Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antje Traue. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antje Traue. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 października 2015

"Man of Steel"



Szczerze powiedziawszy (a raczej napisawszy) Superman nigdy nie był moim ulubionym superbohaterem. Oczywiście w dzieciństwie obejrzałem wszystkie filmy z Christopherem Reevem, aczkolwiek nie wywołały u mnie większych emocji. Podobnie było z serialem "Lois & Clark: The New Adventures of Superman", w którym w tytułowe role wcielali się Teri Hatcher oraz Dean Cain – oglądałem, ponieważ wówczas nie było niczego lepszego na Polsacie. Niestety nie udało mi się zobaczyć "Superman Returns" z 2006 roku, aczkolwiek uznawałem to za niewielką stratę. Mój stosunek do Supermana uległ zmianie dopiero, gdy obejrzałem "Kill Bill: Vol. 2". W jednej z ostatnich scen Bill wygłasza niezwykle interesujący monolog dotyczący superbohaterów. O ile zdecydowana większość herosów urodziła się zwykłymi ludźmi (przykładowo Batman czy Spiderman) i dopiero po jakimś czasie przywdziała kostium, o tyle Superman urodził się jako Kal-El, a Clark Kent jest jedynie jego ludzkim alter ego. I właśnie najciekawsze jest to jaki kształt Superman nadał swojej przybranej tożsamości obserwując ludzkość: And what are the characteristics of Clark Kent. He's weak... he's unsure of himself... he's a coward. Clark Kent is Superman's critique on the whole human race. Słowa Billa zdecydowanie zmieniły moje podejście do tej postaci, dzięki czemu mogłem odnaleźć głębię w zdawałoby się dziecinnej, komiksowej historyjce. Tego również oczekiwałem od kolejnego rebootu – Panie i Panowie, przed Wami "Man of Steel"!
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu Zacka Snydera rozpoczyna się na rodzinnej planecie Supermana. Dawna międzygwiezdna potęga i kolonizacja innych światów to czyste mrzonki. Krypton, rządzony przez dekadenckie elity, przechodzi aktualnie poważny kryzys. Wyczerpanie się surowców naturalnych zmusiło ludność do eksploracji jądra planety, która, jak łatwo się domyślić, nie zwiastuje niczego dobrego. Najwybitniejszy miejscowy naukowiec, a przy okazji całkiem solidny wojak, Jor-El (Russell Crowe) postuluje wstąpić na drogę odważnych przodków i eksplorować kosmos, jednakże jego propozycje nie znajdują poparcia u zblazowanych decydentów. Całkowicie inną drogę obiera natomiast dobry kryptoński patriota, generał Zod (Michael Shannon), który niczym Francisco Franco pragnący uchronić Hiszpanię przed czerwoną zarazą, postanawia przejąć władzę, by wprowadzić rządy silnej ręki. Niestety, mimo początkowych sukcesów, coup d’état kończy się spektakularną klęską, a generał Zod i wierni mu żołnierze zostają zesłani w nicość (dosłownie). W międzyczasie Jor-El, przeczuwając rychłą katastrofę, wysyła swego nowo narodzonego syna na Ziemię, aby mógł bezpiecznie dorastać w promieniach młodego słońca. A Krypton, zgodnie z oczekiwaniami naukowca, eksploduje z niebywałym rozmachem.
