poniedziałek, 31 marca 2014

"Trance"



W zeszłym roku bardzo chciałem wybrać się na "Trance" do kina. Niestety, jak to zwykle bywa w moim przypadku, z powodu koktajlu różnego rodzaju czynników (m.in. lenistwo fizyczne oraz intelektualne, brak wystarczających środków finansowych, użalanie się nad marnością ludzkiej egzystencji, wreszcie zbyt częste przebywanie w stanie upojenia alkoholowego) zamiar nigdy nie wszedł do fazy wykonawczej. Film Danny’ego Boyle’a zainteresował mnie po pierwsze ze względu na całkiem niezły plakat, który niezwykle skutecznie przykuł moją uwagę. Drugim powodem były oczywiście względy fabularne – któż z nas nie lubi przewrotnych historii kryminalnych z pięknymi kobietami i dziełami sztuki w tle? Po trzecie Danny Boyle to w końcu twórca wybitnych produkcji, wspomnę choćby "Trainspotting", "Sunshine" czy też "Slumdog Millionaire". Osoba reżysera dawała zatem nadzieję na co najmniej solidną rozrywkę, ale tematyka filmu dodatkowo znacznie podbijała stawkę.

Znakomity plakat.
(źródło: http://www.impawards.com)

W przypadku fabuły "Trance" pojawia się zasadniczy problem. Pamiętam doskonale, że gdy film wchodził do kin czytałem recenzję wypełnioną stwierdzeniami typu twist na twiście, a za nimi kolejny twist. Po seansie mogę śmiało napisać, że jest to spore wyolbrzymienie, niemniej nagłe zwroty akcji atakują widza już od samego początku. Z tego powodu strach napisać coś więcej o fabule, żeby nie spotkać się z hejtami i oskarżeniami o syte spoilery. Generalnie "Trance" opowiada o kradzieży obrazu Francisco de Goi Lot czarownic z londyńskiego domu aukcyjnego. Rabunku o tyle dziwnego, że pracownik tegoż przybytku, Simon (James McAvoy), za swoją dzielną postawę zostaje okrzyknięty bohaterem, mimo iż obraz wyparował. Sprawa jest również dosyć tajemnicza dla Francka (Vincent Cassel), zleceniodawcy i wykonawcy zbrodni, który chciałby dostać w swoje ręce drogocenne dzieło sztuki.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Z filmami opierającymi się fabularnie na nieoczekiwanych zwrotach akcji jest jeden szkopuł: aby zostały dobrze przyjęte twisty muszą być zaskakujące, ale jednocześnie w miarę sensowne, logiczne, wiarygodne oraz uzasadnione fabularnie. Czy "Trance" spełnia powyższe założenia? Niestety, w mojej opinii jedynie częściowo. Niektóre z zastosowanych w filmie rozwiązań wypadają, delikatnie mówiąc, kontrowersyjnie i nieprzekonywująco. Ponadto spoglądając z dystansu na fabułę nie potrafię dostrzec w niej ani lekkości ani jakichkolwiek przejawów świeżości. Oglądając produkcję Boyle’a miałem wrażenie jakbym to wszystko już gdzieś i kiedyś widział. Z tego powodu "Trance" jawi mi się jako mieszanka wątków z przeróżnego rodzaju gatunków filmowych. Nie twierdzę przy tym, że zawsze wypada to źle, aczkolwiek w przypadku Boyle’a trąci niestety wtórnością. Na pewno nie pomagają dialogi, w których troszkę za dużo pseudofilozoficznego pierdolenia o możliwościach ludzkiego umysłu. Jestem przekonany, że Paulo Coelho mógłby je wykorzystać w kolejnej swojej wybitnej inaczej książce. Mogę zatem śmiało napisać, że jestem wysoce rozczarowany poziomem i gdybym jednak zdołał wybrać się do kina to bym się najzwyczajniej wkurwił.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Niemniej Danny Boyle nie jest średniej klasy wyrobnikiem i nawet, gdy prezentuje gorszą formę potrafi wykrzesać z filmu coś więcej (to jest zrobić różnicę jak to mawiają w futbolu). "Trance" zapamiętam z powodu wyjątkowo ładnych zdjęć głównie nocnego Londynu oraz paru naprawdę fajnych ujęć. Do tych naprawdę fajnych ujęć z pewnością należy zaliczyć niektóre sekwencje z Rosario Dawson, w których, że tak się wyrażę eufemistycznie, została ukazana w pełnej krasie. Oczywiście, znajdą się tacy, którym będzie tego zdecydowanie za mało. Ponadto film momentami jest dosyć brutalny – oglądamy headshoty, wyrywanie paznokci, czy też i tu uwaga – całkowicie unikatowy postrzał w qtaza. Na plus muszę również zaliczyć całą galerię pięknych obrazów, które możemy podziwiać na ekranie. Zawsze czuję się lepiej, gdy widzę tak doskonałe dzieła sztuki i bardzo chętnie zobaczyłbym je na żywo, ewentualnie zawiesił na ścianach mojego prawie penthouse’a. Mogę także pochwalić "Trance" za wysiłki aktorskie. James McAvoy wypada bardzo dobrze, aczkolwiek nie mogę napisać nic więcej o jego postaci bez spoilowania. Rosario Dawson może nie powala na kolana swoją kreacją, ale prezentuje za to inne zalety, o których wspomniałem powyżej. To także trzeba umieć docenić. Na koniec zostaje solidny jak zawsze Vincent Cassel – bardzo lubię tegoż aktora, toteż jego widok na ekranie wyjątkowo mnie ucieszył. A reszta obsady? Reszta jest milczeniem – jak napisał kiedyś siedemnasty earl Oxford, Edward de Vere. Może nie jest tragicznie, ale spośród aktorów drugoplanowych nie jestem w stanie wyróżnić absolutnie kogokolwiek. Wynika to również z faktu, że Boyle jakieś 90% filmu skupił na relacji w trójkącie Simon – Franck – Elizabeth.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
"Trance" miał mi przynieść wiele radości, ale jak się okazało po raz kolejny życie depcze wyobraźnię. Chyba po raz pierwszy przejechałem się tak mocno na twórczości Danny’ego Boyle’a. Początkowo zamierzałem wystawić notę o oczko wyższą, ale w trakcie pisania recenzji zacząłem się nad tym zastanawiać dosyć głęboko. Dlaczegóż miałbyś spojrzeć łaskawszym okiem na "Trance", szlachetny Maiconie? – spytałem sam siebie w myślach – Czyż Danny Boyle ostatnimi czasy zasilił Twoje lewe konto na Arubie pokaźną kwotą wyrażoną w funtach szterlingach? Danny pożałował hajcu na zasilenie konta, więc ocena jest jaka jest.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Ocena: 5/10.

