesił poprzeczkę tak wysoko, iż obawiałem się czy finalny produkt sprosta wybujałym oczekiwaniom. Jak bowiem doskonale pamiętamy w przypadku "Machete" było raczej tak sobie (lub też mocno średnio). Na szczęście David Sandberg nie zawiódł i przygotował naprawdę wciągającą, 30-minutową esencję kina lat 80-tych. Propsy tym większe, iż jednocześnie udowodnił, że nie trzeba dysponować milionami USD, aby nakręcić bezbłędną produkcję. Jeżeli nie oglądaliście jeszcze "Kung Fury" to zachęcam Was gorąco do poświęcenia 30 minut z życia na tę produkcję. Prawdziwe mistrzostwo!
źródło: http://www.kungfury.com/
Ocena: 9/10.

poniedziałek, 25 maja 2015

"American Sniper"



Po dłuższej przerwie wracamy na chwilę do oscarowych nominacji za najlepszy film. Dzisiejsza pozycja to wychwalany pod niebiosa "American Sniper" w reżyserii Clinta Eastwooda. O ile dawno nie oglądałem dobrego kina wojennego, o tyle po tejże produkcji nie spodziewałem się naprawdę niczego wielkiego, aczkolwiek żywiłem dogłębne przekonanie (głównie z uwagi na osobę reżysera), iż będzie z pewnością solidna i nie wywoła u mnie uczucia zażenowania. Od razu jestem zmuszony przyznać, że książki legendarnego snajpera Navy SEALs Chrisa Kyle’a nie miałem okazji przeczytać, więc film będzie rozpatrywany jedynie w odniesieniu do tego, co zobaczyłem na ekranie.
źródło: http://www.impawards.com
"American Sniper" to historia owianego legendą snajpera Navy SEALs Chrisa Kyle’a (Bradley Cooper). Chłopiec od najmłodszych lat wychowywany jest w obowiązku obrony słabszych i poszanowania dla amerykańskich wartości. Nie może zatem dziwić, że dysponując świetnymi umiejętnościami strzeleckimi wstępuje do nieustraszonej armii Wuja Sama. Wkrótce Osama postanawia zniszczyć World Trade Center (wyjątkowo żenująca scena), a kilka lat później bohater ma okazję sprawdzić swoje skille w ogniu walki w trakcie inwazji na Irak. W międzyczasie Kyle wiąże się z Tayą (Sienna Miller), aczkolwiek odwiecznym priorytetem jest oczywiście walka z wrogami amerykańskiej demokracji.
źródło: Warner Bros. Entertainment Group
Od razu muszę Was przestrzec, że "American Sniper" trwa aż 132 minuty, przez co na obejrzenie produkcji Clinta Eastwooda w całości straciłem cztery podejścia. Nie chodzi oczywiście o brak czasu z mojej strony, lecz niesamowite wprost znużenie wynikające z projekcji. Dawno nie widziałem bowiem tak nudnego, idealnie propagandowego filmu wojennego. W odniesieniu do interwencji w Iraku przekaz jest wyjątkowo jednoznaczny: siepacze Wuja Sama likwidują wyłącznie terrorystów (brodaci mężczyźni), zwolenników terroryzmu (kobiety noszące burki) albo potencjalnych terrorystów (dzieci) – jak doskonale wiemy uderzenie prewencyjne zawsze na propsie. Wszystko jest czarno-białe, więc w Bagdadzie nie występują lokalni bohaterowie pozytywni: nawet jeżeli dostaniesz zaproszenie na wspólną kolację z iracką rodziną to niechybnie okaże się, że w domu znajduje się miniaturowy arsenał do zwalczania amerykańskiego okupanta. Praktycznie nie pojawia się głębsza refleksja nad sensownością interwencji i jej skutkami – szpital z wojennymi weteranami to raczej sztampowe podejście do tematu, ukazujące zresztą typowe amerykańskie stanowisko wspierane przez NRA: co z tego, że ujebało ci nogę albo pół twarzy – postrzelaj sobie, od razu poczujesz się lepiej! Abstrahując od zamiłowania do broni palnej, "American Sniper" nie został w zasadzie skalany jakąkolwiek głębszą refleksją, chociaż dotyczy niebywale kontrowersyjnego konfliktu. Dla wszystkich psychofanów "Snajpera" mam jedną radę: obejrzyjcie sobie genialne wprost "Generation Kill".
