Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James McAvoy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James McAvoy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2014

"Filth"



Kiedy zobaczyłem w kinie trailer "Filth" (tym razem tłumacze okryli się wieczną chwałą, bezbłędnie przekładając angielski tytuł na "Brud") natychmiast zapałałem chęcią by obejrzeć produkcję Jona S. Bairda. Podobnie jak w genialnym 'Trainspotting" scenariusz filmu oparto na powieści Irvine’a Welsha, więc miałem naprawdę wielkie oczekiwania. Ludzie z Miasta CK twierdzili nawet, że "Filth" zapowiada się niemal jako szkocki "The Wolf of Wallstreet". Ja natomiast, w trakcie licznych alkoholowych odysei, zauważyłem ciekawą prawidłowość. Wszystkie plakaty filmu, które udało mi się znaleźć na mieście (nie licząc oczywiście kina Mikro), zostały umiejscowione w kiblach najbardziej topowych dla mnie miejscówek krakowskiego Kazimierza, a więc w Zlewie i Zielonym Kontrabasie. Przypadek? Nie sądzę! W końcu nie pozostało mi nic innego jak wziąć się w garść i wyruszyć do kina. Niemniej w międzyczasie dokonałem straszliwego odkrycia: otóż premiera "Filth" w normalnym świecie miała miejsce jesienią zeszłego roku! Wymieńmy jedynie mniej oczywiste państwa: Węgry, Serbia, Słowenia, Litwa, Estonia, Ukraina (sic!). A premiera w Polszy 17 października 2014 roku! What the fuck?! Czy ja żyję w jakimś kraju trzeciego świata jak Jemen czy inna Rodezja? Wyświetlać w kinach film, który od prawie roku hula wesoło na torrentach, w kraju, gdzie wszyscy uważają, że ściąganie z Internetu nie jest przestępstwem, wydaje się co najmniej bezcelowe. Jak nie po kolei trzeba mieć w głowie? Horror, horror!
Plakat jakże podobny do "Trance".
(źródło: http://www.impawards.com)
"Filth" to historia kompletnie zdegenerowanego policjanta z Edynburga. Bruce (James McAvoy) przemierza ulice miasta szukając anielskiego pyłu, sypkich kobiet, szantażując podejrzanych oraz wyłudzając pieniądze na wszelkiego rodzaju nielegalne rozrywki. Ponieważ nasz bohater staje przed szansą awansu, który w jego mniemaniu ma całkowicie naprawić rodzinne relacje, postanawia skupić się na wyeliminowaniu z gry kolegów i koleżanek z komisariatu. Okazją do osiągnięcia szybkiego zwycięstwa wydaje się być rozwiązanie sprawy zamordowania japońskiego studenta. Niestety, oprócz policyjnych rywali, Bruce musi pokonać również uzależnienie od narkotyków, alkoholizm i coś na kształt poważnej choroby psychicznej.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Spodziewałem się, że "Filth" będzie filmem o wiele lżejszym w odbiorze. Liczyłem na półtorej godziny lekkiej, zwiewnej zabawy, bez ocierania się o poważne tematy. Oczywiście w jakimś tam niewielkim stopniu produkcja Jona S. Bairda spełniła powyższe oczekiwania. Wystarczy wspomnieć choćby znakomitą sekwencję śpiewania piosenki Silver Lady Davida Soula w aucie (słynny detektyw Hutch siedzi za kółkiem), scenę z balonikiem czy zabawny, świąteczny konkurs z kserokopiarką. Niemniej całkowicie zaskakująco "Brud" przygniótł mnie ciężkim wiekiem. Problemy, które de facto przykryto niewybrednymi żartami o rasistowskich czy seksualnych podtekstach, nadają się naprawdę na solidny dramat psychologiczny. O ile w "Trainspotting" Danny Boyle poradził sobie z tym świetnie, o tyle reżyser "Filth" nie potrafił