sobota, 18 listopada 2017

"American Pastoral" (2016)



Daddy, how much suffering do you want?

Im bardziej dogłębnie poznaję twórczość Philipa Rotha, tym więcej cenię amerykańskiego pisarza urodzonego w Newark. Przeczytawszy całą tzw. trylogię amerykańską (Wyszłam za komunistę, Ludzka skaza oraz Amerykańska sielanka), a obecnie chłonąc znakomity i bezwstydny wręcz Kompleks Portnoya, jestem pełen najszczerszego uznania oraz zachwytu. A cała przygoda rozpoczęła się oczywiście od filmu, ponieważ w zeszłym roku Ewan McGregor postanowił zadebiutować na reżyserskim stolcu i na rozdziewiczenie swojej przygody wybrał nie lada powieść. Amerykańska sielanka (w oryginale American Pastoral) wydana w 1997 roku, rok później otrzymała Nagrodę Pulitzera, a Time umieścił książkę na liście stu najlepszych powieści anglojęzycznych. W pełni zresztą zasłużenie, co mogę potwierdzić po lekturze tego ponad 600-stronicowego dzieła (dysponuję egzemplarzem wydanym przez Wydawnictwo Literackie w 2017 roku). Trochę zwlekałem z obejrzeniem filmu McGregora, ponieważ chciałem najpierw zapoznać się z oryginałem, aby potem nie doszło do błędów i wypaczeń w odbiorze. Niemniej muszę przyznać, że z uwagi na charakter tej powieści Szkot musiał mieć prawdziwe jaja ze stali, iż podjął się tak karkołomnego wyzwania.
© 2016 Lions Gate Entertainment Inc.
"American Pastoral" to opowieść o życiu i rodzinie Seymoura "Szweda" Levova (Ewan McGregor), utalentowanego sportowca i biznesmena o żydowskich korzeniach. Przedsiębiorczy ojciec bohatera (Peter Riegert) rozkręcił chałupniczy biznes wytwarzania eleganckich, skórzanych rękawiczek do sprawnie działającej fabryki położonej w rodzinnym Newark w New Jersey. Po przejściu na emeryturę przedsiębiorstwo spoczęło w rękach doskonale przygotowanego do zarządzania syna. Oprócz sukcesów na polu zawodowym "Szwed" całkiem nieźle radził sobie w życiu osobistym. Poślubiwszy byłą miss New Jersey (Jennifer Connelly) Seymour zakupił starą rezydencję w sielankowej mieścinie Old Rimrock. Wkrótce na świat przychodzi długo upragniona córka – Meredith (Dakota Fanning). Nieoczekiwanie wraz z dojrzewaniem dziewczynki dotychczasowa idylliczna egzystencja "Szweda" zaczyna coraz częściej stawać pod znakiem zapytania.
© 2016 Lions Gate Entertainment Inc.
Pierwsza rzecz, która zastanowiła mnie, gdy sięgnąłem po "Amerykańską sielankę" to jakim cudem Ewan McGregor upchnął w trwającym niecałe dwie godziny filmie 600-stronicową powieść? Mam oczywiście świadomość, że Philip Roth postanowił dogłębnie i niezwykle precyzyjnie wzbogacić wiedzę czytelnika w zakresie wszystkich etapów produkcji skórzanych rękawiczek (a także wyboru właściwej skóry) i nie są to może rzeczy, które koniecznie trzeba przedstawić na ekranie. Niemniej akcja powieści toczy się na przestrzeni wielu dekad, ukazując niemalże początki rodziny Levovów w USA i zahaczając daleko w przyszłość poza tragiczne wydarzenia z końca lat 60-tych, a dodatkowo wszystko zostało opisane z perspektywy alter ego pisarza, Nathana Zuckermana, który również pojawia się w filmie (David Straithairn). A zatem wystąpienie tzw. epizodyczności wydawało się być nieuniknione! W trakcie projekcji okazało się natomiast, że John Romano, który napisał scenariusz, wyciął po prostu praktycznie wszystkie retrospekcje bohaterów, skupiając się na wydarzeniach z 1968 roku oraz ich następstwach. Możliwe, że przyjąłbym ten fakt o wiele spokojniej, gdyby nie to, że twórcy oprócz koniecznych z ich punktu widzenia cięć, pozwolili sobie na drobne zmiany fabularne, które w mojej opinii diametralnie zmieniły wymowę powieści Rotha (w szczególności mam na myśli zakończenie). Długo zadawałem sobie pytanie dlaczego ktokolwiek wpadł na pomysł poprawienia tak znakomitego materiału i naprawdę nie doszedłem do żadnego konstruktywnego wniosku…
© 2016 Lions Gate Entertainment Inc.