źródło: http://www.manofsteel.com/
W natłoku coraz bardziej męczących produkcji spod znaku Marvela spodziewałem się, że "Man of Steel" podąży utartą ścieżką, zapewniającą milionowe zyski. Tymczasem, po raz kolejny, zostałem kompletnie zaskoczony. Abstrahując od oczywistych wad filmu Zacka Snydera należy zauważyć, że nie jest to z pewnością cukierkowo-lukrowane dzieło podlane mdłym sosem komputerowych efektów specjalnych. Oczywiście, jak to w tego rodzaju konwencji, CGI jest kurewsko nachalne i momentami drażni, aczkolwiek "Człowiek ze stali" wyróżnia się czymś naprawdę wyjątkowym na tle podobnych produkcji: lekko mrocznym klimatem. Nie mogę naturalnie przesadzać ze wspomnianą mrocznością – to nie jest przecież defetystyczno-depresyjne dzieło, w którym wszyscy bohaterowie popełniają na końcu zbiorowe samobójstwo. Niemniej kilka motywów znacznie zwiększa powagę całego przedsięwzięcia, czyniąc z naszego bohatera postać o złożonej psychice. Za najlepszy przykład może posłużyć scena rozmowy Zoda i Supermana (morze ludzkich czaszek), rozgrywająca się w umyśle tego drugiego, czy też wyjątkowo brutalne jak na kategorię PG-13 zakończenie filmu. Takich rzeczy w Marvelu nie ogląda się na co dzień, więc należy to docenić!
źródło: http://www.manofsteel.com/
Fabuła jest dosyć ciekawa, gdyż w interesujący sposób ukazano dzieje Kryptona (chętnie obejrzałbym ewentualny prequel o eksploracji kosmosu), a także młodość naszego suberbohatera, w której dopiero odkrywa swoje nieprzeciętne możliwości. Byłem ogromnie zdziwiony postawą przybranych rodziców Kal-Ela, ponieważ w opozycji do Jor-Ela, Jonathan Kent (Kevin Costner) pragnie, aby niezwykłe umiejętności pozostały tajemnicą i nie posłużyły do ochrony ludzi przed różnego rodzaju niebezpieczeństwami. Jest to tym bardziej szokujące, gdyż po jednym z heroicznych czynów młodego Clarka ziemski ojciec sugeruje mu, że powinien pozwolić umrzeć swoim kolegom i koleżankom. Z tego powodu psychika superbohatera nabiera szlifu złożoności, a nim samym targa wiele wątpliwości natury egzystencjalnej. Niestety Zack Snyder nie ustrzegł się również błędów. W zbyt wielu miejscach "Man of Steel" przypomina sztampowe produkcje Marvela: głupawi bohaterowie drugoplanowi, nadmiar CGI, szybki i mało przekonujący wątek romansowy, nachalny product placement, czy też ratowanie świata w ostatniej chwili. Poza tym: dlaczego kostium Supermana jest niezniszczalny? Niemniej, dzięki wprowadzeniu wspomnianych mrocznych elementów, ocena całokształtu przechyla się na jasną stronę mocy.
źródło: http://www.manofsteel.com/
Jeśli chodzi o obsadę głównej roli męskiej to Henry Cavill nie może nic sobie zarzucić. Bardzo fajnie odegrał egzystencjalne wątpliwości oraz emocje targające Supermanem, a dodatkowo jego naturalna muskulatura wygląda na ekranie epicko. Niezwykle trafny strzał, zatem brawa dla Zacka Snydera. W partnerkę naszego bohatera wcieliła się z kolei Amy Adams. Oprócz niezaprzeczalnie doskonałej prezencji Lois Lane to kobieta (zbyt) wielu talentów, co może trochę frustrować w czasie oglądania filmu. Niemniej darzę pannę Adams sporą estymą, więc zaliczam jej występ na plus. W kwestii rodziców zdecydowanie przedkładam biologicznych nad przybranych ziemskich opiekunów. Russell Crowe oraz Ayelet Zurer zagrali zdecydowanie lepiej i ciekawiej niż Kevin Costner i Diane Lane. Przejdźmy zatem do postaci negatywnych, chociaż czy można nazwać złoczyńcą dobrego kryptońskiego patriotę, który został genetycznie zaprogramowany do ochrony Kryptona za wszelką cenę? Oceńcie sami. Michael Shannon, wcielający się w generała Zoda, zrobił dobrą robotę, tworząc jedną z najciekawszych kreacji antagonistycznych ostatnich lat (oczywiście jego wysiłki rozpatrujemy w odpowiedniej kategorii, gdzie do boju stają postacie pokroju Ultrona czy Malekitha). Swoją drogą zwróćcie uwagę na pewien dysonans: dlaczego Jor-El mógł złamać prawo Kryptona by ratować planetę, a generał Zod już nie? Hipokryzja?
