sobota, 29 kwietnia 2017

"The Girl on the Train" (2016)



Anything is possible, because I am not the girl I used to be.

Dzisiaj na warsztacie wylądował "The Girl on the Train", w Polszy znany pod zwięzłym i tym razem niezwykle trafnym tłumaczeniem "Dziewczyna z pociągu". Skąd pomysł na akurat tego rodzaju kino? Otóż nie będę ukrywał, że stoją za tym jakieś głębokie motywacje czy inne pierdoły. Po prostu darzę Emily Blunt sporą estymą, więc nie mógłbym sobie odpuścić produkcji, w której gra pierwsze skrzypce. Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie czytałem książkowego pierwowzoru autorstwa Pauli Hawkins, toteż w niniejszej recenzji nie znajdziecie różnić między powieścią a jej ekranizacją. Przyznam jednakże, iż całkiem niedawno miałem okazję potrzymać w rękach debiut brytyjskiej pisarki (oczywiście wydanie filmowe – hajs się musi zgadzać) i wszystko byłoby w porządku, gdybym nie spojrzał na tył okładki. Dawno nie uświadczyłem takiego natężenia miałkich sloganów reklamowych i kompletnie nieistotnych statystyk (zapewne zmanipulowanych), które miałyby zachęcić do przeczytania tego dzieła. Zaiste, raczej zniesmaczony niż zachęcony, przystąpiłem zatem do seansu.
źródło: http://www.impawards.com
"The Girl on the Train" przedstawia historię Rachel (Emily Blunt), która jakiś czas temu przeżyła burzliwy rozwód. Każdego dnia kobieta dojeżdża do pracy w Nowym Jorku tytułowym podmiejskim pociągiem, poświęcając podróż na wnikliwą obserwację doskonale znanego jej otoczenia. Mijając po drodze swój dawny dom, Rachel skupia się na byłych sąsiadach, których zaczyna uważać za wprost idealne małżeństwo (w przeciwieństwie do swojego nieudanego związku). Od czasu do czasu lubi również sięgnąć po gorzałkę i katować swojego byłego męża pijackimi smsami oraz bełkotliwymi rozmowami telefonicznymi o niczym. Niemniej, gdy pewnego dnia Rachel całkowicie przypadkowo odkrywa, że związek Megan (Haley Bennett) oraz Scotta (Luke Evans) nie jest aż tak doskonały, popada w niezbezpieczną obsesję.
© 2017 Universal Pictures Home Entertainment
Zważając na dosyć średnie oceny "Dziewczyny z pociągu" oraz opinie moich znajomych nie miałem zbyt wielkich oczekiwań co do poziomu produkcji wyreżyserowanej przez Tate’a Taylora (nie miałem wcześniej przyjemności obcować z jego twórczością). I jak w wielu dotychczasowych przypadkach nie zawiodłem się wcale w tej kwestii, a co więcej mogę nawet napisać, że moje prognozy sprawdziły się w 100%. Na pierwszy rzut oka może się jednak wydawać, że "The Girl on the Train" jest ciekawym, wciągającym filmem. Z pewnością jest to efekt wprowadzenia do fabuły kilku linii czasowych, przeplatanych licznymi retrospekcjami oraz aktualnymi wydarzeniami. Gdyby zaprezentować tę historię w sposób linearny straciłaby naprawdę sporo ze swego potencjalnego uroku. Wszystko wygląda zatem tajemniczo, fabuła się rozwija odkrywając nowe wątki i trzymając widza w ciągłym napięciu. Niemniej, jak w wielu innych produkcjach, im bliżej końca, tym łatwiej przewidywać kolejne wydarzenia, a także głowić się na bezsensownymi zachowaniami bohaterów lub brakiem wystarczającego uzasadnienia ich motywacji. Swoją drogą, jak na film o alkoholiczce, to przekaz jest dosyć kontrowersyjny: alkohol jest w sumie spoko, a wszystkie złe rzeczy, które po nim robicie wkręcają wam wasi znajomi. Super przesłanie! To lubię!