źródło: Warner Bros. Entertainment Group
Osobny akapit należy poświęcić na postać głównego bohatera – herosa od dziecka szkolonego na profesjonalnego, bezlitosnego zabójcę (niemal jak Michael "Mike" Danton z legendarnego "Deadly Prey"), miłującego boga oraz amerykańskie wartości. Jedyną rysą na spiżowym wizerunku Kyle’a jest zaniedbywanie rodziny, aczkolwiek zjawisko to uzasadniono oczywiście bezgraniczną miłością do demokratycznej ojczyzny i miłosierną potrzebą chronienia bardziej ułomnych kolegów w Iraku. Tytułowy snajper nie ma żadnych słabości: nie upija się, nie zdradza żony, a kobiety i dzieci zabija tylko wtedy, gdy stanowią zagrożenie dla amerykańskich żołnierzy. Nie zrozumcie mnie źle: gdybym walczył na ulicach Bagdadu Kyle byłby wymarzonym wsparciem, ale po prostu nie jestem w stanie uwierzyć w istnienie tak doskonałego żołnierza i człowieka w jednym wcieleniu. Rozumiem, że Bradley Cooper musiał obiecać ojcu Chrisa, że nie pohańbi pamięci jego syna, ale żywię głębokie przekonanie, iż posunął się zdecydowanie za daleko. Najbardziej zaszokowała mnie scena, w której otoczony zewsząd przez wrogów Kyle (który de facto sam doprowadził do tej sytuacji), postanawia na ołtarzu amerykańskiej demokracji poświęcić życie swoje oraz kolegów (oczywiście nie pytając ich o zdanie) ściągając ogień helikopterów na własną pozycję. Gdyby tylko się udało gwarantowany pośmiertny Medal Honoru! Tego rodzaju pomysły od zawsze kojarzą mi się z dobrowolnymi wyczynami żołnierzy Armii Czerwonej. Oczywiście po powrocie do ojczyzny nasz bohater pogrąża się w smutku, gdyż nie może już wspierać kolegów zabijając wrogów demokracji. Wewnętrzny spokój znajduje jednak pomagając weteranom. American dream w najczystszej postaci!
źródło: Warner Bros. Entertainment Group
Aktorstwo w filmie nie urywa dupy ani nawet nie powala na kolana. Nominacja za najlepszą rolę męską dla Bradleya Coopera przy jednoczesnym pominięciu Jacka Gyllenhaala za "Nightcrawler" brzmi jak jakiś chory żart. Oczywistym jest, że Cooper bardzo przypomina Kyle’a zewnętrznie i stara się jak najlepiej oddać jego psychikę, ale nie jest to dla mnie nic wybitnego, gdyż ten bohater nie ma ani jednej rysy na swym spiżowym wizerunku. Kompletnie nudna postać. O wiele lepiej wygląda natomiast Sienna Miller, wcielająca się w małżonkę Chrisa. Taya w jej wykonaniu znacznie bardziej przypomina kobietę, która mogła istnieć w rzeczywistości, a nie być jedynie propagandowym wymysłem dla krzewienia amerykańskiej demokracji oraz wartości wśród ciemnego ludu. Na drugim planie nie dzieje się totalnie nic ciekawego: reszta aktorów chyba za bardzo wczuła się w role statystów. Jedynym wyjątkiem, a jednocześnie ciekawym nawiązaniem do wspomnianego "Generation Kill", jest Chance Kelly (tutaj podpułkownik Jones), czyli owiany legendą podpułkownik "Godfather" Ferrando. Zawsze miło zobaczyć na ekranie starego znajomego z irackiej pustyni.
źródło: Warner Bros. Entertainment Group
Kompletnie nie potrafię zrozumieć dlaczego tak mierny film otrzymał nominację do Oscara (oczywiście poza powodami politycznymi). Clint Eastwood nakręcił bowiem totalnie propagandową produkcję, która jest fatalna w odbiorze pod niemal każdym względem. "American Sniper" to pozycja, do której mam nadzieję już nigdy więcej nie wracać. Niech spoczywa po wsze czasy w odmętach zapomnienia, a tytuł "Snajper" będzie kojarzony jedynie ze znakomitą produkcją z Tomem Berengerem nakręconą w 1993 roku.
Lt Col "Godfather" Ferrando zawsze na propsie!
(źródło: Warner Bros. Entertainment Group)
Ocena: 4/10.