środa, 26 marca 2014

"Only Lovers Left Alive"



Jim Jarmusch jest dla mnie jednym z najbardziej oryginalnych reżyserów we współczesnej kinematografii. Któż bowiem inny wpadłby na pomysł nakręcenia filmu, którego bohaterowie przez półtorej godziny piją kawę i palą papierosy i co najlepsze, świetnie się to ogląda? Albo opowieści o czarnym samuraju wykonującym zlecenia dla włoskiego mafiosa średniego szczebla? Nawet jeśli Jarmusch zabiera się za zwyczajne tematy obyczajowe, wychodzi z tego coś niezwykle interesującego – polecam w szczególności "Broken Flowers". Tym razem nasz oryginał postanowił dorzucić swoją cegiełkę do tematu wampiryzmu w kinie. Tematu, jak wszyscy doskonale wiemy, niezwykle popularnego i charakteryzującego się prawdziwą mnogością interpretacji. Nie mam ambicji opisywać historii całego nurtu, bo zapewne moja wiedza jest tak naprawdę szczątkowa, a zgłębienie wszystkich najważniejszych dzieł gatunku zajęłoby zbyt wiele mojego cennego czasu. Niemniej, z wyjątkiem pewnej haniebnej sagi, wydaje mi się, że gdzieś od czasów "Draculi 2000" ogarnąłem wszystkie kluczowe produkcje kinowe, a ponadto mogę pochwalić się znajomością pięciu sezonów "True Blood".

źródło: http://www.impawards.com
O ile nie jesteście retardami, zapewne domyśliliście się, że głównymi bohaterami "Only Lovers Left Alive" są wampiry. Adam (Tom Hiddleston) i Eve (Tilda Swinton) żyją już w wielowiekowym związku i co jakiś czas porzucają się, aby pobyć troszkę w samotności. Adam, będąc miłośnikiem muzyki i wszelkiego sprzętu grającego, zamieszkuje opuszczoną dzielnicę Detroit, gdzie spędza noce na komponowaniu nowych utworów i kolekcjonowaniu unikatowych gitar. Z kolei Eve poświęciła życie książkom, których całkiem pokaźną kolekcję udało się jej zgromadzić w Tangerze. Dosyć długi okres rozłąki sprawia, iż nasi bohaterowie zaczynają za sobą tęsknić, co jak łatwo przewidzieć skutkuje rychłym spotkaniem. I w zasadzie na tym można zakończyć opis fabuły najnowszego filmu Jarmuscha.
©2014 Sony Pictures Classics. All Rights Reserved.
Jeśli mieliście do czynienia z filmami o wampirach przepełnionymi akcją, walkami z ludźmi albo wilkołakami i prawdziwym ekranowym Armagedonem, to "Only Lovers Left Alive" wprowadzi Was w najprawdziwszą konfuzję. Napisać, że na ekranie niewiele się dzieje to zdecydowanie za mało. Jarmusch ograniczył filmową akcję niemal do minimum, przez co jego film wydaje się niezwykle poetycki. Już sam początek, kiedy oglądamy na przemian piękne sekwencje Adama i Eve, zwiastuje czego można się spodziewać po całości. Dla mnie wypadło to niemal doskonale, ale mam świadomość, że zaraz nad filmem zaczną pastwić się hejterzy (tak jak w przypadku doskonałego "Only God Forgives"). Minimalizm fabularny był niezwykle trafionym zabiegiem, ponieważ pozwala się skupić widzom na bohaterach, a nie na wtórnym fragowaniu wilkołaków. Ponadto Jarmusch naprawdę postarał się, aby film nabrał doskonałego klimatu. Imponujące zdjęcia oraz znakomicie dobrana muzyka potrafią zdziałać najprawdziwsze cuda. Jestem po prostu zachwycony ścieżką dźwiękową, a nocne zdjęcia opustoszałych ulic Detroit przywołały najlepsze skojarzenia z "Drive". Również osadzenie części akcji w Tangerze wydaje mi się strzałem w dziesiątkę. Moim zdaniem warto przytoczyć opinię samego reżysera o tym marokańskim mieście: Tanger został zgwałcony przez każdą możliwa kulturę. Jest jak dziwka, z której każdy korzysta, a ona wciąż jest nieprzenikniona i należy tylko do siebie (wywiad dla „Gazety Wyborczej” z 7 marca 2014).

©2014 Sony Pictures Classics. All Rights Reserved.
Jak zwykle Jarmusch podszedł do tematu oryginalnie. Jego wampiry co prawda gardzą ludzkością określając jej przedstawicieli mianem zombie, ale krew zdobywają kupując ją na lewo od lekarzy, którym potrzebny jest pieniądz. Prowadząc samotne życie w praktyce nie istnieją dla współczesnego świata. Zarówno Adama, jak i Eve, cechuje pogarda dla kultury masowej – myślę, że w obu postaciach jest bardzo wiele samego Jarmuscha. Ponadto w przeciwieństwie do większości modnych produkcji wampiry prawie nie dysponują wachlarzem unikalnych umiejętności zapewniających supremację podczas eksterminacji gatunku ludzkiego. Jedynie z opowieści naszych bohaterów dowiadujemy się o ich przeszłości, bowiem Jarmusch nie zdecydował na wprowadzenie flashbacków. Z pewnością zwiększyłyby znacznie budżet filmu, a przecież czytałem, iż i tak było niezwykle ciężko dopiąć finansowo całą produkcję. I tu w zasadzie pojawia się jedyny zarzut jaki mogę postawić "Only Lovers Left Alive". Troszkę za dużo się tu wspomina różnych postaci historycznych, co może raczej dziwić, zważywszy, że oba wampiry wydają się kompletnymi odludkami. Niemniej nie jest to poważna wada, to może malutki przytyk w stronę Jarmuscha. Aktorstwo wypada znakomicie. Między parą głównych bohaterów widać najprawdziwszą ekranową chemię. Tom Hiddleston i Tilda Swinton zasłużyli na ogromne brawa! Na drugim planie też jest bardzo ciekawie. Z pewnością po raz kolejny wyróżniła się Mia Wasikowska (Ava), chociaż pojawia się w zasadzie tylko w kilku scenach. John Hurt (Marlowe) to aktor, którego klasy nie trzeba opisywać. Na koniec chciałbym pochwalić dwóch przedstawicieli ludzkiej rasy: bardzo zabawnego Jeffreya Wrighta (dr Watson) oraz Antona Yelchina (Ian), wcielającego się w głównego pomagiera Adama.
©2014 Sony Pictures Classics. All Rights Reserved.
Jeżeli szukacie filmu, który pozwoli Wam odpocząć od nawału bezsensownej akcji, niepotrzebnych twistów oraz nadmiaru CGI, to szczerze polecam "Only Lovers Left Alive". Nieśpieszna narracja, minimalizm fabularny, perfekcyjna dbałość o wygląd poszczególnych scen, doskonałe aktorstwo oraz znakomita ścieżka dźwiękowa to wszystko, co tym razem zaoferował widzom Jim Jarmusch. Jak dla mnie bomba!
©2014 Sony Pictures Classics. All Rights Reserved.
Ocena: 8/10.

piątek, 21 marca 2014

"Philomena"