© 2017 Universal Pictures Home Entertainment
Oczywiście jeżeli film ma budżet w wysokości 45 milionów USD to musi wyglądać dobrze (no chyba, że jest kręcony w Polsce i w ramach finansowego przekrętu spłonęły dekoracje). Pod względem wizualnym trudno się czepiać –w tym aspekcie "Dziewczyna z pociągu" to naprawdę solidna, rzemieślnicza robota (przy czym jednocześnie pozbawiona błysku). Ścieżka dźwiękowa była tak doskonała, że nie potrafię sobie przypomnieć kompletnie żadnego utworu. Wracając na chwilę do rozwiązań fabularnych to mam świadomość, że alkoholizm jest poważnym problemem społecznym, ale tak jak pisałem pod koniec poprzedniego akapitu bardzo łatwo można odnieść wręcz przeciwne wrażenie po seansie (w szczególności, jeżeli dysponujecie dosyć nietypowym poczuciem humoru). Niemniej śledztwo prowadzone przez wiecznie najebaną Rachel ma takie znamiona realizmu jak dowolna produkcja TVN kręcona w Warszawie. Swoją drogą przedstawianie na ekranie ochlejstwa naszej bohaterki wygląda momentami naprawdę komicznie i można nawet zatęsknić za naturalizmem Wojciecha Smarzowskiego z "Pod Mocnym Aniołem".
© 2017 Universal Pictures Home Entertainment
W kwestii aktorstwa spodziewałem się, że Emily Blunt totalnie zawłaszczy film. Niestety, chociaż na ekranie przebywa bardzo często, to jednak Rachel w jej wykonaniu momentami wygląda naprawdę niepoważnie (sceny największego ochleju), a dodatkowo wypada dosyć nieatrakcyjnie (co jest akurat zrozumiałe w kontekście alkoholizmu bohaterki – polecam scenę ze szminką w pociągu). Emily powinna przyjechać do Polski na warsztaty albo chociaż obejrzeć występ Roberta Więckiewicza w "Pod Mocnym Aniołem", ponieważ wygląda na to, że niewiele wie o skutkach nadmiernego spożycia. Jednak na usprawiedliwienie wysiłków aktorki należy dodać, że w trakcie kręcenia filmu była w ciąży, więc nie mogła na bieżąco wzbogacać swojego warsztatu o nowe doświadczenia. Całkowicie nieoczekiwanie największym pozytywnym doświadczeniem z "Dziewczyny z pociągu" okazał się występ Haley Bennett, której wdzięki sławiłem już przy okazji "Hardcore Henry". Kolejna fajna rola, która zapisała się w mojej pamięci – mam nadzieję, że to dopiero początek pięknej kariery. O występie Rebecki Ferguson (Anna) mogę napisać tyle, że dobrze wcieliła się w troskliwą matkę i zazdrosną żonę. Z kolei Luke Evans wygląda jakby warsztat aktorski czerpał z najbardziej epickiego momentu walki z permanentnym zatwardzeniem Clive’a Owena. Justin Theroux (Tom) dostał rolę tak odrażającego pod każdym względem typa, że postanowił zagrać ją kompletnie nijako i totalnie sztampowo.
© 2017 Universal Pictures Home Entertainment
"Dziewczyna z pociągu" nie stanowi dla mnie rozczarowania, ponieważ nie spodziewałem się praktycznie niczego wielkiego po tym filmie. Szczerze powiedziawszy trudno dostrzec tutaj nawet krzty zmarnowanego potencjału na naprawdę dobre kino. Książkowy oryginał po seansie wydaje się być kompletnie odpychający, więc raczej nie przekonam się na ile sprawę spierdolił Tate Taylor a na ile wina leży po stronie Pauli Hawkins. Szkoda czasu na takie czytadła, gdy każdego dnia można odkrywać wspaniałych pisarzy (obecnie trwa moja fascynacja Phillipem Rothem).
© 2017 Universal Pictures Home Entertainment
Ocena: 4/10.