źródło: http://www.manofsteel.com/
W kategorii komiksowych ekranizacji "Man of Steel" to dla mnie jedno z największych zaskoczeń ostatnich lat. Oczywiście na miejscu Zacka Snydera dołożyłbym o wiele więcej mroku i powagi, ale i tak na tle typowych produkcji Marvela "Człowiek ze stali" wyróżnia się zdecydowanie. Mam nadzieję, że ścieżka obrana przez twórców nie zostanie zaniechana w kolejnych sequelach, a postać Supermana stanie się jeszcze bardziej interesująca. A zatem na zachętę daję dosyć wysoką notę.
źródło: http://www.manofsteel.com/
Ocena: 6/10.

sobota, 9 maja 2015

"Seventh Son"



Czasem naprawdę nie potrafię w żaden racjonalny sposób uzasadnić takiego, a nie innego doboru mojego repertuaru. Naprawdę nie mam pojęcia jakimi motywami kierowałem się podejmując wiekopomną decyzję obejrzenia "Seventh Son". Wystarczy bowiem rzut oka na plakat filmowy i każdy zaprawiony w bojach kinoman powinien dostrzec totalną chujozę ordynarnie bijącą po oczach. Reżysera Sergeya Bodrova nie znam kompletnie, książek Josepha Delaneya nie czytałem (i po tym co zobaczyłem na ekranie raczej nie mam zamiaru brać do ręki), a więc jedynym promykiem nadziei wydawała się obsada. Przed seansem trudno było mi bowiem uwierzyć, że Jeff Bridges, Julianne Moore oraz Jon Snow Kit Harington nie zrobią dobrej roboty. Możliwe również, że spodziewałem się, iż "Seventh Son" w swojej niezaprzeczalnej ułomności będzie po prostu w jakiś sposób niezamierzenie zabawny. Niestety życie depcze wyobraźnię. Brutalnie.
źródło: http://www.impawards.com
Dawno, dawno temu stracharz (w oryginale spook, pogromca wiedźm i wszelkich stworzeń z piekła rodem) Gregory (Jeff Bridges) okiełznał potężną wiedźmę (Julianne Moore), osadzając ją w miniaturowym zakładzie penitencjarnym. Po latach spędzonych w odosobnieniu Mateczka Malkin (cóż za fatalna nazwa postaci) w niewiadomy sposób odbudowała magiczne zdolności, by z okazji zbliżającego się czerwonego księżyca (znowu lewacka propaganda?) zawładnąć światem. Oczywiście na przeszkodzie jej ambitnych planów stanąć może jedynie Gregory, wspierany przez niedoświadczonego, acz perspektywicznego młokosa Toma Warda (Ben Barnes).
Twórcom "Seventh Son" udała się naprawdę wielka sztuka – stworzenie produkcji, która nie wnosi kompletnego niczego nowego do światowej kinematografii to nie lada osiągnięcie. Już dawno nie oglądałem filmu tak wtórnego, totalnie nijakiego oraz pozbawionego choćby cienia oryginalności. A jest to tym bardziej dziwne, ponieważ jakby nie patrzeć na dzieło Sergeya Bodrova, to przecież opiera się ono na książkowym pierwowzorze! Fabuła to praktycznie same najbardziej wyświechtane i wtórne klisze. Wspomnijmy choćby o dawnej miłości Gregory’ego i Mateczki Malkin (naprawdę fatalna nazwa postaci), sztampowej relacji stary, cynicznych i zapijaczony mistrz contra młody, naiwny uczeń o dobrym sercu, klasycznym wątku romansowym pomiędzy przedstawicielami dobra i zła czy choćby tajemniczym pochodzeniu głównego bohatera (z którego de facto nie wynika kompletnie nic niezwykłego). Finał to natomiast prawdziwa klasyka w starym stylu: obowiązkowa bitwa w bazie antagonisty tuż przed nadejściem czerwonego księżyca. Świat przedstawiony w "Siódmym Synie" to typowe dla tego rodzaju produkcji quasi-średniowiecze tonące w feerii marnego CGI. Gdzie rozpłynęło się 95 milionów USD? Nie mam pojęcia. Swoją drogą warto zwrócić uwagę na poważne rozbieżności geograficzne, ponieważ podróże pomiędzy komputerowo zróżnicowanymi krajobrazami zabierają nie więcej niż tydzień czasu wozem zaprzężonym w zwykłe konie.