Z okazji tegorocznego Saint Patrick's Day planowałem przygotować niezwykle subiektywny ranking najlepszych filmów dotyczących szeroko pojętej tematyki irlandzkiej (m.in. Republika, Ulster, diaspora). Niestety z przyczyn technicznych, a może nawet bardziej intelektualnego lenistwa, ponownie zawiodłem. Jednakże na osłodę proponuję recenzję produkcji Stephena Frearsa, która z pewnością znajdzie się w górnej połówce zestawienia (o ile kiedykolwiek zostanie zaktualizowane). Generalnie wybrałem się na "Tajemnicę Filomeny" z dwóch powodów. O pierwszym w zasadzie wspomniałem powyżej. Obawiałem się od jakiegoś czasu, że nie będę w stanie zaktualizować zestawienia, więc postanowiłem znaleźć jakiś zamiennik związany z Irlandią. Drugi powód to ogromna sympatia, którą żywię do Judi Dench. Jest to tak wspaniała aktorka, że nadal trudno mi wyobrazić sobie kolejne Bondy bez M w jej wykonaniu. W tym miejscu jeszcze raz wypomnę twórcom "Skyfall" haniebną śmierć, jaką pożegnali tak wspaniałą postać. Horror, horror. Niemniej jeszcze w czasie przedoscarowej gorączki słyszałem, iż Judi Dench za swoją rolę Filomeny była jedną z trzech murowanych kandydatek do zwycięstwa (obok Amy Adams i Cate Blanchett). Kto ostatecznie otrzymał nagrodę wiemy wszyscy, więc przyjrzyjmy się fabule "Tajemnicy Filomeny".
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu przenosi nas w początki lat 50-tych ubiegłego stulecia, kiedy całkiem niedawno ustanowiona Republika Irlandii nie zdążyła jeszcze nawet okrzepnąć. Zaprawdę nie były to łatwe czasy do życia. Co prawda Irlandzka Armia Republikańska przechodziła reorganizację po wojennej zapaści, przygotowując się do operacji Żniwa, ale sytuacja gospodarcza młodego państwa była raczej nie do pozazdroszczenia. Niemniej "Tajemnica Filomeny" nie została poświęcona walce o zjednoczenie Szmaragdowej Wyspy ani reprezentowaniu totalnej biedy na torfowisku. Młodziutka Filomena poznaje na lokalnym festynie przystojnego chłopaka i przeżywa swój pierwszy raz. Niefortunnie zachodzi w ciążę, a jej rodzina nie mogąc znieść ogromnego upokorzenia, postanawia oddać ją do klasztoru. Dziewczyna rodzi chłopca, aczkolwiek musi spędzić w klasztorze cztery lata by odpracować koszty związane z jej przyjęciem oraz porodem. W międzyczasie dziecko zostaje oddane do adopcji. Po 50 latach leciwa już Filomena (Judi Dench) postanawia podjąć ostatnią próbę odnalezienia utraconego syna.
Young & Beautiful
źródło: http://movies.yahoo.com
Odnośnie fabuły warto dodać, że jest oczywiście based on true story. Za kanwę opowieści posłużyła bowiem książka Martina Sixsmitha The Lost Child of Philomena Lee, a na sam koniec filmu możemy się przekonać jak wyglądały pierwowzory kinowych bohaterów. Po "Tajemnicy Filomeny" nie należy oczekiwać szalonych twistów ani dynamicznej akcji. Jest to niezwykle prosta opowieść, czasem bardzo gorzka, aczkolwiek niepozbawiona również naturalnych elementów humorystycznych. Fabuła opiera się na zestawieniu dwójki całkowicie różnych postaci. Filomena to uprzejma starsza pani, traktująca wszystkich ludzi w niezwykle miły sposób. Nie można nazwać jej mistrzynią intelektu, nie potrafi zrozumieć ironii ani sarkazmu, a wolne chwile poświęca na czytanie najtańszych romansideł (polecam tekst Martina o mózgu wypranym przez romanse). Mimo ogromnej krzywdy jakiej doznała ze strony zakonnic, Filomena nadal żarliwie trwa w wierze katolickiej, modląc się codziennie. Martin (Steve Coogan), jako oświecony absolwent Oxfordu, pochodzi z całkowicie innej bajki. Dziennikarz, pisarz i upadły spin doctor pomaga Filomenie, ponieważ wyjaśnienie zagadki jest szansą na rezurekcję jego mocno nadwątlonej kariery. Oczywiście dla podkreślenia kontrastu warto dodać, że głosi jawnie ateistyczne poglądy i jawi się jako znakomity ironista rzeczywistości. Mimo różnić dzielących Filomenę i Martina, powstaje między nimi więź, która świadczy o sile filmu. Nie wydaje się ona przy tym ani sztuczna ani tym bardziej pretensjonalna.
źródło: http://movies.yahoo.com
Jedyny zarzut fabularny jaki mogę postawić "Tajemnicy Filomeny" to troszkę zbyt szybkie spotkanie Martina, które może jawić się dosyć nierealistycznie. Niemniej z drugiej strony życie wypełnione jest na tyle niedorzecznymi zbiegami okoliczności, że w sumie trudno czepiać się tego aż tak bardzo. Jednakże ogólnie rzecz biorąc film Stephena Frearsa to niezwykle przyziemna opowieść pozbawiona lukru. Sceny, w której Filomena z prawdziwą fascynacją streszcza Martinowi jakieś marne romansidło, doświadczyłem ostatnio empirycznie na własnej skórze, więc tym bardzie potrafię docenić reakcję dziennikarza na tę pasjonującą inaczej opowieść. Wiele dialogów pomiędzy bohaterami jest autentycznie zabawnych, ale Filomena potrafi również zabłysnąć życiową mądrością (m.in. wyjaśniając dlaczego należy być uprzejmym dla ludzi). Warto również zauważyć, że twórcy nie starali się na siłę demonizować wszystkich zakonnic. Chociaż siostra Hildegarda (Barbara Jefford) z pewnością doskonale spełniłaby się w roli strażniczki w obozie zagłady, to w klasztorze były również osoby, które starały się pomóc Filomenie. Jeśli chodzi o filmowe follow up'y to jedna ze scen wywołała u mnie bardzo ciekawe skojarzenia. Otóż chodzi mi o moment, w którym Filomena i Martin stojąc obok BMW spoglądają na piękny irlandzki krajobraz. Czyż pamiętacie, że całkiem niedawno widzieliśmy Judi Dench w podobnej sytuacji? Co prawda zamiast Irlandii oglądaliśmy szkockie wrzosowiska oraz Astona Martina, ale obie sceny są łudząco do siebie podobne. Przypadek? Nie sądzę!
Prawie jak "Skyfall"...
źródło: http://movies.yahoo.com
We wstępie wspomniałem, że Judi Dench miała ogromne szanse na zdobycie Oscara za rolę Filomeny. Zaiste jest to genialna kreacja. Dotychczas zawsze patrząc na panią Dench w mojej podświadomości pojawiała się litera M. W "Tajemnicy Filomeny" brytyjska aktorka nie jest wszechpotężną i twardą szefową wywiadu, ale po prostu najzwyklejszą w świecie babcią, którą zna każdy z nas. Naprawdę dla mnie jest to rola godna największego podziwu, bowiem niełatwo wcielić się w zwyczajną osobę, bez popadania w sztuczność. Dench udało się wykreować 100% naturalną postać bez najmniejszego cienia fałszu. Brawa należą się również Steve'owi Cooganowi, którego Martin idealnie wypada jako zblazowany, ironiczny intelektualista. W obsadzie nie ma poza tym wielkich sław. Na ekranie pojawia się jeszcze m.in. Michelle Fairley, doskonale znana jako Catelyn Stark z "Games of Thrones". Reasumując w kategorii zwykłego, obyczajowego, codziennego filmu "Tajemnica Filomeny" sprawdza się doskonale. Co prawda trochę może mało w niej samej Irlandii (Filomena mieszka w Anglii), ale jednakże dzięki dużej dawce naturalności produkcja Stephena Frearsa zyskuje wysokie miejsce w moim rankingu. Naprawdę warto zobaczyć! Sláinte!
źródło: http://movies.yahoo.com
Ocena: 7/10.