środa, 26 kwietnia 2017

"Rogue One"



We have hope. Rebellions are built on hope!

Z perspektywy czasu bardzo żałuję, że nie wybrałem się na "Rogue One" do kina. Muszę jednak przyznać szczerze, iż oprócz zniechęcającego polskiego tytułu ("Łotr 1" – no kurwa, jak to brzmi!) potraktowałem produkcję wyreżyserowaną przez Garetha Edwardsa (m.in. "Godzilla" z 2014 roku) jako jawny przejaw wcielania w życie szczytnej idei hajs się musi zgadzać. Projekt skupiający się na pobocznych historiach z uniwersum "Star Wars" wydawał mi się po prostu wręcz ordynarnym odcinaniem kuponów przy okazji powstawania nowej trylogii (w sumie dziwię się, że Peter Jackson przy okazji "Hobbita" nie podreperował dodatkowo swojej pokaźniej już sakwy). Niemniej mimo wszystko "Łotr 1" zalicza się do kanonu "Gwiezdnych Wojen" w związku z czym nie mogłem przejść obojętnie obok tej produkcji, mimo początkowych oporów. Po jakimś czasie udało mi się wreszcie dojrzeć do decyzji obejrzenia filmu i szczerze powiedziawszy nawet cieszyłem się na powrót do tego epickiego uniwersum.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Większa część akcji "Rogue One" rozgrywa się tuż przed pierwszą częścią oryginalnej trylogii, czyli "A New Hope". W prologu, osadzonym kilkanaście lat wcześniej, poznajemy młodziutką Jyn Erso. Na oczach dziewczynki zostaje zamordowana matka, a ojciec Galen (Mads Mikkelsen), utalentowany naukowiec i konstruktor, zostaje porwany przez żądnego chwały i władzy, bezwzględnego imperialnego urzędnika Krennica (Ben Mendelsohn). Pozostawione na pastwę losu dziecko ratuje i wychowuje rebeliancki ekstremista Saw Gerrera (Forest Whitaker). Kilkanaście lat później dorosła Jyn (Felicity Jones) zostaje odbita z imperialnej niewoli przez kapitana Cassiana Andora (Diego Luna). Jednakże ratunek nie ma altruistycznego podłoża: rebelianccy dowódcy uważają, że dziewczyna jest kluczem do nawiązania kontaktu z Saw Gerrerą, który, jak się mówi na mieście, znalazł się w posiadaniu informacji o kluczowym znaczeniu dla całej galaktyki.
TM & © Lucasfilm Ltd.
W przeciwieństwie do pozostałych filmów zaliczanych do kanonu "Rogue One" nie epatuje ideą wszechwładnej Mocy, przenikającej życie całej galaktyki. I to w zasadzie mogę uznać za pierwsze z dwóch największych zaskoczeń w produkcji Garetha Edwardsa. Oczywiście Moc pojawia się na ekranie (część akcji rozgrywa się w świętym mieście Jedha, a jeden z bohaterów drugoplanowych wydaje się posiadać inklinacje do bycia prawie Jedi), aczkolwiek niemal do samego końca nie odgrywa istotniejszej roli, stanowiąc jedynie tło. Ograniczenie roli potężnej, tajemniczej siły do drugiego planu daje moim zdaniem całkowicie nowe spojrzenie na całe uniwersum. Pod względem fabularnym "Łotr 1" skupia się tzw. prozie życia żołnierzy Rebelii i jest to prawdziwe kino wojenne, którego mocno brakowało mi dotychczas w "Gwiezdnych Wojnach". Film dobitnie pokazuje ile trudu, cierpienia oraz istnień ludzkich humanoidalnych kosztowało zdobycie planów legendarnej Gwiazdy Śmierci. I chociaż kategoria PG-13 ma wyraźne ograniczenia to jednak zabijanie bezbronnych ludzi czy dobijanie rannych przez pozytywnych bohaterów nie zdarza się każdego dnia. Wojna przedstawiona na ekranie wygląda dosyć realistycznie: łatwo odnaleźć nawiązania do walki z islamskimi ekstremistami na ulicach Iraku czy Afganistanu (Jedha) czy też wspomnienia krwawych jatek w Wietnamie (bitwa w dżungli na powierzchni Scarif). W sumie to w scena, w której Saw Gerrera ratuje małoletnią Jyn strasznie kojarzy mi się z "Terminatorem" (zabrakło tylko tekstu: Come with me if you want to live).
TM & © Lucasfilm Ltd.