Naprawdę nie wiem, o czym bym pomyślał, gdybym obejrzał "Amerykańską sielankę" nie znając książkowego oryginału (chociaż Grażka twierdzi, że film jest spoko). Czy film Ewana McGregora zachęciłby mnie do przeczytania powieści Rotha? Trudno powiedzieć, ale abstrahując od haniebnego wypaczenia sensu powieści, muszę docenić warsztat reżyserski Szkota. Jak na debiut to "American Pastoral" ogląda się całkiem nieźle - ach te kolory! Warto zwrócić uwagę na interesującą scenografię. Dom "Szweda" w Old Rimrock (a także całe miasteczko) wyobrażałem sobie dokładnie w taki właśnie sposób. Doskonale ukazano dzielnice nędzy w Newark, w które nieopatrznie zapuszcza się Seymour – za te sceny przyznaję nagrodę imienia Rycha Peji. Co ciekawe, praktycznie cały film powstał w Pensylwanii, nie zahaczając nawet o rodzinne dla Philipa Rotha New Jersey (byłem przekonany, że wspomniane ulice nędzy kręcono w Detroit albo w Łodzi). W fabułę książki sprawnie wplecione zostały ważne zjawiska oraz wydarzenia polityczno-społeczne: amerykański antysemityzm, wojna w Wietnamie, afera Watergate, premiera „Głębokiego gardła” czy zamieszki w Newark z 1967 roku, które doprowadziły do zniszczenia sporych połaci miasta. W filmie z kolei wygląda to tak sobie, troszkę jakby na siłę. Dodatkowo zdecydowanie zabrakło głębszego skupienia się na wewnętrznych problemach trapiących w szczególności „Szweda” - głównie jego umiłowania dla Ameryki i amerykańskiego snu (dodam, że spora część powieści to po prostu przemyślenia bohatera na różne tematy, które raczej trudno przedstawić na ekranie).
© 2016 Lions Gate Entertainment Inc.
Ciekawie wypada z kolei kwestia doboru obsady, ponieważ Ewan McGregor nijak nie pasuje do mojego wyobrażenia o "Szwedzie". Szkot zdecydowanie bardziej kojarzy mi się z wychudzonym heroinistą Rentonem z legendarnego "Trainspotting" niż z żydowskim sportowcem o aryjskim wyglądzie, który stał się niemal mityczną postacią dla młodzieży w Weequahic. I jakkolwiek by się nie starał na ekranie to nie jestem w stanie uwierzyć w jego wiarygodność. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku córki Seymoura, Merry. Dakota Fanning jest, nie owijajmy w bawełnę, zbyt ładną dziewczyną, bym mógł ją zaakceptować w tej roli (zgodnie z książkowym opisem jej postać w pewnym momencie życia roztyła się, a z powodu trądziku nie była uważana za zbyt atrakcyjną). O wiele lepiej sprawy mają się z Jennifer Connelly, która zagrała Dawn, żonę "Szweda". Bardzo dobrze dobrana aktorka, po raz kolejny potwierdziła swój nieprzeciętny talent. W kwestii Lou Levova mam natomiast ambiwalentne odczucia, ponieważ Peter Riegert postarał się całkiem nieźle, ale książkowy pierwowzór miał wyjątkowy pazur. Zdecydowanie najbardziej wierna powieściowemu oryginałowi rola to z pewnością David Strathairn, który wcielił się w narratora opowieści.
© 2016 Lions Gate Entertainment Inc.
"Amerykańska sielanka" z pewnością nie jest filmem, który może dorównać w jakimkolwiek stopniu książkowemu oryginałowi. Ewan McGregor na początku swojej drogi reżyserskiej porwał się na wybitną powieść i chociaż należy docenić jego ambicję, to jednak bez wątpienia poniósł sromotną porażkę niemal w każdym aspekcie. W dzisiejszym czasach pełnych kompletnej ignorancji warto jednakże zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Przyglądając się współczesnym mediom, zwłaszcza tym o prawicowej, wyjątkowo ograniczonej orientacji, łatwo można odnieść wrażenie, że terroryzm jest wyłącznie narzędziem walki radykalnych islamistów, a przed Al-Ka’idą nie było zamachów (któż bowiem pamięta zamach w Oklahoma City w 1995 roku?). Dlatego też w ramach uzupełnienia wiedzy do "Amerykańskiej sielanki" polecam obejrzeć znakomity, nominowany do Oscara, dokument "The Weather Underground" z 2002 roku (temat kompletnie nieznany lub zapomniany w Polszy).
© 2016 Lions Gate Entertainment Inc.
Ocena: 5/10.