wtorek, 4 marca 2014

"American Hustle"


Na wstępie muszę zaznaczyć, że moje oczekiwania wobec "American Hustle" były dosyć spore. Co prawda przeważnie nie mam w zwyczaju napalać się na filmy, aczkolwiek upchnięcie w jednej produkcji Jennifer Lawrence, Christiana Bale'a, Roberta De Niro, Bradleya Coopera oraz Amy Adams naprawdę robi wrażenie. Nie dziwcie się, że Jeremy Renner nie został wymieniony w powyższej linijce, ale nienawidziłem go szczerze za rolę kompletnie bezużytecznego Hawkeye'a. Ponadto spoglądając na dotychczasową twórczość Davida O. Russella (m.in. "Złoto pustyni", "Fighter", "Silver Linings Playbook") można było wywnioskować, że i tym razem zapewni co najmniej solidny poziom rozrywki, zaczynający się gdzieś na poziomie 6/10 z wysoce prawdopodobną tendencją wzrostową. Do wybrania się na seans zachęcały również recenzje wszelkiej maści krytyków filmowych oraz wyjątkowo wysoki wynik na Metascore (90%!!!). W tejże idealnie wykreowanej bajce wszystko wydawało się na tyle doskonałe, iż "American Hustle" miał zmiażdżyć tegoroczne Oscary, zdobywając milijon statuetek. Niestety, rzeczywistość brutalnie zweryfikowała wybujałe oczekiwania, ponieważ 10 nominacji przełożyło się na dokładnie zero statuetek. Smuteczek raczej.
źródło: http://www.impawards.com
Po fabule "American Hustle" spodziewałem się rozmachu i epickości – w końcu tytuł filmu zobowiązuje. Tymczasem jest to historia małego oszusta, Irvinga Rosenfelda (Christian Bale), który oprócz wielu niewielkich biznesów, para się na boku udzielaniem lewych pożyczek i handlem dziełami sztuki (najczęściej lipnymi). Na pewnej imprezie spotyka uroczą Sydney Prosser (Amy Adams), podzielającą zarówno jego zamiłowanie do Duke'a Ellingtona, jak i szemranych interesów. Para naszych bohaterów łączy swoje talenty i zaczyna rozwijać działalność na coraz większą skalę. Niestety w wyniku prowokacji niezwykle neurotycznego agenta FBI (Bradley Cooper) Sydney i Irving zostają zmuszeni do współpracy z fedziami. Stawka jest wysoka, ponieważ niezrównoważony psychicznie Richie DiMaso nienawidzi korupcji, a jak doskonale wiemy, w latach 70-tych to negatywne zjawisko opanowało nie tylko władze lokalne, ale nawet Kongres. I oczywiście cała opowieść jest based on true story.
źródło: http://www.americanhustle-movie.com/site/
Wspaniała obsada, lata 70-te, klimaty przestępcze – David O. Russell stanął przed wielką szansą, by stworzyć dzieło naprawdę wybitne. Niestety, końcowy efekt jest relatywnie rozczarowujący. Naprawdę rzadko mi się zdarza, aby siedząc w kinie przez początkowe 60 minut filmu, poczuł się totalnie wynudzony. Oglądając pierwszą część "American Hustle" potrafiłem co prawda docenić doskonale rozpisane postacie i grę aktorską, aczkolwiek fabuła nie zbliża się nawet na chwilę do ich poziomu. W zasadzie fabularna ułomność to największy zarzut, jaki mogę postawić produkcji Russella. Na tle wielu innych filmów o zbliżonej tematyce intryga przedstawiona w "American Hustle" nie wypada imponująco. Co więcej, mogę nawet stwierdzić, że jest najzwyczajniej w świecie miałka. W drugiej części zaczyna się robić trochę ciekawiej i z większym rozmachem. Richie, Sydney i Irving wchodzą do naprawdę niebezpiecznej gry zahaczając o plany rewitalizacji Atlantic City i współpracowników samego Meyera Lansky'ego. Niemniej wszystko zostaje ucięte w pewnym momencie i "American Hustle" nagle się kończy. Russell tak naprawdę nie zrobił filmu na serio, ale zdecydowanie uderzył w tzw. przymrużenie oka. Myślicie, że gdyby była to produkcja z ciężarem gatunkowym na przykład "Chłopców z ferajny", ktokolwiek z głównych bohaterów dożyłby do końca?
źródło: http://www.americanhustle-movie.com/site/
Oczywiście twórcom należą się ogromne brawa za sprawność realizacyjną oraz doskonałe oddanie realiów tejże zamierzchłej epoki. Kostiumy i poszczególne stylówki są po prostu bezbłędne – mój faworyt to Shea Whigham. Prawdziwym hitem jest wygląd Christiana Bale'a, który naprawdę wiele zrobił (a raczej zjadł) by stać się Irvingiem. Aby zobaczyć jego wysiłek w pełnej okazałości polecam scenę słuchania Duke'a Ellingtona na imprezie. Kto pamięta jego doskonałą sylwetkę z "Batmana" czy wychudzony szkielet z "Mechanika" może być w szoku bardzo. Ponadto zaskoczyła mnie dosyć spora ilość nawiązań do "Boardwalk Empire". Nie dość, że wiele mówi się o Atlantic City, gdzie została osadzona akcja serialu, to na dodatek na ekranie pojawiają się Shea Whigham oraz Jack Huston, a gdzieś w oddali majaczy widmo potężnego Meyera Lansky'ego. Niestety dialogi nie były aż tak zabawne jak oczekiwałem. Cytując klasyka śmiechłem zaledwie kilka razy (i to delikatnie). O wiele więcej radości przyniosła natomiast relacja DiMaso z jego szefem w FBI i świetnie w nią wpleciona opowieść o łowieniu ryb na zamarzniętym jeziorze.
źródło: http://www.americanhustle-movie.com/site/
Na koniec największa perełka "American Hustle" - aktorstwo. Spośród piątki głównych bohaterów niemal każdy stworzył kreację wybitną, ale warto pamiętać, że są to świetnie napisane postacie. Christian Bale, dokonawszy kolejnej fizycznej metamorfozy, zagrał wspaniałą rolę. Jego Irving to w zasadzie zwyczajny, dosyć sympatyczny człowiek, który posiada również wiele wad i słabości. Zwróćcie uwagę jak się niemal rozkleja w scenie nigdy nie mów prawdy kobiecie. Wyborne aktorstwo, aczkolwiek największe oklaski należą się Amy Adams. Po obejrzeniu "American Hustle" stała się moją główną kandydatką do Oscara, niemniej jak zwykle Akademia mnie oszukała. Jako Sydney wypada po prostu olśniewająco – znakomity angielski akcent, którego mam ochotę słuchać zawsze, oraz bardzo odważne dekolty, które również mógłbym oglądać przez całą wieczność. Splendid! Amy Adams swoją rolą zdecydowanie usunęła w cień jedną z moich ulubionych aktorek. Jennifer Lawrence dostała w sumie niewielką rólkę, zagrała bardzo wyraziście i fajnie, ale to jednak akcent i dekolty Sydney będę najbardziej kojarzył z "American Hustle". Bradley Cooper znowu dostał postać, która kompletnie nie radzi sobie z agresją i muszę przyznać, ze jako zawsze wkurwiony wypadł niezwykle realistycznie. Nawet wielokrotnie hejtowany przeze mnie Jeremy Renner zrobił dobrą robotę. Jego Carmine Polito to naprawdę sympatyczna i szczera postać, którą lubi się po prosu od razu. Brawo Jeremy, prawie zapomniałem, że grałeś Hawkeye'a. W filmie pojawia się również na chwilę Robert De Niro, ale jakoś nie jestem zachwycony jego występem. Moja rada dla Davida O. Russella w tej kwestii: następnym razem zaangażuj kogoś mniej znanego, kto nie jedzie na sławie nazwiska – przynajmniej będzie taniej.
źródło: http://www.americanhustle-movie.com/site/
Według IMDb Christian Bale twierdził, że większość filmu została zaimprowizowana, a Russell w trakcie kręcenia miał nawet powiedzieć: I hate plots. I am all about characters, that's it. Przychylam się do tej teorii, ponieważ naprawdę widać to na ekranie. Niestety miałkości fabularnej nie zastąpią nawet najlepsze aktorskie kreacje. Z tego powodu nie pałam jakąś szczególnie wielką chęcią, aby obejrzeć "American Hustle" raz jeszcze. W przypadku "Silver Linings Playbook" są przynajmniej dwie sceny, które mnie ogromnie bawią za każdym razem. Tutaj naprawdę ciężko wskazać choćby jedną, a to naprawdę daje do myślenia.
źródło: http://www.americanhustle-movie.com/site/
Ocena: 6/10.