Oczywiście "Rogue One" nie jest pozbawiony w tym względzie mankamentów typowych dla współczesnego epickiego kina (przykładowo: ratunek w ostatniej chwili czy pełne patosu monologi wygłaszane tuż przed zgonem), ale jedna rzecz pozwala zapomnieć o wszystkich wadach. I w tym miejscu przejdę właśnie do drugiego, największego zaskoczenia. Otóż końcowe sceny filmu rozgrywające się na plaży to dla mnie całkowita niespodzianka. Nigdy nie spodziewałbym się, że Disney pozwoli na coś takiego! Swoją drogą, jeżeli miałbym wskazać na scenę, która może pretendować do miana kultowej to finalny rampage Darth Vadera to oczywisty wybór. Warto również docenić zróżnicowane spojrzenie zarówno na rebelię, jak i Imperium. Rebelianci nie stanowią monolitu, prezentując w obliczu zagrożenia różne postawy i tocząc przeważnie bezowocne spory. Niezwykle interesująca w tym kontekście wydaje się być postać Saw Gerrery, wzorowana oczywiście na znanym argentyńskim lewicowym rewolucjoniście. Bezwzględny i nieustępliwy bohater, który poświęcił życie dla walki z Imperium, otrzymał od Rebelii łatkę nieobliczalnego ekstremisty. Tymczasem w imperialnych strukturach władzy rysuje się wyraźny konflikt pomiędzy ambitnym i żądnym uznania Imperatora Krennickiem a gubernatorem Tarkinem wspieranym przez Darth Vadera (przypomina to trochę relacje w Najwyższym Porządku z "The Force Awakens"). Warto także wspomnieć o monstrualnej wprost liczbie tzw. easter eggs – nie mam oczywiście ambicji ani wiedzy, aby wychwycić wszystkie nawiązania.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Pod względem wizualnym "Rogue One" po prostu onieśmiela swoją doskonałością. I chociaż doskonale zadaję sobie sprawę, że to CGI to nie sposób nie docenić piękna filmu. Poszczególne, znacznie różniące się od siebie krajobrazem lokacje, wyglądają wręcz doskonale. Co jeszcze ważniejsze do tych pięknych plenerów dopasowano znakomitą, poruszającą ścieżkę dźwiękową. I warto zauważyć, że za muzykę nie odpowiada tym razem legendarny John Williams, a Michael Giacchino, który w bardzo krótkim czasie wykonał genialną robotę. Wracając do efektów specjalnych zdecydowanie należy podkreślić maestrię Industrial Light & Magic. Statki kosmiczne, sekwencje bitew toczonych w kosmosie czy wygląd poszczególnych lokacji, których w sumie niemało, to wzorowo wykonana praca. Do tego wszystkiego warto zwrócić uwagę na niebywały zabieg wskrzeszenia postaci z uniwersum "Star Wars". Moim zdaniem zarówno Grand Moff Tarkin (który w Polszy doczekał się nawet pieśni autorstwa Kazika sławiącej jego czyny – Komandor Tarkin), jak i młodziutka księżniczka Leia, prezentują się na ekranie świetnie (choć oczywiście nie aż tak doskonale jak Peter Cushing oraz Carrie Fisher we własnej osobie). Warto także docenić wprowadzenie kolejnego znakomitego, tym razem trochę defetystycznego, robota. K-2SO robi znakomitą robotę.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Pod względem aktorstwa ciężko uświadczyć lipę, chociaż przez film przewija się postaci bez liku. Z pewnością zaobserwowałem, że Jyn Erso, w którą wcieliła się Felicity Jones, wydaje się być dla mnie o wiele bardziej interesującą, a przede wszystkich lepiej zagraną postacią niż Rey z "Przebudzenia Mocy". Ciekawe zaprezentował się na ekranie Diego Luna, grający Cassiana Andora. Między parą głównych bohaterów czuć prawdziwą ekranową chemię i bardzo fajnie, że ich relacja nie jest od początku usłana różami. Znakomicie wypada także imperialny urzędnik Krennic, którego bezbłędnie zagrał Ben Mendelsohn (świetne sceny z Tarkinem i Vaderem). Z ról drugoplanowych na pewno warto wyróżnić Madsa Mikkelsena (Galen Erso) oraz Foresta Whitakera w przejmującej roli Saw Gerrery. Oglądając "Rogue One" można odnieść wrażenie, że każdy z aktorów, pojawiając się choćby w najkrótszym epizodzie, postanowił dać z siebie wszystko i zagrać na 100%.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Czego mi zatem najbardziej brakuje w "Rogue One"? Otóż, gdyby twórcy mieli jeszcze większe jaja ze stali, ba a może nawet z kryptonitu, i zdecydowali nakręcić film wojenny w kategorii R bez tego całego szajsu typowego dla blockbusterów to poziom starej trylogii byłby naprawdę na wyciągnięcie ręki. Niemniej i tak jestem ogromnie zadowolony z końcowego efektu i mam nadzieję, że w kolejnych historiach będzie coraz lepiej i lepiej. Polecam gorąco sprawdzić trochę inne spojrzenie na uniwersum "Gwiezdnych Wojen".
TM & © Lucasfilm Ltd.
Ocena: mocarne jak bice Vin Diesela 8/10.