Akcji nie brakuje: jest trochę walki zwykle kończonej spaleniem przeciwnika (oczywiście mało brutalnym, ponieważ jest to kategoria PG-13), dużo biegania i obłędnie klasyczne motywy ze skokami z dużych wysokości oraz nieoczekiwanie pojawiające się urwiska. Ponadto widać, że na twórców duży wpływ miał legendarny Mortal Kombat, ponieważ większość bohaterów negatywnych ma w swoim arsenale animality. Fatalność "Seventh Son" wydatnie uwypuklają dialogi, które po prostu żal przytaczać. Oprócz nieśmiertelnej, życiowej klasyki w stylu Paolo Coelho zostałem uraczony czerstwymi tekstami oraz one-linerami tak tępymi, że poważnie zacząłem zastanawiać się nad wyłączeniem fonii albo ostatecznym skończeniem trudu. O ścieżce dźwiękowej mogę natomiast napisać jedynie tyle, że chyba jakaś była, ale nie jestem tego do końca pewien. W każdym razie nie zapada w pamięć szczególnie.
Jednakże prawdziwy dramat zaczyna się dopiero, gdy zaczniemy analizować "Seventh Son" pod względem aktorstwa. W zasadzie to pojęcie w filmie Sergeya Bodrova nie występuje, więc posłużę się bardziej trafnym terminem wyrobnictwo. Ben Barnes idealnie odnalazł się w roli Toma Warda: kompletna nijakość aktora wspaniale koresponduje z porażającą wprost ułomnością tej postaci. Zaprawdę powiadam Wam: dawno nie oglądałem na ekranie tak nudnego bohatera, który krocząc ścieżką prawości i sprawiedliwości przez ponad 100 minut, nie pokazał choćby przez sekundę czegokolwiek interesującego. Niemniej, będąc szczery muszę przyznać, że nie spodziewałem się po nim olśniewającego występu. Prawdziwymi gwiazdami "Seventh Son" mieli być bowiem gracze z najwyższej hollywoodzkiej ligi. To co zrobił w tym filmie Jeff Bridges trudno opisać słowami – naprawdę musicie to zobaczyć! Stracharz Gregory to kompletna padaka, zapijaczony mistrz suchej riposty, na dodatek zagrany z fatalną, bełkotliwą manierą (trudno było mi zrozumieć, co Bridges w ogóle mówi, więc skupiłem się na napisach). Rzadko się zdarza, aby tak dobry aktor zaliczył tak monstrualny zjazd. Julianne Moore może nie poszła całkowicie w ślady kolegi, ale jako uosobienie zła w najczystszej postaci wypada raczej mocno średnio. Co prawda nie wkurwia jak Bridges, ale też nie prezentuje na ekranie niczego wyjątkowego. Alicia Vikander, grająca Alice, po prostu jest na ekranie – chociaż warto odnotować kompletny brak chemii między nią i Benem Barnesem. Jedyna osoba, którą mogę wyróżnić z czystym sumieniem, jest Olivia Williams wcielająca się w honorową i szlachetną wiedźmę (zasłużyła z pewnością na szacunek ludzi ulicy). Jon Snow, niczym Ned Stark, Kit Harington umarł niestety zbyt szybko.
Jeżeli "Seventh Son" miał być początkiem nowego cyklu to naprawdę nie mam ochoty oglądać więcej tego gówna. Żywię ponadto szczerą nadzieję, że wyniki finansowe skutecznie zrewidowały chęci do kręcenia kolejnych części. "Siódmy Syn" niestety nie przynosi niezamierzonych motywów komediowych, więc oglądajcie to totalne wyrobnictwo wyłącznie na własne ryzyko.
Ocena: 3/10.