PS.
Dlaczego w filmie nie pokazano jak Kyle pisze książkę?

sobota, 16 maja 2015

"Jupiter Ascending"



Po ostatniej produkcji braci rodzeństwa Wachowskich miałem bardzo mieszane uczucia. Nie da się bowiem ukryć, że bezapelacyjnie monumentalny pod względem realizacyjnym "Cloud Atlas" wypełniony został kompletnie bełkotliwym przesłaniem, które wydatnie wpłynęło na ostateczną ocenę filmu. Dlatego też ze znaczną rezerwą podchodziłem do kolejnego przedsięwzięcia twórców legendarnego "Matrixa", które już na pierwszy rzut oka zapowiadało się jako kosmiczne Rivendell. "Jupiter Ascending", znane w Polszy jako "Jupiter: Intronizacja" (wyjątkowo tytuł przetłumaczony w miarę sensownie, aczkolwiek nie oddaje genialności oryginału) zapowiadał się jako epickie kino s-f z częściowo interesująca mnie obsadą (Mila Kunis – propsy za "That '70s Show" oraz Sean Bean). Przed seansem zadałem sobie właściwe tylko jedno pytanie: czy "Jupiter Ascending" zostanie dopisany do zaszczytnej listy produkcji, w których śmierć ponosi The Living Spoiler?
źródło: http://www.impawards.com
Na pierwszy rzut oka fabuła "Jupiter Ascending" może wydać się skomplikowana (ponoć scenariusz liczył aż 600 stron!). Niemniej, gdy zacznie się naprawdę ogarniać, co dokładnie dzieje się w filmie, to można wysnuć całkowicie przeciwstawną opinię. Jupiter Jones (Mila Kunis), leniwa i próżna córka rosyjskiej emigrantki, spełnia amerykański marzenie czyszcząc kible w Chicago wraz ze swoją liczną rodziną. Oczywiście, jak większość ludzkości, nasza bohaterka nie zdaje sobie sprawy, że Ziemia nie jest jedyną zamieszkaną planetą we wszechświecie. Okazuje się bowiem, że w pewnych kosmicznych kręgach Jupiter uznawana jest za kolejne wcielenie zamordowanej w tajemniczych okolicznościach głowy potężnego rodu Abrasax. Trójka dziedziców wszechmocnej rodziny rozpoczyna brutalną rywalizację o przejęcie opieki na młodą dziewczyną.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Nie da się ukryć, że "Jupiter Ascending" nie przyniesie chwały rodzeństwu Wachowskich. Kolejna produkcja mocno osadzona w realiach CGI wydaje się być raczej odpowiedzią na współczesne sukcesy Marvela niż autorskim podejściem do tematu. Co prawda znajdziemy kilka niepokojących motywów rodem z poważniejszego kina (m.in. poszczególne planety jako farmy, których jedynym zadaniem jest produkcja substancji przedłużającej życie wybranych; rozrośnięta ponad miarę biurokracja rodem z "Brazil" albo "Autostopem przez galaktykę"), ale gruncie rzeczy jest to czysty, efekciarski festyn, dodatkowo w nędznej kategorii PG-13. Wykreowanie w filmie uniwersum przypomina troszeczkę Diunę Franka Herberta, z tą różnicą, że potężne rody zamiast walczyć o melanż toczą boje o substancję zapewniającą wieczną młodość, a w roli arbitra nie występuje sprzedajny Imperator, lecz nieprzekupna Egida. Wszystko to wypadałoby nawet w miarę spoko, gdyby nie żenujące ziemskie motywy rodem z Marvela czy nawet serii "Transformers". Naprawdę nie rozumiem, w jaki sposób można zestawiać tak fascynujące kosmiczne uniwersum z totalną padaką rozgrywającą się na Ziemi. Rosyjski prolog opowieści to kompletna żenada, motyw z imigracyjnym kontenerem pomylono najwyraźniej z Chińczykami, a perypetie wielkiej rosyjskiej rodziny zamieszkującej Chicago (a czemuż nie brooklyńskie Brighton Beach?) są tak miałkie, że aż szkoda mi elektronicznych znaków, by je komentować.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Pod względem fabularnym w "Jupiter Ascending" wykorzystano wiele, naprawdę wiele, typowych dla tego rodzaju produkcji klisz, podlanych sosem CGI. Przygotujcie się zatem na oczywiste zdrady, przegięte do granic możliwości, a jednocześnie kompletnie bezsensowne pościgi, ratunek nadchodzący w ostatnich sekundach (wyraźnie nadużywany), nieuniknione wyczyny akrobatyczne rodem z gier komputerowych czy różnego rodzaju humanoidalne stwory – błękitny słonioczłek pilotujący krążownik Egidy to dla mnie o jeden krok za daleko. Aczkolwiek z drugiej strony trudno nie docenić momentami przepięknych efektów specjalnych. Z pewnością w tej kategorii przodują statki kosmiczne zanurzające się w gazowej atmosferze Jowisza, ich niezwykle oryginalne wystroje oraz znakomite napisy końcowe – rzadko zdarza się, abym obejrzał je do końca. Za wymienione wyżej rzeczy jestem skłonny podnieść ocenę końcową "Jupiter Ascending" o jedną gwiazdkę. Dodatkowo jako dużą zaletę filmu mogę wskazać wybitną ścieżkę dźwiękową, która zaskoczyła mnie totalnie swoją doskonałością – jakby to powiedział Bonus BGC: po prostu dobre w chuj.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
I w zasadzie poprzedni akapit całkowicie wyczerpał dobre strony produkcji rodzeństwa Wachowskich. "Jupiter Ascending" pod względem aktorskim to bowiem najczarniejsza rozpacz. Chociaż Mila Kunis jest aktorką, którą wielce szanuję i lubię, to o Jupiter Jones w jej wykonaniu nie jestem w stanie napisać niczego dobrego. Przez cały seans wydawało mi się, że wypłata musiała nastąpić przed rozpoczęciem zdjęć i odtwórczyni głównej roli po prostu przestało zależeć, bo hajs się już zgadzał. Mila Kunis kompletnie przeszła obok roli, nie robiąc całkowicie nic, aby widzowie polubili Jupiter i zaczęli się interesować jej losem. Jakkolwiek może zabrzmieć to dziwnie to panna Kunis nawet nie biega i skacze wystarczająco przekonująco! Następna pozycja na liście hańby to Channing Tatum. Akurat w jego przypadku miałem niewielkie oczekiwania, ale tak fatalna stylówka (żenująca blond broda i doprawione, ogromne uszy) dodatkowo uwypukla jego aktorskie ułomności. Na drugim planie wieje nudą, praktycznie żadna kreacja nie daje się zapamiętać. Jedynym promyczkiem nadziei był dla mnie Eddie Redmayne (Balem Abrasax), ale tylko w momentach, gdy jego bohater epatował chłodem – histerycznie odpały całkowicie zniszczyły dobry wizerunek tej postaci. Na koniec warto odnotować występ The Living Spoiler, czyli Seana Beana. Niestety Stinger to generalnie mało interesująca postać: może przykuć uwagę jedynie z powodu pytania postanowionego we wstępie.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Mimo, że "Jupiter Ascending" trudno nazwać nawet solidnym filmem to jednak przejawiam dziwne przekonanie, że gdyby rodzeństwo Wachowskich zdecydowało się nakręcić kolejną część to chętnie bym ją obejrzał. Pomimo wielu ułomności nie sposób nie docenić pięknych efektów specjalnych oraz znakomitej ścieżki dźwiękowej. Szkoda jedynie, że scenariusz wypełniono niemal samymi kliszami, a cała obsada postanowiła solidarnie dać dupy. W podsumowaniu posłużmy się zatem banalnym stwierdzeniem: potencjał jakiś tam był, ale wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.
źródło: http://www.jupiterascending.com/
Ocena: 4/10.