znaleźć odpowiedniej proporcji między zabawowością a powagą. Momentami perypetie Bruce’a są naprawdę przytłaczające, żeby nie rzecz przerażająco smutne i depresyjne. Fabuła to generalnie mozolnie toczące się śledztwo, przeplatane libacjami alkoholowo-narkotykowymi oraz seksem, a także totalnymi odpałami głównego bohatera coraz bardziej pogrążającego się w mizantropii i chorobie psychicznej. Niestety przynajmniej jeden wątek wydaje się zagrywką z najtańszego wyciskacza łez. Na szczęście ostatnia scena ratuje całą produkcję, doskonale oddając szyderstwo losu. Zakończenie podobało mi się tak bardzo, że postanowiłem przyznać za nie dodatkową gwiazdkę. Jeśli chodzi natomiast o kreskówkę z napisami końcowymi to naprawdę nie wiem co o tym myśleć.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Nie ma cienia wątpliwości, że ewentualny sukces "Filth" opierałby się na dwóch czynnikach. Pierwszy to oczywiście scenariusz, o którym wspominałem powyżej. Drugi element to natomiast gra aktorska Jamesa McAvoya. Bruce w jego wykonaniu to wyjątkowo odpychająca postać, mająca praktycznie nieustającą fazę albo znajdująca się w totalnym zjeździe po alkoholu i prochach. Setkom przekleństw miotanych przez bohatera wyjątkowego kolorytu nadawał silny szkocki akcent aktora. McAvoy ze swojego zadania wywiązał się po prostu znakomicie i z nieukrywaną przyjemnością patrzyłem na jego ekranowe popisy. Zagrać tak niesympatyczną, maniakalną postać nie jest łatwo, dlatego też Szkotowi należą się ogromne brawa. Ogólnie rzecz biorąc Bruce to bardzo interesujący bohater, który zdecydowanie wybija się ponad straszliwe sztampową szarzyznę drugiego planu. Policjanci wypadają bardzo typowo: od niekompetentnego szefa Toala (John Sessions) poprzez sypką karierowiczkę Drummond (Imogen Poots), homofoba rasistę Gillmana (Brian McCardie), metroseksualistę Inglisa (Emun Elliott) po zdolnego i ambitnego rookie Lennoxa (Jamie Bell). Troszkę za szeroki przekrój społeczny jak na jeden komisariat, nieprawdaż? W zasadzie nikt z nich nie stworzył kreacji, która zapadła by wyjątkowo w pamięć, ale z drugiej strony wszyscy spisali się dosyć solidnie. Sztampowo wypada również najlepszy przyjaciel naszego bohatera, pocieszny fajtłapa Bladesey (Eddie Marsan), oraz jego napalona małżonka (Shirley Henderson). Bardzo ładnie na ekranie prezentuje się za to Shauna Mcdonald, wcielająca się w Caroline, żonę Bruce’a.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Podsumowują temat "Filth" niestety okazał się dla mnie sporym rozczarowaniem. Scenariusz z wyraźnie niestabilnym balansem między zabawowością a poważnymi tematami nie sprawdził się zbyt dobrze. W zaistniałej sytuacji nawet heroiczna gra aktorskiej Jamesa McAvoya na niewiele się zdała, zważywszy, że jak pisałem powyżej na drugim planie nie dzieje się zasadniczo nic ciekawego. Jeśli zdecydujecie się obejrzeć "Brud" nie miejcie wcześniej zbyt wielkich oczekiwań. Produkcja Jona S. Bairda ma naprawdę dobre momenty, ale jako całość prezentuje się dosyć niemrawo: lekkość walcząc z powagą rozsadzają wewnętrznie film. A może po prostu nie przygotowałem się odpowiednio do projekcji i powinienem był wzorem Bruce’a do whisky wciągnąć sporych rozmiarów kokainowe wzgórze?
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Ocena: 6/10 (w tym dodatkowa gwiazdka za ostatnią scenę).