piątek, 14 lutego 2014

"The Great White Hype"


Odkąd tylko pamiętam "The Great White Hype" kojarzy mi się z sielskim niedzielnym popołudniem i żółtym słoneczkiem Polsatu. Wynika to zapewne z faktu, że film Reginalda Hudlina jest puszczany wyłącznie w tenże wyjątkowo leniwy dzień, mniej więcej o tej samej porze i zawsze na tym samym kanale. Niemniej chociaż "Wielką białą pięść" widziałem już milijon razy, to jest mi bardzo trudno odmówić sobie kolejnej projekcji. Czemuż? Otóż jest to dzieło zawierające w sobie dosyć rasistowskie żarty na temat mieszkańców Irlandii. Przejawiając wysoki poziom zainteresowania Wyspami Brytyjskimi wszelkie tego rodzaju wstawki zawsze mnie ogromnie bawiły, toteż wspomnianą produkcję darzę sporą estymą.
źródło: http://www.impawards.com
"The Great White Hype" obraca się w kręgu tematyki sportowej, a dokładniej boksu zawodowego. Doświadczony promotor, wielebny Sultan (Samuel L. Jackson), stwierdza, że wskutek długotrwałej supremacji dotychczasowego mistrza, dochody z walk są coraz mniejsze. Sytuację dodatkowo pogarsza postawa championa. James The Grim Reaper Roper (Damon Wayans) z każdą walką pogrąża się w nonszalancji, a jego podejście do treningów daleko odbiega od zachowań przykładnych sportowców. Sultan wpada zatem na genialny pomysł, by sprawić aby hajs się znowu zgadzał. Jadąc na sprawdzonym patencie (tzw. ostatnia nadzieja białych) postanawia zorganizować walkę z jedynym człowiekiem, który pokonał obecnego mistrza. Niemniej nie jest to proste zadanie, ponieważ pojedynek odbył się jeszcze w czasach amatorskich, a Terry Conklin (Peter Berg) zamiast kontynuować karierę na ringu postanowił zostać frontmanem zespołu rockowego.
źródło: http://www.cineplex.com
"The Great White Hype" nie jest może dziełem wybitnym ani szczególnie ambitnym, ale jako parodia kina sportowego sprawdza się bardzo dobrze. Oczywiście główne przesłanie filmu odnoście postępującej komercjalizacji sportu oraz dziennikarstwa w żaden sposób nie straciło na aktualności. Rozwiązania fabularne zastosowana w filmie są momentami niezwykle zabawne i ożywcze. Do mnie najbardziej przemawiają wszystkie zabiegi mające ugruntować dosyć wątpliwą pozycję pretendenta. Przykładowo aby uzyskać dodatkowe uznanie białych obywateli USA, Terry wkrótce zyskuje ksywę Irish, chociaż jak sam często podkreśla nie posiada żadnych irlandzkich korzeni. Mimo to wyjście Conklina na ring poprzedza słynna irlandzka ballada Danny Boy, a tuż przed dzielnym irlandzkim herosem kroczą karły przebrane za leprechauny. Jednakże moim ulubionym akcentem jest angielski trener Terry'ego, Johnny Windsor (John Rhys-Davies). Jestem przekonany, że jest to jeden z najlepszych coachów na filmowych ekranie. Windsor, wypowiadający swoje doskonałe kwestie wyrażające pogardę dla Irlandczyków (m.in.: Terry, listen to me: do this for the white race. You may be Irish, but they're almost white), jest bezbłędnie skonstruowany. Oczywiście na wszelkie zarzuty Conklina o rasizm ma przygotowaną doskonałą ripostę – Gdybym był rasistą nie mógł bym Cię trenować. Zaiste, takie postacie chcę oglądać na ekranie znacznie częściej!
źródło: http://www.cineplex.com
Fajnie ukazano również degrengoladę obecnego mistrza. James The Grim Reaper Roper poczuł się na tyle pewny własnej supremacji, że zamiast ciężko trenować zaczął obżerać się lodami oglądając "Dolemite" z 1975 roku. Kto nie widział tegoż wspaniałego wytworu blaxploitation może tylko żałować. Jest to kino równie wspaniałe jak nie mniej słynne "Black Gestapo". Jak łatwo sobie wyobrazić Roper bardzo zamienia się w tzw. miśka, budzącego jedynie politowanie u kibiców. Upadek mistrza oraz zabiegi marketingowe wokół pretendenta to zdecydowanie najlepsze fragmenty "The Great White Hype". Oprócz nich w filmie znajdziemy jedno całkiem niezłe nawiązanie do "Pulp Fiction", występ samego Method Mana oraz galerię całkiem fajnych postaci. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się świetny jak zawsze Samuel L. Jackson, aczkolwiek jak już wspominałem najbardziej lubię oglądać Johna Rhysa-Daviesa jako Johnny'ego Windsora. Doskonale w upadłego mistrza wcielił się Damon Wayans, ale również Peter Berg ani na krok nie odstępuje swojego filmowego rywala. Muszę przyznać, że nawet Jeff Goldblum, za którym normalnie niezbyt przepadam, w roli sprzedajnego dziennikarza wypada całkiem solidnie. A w epizodycznych rolach cała plejada uznanych aktorów m.in.: Cheech Marin (jako sprzedajny działacz federacji boksu wypada znakomicie), Albert Hall, Michael Jace czy choćby Jamie Foxx.
źródło: http://www.cineplex.com
Największym zarzutem jaki mogę postawić "Wielkiej białej pięści" jest czas trwania filmu – to jedynie 91 minut. Wyraźnie widać, że twórcom zabrakło inwencji na lepsze zakończenie, ponieważ czułem spory niedosyt, gdy zobaczyłem napisy końcowe. Oczywiście, przy dużym nagromadzeniu żartów, nie wszystkie trzymają odpowiedni poziom. Niemniej większość z nich jest naprawdę wyborna i potrafi bawić nawet po kilkukrotnym obejrzeniu filmu. Co więcej, jak na pastisz filmów sportowych "The Great White Hype" wypada o niebo lepiej niż wiele produkcji kręconych na poważnie. Pod płaszczykiem humoreski ukazono bowiem naprawdę negatywne mechanizmy, dzięku którym obecnie wiele dziedzin sportu wygląda tak, a nie inaczej. Za to należą się wielkie brawa i ocena trochę wyższa niż początkowo planowałem.
źródło: http://www.cineplex.com