sobota, 9 maja 2015

"Seventh Son"



Czasem naprawdę nie potrafię w żaden racjonalny sposób uzasadnić takiego, a nie innego doboru mojego repertuaru. Naprawdę nie mam pojęcia jakimi motywami kierowałem się podejmując wiekopomną decyzję obejrzenia "Seventh Son". Wystarczy bowiem rzut oka na plakat filmowy i każdy zaprawiony w bojach kinoman powinien dostrzec totalną chujozę ordynarnie bijącą po oczach. Reżysera Sergeya Bodrova nie znam kompletnie, książek Josepha Delaneya nie czytałem (i po tym co zobaczyłem na ekranie raczej nie mam zamiaru brać do ręki), a więc jedynym promykiem nadziei wydawała się obsada. Przed seansem trudno było mi bowiem uwierzyć, że Jeff Bridges, Julianne Moore oraz Jon Snow Kit Harington nie zrobią dobrej roboty. Możliwe również, że spodziewałem się, iż "Seventh Son" w swojej niezaprzeczalnej ułomności będzie po prostu w jakiś sposób niezamierzenie zabawny. Niestety życie depcze wyobraźnię. Brutalnie.
źródło: http://www.impawards.com
Dawno, dawno temu stracharz (w oryginale spook, pogromca wiedźm i wszelkich stworzeń z piekła rodem) Gregory (Jeff Bridges) okiełznał potężną wiedźmę (Julianne Moore), osadzając ją w miniaturowym zakładzie penitencjarnym. Po latach spędzonych w odosobnieniu Mateczka Malkin (cóż za fatalna nazwa postaci) w niewiadomy sposób odbudowała magiczne zdolności, by z okazji zbliżającego się czerwonego księżyca (znowu lewacka propaganda?) zawładnąć światem. Oczywiście na przeszkodzie jej ambitnych planów stanąć może jedynie Gregory, wspierany przez niedoświadczonego, acz perspektywicznego młokosa Toma Warda (Ben Barnes).
Twórcom "Seventh Son" udała się naprawdę wielka sztuka – stworzenie produkcji, która nie wnosi kompletnego niczego nowego do światowej kinematografii to nie lada osiągnięcie. Już dawno nie oglądałem filmu tak wtórnego, totalnie nijakiego oraz pozbawionego choćby cienia oryginalności. A jest to tym bardziej dziwne, ponieważ jakby nie patrzeć na dzieło Sergeya Bodrova, to przecież opiera się ono na książkowym pierwowzorze! Fabuła to praktycznie same najbardziej wyświechtane i wtórne klisze. Wspomnijmy choćby o dawnej miłości Gregory’ego i Mateczki Malkin (naprawdę fatalna nazwa postaci), sztampowej relacji stary, cynicznych i zapijaczony mistrz contra młody, naiwny uczeń o dobrym sercu, klasycznym wątku romansowym pomiędzy przedstawicielami dobra i zła czy choćby tajemniczym pochodzeniu głównego bohatera (z którego de facto nie wynika kompletnie nic niezwykłego). Finał to natomiast prawdziwa klasyka w starym stylu: obowiązkowa bitwa w bazie antagonisty tuż przed nadejściem czerwonego księżyca. Świat przedstawiony w "Siódmym Synie" to typowe dla tego rodzaju produkcji quasi-średniowiecze tonące w feerii marnego CGI. Gdzie rozpłynęło się 95 milionów USD? Nie mam pojęcia. Swoją drogą warto zwrócić uwagę na poważne rozbieżności geograficzne, ponieważ podróże pomiędzy komputerowo zróżnicowanymi krajobrazami zabierają nie więcej niż tydzień czasu wozem zaprzężonym w zwykłe konie.
Akcji nie brakuje: jest trochę walki zwykle kończonej spaleniem przeciwnika (oczywiście mało brutalnym, ponieważ jest to kategoria PG-13), dużo biegania i obłędnie klasyczne motywy ze skokami z dużych wysokości oraz nieoczekiwanie pojawiające się urwiska. Ponadto widać, że na twórców duży wpływ miał legendarny Mortal Kombat, ponieważ większość bohaterów negatywnych ma w swoim arsenale animality. Fatalność "Seventh Son" wydatnie uwypuklają dialogi, które po prostu żal przytaczać. Oprócz nieśmiertelnej, życiowej klasyki w stylu Paolo Coelho zostałem uraczony czerstwymi tekstami oraz one-linerami tak tępymi, że poważnie zacząłem zastanawiać się nad wyłączeniem fonii albo ostatecznym skończeniem trudu. O ścieżce dźwiękowej mogę natomiast napisać jedynie tyle, że chyba jakaś była, ale nie jestem tego do końca pewien. W każdym razie nie zapada w pamięć szczególnie.
Jednakże prawdziwy dramat zaczyna się dopiero, gdy zaczniemy analizować "Seventh Son" pod względem aktorstwa. W zasadzie to pojęcie w filmie Sergeya Bodrova nie występuje, więc posłużę się bardziej trafnym terminem wyrobnictwo. Ben Barnes idealnie odnalazł się w roli Toma Warda: kompletna nijakość aktora wspaniale koresponduje z porażającą wprost ułomnością tej postaci. Zaprawdę powiadam Wam: dawno nie oglądałem na ekranie tak nudnego bohatera, który krocząc ścieżką prawości i sprawiedliwości przez ponad 100 minut, nie pokazał choćby przez sekundę czegokolwiek interesującego. Niemniej, będąc szczery muszę przyznać, że nie spodziewałem się po nim olśniewającego występu. Prawdziwymi gwiazdami "Seventh Son" mieli być bowiem gracze z najwyższej hollywoodzkiej ligi. To co zrobił w tym filmie Jeff Bridges trudno opisać słowami – naprawdę musicie to zobaczyć! Stracharz Gregory to kompletna padaka, zapijaczony mistrz suchej riposty, na dodatek zagrany z fatalną, bełkotliwą manierą (trudno było mi zrozumieć, co Bridges w ogóle mówi, więc skupiłem się na napisach). Rzadko się zdarza, aby tak dobry aktor zaliczył tak monstrualny zjazd. Julianne Moore może nie poszła całkowicie w ślady kolegi, ale jako uosobienie zła w najczystszej postaci wypada raczej mocno średnio. Co prawda nie wkurwia jak Bridges, ale też nie prezentuje na ekranie niczego wyjątkowego. Alicia Vikander, grająca Alice, po prostu jest na ekranie – chociaż warto odnotować kompletny brak chemii między nią i Benem Barnesem. Jedyna osoba, którą mogę wyróżnić z czystym sumieniem, jest Olivia Williams wcielająca się w honorową i szlachetną wiedźmę (zasłużyła z pewnością na szacunek ludzi ulicy). Jon Snow, niczym Ned Stark, Kit Harington umarł niestety zbyt szybko.
Jeżeli "Seventh Son" miał być początkiem nowego cyklu to naprawdę nie mam ochoty oglądać więcej tego gówna. Żywię ponadto szczerą nadzieję, że wyniki finansowe skutecznie zrewidowały chęci do kręcenia kolejnych części. "Siódmy Syn" niestety nie przynosi niezamierzonych motywów komediowych, więc oglądajcie to totalne wyrobnictwo wyłącznie na własne ryzyko.
Ocena: 3/10.