wtorek, 7 listopada 2017

"Blade Runner 2049" (2017)



 I have memories, but I can't tell if they're real.

Od premiery bez mała jednego z najważniejszych filmów w historii nie tylko science fiction, ale i całej kinematografii minęło 35 długich lat. Chociaż od dawna mówiło się na mieście o remake’u lub sequelu "Blade Runnera" to niezbyt chciało mi się wierzyć, że ktokolwiek podejmie się tego nie lada wyzwania. Niemniej moda na odświeżanie klasyków ma się w najlepsze (mimo różnych efektów końcowych) i na nic w tej kwestii zdają się moje obawy czy niezbyt optymistyczne podejście. Tym razem na reżyserskim stolcu zasiadł Denis Villeneuve i trzeba przyznać, że po ostatnich osiągnięciach Ridleya Scotta (żenujący głupotą "Alien: Covenant") może to nawet lepiej. Kanadyjczyk miał już na koncie kilka ciekawych produkcji (m.in.: "Prisoners", "Enemy" czy "Sicario"), a jego ostatni flirt z s-f w postaci "Arrival" przyjęto nadspodziewanie dobrze. Niemniej podziwiam człowieka, ponieważ do podjęcia się wyzwania tak dużego kalibru trzeba mieć jaja z najtwardszej stali. Zanim wybrałem się do kina obejrzałem trzy krótkie filmiki, które przedstawiały wydarzenia mające miejsce pomiędzy 2019 rokiem, w którym rozgrywał się oryginał, a 2049 rokiem, w którym osadzono akcję sequela. Animowany "Black Out 2022" przedstawia tragiczne wydarzenia, które doprowadziły do jednego z najpoważniejszych kryzysów w dziejach ludzkości, "2036: Nexus Dawn" to z kolei opowieść o początkach nowej generacji androidów, natomiast "2048: Nowhere to Run" stanowi już swoisty wstęp do najnowszej części.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
W ciągu trzydziestu lat ludzkość przeszła tragiczną drogę od kompletnego zakazu produkcji androidów do powtórnego przywrócenia ich do łask. Wszystko za sprawą genialnego wynalazcy Niandera Wallace’a (Jared Leto), który uratował rodzaj ludzki przed klęską głodu, a na fundamentach upadłej korporacji Tyrella zbudował własne imperium zajmujące się wytwarzaniem sztucznej siły roboczej. Tym razem androidy nowej generacji mają być bezwzględnie posłuszne ludzkim panom i wykonywać wszystkie rozkazy bez zająknięcia. Niemniej zawód łowcy androidów wcale nie stracił racji bytu – w 2049 roku w dalszym ciągu egzystuje wiele androidów wytworzonych jeszcze za czasów Tyrella, które funkcjonują bez żadnych ograniczeń wiekowych. Młody blade runner K (Ryan Gosling) eliminując kolejny relikt z poprzedniej epoki wpada na trop przedziwnej i wręcz niemożliwej do wyobrażenia anomalii, która może doprowadzić do całkowitej zmiany relacji pomiędzy ludźmi oraz ich sztucznymi odpowiednikami.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
"Blade Runner 2049", podobnie jak pierwowzór, przedstawia wyjątkowo spójną i jednocześnie wysoce pesymistyczną wizję przyszłości totalnie zdominowanej przez monumentalne korporacje transnarodowe. Jest to także rzeczywistość, w której nigdy nie powstało Apple, a triumfy święcą Atari czy Pan Am (nie wspominając już o Sony). Ogromne metropolie, spowite wiecznym smogiem, przerywanym częstymi opadami kwaśnego (i podejrzewam przy okazji radioaktywnego) deszczu, ulice na najniższym i najpodlejszym poziomie miasta, pełne śmieci oraz różnego rodzaju mętów to właśnie środowisko, w którym osadzony został sequel "Łowcy androidów". Jeśli pamiętacie jeszcze niezwykle oryginalny klimat pierwszej części to naprawdę nie będziecie zawiedzeni pod tym względem (chociaż spotkałem się z opiniami, że film kompletnie zatracił całą otoczkę noir). Los Angeles 2049 roku to wizja przyszłości obok której nie można przejść obojętnie. Szokujące wrażenia robią także pozostałe miejscówki w kiedyś słonecznej Kalifornii, które odwiedza K, ale prawdziwym majstersztykiem jest dopiero porzucone przez ludzi Las Vegas z monumentalnymi pozostałościami epickich kasyn. Pod względem wizualnym "Blade Runner 2049" to absolutne mistrzostwo świata – oprócz wspomnianych powyżej miejsc, zwróćcie koniecznie uwagę na bazę (główną siedzibę) Wallace’a: czyż nie zapiera tchu w piersiach? Osobny akapit należałoby w zasadzie poświęcić na efekty specjalne, ale postanowiłem ograniczyć się do wspomnienia o Joi (Ana de Armas), formie sztucznej inteligencji, którą można sobie dowolnie personalizować. Oczywiście od razu kojarzy się z "Her", ale oglądając tę istotę można zadać sobie tylko jedno pytanie: jak oni to zrobili? Muzyka świetnie komponuje się ze stroną wizualną filmu, choć i tu udało mi się przeczytać, że to już nie to samo co ścieżka dźwiękowa z oryginału (oczywiście, że nie skoro to inny film).
źródło: http://bladerunnermovie.com/
Fabuła "Blade Runner 2049" nie należy może do najbardziej oryginalnych i z pewnością nie jest najmocniejszym punktem filmu. Niemniej rozwiązania fabularne nie urągają inteligencji bardziej rozwiniętego intelektualnie widza, a co najważniejsze nie odbierają wcale przyjemności z seansu. W tym miejscu warto wspomnieć o długości produkcji Denisa Villeneuve’a: aż 2 godziny i 44 minuty! Jak na dzisiejsze standardy to naprawdę sporo! Niemniej muszę przyznać, że dawno niemal trzy godziny nie minęły tak szybko (no chyba, że nad oceanem w Miramar). Po prostu mam wrażenie, że chociaż ekranowych wydarzeń tak naprawdę nie było zbyt wiele, to ledwie rozsiadłem się w kinowym fotelu, a już za chwilę oglądałem napisy końcowe. Pod względem oglądalności oraz czerpania przyjemności z seansu "Blade Runner 2049" osiągnął wszystko, co można było osiągnąć. Oczywiście od razu pojawiły się głosy ortodoksyjnych wyznawców oryginału, że fabuła chujowa z powodu pozbawienia głębi filozoficznej i ma na celu jedynie wprowadzenie do kolejnych części. Dla mnie jest to troszkę śmieszne, ponieważ nie możemy zapomnieć, że nikt nie będzie kręcił po raz drugi takiego samego filmu, jakim był pierwotny "Łowca androidów". W kategorii sequelu Denis Villeneuve wycisnął ze swojej produkcji wszystko co można. Jedyne, czego tak naprawdę mi brakuje, to przejmującej sceny pokroju legendarnego monologu Rutgera Hauera.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
Pod względem aktorskim jest bardzo dobrze. Ryan Gosling, wcielając się w K, nie tworzy może kreacji szczególnie oryginalnej dla swojej kariery (małomówny twardziel), ale na ekranie sprawdza się znakomicie. Partnerujący mu Harrison Ford (Rick Deckard), po raz kolejny wracający do legendarnej roli po latach, jest dokładnie taki jak trzeba: zgorzkniały, rozgoryczony i wkurwiony. Znakomity występ. Sporo ciekawych rzeczy ma miejsce na drugim planie. Poczynając od fantastycznej Any de Armas (Joi), przez przejmującego Dave’a Bautistę (Sapper Morton) oraz starego znajomego Edwarda Jamesa Olmosa (Gaff), a kończąc na niezwykle interesującej roli Robin Wright (porucznik Joshi). Oczywiście nie sposób pominąć świetnych czarnych charakterów: Jareda Leto wcielającego się w potężnego i bezwzględnego Niandera Wallace’a oraz Sylvii Hoeks (Luv) grającej jego absolutnie oddaną asystentkę.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
"Blade Runner 2049" to znakomite oraz, co najważniejsze, inteligentne kino na bardzo wysokim poziomie. Wizualna maestria pesymistycznej wizji przyszłości, zapierające dech w piersiach efekty specjalne oraz świetne aktorstwo to bez wątpienia trzy największe zalety filmu Denisa Villeneuve’a. Dawno nie miałem ochoty tak bardzo polecić żadnego filmu!
źródło: http://bladerunnermovie.com/
Ocena: 8/10.