poniedziałek, 31 marca 2014

"Trance"



W zeszłym roku bardzo chciałem wybrać się na "Trance" do kina. Niestety, jak to zwykle bywa w moim przypadku, z powodu koktajlu różnego rodzaju czynników (m.in. lenistwo fizyczne oraz intelektualne, brak wystarczających środków finansowych, użalanie się nad marnością ludzkiej egzystencji, wreszcie zbyt częste przebywanie w stanie upojenia alkoholowego) zamiar nigdy nie wszedł do fazy wykonawczej. Film Danny’ego Boyle’a zainteresował mnie po pierwsze ze względu na całkiem niezły plakat, który niezwykle skutecznie przykuł moją uwagę. Drugim powodem były oczywiście względy fabularne – któż z nas nie lubi przewrotnych historii kryminalnych z pięknymi kobietami i dziełami sztuki w tle? Po trzecie Danny Boyle to w końcu twórca wybitnych produkcji, wspomnę choćby "Trainspotting", "Sunshine" czy też "Slumdog Millionaire". Osoba reżysera dawała zatem nadzieję na co najmniej solidną rozrywkę, ale tematyka filmu dodatkowo znacznie podbijała stawkę.

Znakomity plakat.
(źródło: http://www.impawards.com)

W przypadku fabuły "Trance" pojawia się zasadniczy problem. Pamiętam doskonale, że gdy film wchodził do kin czytałem recenzję wypełnioną stwierdzeniami typu twist na twiście, a za nimi kolejny twist. Po seansie mogę śmiało napisać, że jest to spore wyolbrzymienie, niemniej nagłe zwroty akcji atakują widza już od samego początku. Z tego powodu strach napisać coś więcej o fabule, żeby nie spotkać się z hejtami i oskarżeniami o syte spoilery. Generalnie "Trance" opowiada o kradzieży obrazu Francisco de Goi Lot czarownic z londyńskiego domu aukcyjnego. Rabunku o tyle dziwnego, że pracownik tegoż przybytku, Simon (James McAvoy), za swoją dzielną postawę zostaje okrzyknięty bohaterem, mimo iż obraz wyparował. Sprawa jest również dosyć tajemnicza dla Francka (Vincent Cassel), zleceniodawcy i wykonawcy zbrodni, który chciałby dostać w swoje ręce drogocenne dzieło sztuki.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Z filmami opierającymi się fabularnie na nieoczekiwanych zwrotach akcji jest jeden szkopuł: aby zostały dobrze przyjęte twisty muszą być zaskakujące, ale jednocześnie w miarę sensowne, logiczne, wiarygodne oraz uzasadnione fabularnie. Czy "Trance" spełnia powyższe założenia? Niestety, w mojej opinii jedynie częściowo. Niektóre z zastosowanych w filmie rozwiązań wypadają, delikatnie mówiąc, kontrowersyjnie i nieprzekonywująco. Ponadto spoglądając z dystansu na fabułę nie potrafię dostrzec w niej ani lekkości ani jakichkolwiek przejawów świeżości. Oglądając produkcję Boyle’a miałem wrażenie jakbym to wszystko już gdzieś i kiedyś widział. Z tego powodu "Trance" jawi mi się jako mieszanka wątków z przeróżnego rodzaju gatunków filmowych. Nie twierdzę przy tym, że zawsze wypada to źle, aczkolwiek w przypadku Boyle’a trąci niestety wtórnością. Na pewno nie pomagają dialogi, w których troszkę za dużo pseudofilozoficznego pierdolenia o możliwościach ludzkiego umysłu. Jestem przekonany, że Paulo Coelho mógłby je wykorzystać w kolejnej swojej wybitnej inaczej książce. Mogę zatem śmiało napisać, że jestem wysoce rozczarowany poziomem i gdybym jednak zdołał wybrać się do kina to bym się najzwyczajniej wkurwił.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Niemniej Danny Boyle nie jest średniej klasy wyrobnikiem i nawet, gdy prezentuje gorszą formę potrafi wykrzesać z filmu coś więcej (to jest zrobić różnicę jak to mawiają w futbolu). "Trance" zapamiętam z powodu wyjątkowo ładnych zdjęć głównie nocnego Londynu oraz paru naprawdę fajnych ujęć. Do tych naprawdę fajnych ujęć z pewnością należy zaliczyć niektóre sekwencje z Rosario Dawson, w których, że tak się wyrażę eufemistycznie, została ukazana w pełnej krasie. Oczywiście, znajdą się tacy, którym będzie tego zdecydowanie za mało. Ponadto film momentami jest dosyć brutalny – oglądamy headshoty, wyrywanie paznokci, czy też i tu uwaga – całkowicie unikatowy postrzał w qtaza. Na plus muszę również zaliczyć całą galerię pięknych obrazów, które możemy podziwiać na ekranie. Zawsze czuję się lepiej, gdy widzę tak doskonałe dzieła sztuki i bardzo chętnie zobaczyłbym je na żywo, ewentualnie zawiesił na ścianach mojego prawie penthouse’a. Mogę także pochwalić "Trance" za wysiłki aktorskie. James McAvoy wypada bardzo dobrze, aczkolwiek nie mogę napisać nic więcej o jego postaci bez spoilowania. Rosario Dawson może nie powala na kolana swoją kreacją, ale prezentuje za to inne zalety, o których wspomniałem powyżej. To także trzeba umieć docenić. Na koniec zostaje solidny jak zawsze Vincent Cassel – bardzo lubię tegoż aktora, toteż jego widok na ekranie wyjątkowo mnie ucieszył. A reszta obsady? Reszta jest milczeniem – jak napisał kiedyś siedemnasty earl Oxford, Edward de Vere. Może nie jest tragicznie, ale spośród aktorów drugoplanowych nie jestem w stanie wyróżnić absolutnie kogokolwiek. Wynika to również z faktu, że Boyle jakieś 90% filmu skupił na relacji w trójkącie Simon – Franck – Elizabeth.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
"Trance" miał mi przynieść wiele radości, ale jak się okazało po raz kolejny życie depcze wyobraźnię. Chyba po raz pierwszy przejechałem się tak mocno na twórczości Danny’ego Boyle’a. Początkowo zamierzałem wystawić notę o oczko wyższą, ale w trakcie pisania recenzji zacząłem się nad tym zastanawiać dosyć głęboko. Dlaczegóż miałbyś spojrzeć łaskawszym okiem na "Trance", szlachetny Maiconie? – spytałem sam siebie w myślach – Czyż Danny Boyle ostatnimi czasy zasilił Twoje lewe konto na Arubie pokaźną kwotą wyrażoną w funtach szterlingach? Danny pożałował hajcu na zasilenie konta, więc ocena jest jaka jest.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Ocena: 5/10.