poniedziałek, 4 maja 2015

"Yuma"



Ponieważ już dawno nie było niczego z Polszy, dzisiaj wyruszymy w pasjonującą (to się akurat jeszcze okaże) podróż do początków transformacji ustrojowo-gospodarczej. W tym celu na warsztat biorę oczywiście słynną niedawno "Yumę" w reżyserii no name’a Piotra Mularuka. Produkcję z 2012 roku początkowo zaklasyfikowałem jako coś w rodzaju prequela prequela legendarnych "Młodych Wilków" – tylko nie zmuszajcie mnie do ponownego oglądania "Młodych Wilków ½"! Swoją drogą co za wyjątkowo zjebany pomysł na numerację – nie dość że ułamek dziesiętny wyglądałby o wiele lepiej, to dodatkowo wywoływałby z pewnością przyjemne skojarzenia. Ale wracając do głównego tematu to muszę przyznać, że "Yuma" zapowiadała się całkiem solidnie, mimo niemal całkowitej no name’owości reżysera. Rzut na oka na obsadę to moim zdaniem najlepsza rekomendacja do obejrzenia filmu. Ponadto okazało się, że przedstawiona historia została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami (cokolwiek to znaczy).
źródło: http://www.filmweb.pl
Tak jak wspominałem we wstępie "Yuma" przenosi nas do siermiężnej, szarej rzeczywistości przełomu lat 80-tych i 90-tych XX wieku. Z prologu rozgrywającego się, gdy socjalizm jeszcze nie umarł całkowicie, dowiadujemy się, że czasem za nieuiszczenie rachunku może spotkać naprawdę okrutna kara (chociaż w zasadzie łudząco podobny motyw pojawił się w "Poranku Kojota"). Na oczach młodego Zygi (Jakub Gierszał) następuje kompletny rozkład dotychczasowej rzeczywistości. Chłopak, zamieszkujący przygraniczne miasteczko pozbawione jakichkolwiek perspektyw, marzy o wyrwaniu się z zaklętego kręgu ubóstwa Ragnara Nurksego. Najbardziej pożądanym obiektem luksusu są nowe adidasy, ponieważ nasz bohater codziennie przemierza miasto w jebanych sofixach lub tekturowych butach do trumny. Nadzieją na lepsze życie nieoczekiwanie staje się ciotka Zygi, Halinka (Katarzyna Figura), prowadząca miejscowy dom rozkoszy, a od czasu do czasu trudniąca się szmuglem papierosów do ponownie zjednoczonego Reichu.
źródło: http://www.filmweb.pl
Na początek mała uwaga do twórców: jeżeli chcecie pokazać w filmie definicję jakiegoś terminu to proponuję posłużyć się bardziej wiarygodnym źródłem niż Wikipedia. Niemniej pozwólcie, że przytoczę znakomity fragment z wyjaśnienia pojęcia juma/yuma: zwany był wtórnym, słowiańskim, sprawiedliwym podziałem dóbr osobistych. Pod względem fabularnym "Yuma" to raczej sztampowa historia od zera do bohatera, nad którym majaczy widmo nieuchronnego i spektakularnego upadku. Jak przystało na tego typu opowieści oglądamy oczywiście porażającą biedę, szarość i brak perspektyw. Młodzi ludzie szlajają się po zatopionym w beznadziei miasteczku: nie ma pracy, nie ma pieniędzy, a zamiast egzystencji na poziomie jest marna wegetacja w oczekiwaniu na kompletnie nie wiadomo co. Jak zatem w tak niekorzystnych warunkach zaimponować pięknej Majce (Karolina Chapko)? Trzeba oddać twórcom, że ukazanie tej beznadziei totalnej wyszło im całkiem nieźle. Gdyby przyznawano order imienia Rycha Peji za ekranowe reprezentowanie biedy to "Yuma" z pewnością znalazłaby się w gronie faworytów. Oczywiście sytuacja Zygi zmienia się diametralnie, gdy w trakcie szmuglowania papierosów odkrywa, że w Rzeszy można dokonać relatywnie łatwej redystrybucji dóbr luksusowych. Dzięki wrodzonej przedsiębiorczości chłopak rekrutuje dzielną drużynę szabrowników, szybko osiągając pozycję zbawcy przygranicznego miasteczka.
źródło: http://www.filmweb.pl