niedziela, 8 października 2017

"Zaćma" (2016)



W ramach wspomnienia wesołych, słonecznych wakacyjnych dni (ach, do dzisiaj zadaję sobie pytanie czy warto było wracać z Porto, żeby zobaczyć tak uroczy wrzesień oraz październik w Polszy?) postanowiłem napisać recenzję "Zaćmy" w reżyserii Ryszarda Bugajskiego, chociaż od seansu minęły już niemal dwa miesiące. Z twórczością tego niezwykle doświadczonego reżyseria nie miałem zbyt wiele styczności, świadomie pomijając ostatnie dzieła pokroju "Generała Nila" czy "Układu zamkniętego". Ostatnia produkcja zainteresowała mnie natomiast z powodu głównej bohaterki filmu, która postacią była wręcz niebanalną. Julia Brystiger (pieszczotliwie zwana Krwawą Luną) to z jednej strony doktor filozofii, a z drugiej funkcjonariuszka komunistycznego aparatu bezpieczeństwa (dyrektorka V Departamentu MBP), która szczególnie wykazała się w walce z organizacjami religijnymi w najmroczniejszych czasach powojennych. Co ciekawe po odejściu z ministerstwa bezpieczeństwa w 1956 roku Julia Brystiger poświęciła się działalności pisarskiej oraz redaktorskiej. A co jeszcze ciekawsze na starość rozpoczęła swoisty flirt z kościołem katolickim (tym dziwniejszy, że była Żydówką). Czyż nie jest to idealny scenariusz na film?
źródło: http://www.filmweb.pl
W siermiężnej, komunistycznej Polszy niegdyś potężna i budząca postrach farorzy wszystkich wyznań Julia Brystiger (Maria Mamona) stała się praktycznie zwyczajną obywatelką. Przechodząc swoistą duchową przemianę była dyrektorka V Departamentu MBP postanawia za wszelką cenę uzyskać audiencję u niezłomnego prymasa Stefana Wyszyńskiego (Marek Kalita). Duchowni, obawiając się prowokacji ze strony Służby Bezpieczeństwa, postanawiają zachować ostrożność i wybadać prawdziwe zamiary kobiety poprzez niewidomego księdza Cieciorkę (Janusz Gajos) oraz siostrę Benedyktę (Małgorzata Zajączkowska).
źródło: http://www.filmweb.pl
Oczywiście, jak to już niezwykle często bywa w polskiej kinematografii, zanim zaczął się film mogłem przez kilkadziesiąt sekund podziwiać nazwy wielu sponsorów, którzy przyczynili się do jego powstania. Przed seansem poczytałem pobieżnie życiorys głównej bohaterki, dlatego też liczyłem, że w produkcji wyreżyserowanej przez niezwykle doświadczonego w filmowym rzemiośle Ryszarda Bugajskiego, znajdę odpowiedź na pytanie co skłoniło Julię Brystiger do czegoś w rodzaju zbliżenia z kościołem katolickim. Albo choćby próbę wyjaśnienia tej niezwykłej przemiany światopoglądowej. Niestety muszę Was rozczarować – tak naprawdę "Zaćma" nie daje odpowiedzi na żadną z powyższych kwestii. Nawet pytania stawiane przez duchownych głównej bohaterce pozostają bez wyraźnej, jasnej odpowiedzi, tonąc w oceanie niedopowiedzeń oraz pokrętnych wyjaśnień. Można nawet odnieść wrażenie, że sama postać nie wie dlaczego robi to co robi. Pod względem poczułem zatem ogromny zawód, ponieważ twórcy zdecydowanie postawili na łatwiznę i przedstawili wszystko jako jedno wielkie niedopowiedzenie (no chyba, że uznamy za przyczynę nawrócenia nachalne, wręcz prostackie, wizjo-sny prześladujące byłą funkcjonariuszkę MBP).
źródło: http://www.filmweb.pl
Oglądając "Zaćmę" w kilku monetach poczułem prawdziwe zażenowanie. Nachalna symbolika religijna epatująca widza z ekranu naprawdę do mnie nie trafia. O ile flashbackowe (chociaż z drugiej strony mogły to być sny) sceny z przesłuchań ze złotych lat służby w MPB wyglądały początkowo całkiem dobrze, to Bugajski postanowił wszystko spierdolić, gdy okazało się, że niezłomny więzień to coś w rodzaju inkarnacji Jezusa Chrystusa. Kolejny żenujący i wyjątkowo ograny motyw to Zbawiciel przybity do krzyża i krwawiący prawdziwą krwią. Naprawdę? Czyż nie można było tego zrobić troszkę subtelniej i mniej nachalnie? Mocno średnio wypadają również sceny z międzywojennego Lwowa – wyraźnie brak niepowtarzalnego klimatu tego miasta. Kolejna wada to niezbyt dobrze napisane dialogi. Większość kwestii głównej bohaterki ma jakby teatralny charakter, kompletnie nie przystając do otaczającej rzeczywistości (w szczególności w trakcie rozmowy z prymasem). Wyjątki to oczywiście rozmowy z księdzem Cieciorką, siostrą Benedyktą oraz zdecydowanie najlepsza w filmie konwersacja z dozorcą Marianem. Ciężko tak poczuć na ekranie klimat głębokiego PRL – w oscarowej "Idzie" zrobiono to o wiele lepiej. Jeśli miałbym natomiast wskazać jakąś zaletę, to moim zdaniem bardzo dobrze przedstawiono bezradność Julii Brystiger jako zwyczajnej obywatelki, która w wielu sytuacjach życiowych po prostu sobie kompletnie nie radzi.
źródło: http://www.filmweb.pl
Pod względem aktorstwa "Zaćma" wypada raczej solidnie, chociaż wcielająca się w Julię Brystiger Maria Mamona czasami wygłasza dialogi z wyraźnie teatralną manierą, co wypada na ekranie dosyć dziwnie. Niemniej jej rolę zaliczam na plus, podobnie jak świetnego Janusza Gajosa, wcielającego się w okrutnie doświadczonego przez życie księdza Cieciorkę. Podobała mi się również Małgorzata Zajączkowska w roli wątpiącej w istnieje boga siostry Benedykty. Do roli dozorcy Mariana idealnie po prostu nadawał się Sławomir Orzechowski. Pewne uwagi mam natomiast do Marka Kality, grającego prymasa Wyszyńskiego. Trochę brakuje mu powagi oraz majestatu Andrzeja Seweryna z "Prymasa – Trzy lat z tysiąca", przez co na ekranie prezentuje się raczej miałko. Z powodu wagi tej postaci dla filmowych wydarzeń należało się postarać zdecydowanie bardziej.
źródło: http://www.filmweb.pl
Jestem zmuszony "Zaćmę" potraktować jako spore rozczarowanie. Spodziewałem się po filmie odpowiedzi, a okazało się, że twórcy nie zadali nawet pytań. Nachalna religijna symbolika oraz fatalnie napisane dialogi dopełniają tego obrazu miałkości oraz prostactwa intelektualnego. Ciężko polecić.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 5/10.

sobota, 23 września 2017

"Alien: Covenant" (2017)



Serve in Heaven or reign in Hell?