środa, 12 kwietnia 2017

"Passengers"



If you live an ordinary life, all you'll have are ordinary stories.

Nie mogę ukrywać, że filmy science fiction chłonę jak beje Amarenę albo denaturat filtrowany przez bułeczkę. Nie może zatem dziwić, że cieszyłem się szczerze na seans "Passengers", chociaż recenzje były może niezbyt zachęcające. Na pewno zaletą, nawet pomimo pewnego spadku sympatii po słynnym skandalu z wyciekiem nagich fotek, wydawała się być obecność Jennifer Lawrence. Ponadto film otrzymał dwie nominacje do tegorocznych Oscarów (najlepsza muzyka oraz scenografia), w związku z czym idealnie wpisywał się w cykl recenzji związanych z nagrodami Akademii. Jednakże z drugiej strony moje dotychczasowe spotkania z twórczością norweskiego reżysera ograniczają się jedynie do "The Imitation Game", które wspominam raczej słabo, więc miałem poważne obawy co do produkcji Mortena Tylduma.
źrodło: http://www.impawards.com
W nieokreślonej bliżej przyszłości, w której moda nie poszła wcale do przodu, ludzkość sięgnęła wreszcie gwiazd i rozpoczęła kolonizację nowych światów. Homestead Corporation umożliwia ludziom odbycie międzygwiezdnej podróży oraz rozpoczęcie nowego życia wśród odległych układów planetarnych. Akcja filmu rozgrywa się na statku kosmicznym Avalon zmierzającym do nowej koloni, nazwanej niezwykle oryginalnie Homestead II. W założeniach podróż miała potrwać, aż 120 lat, więc wyobraźcie sobie zaskoczenie nagle wybudzonego z hibernacji Jima Prestona (Chris Pratt), kiedy dowiaduje się, że został przywrócony do życia o 90 lat za wcześnie. Po wyczerpaniu wszystkich opcji powrotu do poprzedniego stanu nasz bohater staje przed widmem spędzenia reszty życia mając za jedynego towarzysza androida-barmana Arthura (Michael Sheen) oraz hektolitry darmowego alkoholu.
© 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.
Od pierwszych chwil widać, że "Passengers" reprezentują wizję idealnej, wesołej przyszłości, w której wszystko poszło dobrze, a ludzkość rozwija się permanentnie. Już sam design statku kosmicznego wskazuje na ten właśnie trend – to zdecydowanie bardziej "Star Trek" niż "Battlestar Galactica". Ogromne korytarze, bezużyteczne, marnujące cenną przestrzeń hole, basen, bar czy restauracja przypominają raczej luksusowy statek wycieczkowy kursujący po Karaibach niż poważną, międzygwiezdną wyprawę kolonizacyjną. Korporacja Homestead jawi się raczej jako instytucja niemalże dobroczynna niż współczesna firma pragnąca za wszelką cenę zmaksymalizować zyski upychając na statku jak najwięcej zahibernowanych pasażerów oraz drogocennego ładunku. Nie przeczę, że przedstawione w filmie wnętrza zostały zaprojektowane naprawdę stylowo (bar Arthura jest naprawdę przytulny, wręcz piękny) i w pełni rozumiem decyzję Akademii o przyznaniu nominacji w tej kategorii. Niemniej moim zdaniem pod względem przydatności do podróży międzygwiezdnych Avalon nadaje się jak Grzegorz Krychowiak do PSG. Co więcej, "Pasażerowie" zaliczają się do grona filmów, w których nie przywiązuje się większej wagi do rozwiązań technologicznych – dowiadujemy jedynie, że statek ma napęd jonowy, a naprawa reaktora ogranicza się do otworzenia drzwi (serio!).
© 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.
"Pasażerowie" stawiają przed widzem w zasadzie tylko jeden bardzo poważny dylemat moralny, który de facto szybko znika. Niemniej, gdyby reżyser i scenarzysta mieli jaja ze stali i postanowili utrzymać swoje dzieło w zdecydowanie poważniejszej tonacji to byłbym o wiele bardziej zadowolony. Poszczególne segmenty filmu kompletnie do siebie nie przystają, a im bliżej końca tym większe są podobieństwa do typowego science fiction, w którym coś się zepsuło i trzeba to szybko naprawić. A jak doskonale wiadomo, niektóre naprawy wymagają ogromnych poświęceń – finał kojarzy mi się niestety z najgorszymi motywami z "Grawitacji". Ale żeby nie hejtować nadmiernie "Passengers" muszę przyznać szczerze, że pod względem realizacyjnym filmowi nie można niczego zarzucić. Dodatkowo scena, w której Jim odbywa swój pierwszy spacer w przestrzeni kosmicznej, wypada naprawdę znakomicie i poważnie (przez co nie pasuje do reszty filmu). Warto również zwrócić uwagę na kilka nieoczywistych nawiązań: bar na Avalonie został niemalże wyjęty rodem z "Lśnienia", nazwa statku oraz imię barmana nawiązujące do mitu arturiańskiego czy też tabletki rodem z "Matrixa".
© 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.
Zastanawiałem się przez dłuższą chwilę dlaczego u boku Jennifer Lawrence po raz kolejny nie pojawił się Bradley Cooper, ale doszedłem do wniosku, że dzięki udziałowi w "Strażnikach galaktyki" Chris Pratt o wiele bardziej kojarzy się widowni z kosmosem. Aktor nieźle sprawdził się w roli Jima Prestona – jest przejmujący kiedy trzeba i zabawny, gdy wymaga tego sytuacja. Jennifer Lawrence również nie zawodzi, aczkolwiek z drugiej strony trochę słabo pasuje mi do roli intelektualistki. Niemniej muszę z przykrością przyznać, że scenariusz nie wykorzystuje ogromnego potencjału, jaki stwarza obecność dwójki tak popularnych aktorów i im bliżej końca filmu, tym gorsze rzeczy mają do zagrania. W zasadzie jedyną osobą z obsady, do której występu nie mam kompletnie żadnych zastrzeżeń, jest Michael Sheen. Pod wieloma względami rola czarującego, zawsze kulturalnego, acz nie pozbawionego złośliwości androida-barmana Arthura wydaje mi się po prostu wybitna i moim zdaniem stanowi największą zaletę filmu. Niestety Laurence Fishburne (Gus), pojawiający się w bezsensownym epizodzie, nie ma praktycznie nic do zagrania i w zasadzie jestem bardzo zdziwiony, że do filmu nie zaangażowano w jego miejsce Seana Beana.
© 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.
Niestety "Passenger" to kolejny przykład głupawego kierunku, w którym zdaje się podążać współczesne science fiction. Nie jest może aż tak kretyńsko jak w "Grawitacji", ale tak naprawdę końcowy akt "Pasażerów" zasługuje jedynie na miano dramatu wtórności. Warto zobaczyć jedynie dla świetnej roli Michaela Sheena oraz pięknego, przytulnego wystroju baru, w którym Arthur serwuje drinki.
© 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.
Ocena: 4/10.

piątek, 31 marca 2017

"A Walk Among the Tombstones"