Oczywiście, jak w każdej tego rodzaju opowieści, spektakularne sukcesy wieszczą jeszcze bardziej spektakularną porażkę. Coraz bardziej brawurowe akcje ekipy Zygi szybko przyciągają uwagę szerszego otoczenia. Co prawda zagrożenie ze strony okrutnie pohańbionego w prologu byłego kumpla Rysia (Kazimierz Mazur), który został stróżem prawa, jest znikome, gdyż na niego wystarczy kontrolna lepa na ryj. Warto w tym miejscu wspomnieć o wysoce żenującej scenie szczekania w barze – totalna porażka. Jednakże prawdziwe niebezpieczeństwo dla Zygi stanowi Opat (Tomasz Kot), rezydent rosyjskiej mafii doglądający czujnym okiem szmuglowania przez granicę przemysłowych ilości spirytusu. O ile początkowo historia przedstawiona w "Yumie" jest nawet wciągająca i ciekawa, to wraz z upływem czasu wszystko zaczyna się rozsypywać. Finał to po prostu kompletna porażka, na dodatek okraszona jednymi z najsłabszych efektów specjalnych, jakie widziałem w życiu. Można jedynie wyrazić ubolewanie, że wysokiego poziomu z początku filmu nie udało się dociągnąć do końca. Niestety Mularuk nie ustrzegł się innych błędów. W "Yumie" znajdziemy pełną gamę klisz typowych dla historii od zera do bohatera (m.in. niedostrzeganie oczywistego zainteresowania ze strony bliskiej znajomej, uganianie się za nieosiągalną wybranką, nielojalni towarzysze itp.).
źródło: http://www.filmweb.pl
Jeśli chodzi o aktorstwo to z pewnością należy wyróżnić odtwórcę głównej roli. Jakub Gierszał, wcielający się w Zygę, stworzył bardzo dobrą kreację i kupuję w całości tego chłopaka. Niestety na drugim planie jest o wiele gorzej. Oczywiście bezapelacyjne propsy należą się Katarzynie Figurze za chyba najlepszą w filmie rolę ciotki Halinki – a przecież już od dawna byłem przekonany, że ta polska aktorka odeszła na zawsze do licznego grona parodystów. Na oklaski zaliczył również Tomasz Kot, wcielający się w bezwzględnego Opata. W tym miejscu po raz kolejny apeluję do polskich twórców: jeżeli chcecie mieć w swoim filmie postać rosyjskojęzyczną to wpierdolcie polskie napisy, gdy używa tegoż języka kurwa mać!!! Przypominam, że czasy się zmieniły i już nie każdy w Polszy legitymuje się znajomością mowy wschodnich przyjaciół. Za wyjątkowo uroczy wygląd na ekranie pragnę natomiast wyróżnić Karolinę Chapko – Majka tak bardzo kojarzy mi się z Marusią Ogoniok! Poza trójką wymienionych reszta postaci drugoplanowych nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym – są to po prostu typowe, płaskie role. Zarówno ekipa Zygi (Jakub Kamieński, Krzysztof Skonieczny oraz Helena Sujecka), burmistrz Bronek (Przemysław Bluszcz), pocieszny Niemiec Ernest (Tomasz Schuchardt) czy policjant Rysio (Kazimierz Mazur) to jednowymiarowi bohaterowie do szybkiego zapomnienia. Z tego kręgu ubóstwa wybija się jedynie Mieczysław Grąbka, wcielający się w sympatycznego celnika, a przy okazji chrzestnego Zygi.
źródło: http://www.filmweb.pl
Niestety "Yuma" to kolejny przykład zmarnowanego potencjału. Film Piotra Mularuka to w gruncie rzeczy sztampowa opowieść o wzlocie i upadku, aczkolwiek charakteryzująca się bardzo dobrym oddaniem realiów początkowego okresu polskiego transformacji ustrojowo-gospodarczej. Głównych przyczyn porażki upatruję w ułomności scenariusza (im bliżej końca tym bardziej monumentalny zjazd) oraz niedoświadczeniu reżysera. Biorąc pod uwagę całokształt to "Młode Wilki" z 1995 roku w dalszym ciągu pozostają niedoścignionym wzorem.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 5/10.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"The Hunger Games: Mockingjay - Part 1"