Wydawało się, że monstrualny zjazd kariery Ridleya Scotta (jebać fanów marsjańskiego stolca – recenzja w linku: "The Martian") uratować może wyłącznie powrót do korzeni. I w założeniu tym właśnie miał być "Alien: Covenant" (w Polszy znany jako "Obcy: Przymierze"). Po budzącym skrajne emocje "Prometeuszu" angielski heros reżyserii postanowił zrezygnować z pierwotnego, o wiele bardziej ambitnego pomysłu na sequel (a przy okazji ze znakomitego tytułu "Paradise Lost", nawiązującego do siedemnastowiecznego poematu Johna Miltona) i wrócić do sprawdzonego schematu z oryginalnego "Obcego". Także zamiast poznawać najgłębsze tajemnice Inżynierów, które w zasadzie były dla mnie jedyną interesująca rzeczą w poprzedniej produkcji, otrzymaliśmy kolejny odgrzewany kotlet. Niemniej liczyłem, że w Ridleyu pozostały jeszcze okruchy dawnej wielkości i może tym razem uda mu się odbić od dna, na które stopniowo opadał przez ostatnie lata. Dodatkowo czynnikiem dającym jakąś tam nadzieję były ambitne plany reżysera, czyli zapowiedź nakręcenia 65 kolejnych części "Obcego".
źródło: http://www.impawards.com
W jedenaście lat po tragicznych wydarzeniach przedstawionych w "Prometeuszu" załoga statku kolonizacyjnego Covenant przemierza odmęty kosmosu, by dotrzeć do odległej planety Origae-6. Wskutek niespodziewanej awarii spokojny dotychczas lot zostaje przerwany, a kapitan Branson (James Franco) traci życie w dramatycznych okolicznościach. Podczas naprawy uszkodzeń pozostali przy życiu członkowie załogi odbierają dosyć dziwny komunikat radiowy z pobliskiej, niewielkiej planety łudząco przypominającej Ziemię. Wbrew korporacyjnemu etosowi kontynuowania misji za wszelką cenę zapada decyzja o porzuceniu dotychczasowego celu i skupieniu się na eksploracji źródła tajemniczego przekazu. Czy to nie brzmi znajomo?
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
Ostatnio, przy okazji zaznajamiania Grażki z serią, miałem okazję odświeżyć sobie wszystkie dotychczasowe produkcje. W trakcie niedawnego maratonu nie pominęliśmy również "Prometeusza". Muszę przyznać, że kolejny seans pogłębił moje przekonanie o głupocie tegoż dzieła i dał poważnie do myślenia czy wystawione parę lat temu 6/10 nie stanowi zdecydowanie zbyt wysokiej noty. Niemniej, jak się okazało wkrótce po obejrzeniu ostatniej części, twórcy postanowili pójść jeszcze dalej w ukazywaniu głupoty oraz intelektualnego lenistwa swoich bohaterów. Wyobraźcie sobie bowiem, że lądujecie na obcej planecie, trochę podobnej do Ziemi. Czy wychodząc ze statku kosmicznego nie założylibyście skafandrów ochronnych, choćby na wszelki wypadek? Oczywiście załoga Covenant, twardo przekonana o swojej odporności na wszelkie pozaziemskie zagrożenia, tego nie czyni – jak się łatwo domyślić konsekwencje są opłakane i pojawiają się niemal błyskawicznie. Z drugiej strony nawet najgrubsze skafandry ochronne mogłoby nie pomóc tej bandzie profesjonalnych inaczej eksploratorów kosmosu. Jak można w poważnym filmie nakręcić scenę, w której dwójka bohaterów w odstępie kilku sekund zalicza glebę na tej samej kałuży krwi? Jakim trzeba mieć iloraz inteligencji, aby rozpocząć chaotyczny ostrzał wewnątrz statku kosmicznego wypełnionego zbiornikami, które mogą eksplodować w każdej chwili? Jak bardzo trzeba być odpowiedzialnym, aby zaryzykować życie dwóch tysięcy zahibernowanych kolonistów dla czystej prywaty? Niestety, ku mojemu absolutnemu zdziwieniu, takich scen są całe masy – tylko usiąść i rzewnie zapłakać nad tym absurdem oraz nonsensem.
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
 Skoro czynnik ludzki kompletnie nie spełnia pokładanych w nim nadziei (mentalnie jest to poziom w okolicach dalszych części "Transformers") to czy warto w ogóle oglądać "Alien: Covenant"? Z pewnością warto docenić wrażenia wizualne, które zaserwował nam Ridley Scott i spółka. Pod tym względem trudno się do czegokolwiek przyczepić, ale jednak jest jeden spory wyjątek. Oglądanie xenomorpha czy też neomorpha to już zdecydowanie nie to samo doznanie co kiedyś. W szczególności, gdy stworzenie zostało w całości wykreowane w CGI i możemy zobaczyć je w dziennym świetle. Okrutna, bezwzględna istota traci w ten sposób wszystkie dotychczasowe atuty, które budowały przerażenie u widza. O wiele lepiej, gdyby xenomorph pozostał tam gdzie jego naturalne miejsce – w półmroku, klaustrofobicznie ciasnych wnętrz statków kosmicznych czy pozaziemskich baz. W scenach rozgrywających się pomiędzy androidami dostrzegam z kolei szczątki pierwotnego, o wiele bardziej ambitnego projektu Ridleya. Liczne nawiązania do literatury, filozoficzne dysputy – o ileż wypada to ciekawiej od oglądania skutków kolejnej kretyńskiej decyzji! Konfrontacje poglądów Davida (Michael Fassbender) oraz Waltera (również Michael Fassbender) to tak naprawdę najciekawsze i najlepsze momenty "Alien: Covenant". Swoją drogą można również wysnuć niepokojący wniosek, że ludzie stali się podrzędną rasą w stosunku do sztucznej inteligencji, którą sami stworzyli (a przy najmniej takiż wniosek wysnuła ona sama). Podobnie jak w "Prometeuszu" pojawia się wyraźny problem z zaawansowaną technologią widoczną na ekranie - w szczególności, jeżeli zestawimy to z pierwotnymi "Alienami", które rozgrywały się przecież znacznie później.
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
 Omówienie wyczynów aktorskich tym razem rozpocznę nietypowo, ponieważ pragnę zwrócić uwagę na kompletnie nonsensowny i wręcz absurdalny angaż Jamesa Franco do roli kapitana Covenant, który ginie w ciągu pierwszych pięciu minut filmu. Świetny pomysł, żeby spektakularnie zmarnować potencjał tak doskonałego aktora! I chuj z tego, że nakręcono niby jakieś tam sceny z nim, skoro nie ma ich w ostatecznej wersji filmu! Gdy otrząśniemy się już z pierwszego szoku to warto zwrócić uwagę na znakomity występ Michaela Fassbendera w podwójnej roli. Zarówno David, znany z "Prometeusza", jak i Walter to kawał świetnej aktorskiej roboty i jeden z niewielu powodów, dla których warto oglądać kolejny epizod rozmieniania się Ridleya na drobne. O reszcie występów najlepiej byłoby nic nie pisać, ponieważ poziom ich miałkości jest totalny. Aktorzy postarali się tak dobrze, że z wyjątkiem imion androidów, po seansie nie byłem w stanie nazwać żadnego z bohaterów. Warto jedynie napomknąć o trochę mniej miałkich rolach Katherine Waterston (Daniels), Billy’ego Crudupa (Oram) czy Danny’ego McBride’a (Tennessee).
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
Po raz kolejny w ciągu ostatnich lat Ridley Scott kompletnie zawiódł moje oczekiwania. "Obcy: Przymierze" po raz kolejny powiela ten sam pomysł na film, aczkolwiek tym razem toniemy w oceanie absurdu, głupawych decyzji oraz CGI, które kompletnie niszczy złowieszczy wizerunek xenomorpha. To naprawdę nadaje się do oglądania wyłącznie dla najbardziej zagorzałych miłośników serii. Aha, jeśli liczycie, że dostaniecie jakiekolwiek odpowiedzi na pytania postawione w "Prometeuszu" to kindybał Wam w szamot.
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
Ocena: 4/10.

sobota, 12 sierpnia 2017

"Kamper" (2016)