Całkiem niedawno miałem okazję wybrać się w pożegnalną podróż do stolicy Bohemii praktycznie wycofującym się z Polski Lux Expressem (zostaje tylko połączenie do Wilna, co w sumie mnie bardzo cieszy, ponieważ chętnie wrócę nad uroczą Wilię). Czasu było w bród, więc podjąłem decyzję by zapoznać się z kinową oferta podkładową autokaru. Na moje nieszczęście większość produkcji miałem przyjemność (lub nie) już obejrzeć, więc postanowiłem postawić na niepewną kartę – współczesny film z Liamem Neesonem. Od razu przyznam szczerze, że nigdy nie byłem fanem serii "Taken", więc ryzyko zawodu było tym większe. Niemniej plakat filmu wyglądał całkiem fajnie, a tytuł "A Walk Among the Tombstones" brzmiał nawet interesująco i poważnie (szczerze powiedziawszy przez chwilę liczyłem nawet na dramat). Jak się później okazało reżyser Scott Frank nie dysponował zbyt dużym bagażem doświadczeń reżyserskich, ale był co najmniej solidnym scenarzystą (m.in. "Get Shorty" czy "Minority Report"). Tytułem wstępu warto dodać, że film oparto na powieści Lawrence’a Blocka pod takim samym tytułem (w skład cyklu wchodzi łącznie 18 książek).
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu o długim tytule (w Polszy znanym jako "Krocząc wśród cieni") rozpoczyna się w 1991 roku w Nowym Jorku. Doświadczony gliniarz-alkoholik Matt Scudder (Liam Neeson) w trakcie porannego spożywania whiskey w lokalnym barze jest świadkiem próby wymuszenia haraczu. Ponieważ nasz bohater działa raczej w stylu Harry’ego Callahana nierozważna banda Portoryków szybko kończy swój marny, przestępczy żywot. Jednakże ku mojemu ogromnemu zdziwieniu nie dane nam poznać skutków tej błyskotliwej akcji oczyszczania miasta z elementu, gdyż niespodziewanie przeskakujemy do 1999 roku. Scudder nie jest już funkcjonariuszem NYPD, a jedynie prywatnym detektywem (i to na dodatek pozbawionym licencji). Gdy lokalny ćpun Peter (Boyd Holbrook) prosi o pomoc w odnalezieniu żony swojego bardziej ogarniętego brata Kenny’ego (Dan Stevens), Matt początkowo odmawia. Jednakże nietypowe okoliczności porwania nie dają spać spokojne byłemu policjantowi.
źródło: http://www.imdb.com
"A Walk Among the Tombstones" zaczęło się naprawdę obiecująco. Scena solidnego, policyjnego rozpierdolu Portoryków przez Scuddera po kilku banieczkach wygląda bardzo realistycznie i interesująco. Ponadto moją uwagę przyciągnęła znakomita sekwencja torturowania żony Kenny’ego, wywołująca skojarzenia, nie bójmy się tego powiedzieć, z tak genialnymi filmami jak choćby "Nocturnal Animals". Niemniej, jak mówi stare kieleckie przysłowie: im dalej w film, tym więcej chujni. Wraz z rozwojem akcji pojawia się coraz więcej schematów, wtórności oraz możliwości bezbłędnego przewidzenia finału. Po pierwszych scenach łatwo dostrzec w filmie Scotta Franka ukryty potencjał na naprawdę solidny kryminał, który został kompletnie zaprzepaszczony w trakcie produkcji (a może już na etapie pisania scenariusza?). Ileż to już razy oglądałem upadłego gliniarza pokutującego za grzechy przeszłości? Swoją drogą wydaje mi się, że gdyby Scudder nie był na bani w 1991 roku, to i tak mogłoby dojść do tego tragicznego w skutkach wydarzenia. Niemniej nasz bohater szuka odkupienia w uczęszczaniu na żenujące spotkania ludzi uzależnionych od różnorakich używek oraz w nielegalnej pracy detektywistycznej. Jedyne co może zaskakiwać to ukazanie dilerów narkotykowych jako w gruncie rzeczy spoko kolesiów, którzy nie afiszują się z nadmiarem hajsu (dysonans: dilowanie spoko; picie alko niedobre).
źródło: http://www.imdb.com
Na szczęście dla starzejącego się Liama Neesona w "A Walk Among the Tombstones" nie przewidziano zbyt wielu okazji do wykazania się tężyzną fizyczną (doskonale znane pokonywanie płotu z siatki w czternastu ujęciach), chociaż sceny wpierdolu i zbierania srogiego oklepu są nad wyraz solidne. W zasadzie dosyć ciekawe wydaje się, że nie próbowano w żaden sposób uzasadnić motywacji czarnych charakterów do wyrządzania kobietom tak okrutnych czynów. Zgodnie ze scenariuszem możemy zatem przyjąć a priori, iż byli kompletnymi pojebami. Ukazane na ekranie metody pracy prywatnego detektywa są dosyć rozczarowujące, ponieważ każdy trop czy wskazówka posuwają śledztwo do przodu. Absurdalna ponad miarę wydaje się być postać Jonasa, cmentarnego ciecia, który już na pierwszy rzut oka wydaje się być srogim zwyrolem. Niemniej jeszcze bardziej poronionym pomysłem wydaje się bezdomny, czarnoskóry, małoletni pomocnik Scuddera, TJ (Astro), który nie może zbyt długo przebywać na deszczu, ponieważ umrze – serio (sic!).
źródło: http://www.imdb.com
Liam Neeson wydaje się niemal stworzony do roli smutnego alko-samotnika. Matt Scudder w jego wykonaniu wypada naprawdę świetnie i bardzo ubolewam, że twórcy nie postarali się by osadzić prywatnego bohatera w znacznie lepszym otoczeniu fabularnym. Na zdecydowany plus zaliczam również rolę Dana Stevensa wcielającego się w na pozór beznamiętnego narkotykowego dilera, który przekłada pieniądze nad życie małżonki. Zaiste, świetny występ, który w innych okolicznościach mógłby przynieść aktorowi o wiele więcej korzyści. Pozostałe role są natomiast tak miałkie, że ledwie zasługują, żeby o nich wspomnieć. Z postaci drugoplanowych warto by wyróżnić Boyda Holbrooke’a za dosyć przekonującą kreację narkomana, ale resztę obsady w zasadzie można pominąć milczeniem.
źródło: http://www.imdb.com
"A Walk Among the Tombstones" to kolejny przykład filmu, który niósł ze sobą spory potencjał na sukces. Niestety liczy, wtórny scenariusz oraz mało przekonujące występy drugoplanowe (TJ!!!) dopełniły dzieła zniszczenia. Pozycja obowiązkowa wyłącznie dla najbardziej hardcore’owych fanów Liama Neesona.
źródło: http://www.imdb.com
Ocean: 4/10.

niedziela, 19 marca 2017

"Manchester by the Sea"



No. No. You don't understand, there's nothing... there's nothing there. There's nothing there.