Ocena: 7/10.

poniedziałek, 3 lutego 2014

"Pod Mocnym Aniołem"


Chociaż jestem już w życia wędrówce, na połowie czasu to dotychczas nie miałem żadnej styczności z prozą Jerzego Pilcha. W zasadzie trudno to wytłumaczyć, ponieważ nie raz i nie dwa byłem zdecydowany przeczytać którąś z jego książek, ale widocznie the odds were not in my favor. Niemniej skoro nie wyszło z literaturą, to przy okazji najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego nadarzyła się okazja, by sprawdzić jak wypada twórczość Pilcha na dużym ekranie. Jednakże trailer "Pod Mocnym Aniołem" nie zapowiadał wybitnego kina. Co więcej, od razu przywoływał skojarzenia z niezbyt dobrą "Drogówką", którą z nieznanych mi przyczyn (czyli hajs się musi zgadzać) hołubili wszelacy recenzenci. Zapowiedź sprawiała wrażenie bardzo zabawowego kina – podłożenie słynnego motywu z "Zorby" do dziś wydaje mi się wyjątkowo miałkim chwytem. Do tego żenujące (przynajmniej dla mnie) tag line: Film, który zachwieje Polską. What the fuck?! Rozumiem, że czasem trzeba grać pod publikę, ale przecież Smarzowski nie słynie z kręcenia filmów dla plebsu. Ostatecznie okazało się, że te wyjątkowe okoliczności nie są na tyle porażające by odpuścić sobie kinową projekcję "Pod Mocnym Aniołem". Zebrawszy solidną ekipę udaliśmy się do krakowskiego kina Kijów. Wspominam o tej lokalizacji, ponieważ tuż przed seansem mieliśmy okazję zobaczyć błyskotliwą akcję miejscowej prewencji, którą można jedynie skomentować hasłem – Mój kraj, taki piękny (R.I.P. Życie i Śmierć). Co z tego, że na krakowskich osiedlach ludzie giną od maczety, skoro najpoważniejszym przestępstwem jest rzucenie peta na chodnik (bo oczywiście kosza na śmieci brak)?
źródło: http://www.filmweb.pl
"Pod Mocnym Aniołem" to opowieść o znanym pisarzu Jurku (wyraźne wątki autobiograficzne Pilcha), który zmaga się z alkoholizmem. Nie jest to jednakże nałóg postępujący, ba nawet nie dowiadujemy się z jakiego powodu bohater zaczął pić tak brutalnie – zresztą w kontekście tej historii nie ma to większego znaczenia. Jureczek nie tyle pije, co raczej chleje totalnie. Cały jego żywot to pasmo nieustających libacji, z rzadka przerywanych pobytem w ośrodku dla uzależnionych. Jednakże muszę Was przestrzec: nie liczcie nie linearną fabułę. "Pod Mocnym Aniołem" to po prostu zbiór randomowych scen z życia Jurka i jego kompanionów: libacje, odwyk, halucynacje pod wpływem, majaki oraz imaginacje. Czas ani tym bardziej realność wydarzeń nie mają żadnego znaczenia. W zasadzie poszczególne sceny można sobie zaaplikować w dowolnej kolejności, a finalny efekt i tak będzie taki sam.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
"Pod Mocnym Aniołem" wpisuje się w dosyć szeroki nurt filmów poruszających temat alkoholizmu. Jednakże Wojciech Smarzowski, zgodnie ze swoim stylem, przedstawia picie jako proces dążący do totalnego upodlenie człowieka. Na ekranie oglądamy zatem wszystkie możliwe efekty uboczne hardcorowych libacji, totalny syf i brud (m.in. regularne taplanie się gunwie i wymiotach bez względu na płeć). Nie wiem jakie macie doświadczenia z alkoholizmem, ale mając styczność z paroma alkoholikami w żaden w sposób nie jestem zaskoczony tym, co widziałem na ekranie. Film Smarzowskiego nie próbuje na szczęście pouczać widza by przestał pić – w zasadzie spoglądając na niektórych moich towarzyszy z seansu wywołał efekt kompletnie odwrotny. U mnie natomiast pogłębił pewną refleksję. Nie raz po kolejnym melanżu, budząc się po 16 w fatalnym stanie, zastanawiałem się ile mi jeszcze brakuje do przekroczenia cienkiej, czerwonej linii? Jak blisko jestem by dzierżąc życie w reklamówce żulówce ze sztajnesami stać na winklu przy wspomnieniach i wódce? Możliwe, że już znalazłem się na linii pochyłej. Zważywszy, że piszę recenzję sącząc chilijski merlot jest to niezwykle interesująca kwestia. Nie raz w stanie upojenia podejmowało się fatalne w skutkach decyzje, jednakże absolutnym hitem dla mnie pozostaje pewien zakład z czasów licealnych. Mocno nietrzeźwy znajomy w trakcie partii bilarda założył się o własną dziewczynę i … przegrał. O skutki zakładu nie pytajcie, równie dobrze mogliście tam być. Tymczasem skończmy prywatę i wróćmy do filmu Smarzowskiego.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Jak już wspomniałem powyżej "Pod Mocnym Aniołem" ma dosyć epizodyczną formę. Niektóre sceny mogą bawić (szósta w południe), inne autentycznie odstręczać naturalizmem, ale niestety do większości filmu mam stosunek całkowicie obojętny. Nie mam zamiaru czepiać się rozwiązań fabularnych, ponieważ Smarzowski ekranizuje powieść Pilcha. Niemniej, jeżeli książkowy oryginał ma taką samą formę, to pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego filmować coś, czego dobrze sfilmować się nie da? Nie wiem jakie motywacje stały za Smarzowskim, gdy podejmował tę decyzję, ale patrząc na końcowy efekt jestem przekonany, że był to nietrafny wybór. Oglądając film ani przez chwilę nie czułem żadnej wizji reżysera, nie dostrzegłem również niczego, co spięłoby perypetie Jurka w jakąś całość. Większość akcji rozgrywa się w Krakowie, więc miło zobaczyć na ekranie ulice, po których stąpam na co dzień. Honor tytułowej knajpy pełniła Cafe Szafe na ul. Felicjanek. Do tego dodano wiele scen m.in. na Plantach (chyba moje ulubione ujęcia z ogorzałym ryłem Jurka i butelką wódki), Rynku czy też nad Wisłą. Niemniej pod względem scenografii pojawiają się pewne zgrzyty. Jeżeli mamy retrospekcję z 1997 roku to troszkę mało realne wydaje się być picie wódki Krupnik, która po prostu jeszcze wtenczas nie istniała. Swoją drogą na ekranie leją się hektolitry Maximusa, więc muszę pochwalić producenta tego trunku za niebywale odważny product placement.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Jak zwykle u Smarzowskiego oglądamy praktycznie te same twarze. Jeden z moich towarzyszy niezwykle trafnie określił to zjawisko jako uniwersum Smarzowskiego. A więc ponownie jest Marian Dziędziel, Arkadiusz Jakubik (najlepsza stylówa w całym filmie), Kinga Preis (genialna charakteryzacja i świetna rola), Marcin Dorociński (epizod całkowicie zbędny), Lech Dyblik, Andrzej Grabowski, Agata Kulesza oraz Jacek Braciak. Chociaż lubię i szanuję każdego z tych aktorów, to szczerze powiedziawszy nie mam ochoty oglądać ich w każdym filmie Smarzowskiego. Szczęśliwie w roli głównej obsadzony został Robert Węckiewicz, który w postaci Jurka odnalazł się znakomicie. Nie jest łatwo grać pijanego, gdyż bardzo łatwo można przegiąć i stworzyć komediową kreację. Węckiewicz sprawdził się doskonale i co najważniejsze również wiarygodnie. Partnerująca mu Julia Kijowska niestety nie zrobiła furory, aczkolwiek zagrała bez większego przypału. Adam Woronowicz wypadł całkiem spoko, aczkolwiek jak słusznie zauważyła dziewczyna siedząca za mną w kinie - mógł nie zdejmować czapki. Bardzo podobał mi się swoisty follow up do "Drogówki" - zwróćcie uwagę na policjanta z alkomatem. Po tej jednej scenie można wywnioskować, że Smarzowski ma spory dystans do własnej twórczości.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Niestety kilka fajnych ról nie zdołało uratować tego filmu. Najlepszym podsumowaniem całości był dźwięk szklanej butelki wrzucanej do kosza tuż przed końcem seansu, co wywołało prawdziwą euforię na sali kinowej. Szkoda, że spontaniczna radość nie wynikała z tego, co działo się na ekranie. Nie da się ukryć, że "Pod Mocnym Aniołem" to kolejne rozczarowanie w twórczości Wojciecha Smarzowskiego. Rozpatrując jego ostatnie dokonania wyraźnie zarysowuje się trend spadkowy. "Drogówkę" można było uznać za wypadek przy pracy, aczkolwiek ekranizacja książki Pilcha udowadnia, że utalentowany reżyser znalazł się na równi pochyłej. Nie miałbym wielkich pretensji, gdyby "Pod Mocnym Aniołem" nakręcił jakiś rookie albo no name. Jednakże od twórcy "Wesela" oraz "Domu Złego" wymagam znacznie więcej – skoro zawiesza się poprzeczkę tak wysoko, to nie można nagle tak drastycznie obniżać poziomu. Pytam zatem rozpaczliwie: quo vadis Wojciechu?
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Ocena: 5/10.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"The Hobbit: The Desolation of Smaug"