Dzięki rozlicznym zajęciom pobocznym oraz znakomitemu terminarzowi na tegorocznej edycji Letniego Taniego Kinobrania zameldowałem się dopiero w upalną sobotę pierwszego weekendu sierpnia (jeszcze ledwo zdążyłem na seans z powodu awarii tramwajowej). Na rozdziewiczenie kolejnej odsłony festiwalu z powodów patriotycznych wybrałem oczywiście polską produkcję (wieczna chwała wielkiej Polsce!). "Kamper" w reżyserii debiutującego Łukasza Grzegorzka zapowiadał się jako nie lada rozrywka utrzymana w klimatach Warszawy znanej z wczesnego etapu twórczości Taco Hemingwaya (w szczególności doskonałego Trójkąta warszawskiego czy wybornej Umowy o dzieło). Albo przynajmniej mi się tak wydawało z powodu przebłysków z dawno przeczytanej recenzji. W zasadzie mogło dotyczyć całkowicie innego filmu lub nie mieć miejsca wcale – ostatnio ponownie oglądałem "Zagubioną autostradę" Davida Lyncha, więc trudno ocenić co jest prawdą, a co imaginacją umysłu. Dla tych, którzy mieli niewielką styczność z grami komputerowymi służę wyjaśnieniem odnośnie tytułu filmu. Nie chodzi o samochód turystyczny, lecz o pewną taktykę polegającą na zajmowaniu trudno dostępnych pozycji i biernym oczekiwaniu na przeciwnika.
źródło: http://www.filmweb.pl
Tytułowy Kamper (Piotr Żurawski) to około 30-letni team leader zespołu testującego gry komputerowe. Dla wielu moich znajomych z paździerzowego przełomu podstawówki i liceum oraz zdecydowanej większości czytelników CD Action, taka praca była po prostu spełnieniem marzeń. Oprócz fajnej i niezaprzeczalnie interesującej pracy Kamper posiada oddaną małżonkę Manię (Marta Nieradkiewicz), mocno zainteresowaną kuchnią, oraz dosyć przestronne mieszkanie kupione za hajs teściów. Jednakże w tym na pozór doskonałym życiu nie wszystko jest całkowicie idealne. Niedojrzałość emocjonalna i idiotyczne żarty naszego bohatera coraz bardziej irytują jego żonę. Idylla dobiega końca, gdy pewnego dnia Mania wyznaje Kamperowi, że zdradziła go z uznanym szefem kuchni Markiem Baną (Jacek Braciak).
źródło: http://www.filmweb.pl
Chociaż po seansie wydaje się to mocno bezpodstawne, to w "Kamperze" pokładałem dosyć spore nadzieje na dobre kino. Niestety już wkrótce po rozpoczęciu się filmu Łukasza Grzegorzka dopadły mnie wątpliwości. Pod względem fabularnym jest to totalnie zwyczajna opowieść, która nie wyróżnia się kompletnie niczym z wyjątkiem może wysokiego stopnia niedojrzałości emocjonalnej głównego bohatera (przykładowo dla jego żony uprana pościel oznacza, że małżonek musiał uprawiać seks pod jej nieobecność). Nie oczekujcie zatem spektakularnych zwrotów akcji czy błyskotliwych konwersacji z ostrymi jak maczeta ripostami (do dialogów wrócimy jeszcze później). Jest naprawdę bardzo zwyczajnie: bohaterowie jedzą śniadania, rozmawiają, pracują, wychodzą do baru – ot, najzwyklejsza w świecie proza życia. W zasadzie jedynym wyjątkiem od zwyczajności egzystencji jest postać Luny (Sheily Jimenez), zmysłowej nauczycielki języka hiszpańskiego, wyjętej jakby z innej rzeczywistości (i dodajmy jeszcze: lecącej na takiego frajera). Tak naprawdę po tygodniu od seansu ciężko sobie przypomnieć z filmu coś więcej niż dosłownie kilka migawek, choć nie mogę powiedzieć, żebym specjalnie nudził się w kinie (warto podkreślić w tym miejscu, że "Kamper" trwa tylko półtorej godziny). Oprócz Luny z pewnością zapadła mi w pamięć znakomita parodia programów kulinarnych pokroju MasterChefa, w której po prostu bryluje Jacek Braciak.
źródło: http://www.filmweb.pl
Zdecydowanie brakuje mi choćby oddania specyficznego klimatu współczesnej Warszawy (po co te wszystkie panoramy miasta?). Chociaż z drugiej strony dzięki pominięciu atmosfery panującej w stolicy, film nabiera uniwersalnego wymiaru, dzięki któremu mógłby się rozgrywać w prawie każdym większym mieście z przeszklonymi biurowcami i foodtruckami. Zgodnie z obietnicą wróćmy na chwilę do dialogów. Współcześnie dochodzimy do bardzo dynamicznej zmiany w sposobie mówienia młodych ludzi (trzydziestolatków też to dotyczy). Pewne powiedzonka czy słowa, niczym memy (z których de facto często się wywodzą), mają określony żywot i to co kiedyś było na czasie, teraz brzmi trochę drętwo, żeby nie powiedzieć sztucznie. I tak właśnie odbieram frazy wypowiadane przez bohaterów. Ponadto już po seansie naczytałem się sporo o rzekomej głębi i przenikliwości "Kampera". Kurwa, głębię i przenikliwość to można znaleźć na przykład w Nieznośniej lekkości bytu Milana Kundery, a nie w opowieści o kolesiu, który nie wie gdzie kupić kołdrę, ponieważ nagle musiał przestać być dużym dzieckiem! Muszę jednak dodać, że jak na reżyserski debiut to Łukasz Grzegorzek poradził sobie pod względem realizacyjnym całkiem nieźle, a mimo wymienionych wyżej wad "Kamper" nie jest jawnie tragiczny i ociera się o solidność.
źródło: http://www.filmweb.pl
Warto również pochwalić twórców za doskonałe dobranie aktora do roli głównej. Piotr Żurawski zarówno pod względem fizycznym, jak i mentalnym, znakomicie nadaje się do występu jako Kamper. W odgrywaniu niedojrzałości intelektualnej wydaje się tak naturalny, że zacząłem się obawiać czy nie gra po prostu samego siebie (ale miejmy nadzieję, że jest po prostu dobrym aktorem). Marta Nieradkiewicz postawiła z kolei na kompletne wtopienie w zwyczajność produkcji. Jakże blado wygląda na tle pomysłowej Golshifteh Farahani z niedawno recenzowanego "Patersona"! A przecież Polka miała do zagrania o wiele więcej dramy i emocji! W zasadzie zapamiętałem jej jedną przejmująca scenę – wybuch długo skrywanej frustracji do nieoczekiwanie realistycznym podejściu Kampera do pomysłu z foodtruckiem. Bartłomiej Świderski (Carlos) oraz Justyna Suwała (Dorota) jako postacie drugoplanowe są całkiem w porządku. Jednak prawdziwą wisienką na torcie jest Jacek Braciak, wcielający się w znającego życie szefa kuchni. Naprawdę, genialny występ!
źródło: http://www.filmweb.pl
"Kamper" zawiódł moje oczekiwania po całości, ale nie jest to produkcja, którą należy całkowicie skreślić. Jeżeli kiedyś będziecie dysponować wolnym czasem to można sobie od biedy zapuścić – średnio wzbogaci to Wasze życie intelektualne, ale również nie poczujecie się zubożeni. Idealny film do obejrzenia i zapomnienia. Łukasz Grzegorzek jest dopiero na początku budowania własnej legendy, więc miejmy nadzieję, że jego kolejne produkcje będą znacznie lepsze – solidność już prawie osiągnął.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 5/10.

sobota, 5 sierpnia 2017

"T2: Trainspotting" (2017)



Choose your future, Veronika. Choose life.