Dzisiaj na warsztat trafiła produkcja, w której pokładałem chyba największą nadzieję, jeśli chodzi o tegoroczne filmy nominowane do Oscara. "Manchester by the Sea" w reżyserii Kennetha Lonergana otrzymał sześć nominacji, które ostatecznie przełożyły się na dwie statuetki (najlepszy oryginalny scenariusz oraz główna rola męska). Nie da się ukryć, że od samego początku produkcja zbierała znakomite recenzje u krytyków (zawrotne 96 na Metascore), więc w jakiś sposób, chociaż przeważnie staram się nie wyrabiać sobie opinii przez seansem, zacząłem postrzegać "Manchester by the Sea" jako z pewnością wybitną produkcję. Swoją drogą bardzo ubolewam, że polski dystrybutor nie wpadł na pomysł spolszczenia tytuł w stylu Manchester nad morzem albo jakoś podobnie – w końcu nie każdy przecież dysponuje znajomością angielskiego i może niechcący narazić się na śmieszność przy zakupie biletu w kinie (tak jak ja, gdy będąc małym dzieckiem chciałem nabyć 7Up w osiedlowym sklepie). A jeśli zastanawiacie się skąd taki nietypowy tytuł to służę wyjaśnieniem. Manchester by the Sea to małe miasteczko, położone w Massachusetts, w którym osadzono akcję filmu. Wcześniej miejscowość nazywała się po prostu Manchester, ale aby odróżnić się od pobliskiego miasta Manchester położonego w New Hampshire w 1989 roku dodano człon by the Sea.
źródło: http://www.impawards.com
Lee Chandler (Casey Affleck) pracuje jako konserwator i złota rączka w Bostonie. Marna, niskopłatna praca, konfliktowy charakter oraz ciągłe problemy z klientami sprawiają, że egzystencja naszego bohatera jest daleka od pozazdroszczenia. Sytuacja nieoczekiwanie pogarsza się diametralnie, gdy nagle umiera starszy brat Lee, Joe (Kyle Chandler). Oprócz oczywistego wymiaru tragedii kompletnie zaskoczony Lee dowiaduje się, że został wyznaczony na prawnego opiekuna swojego bratanka Patricka (Lucas Hedges). Całkowicie nieprzygotowany do nowej roli Lee staje przed wyzwaniem ułożenia życia na nowo praktycznie od samego początku.
źródło: http://manchesterbytheseathemovie.com
Już od pierwszych chwil seansu dotarło do mnie, że "Manchester by the Sea" to opowieść w całości poświęcona tak zwanej prozie życia, kompletnie pozbawiona wszelkich elementów lirycznych. Przyjrzyjmy się zatem głównemu bohaterowi. Lee Chandler to typowy everyman, pozbawiony szczególnych uzdolnień czy talentów, wykonujący niskopłatną, uciążliwą pracę – w jego sytuacji na początku filmu może postawić się prawie każdy z nas (w szczególności w brudno-szarej Polszy tegorocznego przedwiośnia). I nagle, do tego już wyjątkowo uciążliwego i żmudnego życia (chociaż jak mawia Rychu: za to życie kurewskie miej do siebie pretensje), zwala się cała masa przytłaczających problemów, które nie wiadomo jak rozwiązać. Jak zorganizować pogrzeb? W jaki sposób rozwiązać problem opieki nad burzliwie dojrzewającym bratankiem, kiedy tak naprawdę na niczym ci nie zależy? Lee staje zatem przed nie lada zadaniem, a "Manchester by the Sea" w całości został poświęcony mierzeniem się z tego rodzaju przeciwnościami losu. Kenneth Lonergan bardzo umiejętnie wplótł w aktualne wydarzenia fabularne reminiscencje dotyczące przeszłości Lee, która ukształtowała jego depresyjną i aspołeczną osobowość. Szczerze przyznam, że są to dosyć poruszające momenty w filmie, zagrane z wielką klasą aktorską. Spore wrażenie zrobiła na mnie również relacja głównego bohatera ze swoim bratankiem, oparta w głównej mierze na słownej agresji oraz ironicznych uwagach.
źródło: http://manchesterbytheseathemovie.com
"Manchester by the Sea" to kino przepełnione smutkiem, prawdziwe ucieleśnienie dramatu obyczajowego. Tematyka filmu nie jest może aż tak kontrowersyjna jak w "Moonlight", ale szczerze powiedziawszy wydaje mi się, że o wiele łatwiej utożsamić mi się z Lee niż mieszkańcami getta w Miami (być może dlatego, że jestem biały). Tak jak już wspominałem film Kennetha Lonergana to najszczersza proza życia ze wszystkimi jej aspektami. Zwróćcie uwagę w jak naturalny sposób rozmawiają ze sobą bohaterowie – tu nie ma miejsca na wzniosłe deklamacje czy przemowy! Zamiast tego dostajemy ultrarealistycznie oddane dialogi, w którym mogło by uczestniczyć każde z Was. Ponadto pojawiają się dosyć życiowe problemy typu: gdzie ja zaparkowałem to cholerne auto (swoją drogą scena poszukiwań jej dosyć zabawna)? Dodatkowo wielkimi zaletami "Manchester by the Sea" są znakomite zdjęcia tytułowego miasteczka położonego w Massachusetts oraz znakomicie dopasowana ścieżka dźwiękowa.
źródło: http://manchesterbytheseathemovie.com
Kwestię aktorstwa w "Manchester by the Sea" zdecydowanie zdominował Oscar, który Casey Affleck otrzymał za najlepszą główną rolę męską. Moim zdaniem nagroda została przyznana w pełni zasłużenie, ponieważ młodszy brat Bena tworząc kreację depresyjnego i wręcz odpychającego Lee wspiął się na aktorski Parnas. Polecam zobaczyć film choćby dla tej wybitnej roli, którą Casey potwierdził swój niebywały talent. Pozostając w kręgu nagród Akademii to również nominacja za najlepszą rolę drugoplanową dla Lucasa Hedgesa, wcielającego w Patricka, nie wywołuje u mnie większego zdziwienia. Pomiędzy obiema postaciami można zaobserwować prawdziwą ekranową chemię. Natomiast zaskakuje mnie trochę wyróżnienie Michelle Williams za rolę Randi. Nie chodzi nawet o kunszt aktorski, ponieważ występ jest na wysokim poziomie (choć nawet w moim domowym ognisku nie ma pełnej zgody w tym temacie), lecz o czas jego trwania. Aktorka pojawia się na ekranie zaledwie w kilku krótkich scenach oraz jednej dłuższej, przedstawiającej jej emocjonalną rozmowę z Lee. Jak dla mnie to trochę za mało, aby zasłużyć na nominację do Oscara (chyba, że w kategorii najlepszy występ w jednej scenie). Podsumowanie obsady zakończę natomiast wzmianką o roli Kyle'a Chandlera, wcielającego się w Joe. Aktor, którego doskonale pamiętam z dzieciństwa (serial "Zdarzyło się jutro"), po raz kolejny bardzo fajnie zaprezentował swoje umiejętności pojawiając się na drugim planie.
źródło: http://manchesterbytheseathemovie.com
Jak już wspominałem we wstępie "Manchester by the Sea" to produkcja, w której pokładałem największe nadzieje odnośnie tegorocznych Oscarów (oczywiście po tym jak dowiedziałem się o hańbiącym pominięciu "Nocturnal Animals"). Muszę przyznać, że Kenneth Lonergan nie zawiódł moich wybujałych oczekiwań i zaserwował danie z najlepszej restauracji. Co więcej, gdyby to ode mnie zależało, statuetka za najlepszy film roku (uwzględniając wyłącznie nominacje) powędrowałaby do "Manchester by the Sea".
źródło: http://manchesterbytheseathemovie.com
Ocena: 8/10.