Pomimo wielkich obaw pierwsza część "Hobbita" zachwyciła mnie ogromnie. Dzieło Petera Jacksona wypadło tak znakomicie, że postanowiłem przymknąć oko na przerobienie 300-stronicowej książki na trzy dosyć długie filmy i zobaczyć "The Desolation of Smaug" w kinie. Wychodziłem z założenia, że cała trylogia "Hobbita", podobnie jak "Władca Pierścieni", będzie na dosyć zbliżonym poziomie, przez co nie uświadczę żenady. Gdy tylko Peter Jackson dowiedział się, że wybieram się na jego najnowsze dzieło od razu zaproponował pokrycie kosztów biletu oraz dowóz na miejsce Bentleyem Continental z barkiem wypełnionym Moët. Niestety prowadzenie tak popularnego i opiniotwórczego bloga wiąże się ze sporymi wyrzeczeniami. Jako ostatni sprawiedliwy z bólem serca musiałem odmówić Peterowi i potwierdzić opinię nieprzekupnego. Niemniej w dalszym ciągu czekam na propozycję nie do odrzucenia od szejków odnośnie korekty recenzji "Black Gold".
źródło: http://www.impawards.com
"The Hobbit: The Desolation of Smaug" rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym skończyła się pierwsza część trylogii. Dzielna drużyna Thorina (Richard Armitage) w dalszym ciągu prze naprzód, a upragniony Erebor jest coraz bliżej. Niemniej to, co w "Niezwykłej Podróży" zarysowano jedynie w delikatny sposób, tutaj staje się niemal równorzędnym wątkiem dla krasnoludzkiej rekonkwisty. Mowa oczywiście o złu przez duże zet, którego widmo z każdym dniem coraz wyraźniej majaczy na spokojnym dotychczas Śródziemiem.
źródło: http://www.thehobbit.com
W "Pustkowiu Smauga" twórcy w dalszym ciągu konsekwentnie trzymają się przyjętej wizji Śródziemia. W środkowej części trylogii możemy zatem podziwiać imponujące Leśne Królestwo króla elfów Thranduila (Lee Pace), położone w gęstwinie Mrocznej Puszczy. Ciekawie przedstawiono Esgaroth. Miasto na Jeziorze ma całkiem fajny wygląd oraz klimat, aczkolwiek wywołało u mnie troszkę skojarzeń z "Piratami z Karaibów". Dol Guldur, jak na siedzibę Czarnoksiężnika przystało, epatuje mrokiem i wzbudza odpowiedni poziom niepokoju. I oczywiście, w zamierzeniu twórców, wisienka na torcie, czyli Erebor. Niemniej muszę przyznać, że niezwykle przestronne wnętrza Samotnej Góry nie zrobiły na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak królestwo Thranduila. Śródziemie w dalszym ciągu wygląda znakomicie i po prostu nie miałem ochoty opuszczać sali kinowej. Skoro wiemy już dokąd zabrał nas tym razem Peter Jackson, rzućmy okiem na rozwiązania fabularne. "Pustkowie Smauga" niemal pozbawione jest przestojów. Akcja mknie do przodu w zawrotnym tempie, ale niestety niektóre wydarzenia są troszkę za bardzo spektakularne i przypominają raczej późniejsze, mocno przegięte części "Piratów z Karaibów". W głównej mierze dotyczy to wszystkiego, co działo się w czasie rzecznej ucieczki z Leśnego Królestwa. Naprawdę może się to komuś wydać imponujące, ale mnie już najzwyczajniej w świecie nudzi. Mam również duże zarzuty pod adresem finału w Ereborze. Krasnoludy beztrosko biegające po dawnym królestwie bez ładu i składu pozwalają powątpiewać w zdolności planistyczne i taktyczny geniusz Thorina Dębowej Tarczy. Na pewno do legendy przejdzie ogromny zapał, jaki wykazała krasnoludzka kompania, by postarać się otworzyć tajemne wejście do Ereboru.
źródło: http://www.thehobbit.com
Odnośnie rozwiązań fabularnych warto również wspomnieć o jednym z najbardziej znienawidzonych przeze mnie motywów filmowych – poprawności politycznej. W czasie przemowy Thorina w Esgaroth dostajemy bowiem dwa ujęcia, w czasie których możemy podziwiać czarnoskórych mieszkańców tegoż miasta. Trochę to dziwne, zważywszy, że reszta populacji składa się wyłącznie z przedstawicieli białej rasy. Druga i jeszcze bardziej irytująca sprawa to niezwykle durne, międzyrasowe (dosłownie) love story, które studio postanowiło na siłę wepchnąć do filmu. Dodatkowy wątek zazdrości Legolasa (Orlando Bloom) postanowiłem zostawić bez komentarza. Przez tego rodzaju szczegóły "Pustkowie Smauga" bardzo wiele straciło w moich oczach. Jednakże w dalszym ciągu jest to świetne kino rozrywkowe, które nie pozwala się nudzić widzom. Niemniej druga część kończy się tak niespodziewanie (w połowie kluczowej akcji), że od razu ma się ochotę obejrzeć finałową odsłonę. Niestety w czasie napisów końcowych zamiast jakiejś potężnej i podniosłej pieśni w stylu Far over the Misty Mountains Cold zostałem uraczony strasznie miałką piosenką w wykonaniu Eda Sheerana. Jedyny komentarz jaki nasuwa mi się po przesłuchaniu I See Fire to skromne what the fuck?!