Zawsze bardzo sceptycznie podchodzę do kręcenia sequeli czy też prequeli bardzo udanych filmów, a w szczególności, jeżeli ma to miejsce dwie dekady po premierze oryginału. Bez przesady mogę stwierdzić, że "Trainspotting" to z pewnością jeden z najważniejszych filmów mojego życia. Jeżeli niektórzy z Was na parnasie narkotykowego kina stawiają "Requium dla snu" to ja na 150% wybiorę jednak legendarną produkcję Danny’ego Boyle’a z 1996 roku. Chociaż moje doświadczenia z narkotykami nie są może zbyt bogate, jak choćby w kontekście bohaterów "Fear and Loathing in Las Vegas" (niemniej umiłowanie alkoholu przekracza czasem dopuszczalne granice), to miałem znajomych, którzy z większą lub mniejszą częstotliwością oddawali się heroinowemu nałogowi i to z kompletnie różnych (w większości przypadków najczęściej kretyńskich) przyczyn. Zatem z powodu znajomości zagadnienia od wczesnego liceum "Trainspotting" zawsze miał dla mnie, oprócz swej niepodważalnej doskonałości, wysoce emocjonalne podłoże. Dlatego też, o wiele bardziej niż zwykle, obawiałem się końcowego efektu sequela Danny’ego Boyle’a.
żródło: http://www.impawards.com
Od wydarzeń przedstawionych w pierwszej części minęły dwie dekady. Po kompletnie nieoczekiwanej zapaści Renton (Ewan McGregor), postanawia przyjechać na kilka dni do rodzinnego Edynburga. Wracając na stare śmieci nie spodziewa się, że niemal natychmiast po powrocie przyjdzie mu uratować dawnego kumpla heroinistę Spuda (Ewen Bremner), który z rozpaczy postanowił wreszcie zakończyć swoją marną egzystencję. Całkowicie nieoczekiwana sytuacja prowadzi do spotkania z kolejnym kolegą z dawnych czasów. Sick Boy (Jonny Lee Miller) wraz z piękną Veroniką (Anjela Nedyalkova) zajmujący się szantażami ma w planach otworzenie epickiego burdelu, który przyniesie mu miliony monet. Tymczasem z lokalnego więzienia ucieka czwarty kompanion – w dalszym ciągu po upływie dwudziestu lat  żądny zemsty bezwzględny i nie do końca zrównoważony psychicznie Begbie (Robert Carlyle).
© 2017 TriStar Pictures, Inc.
Muszę przyznać, że moje obawy dotyczące poziomu drugiej części "Trainspotting" rozwiały się w ciągu kilku pierwszych minut seansu. Oczywiście nie mogę zaprzeczyć, że sequel nie ma aż takiego ciężaru gatunkowego jak oryginał, ale niesie w sobie potężne pokłady gorzkiego rozczarowania obecną egzystencją naszych bohaterów oraz ich niespełnionych marzeń (coś jak Umowa o dzieło Taco Hemingwaya). Film Danny’ego Boyle’a ogląda się po prostu znakomicie, akcja bardzo szybko posuwa się do przodu, niemniej nie zabrakło sentymentalnych wstawek nawiązujących do pierwowzoru. W zasadzie największym nawiązaniem jest chyba główna oś fabuły i śmiało można to potraktować jako sporą wadę, ponieważ znając oryginał bardzo łatwo jest przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń. Niemniej w tym przypadku ma to znaczenie kompletnie drugorzędne z uwagi na powrót starych, znakomitych postaci oraz narkotykowego półświatka Edynburga. Renton wygłasza kolejny znakomity monolog pod tytułem Choose Life, sporo rozmawia się o zamierzchłych czasach futbolowej chwały, a jawnie antykatolicki występ wokalny w lojalistycznym klubie to już prawdziwa maestria (dla takich właśnie scen się żyje)! Tak naprawdę oglądając "Trainspottig 2" ma się wrażenie, że świat poszedł do przodu, a chłopacy dalej są tacy, jak dwie dekady wcześniej.
© 2017 TriStar Pictures, Inc.
"Trainspotting 2" to swoiste skonfrontowanie pocztówkowego piękna Edynburga (jak choćby w scenie biegania Rentona i Spuda) i Szkocji z dzielnicami nędzy, gdzie narkotyki i ciężkie wpierdole są na porządku dziennym, a wszystkim rządzą silnoręcy gangsterzy pokroju Doyle’a (Bradley Welsh). Oczywiście z powodu przestępczej natury naszych bohaterów, zdecydowaną większość seansu spędzamy w miejscach, których nie zwiedzają normalni turyści. Tego rodzaju depresyjne klimaty mogą naprawdę przytłoczyć, ale nie ukrywajmy – w niemal każdym mieście można znaleźć takie miejscówki (przykładowo w CK zapraszam na ulicę Młodą 4, który idealnie nadaje się na nakręcenie polskiej wersji "Trainspotting" albo nawet "Dredda"). Warto zwrócić uwagę na sprawność realizacyjną Danny’ego Boyle’a. Akcja wartko posuwa się do przodu, czasem przy wykorzystaniu dosyć nietypowych ujęć czy rozwiązań technicznych. Jeśli dodamy do tego także znakomitą ścieżkę dźwiękową to otrzymamy kompletne dzieło na wysokim poziomie.
© 2017 TriStar Pictures, Inc.
Niepodważalną zaletę "Trainspotting 2" stanowi zebranie starej ekipy aktorskiej z oryginału. Wracający do roli Rentona Ewan McGregor rozkręca się z każdą minutą, wspaniale oddając na ekranie psychikę swojego bohatera. Po stonowanym początku (może się przecież wydać, że Mark ustabilizował swoje życie w Amsterdamie) dostajemy bowiem wszystko to, co w Rentonie kochamy najbardziej. I na dodatek ten błysk kompletnej nieprzewidywalności w oku! Jonny Lee Miller również znakomicie ożywił postać Sick Boya, choć tym razem Simon to zdecydowanie bardziej zawzięty i nastawiony na aspekty finansowe skurwiel. W wielkim stylu powrócił również Robert Carlyle, który wcielił się we Franco tak doskonale jak w pierwowzorze. Niemniej udało mu się również realistycznie oddać pewną i dosyć nieoczekiwaną przemianę psychiczną Begbie’ego. Na oklaski zasłużył również znakomity Ewen Bremner za niedocenianą przeze mnie w oryginale, acz poruszającą rolę Spuda. Bagaż emocji, który niesie ten występ jest po prostu imponujący. W kwestii ról kobiecych warto zwrócić uwagę na fajną kreację Anjeli Nedyalkovej, wcielającej się w Weronikę. Całkiem młodzieżowo zaprezentowała się również gwiazda "Boardwalk Empire", dorosła już Kelly Macdonald (Diane).
© 2017 TriStar Pictures, Inc.
Seans "Trainspotting 2" to jak powrót po latach na rodzinne osiedle, spotkanie dawno nie widzianych ziomków i bezwzględne chłostanie z nimi wódy na ławce pod blokiem. Czasem zabawnie, czasem gorzko, ale przede wszystkim nostalgiczne wspominanie starych czasów. Jeżeli mam oglądać sequele na poziomie produkcji Danny’ego Boyle’a to jestem na tak!
© 2017 TriStar Pictures, Inc.
Ocena: mocarne 7/10.

sobota, 29 lipca 2017

"Paterson" (2016)


Sometimes an empty page presents more possibilities.