Ponieważ ostatnio oglądałem same bardzo dobre, dobre oraz chociaż solidne produkcje w odmętach mojej złożonej osobowości zaczęła kiełkować silna żądza przerwania tej hossy i pogrążenia się w totalnej filmowej chujozie. Jak już bowiem nie raz wspominałem: nie można prawdziwie docenić piękna nie wiedząc niczego o brzydocie. I kiedy miałem już przeglądać IMDb w poszukiwaniu odpowiedniej słabizny (primary objective: Nicolas Cage), przypomniałem sobie, że nie obejrzałem przecież jeszcze najnowszej odsłony "The Hunger Games: Mockingjay Part 1". Pomyślałem sobie zatem: oka, jeszcze jedna solidna produkcja i rozpoczynam podróż do kresu filmowej wytrzymałości. Albowiem wówczas, po ostatniej, bardzo dobrej części, nie spodziewałem się, że zostanę tak brutalnie zdradzony, a moja wewnętrzna potrzeba obejrzenia kompletnej chujni zostanie zaspokojona z nawiązką. Zanim przejdziemy do wylewania pomyj, zwróćcie uwagę na tytuł filmu. Oczywiście twórcy "Igrzysk Śmierci" doskonale wpisali się w współczesne trendy i podzielili ostatnią odsłonę na dwie części. Zaprawdę, powiadam Wam: hajs się musi zgadzać! Z gestów o wiele bardziej szlachetnych należy odnotować, że "Kosogłos" został zadedykowany pamięci zmarłego Philipa Seymoura Hoffmana.
źródło: http://www.impawards.com
Jak doskonale pamiętacie z poprzedniej części jubileuszowe 75 Igrzyska Śmierci zakończyły się kompletną klęską Kapitolu. Katniss (Jennifer Lawrence), w ostatniej chwili uratowana z areny, trafia do legendarnego Dystryktu XIII. Jak się okazuje mieszkańcy pechowego sektora nie zostali wcale wymordowani przez rząd centralny, ale po prostu zeszli do podziemia (dosłownie). Pod wodzą prezydent Coin (Julianne Moore) zmilitaryzowane społeczeństwo dystryktu przygotowuje się do ostatecznej rozprawy z Kapitolem. W zamierzeniach miejscowego establishmentu Katniss ma stać się Kosogłosem, nieskalanym symbolem rewolucji, który podtrzyma ogień rebelii tlący się w pozostałych sektorach i ułatwi ich zjednoczenie pod jednym sztandarem.
© Lions Gate Entertainment
Pod koniec recenzji "The Hunger Games: Catching Fire" wyraziłem bardzo niefortunną obawę: twórcy mogą pójść na łatwiznę i zaserwować widzom coś na mentalnym poziomie "Terminator Salvation" i Katniss jako odpowiedniczki Johna Connora. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się wówczas, jak prorocze będą to słowa. Francis Lawrence, w przebłysku geniuszu, postanowił bowiem spierdolić wszystko, co osiągnął w poprzedniej części. Niestety z porównaniem do czwartej odsłony 'Terminatora" trochę przesadziłem, ponieważ cokolwiek by złego nie powiedzieć o filmie McG, to jednak coś się tam dzieje i momentami bywa efektownie. W "Mockingjay" natomiast nie dzieje się praktycznie nic – oczywiście nie ma przecież Igrzysk! Oglądając film zastanawiałem się, kiedy zacznie się jakaś prawdziwa akcja. Niestety okazało się, że wcześniej zobaczyłem napisy końcowe, więc podejrzewam, że wszystko zostawiono na finałową odsłonę. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu i rozczarowaniu na pierwszy plan wysunięte zostały wątki romansowe (rozłąka szaleńczo zakochanych tak niezwykle bolesna) oraz rozterki emocjonalne Katniss. O wiele bardziej istotne wydarzenia kompletnie straciły na znaczeniu, zepchnięte głęboko w drugoplanowe odmęty. Jakież znaczenie ma bowiem przyszłość ludzkości, kiedy panna Everdeen musi dowiedzieć się co dzieje się aktualnie z uzależnionym od cracku Peetą? Jak słusznie zauważyli twórcy Honest Trailers film powinien nosić podtytuł "Where’s Peeta?: Part 1".