źródło: http://www.thehobbit.com
Jeśli chodzi o naszych dzielnych bohaterów to większość krasnoludzkiej kompanii wypada niemal taka samo, jak w poprzedniej części. Pewnie zmiany zachodzą w postaci Thorina – czasami staje się po prostu bezwzględnym, chciwym kutasem, totalnie nieliczącym się z życiem jednostek. Nie można się zatem dziwić, że Beorn nienawidzi krasnoludzkiej rasy, a elfy mają ją w totalnej pogardzie. Chciwość to główny zarzut stawiany przez Thranduila, ale kto czytał Silmarillion wie że elfy potrafiły być równie pazerne i okrutne (w szczególności polecam Quenta Silmarillion). Również inaczej zaczyna zachowywać się Bilbo (Martin Freeman), którego powoli oplata moc Jedynego Pierścienia. Gandalf (Ian McKellen) tradycyjnie już łączy w swojej postaci sprzeczności: dalekosiężne myślenie strategiczne oraz podejmowanie beztroskich działań na pałę, przez co oczywiście kończy w typowy dla siebie sposób. Warto w tym miejscu wspomnieć o scenie, w której okazuje się kim naprawdę jest Czarnoksiężnik. Tejże potężnej postaci w materialnej formie nie widzieliśmy bowiem od bardzo dawna, a jak zawsze jest to niezwykle imponujące wrażenie. I to nie tylko wizualne, ponieważ słuchanie Czarnej Mowy to wyjątkowe przeżycie. Przedstawiciele ludzkiej rasy wypadają w filmie raczej kiepsko: albo są to krótkowzroczni, chciwi głupcy albo totalnie prawi i sprawiedliwi jak Bard (Luke Evans). Niestety jest to postać kompletnie bez wyrazu i szkoda, że Luke Evans nie postarał się bardziej by nadać jej choćby odrobinę inny rys. O ile jednak Bard wystąpił w książce, o tyle Tauriel (Eveageline Lilly) to w całości wytwór kreatywności scenarzystów. Nie dość, że jest nieposłuszna swemu władcy, to na dodatek wikłając się w żenujący romans może doprowadzić do powstania hybrydy dwóch ras (chciałbym zobaczyć reakcję Legolasa na coś takiego). Niemniej patrząc na pannę Lilly cały czas miałem wrażenie, że zaraz z zarośli wyskoczą Jack i Sawyer z "Lost" by w mordobiciu ustalić kto jest bardziej godzien jej wdzięków. Na szczęście honor elfów ratuje świetna postać króla Thranduila – w zasadzie można tylko żałować, że w filmie jest go tak mało. Równie doskonale wypada nasz stary znajomy z "Władcy Pierścieni", a przy okazji syn władcy Leśnego Królestwa – Legolas. W "Pustkowiu Smauga" objawia się nie tylko jako ultimate über pro fighter, ale także złotousty hejter krasnoludzkiej rasy. A jak zatem wypada tytułowy Smaug? Od czasów "Wiedźmina" wiadomo, że smoki to kontrowersyjny temat. Tym razem nie jestem zażenowany, ale przyznam, że spodziewałem się czegoś co urwie mi dupę. Niestety Smaug nie urwał.
źródło: http://www.thehobbit.com
"Pustkowie Smauga" nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia jak "Niezwykła Podróż". Aczkolwiek takaż jest niewdzięczna rola części środkowej – świat przedstawiony już znamy, a finał opowieści dopiero przed nami. Niestety z powodu wymienionych wyżej powodów (postać Tauriel, żenujący romans, przekombinoane rozwiązania) nie jestem w stanie wystawić drugiej części oceny takiej samej jak pierwszej. Nie zrozumcie mnie przy tym źle – uważam "Pustkowie Smauga" za kino rozrywkowe najwyższej klasy, zrealizowane na mistrzowskim poziomie. Pod względem technicznym produkcji Jacksona nie można nic zarzucić. Niestety fabularnie nie jest tak doskonale jak w przypadku "Władcy Pierścieni". Mimo wszystko z wytęsknieniem czekam na finałową odsłonę trylogii "Hobbita".
źródło: http://www.thehobbit.com
Ocena: 7/10.
źródło: http://www.thehobbit.com
Ps.
Nie mam odwagi wspominać o żadnych różnicach pomiędzy książką a filmem (z wyjątkiem wprowadzenia Tauriel), ponieważ powieść Tolkiena czytałem zbyt dawno temu.
źródło: http://www.thehobbit.com