Muszę szczerze przyznać, że w ostatnich miesiącach zdecydowanie zaniedbałem działalność blogerską. Z powodu wzmożonego korzystania z krakowskiego roweru miejskiego Wavelo (wieczorne przejażdżki najlepsze na stres i złe samopoczucie) jakoś nie miałem nastroju ani sił witalnych by zmusić się do pisania. Swoją drogą w ostatnim okresie niewiele filmów, których wcześniej już nie widziałem, miałem okazję obejrzeć. Niemniej z wytęsknieniem, niczym The Doors na słońce, oczekiwałem na kolejną edycję Letniego Taniego Kinobrania w Kinie pod Baranami. I gdy wreszcie w me dłonie dostał się tegoroczny rozkład jazdy poczułem naprawdę spore uczucie zawodu. Po pierwsze chodzi o repertuar – część filmów wydaje się być przyspawana do kolejnych edycji jak Kult albo Coma do krakowskich Juwenaliów. Po drugie pory niektórych seansów to dla człowieka pracującego prawdziwy koszmar (14 albo 15 w dzień roboczy? – bitch, please!). Ale na szczęście mamy przecież w Krakowie Ars, który również oferuje wakacyjną, filmową rozrywkę! I właśnie w tymże przybytku miałem okazję obejrzeć "Patersona" w reżyserii jednego z najoryginalniejszych twórców współczesnej kinematografii – Jima Jarsmuscha (zapraszam do recenzji jednej z jego znakomitych produkcji – "Only Lovers Left Alive").
źródło: http://www.impawards.com
Paterson (Adam Driver) to całkowicie zwyczajny kierowca miejskiego autobusu w niewielkim mieście Paterson w New Jersey (zaledwie niecałe 150 tysięcy mieszkańców). Egzystencja naszego bohatera to typowa proza życia: wczesna pobudka, praca, lunch nad lokalnym, acz urokliwym wodospadem, praca, obiadokolacja z żoną Laurą (Golshifteh Farahani) oraz wyjście z psem Marvinem do miejscowego, niezwykle klimatycznego baru, prowadzonego przez Doca (Barry Shabaka Henley). I w zasadzie byłaby to egzystencja jakich miliony na całym świecie, gdyby nie okazało się, że Paterson jest zapalonym poetą, wzorującym się m.in. na poezji Williama Carlosa Williamsa.
źródło: http://www.bleeckerstreetmedia.com/paterson
Jeśli znacie i lubicie styl nieśpiesznej narracji oraz dziwnych spotkań czy niebanalnych rozmów charakterystycznych dla Jima Jarmusha nie będziecie zawiedzeni. Pod tym względem "Paterson" wprost idealnie wpisuje się w dotychczasową twórczość amerykańskiego reżysera. Jednakże tym razem specyficzny klimat został niemalże zdominowany przez najzwyklejszą w świecie prozę życia kierowcy miejskiego autobusu. Nie oczekujecie zatem spektakularnych wydarzeń czy też nieoczekiwanych zwrotów akcji, a raczej obiadowych konwersacji, zepsucia się autobusu czy dosyć nieudolnie żenującej próby samobójczej. Paterson prowadzi bowiem do bólu przewidywalny żywot, od którego jedyną odskocznią jest poezja inspirowana nawet najbardziej banalnymi tematami czy przedmiotami (jak choćby wiersz, dla którego natchnienie stanowi pudełko zapałek). Warto zwrócić uwagę na osoby, które na swojej drodze spotyka kierowca miejskiego autobusu, gdyż każda z nich wnosi coś ciekawego do jego egzystencji. I nie ma znaczenia czy jest to raper ćwiczący teksty w pralni (ale za to jaki - Method Man z Wu Tang Clanu), mała dziewczynka-poetka czy zakochany w poezji Williama Carlosa Williamsa Japończyk. Nawet banalne konwersacje, prowadzone przez pasażerów miejskiego autobusu (mój faworyt to rozmowa o wyrywaniu lasek, chociaż rozmowa licealistów o anarchii też ma swoje uroki), idealnie wpisują się w klimat filmu.
źródło: http://www.bleeckerstreetmedia.com/paterson
A jakiż jest to klimat? Proste, nieskomplikowane życie naszego bohatera wyróżnia się jedynie głębokimi pokładami poezji zalegającymi w duszy Patersona. Niezwykle oryginalne wiersze, w większości autorstwa amerykańskiego poety Rona Padgetta, doskonale uzupełniają ekranowe wydarzenia, zważywszy, że oprócz deklamacji podano je w formie odręcznego pisma na ekranie. Na pozór banalny, niemniej świetnie sprawdzający się zabieg, podkreślający liryczną stronę filmu. Jako wielką zaletę należy również potraktować znakomite zdjęcia przedstawiające tytułowe miasto w New Jersey – ze szczególnym uwzględnieniem niezwykle urokliwego wodospadu. Wyjątkowo klimatycznie na ekranie wypadł również bar prowadzony przez Doca. Takich miejsc, w których barman zna prawie wszystkich klientów (nie mówimy oczywiście o mordowniach w stylu Baru po schodkach w Krakowie czy U Ryśka w Cieszynie), a zasiada się przy lśniącym kontuarze, pozostało naprawdę niewiele. Od upadku Rotundy tęsknota za siedzeniem przy barze wzrosła niepomiernie, niemniej ten etap wydaje się być już zamknięty. Przedstawiony w filmie lokal cechuje się również znakomitą, jazzową muzyką, więc moja zazdrość tym większa. Płynnie przechodząc w klimaty muzyczne stwierdzam, że ścieżka dźwiękowa została bardzo dobrze dopasowana do filmowych wydarzeń i fajnie uzupełnia się z liryczną warstwą "Patersona".
źródło: http://www.bleeckerstreetmedia.com/paterson
Dotychczasowe występy Adama Drivera raczej mnie wkurwiały niż zadowalały (vide "The Force Awakens" czy "Silence"). Niemniej, wcielając się w zwyczajnego Patersona wreszcie zdobył moje uznanie. Driver wydaje się być po prostu stworzony do tej roli – jego dobroć oraz naturalna wręcz obojętność na scenariuszowe wydarzenia wypada po prostu znakomicie. Świetna rola i mam nadzieję, że aktor na tym nie poprzestanie. Bardzo fajnie wypadła także towarzyska życia naszego bohatera, w którą zagrała Golshifteh Farahani. Urodzona w Teheranie aktorka znakomicie wcieliła się w pełną niekonwencjonalnych pomysłów Laurę. Jako męska, szowinistyczna świnia nie mogę także pominąć walorów jej urody – Iranka prezentuje się na ekranie olśniewająco. Na drugim planie również nie uświadczyłem lipy. Barry Shabaka Heleny znakomicie wypadł w roli Doca, warto również pochwalić Chasten Harmon (Marie) oraz Williama Jacksona Harpera (Everest) za realistycznie zagranie burzliwego finału związku. Ciekawie zaprezentował się także Masatoshi Nagase, wcielający się w japońskiego poetę zafascynowanego twórczością Williama Carlosa Williamsa.
źródło: http://www.bleeckerstreetmedia.com/paterson
"Paterson" zdecydowanie nie jest kinem dla każdego kinomana. Powolna, nieśpieszna narracja z pewnością zniechęci mało doświadczonych adeptów filmowej sztuki. Po prostu jest to produkcja przeznaczona dla osób, które w codziennej egzystencji poszukują czegoś więcej niż zwyczajnej, powszedniej prozy życia. Film Jarmusha udowadnia bowiem, że nawet najzwyklejszy żywot może dawać inspirację do lirycznych, niebanalnych uniesień i stawiania sobie pomnika trwalszego niż ze spiżu.
źródło: http://www.bleeckerstreetmedia.com/paterson
Ocena: 8/10.