© Lions Gate Entertainment
Co zatem powinno znaleźć się na pierwszym planie? Moim skromnym zdaniem wyniszczające starcie pomiędzy Dystryktem XIII i Kapitolem, po którym przy odrobinie pecha nie będzie czego zbierać. O ile rządzący Trzynastką mają jakiekolwiek pojęcie o prowadzeniu wojny i są do niej doskonale przygotowani to działania podjęte przez rebeliantów w pozostałych sektorach są żenująco idiotyczne. Samobójczy, bezmyślny szturm na elektrownię wodną czy leśna zasadzka drwali to najlepsze przykłady skończonej głupoty i nieliczenia się z czynnikiem ludzkim. Trzeba przyznać, że Kapitol nie pozostaje dłużny i wykorzystując najlepsze przykłady z historii XX wieku odpowiada z pełną mocą brutalności. Ludobójstwo oraz masowe egzekucje są na porządku dziennym, a tysiące szkieletów w Dystrykcie XII zaczynają już niebezpieczne przypominać Holokaust. Ogólnie rzecz biorąc pozostałe sektory przedstawiają obraz totalnej anihilacji – wszędzie zniszczenia, ruchawka i pożoga. Kolorowy, wypełniony przepychem Kapitol oglądamy jedynie przez chwilę, a podziemna, surowa baza prezydent Coin wzmaga jedynie pesymistyczny wydźwięk "Kosogłosa". Warto zwrócić uwagę na ciekawy aspekt walki propagandowej – filmiki nagrywane przez obie strony. Z uwagi na położenie Dystryktu XII ich propaganda skojarzyła mi się z wystąpieniami Osamy bin Ladana kręconymi w afgańskich jaskiniach.
© Lions Gate Entertainment
Nie pamiętam kiedy równie solidna postać zanotowała tak okrutny zjazd. W najnowszej odsłonie Katniss Everdeen to po prostu wrak człowieka, spędzający wolne chwile na użalaniu się nad sobą w jakichś kanałach. Rozumiem, że chciano w ten sposób ukazać negatywny wpływ Igrzysk Śmierci na bohaterkę, ale twórcy posunęli się zdecydowanie za daleko. Z dumnego, niezłomnego symbolu buntu pozostała jedynie tak naprawdę rozhisteryzowana egoistka kierująca się partykularnym interesem – na szczęście dysponująca świetną ekipą od PR. Z prawdziwym żalem ogląda się Jennifer Lawrence prezentującą przez bite dwie godziny cry face. Jedyna dobra scena to Katniss śpiewająca piosenkę The Hanging Tree, ponieważ wreszcie jest w miarę normalna (oczywiście laureatka Oscara jej nienawidzi, ponieważ nie lubi śpiewać). Znakomita obsada drugoplanowa wyjątkowo nie ratuje sytuacji, gdyż po prostu scenariusz nie pozwala. Co z tego, że Julianne Moore, Elizabeth Banks (Effie), Philip Seymour Hoffman (Plutarch), Woody Harrelson (Haymitch) Jeffrey Wright (Beetee) czy Donald Sutherland (Jon Snow Prezydent Snow) grają dobrze, gdy na pierwszym planie oglądamy bolejącą nad rozłąką Katniss? I tu zwracam się do pań oraz mniejszości homoseksualnej: naprawdę wolelibyście uzależnionego od cracku Josha Hutchersona (Peeta) niż brata Thora, Liama Hemswortha (Gale) Really? W filmie pojawia się także Jena Malone (Johanna Mason), która ujęła mnie swoim jestestwem w poprzedniej części. Dodajmy jedynie, że jej występ w "Mockingjay" trwa mniej więcej 30 sekund…
© Lions Gate Entertainment
O ile na pierwszą cześć "Kosogłosa" czekałem z prawdziwym wytęsknieniem to po tym, co zobaczyłem, drugą odsłonę zamierzam jedynie obejrzeć z czystego obowiązku, by zamknąć ostatecznie całą serię i nigdy więcej do niej nie wracać. Przewijające się przez "Igrzyska Śmierci" powiedzenie the odds are never in our favor nigdy nie było bowiem bardziej aktualne.
© Lions Gate Entertainment
Ocena: 4/10.


Recenzje pozostałych części:
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.