wtorek, 14 marca 2017

"Doctor Strange" (2016)



We never lose our demons, we only learn to live above them.

Dzisiaj co prawda postanowiłem na chwilę wypaść z głównego nurtu tegorocznych Oscarów i skupić się na reprezentancie kina czysto rozrywkowego, pozbawionego większej ambicji. Niemniej, gwoli sprawiedliwości, muszę zaznaczyć, że także "Doctor Strange" miał szansę na wygranie jednej statuetki w kategorii najlepsze efekty wizualne (czy jak ktoś woli Best Achievement in Visual Effects), aczkolwiek przegrał z kolejną wersją "Księgi Dżungli". Przyznam szczerze, że, tak jak w większości przypadków dotyczących produkcji sygnowanych logiem Marvela czy DC Comics, nie miałem okazji zapoznać się z komiksową serią stanowiącą kanwę dla filmu (autorami pierwowzoru z 1963 roku są Stan Lee oraz Steve Ditko). Jakoś bardzo mi nie po drodze z komiksami o superbohaterach – chociaż muszę przyznać, że ostatnio zrobiłem wyjątek dla Watchmen, aczkolwiek pod tym i wieloma względami jest to wręcz unikalny przypadek. Reżyser Scott Derrickson kojarzy mi się natomiast jedynie z bardzo miałkim "The Day the Earth Stood Still" z 2008 roku, w którym nad wyraz drewnianym aktorstwem popisał się Keanu Reeves.
źródło: http://www.impawards.com
Dr Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) to światowej sławy neurochirurg, cechujący się ponadto ponadprzeciętną inteligencją. Co prawda w uniwersum Marvela pojawiło się już kilku podobnych geniuszy, niemniej nasz bohater wyróżnia się na ich tle kompletnym brakiem empatii, totalnym zadufaniem we własne umiejętności oraz po prostu byciem kutasem dla swoich współpracowników. W trakcie brawurowo lekkomyślnej jazdy sportowym samochodem (dodajmy, że hajs się zgadza bardziej niż powinien), Strange ma wypadek, przez który traci swoje niezwykłe zdolności manualne. Podczas żmudnej rehabilitacji wybitny lekarz powoli żegna się z myślą, że konwencjonalne metody pozwolą odzyskać mu pełnię władzy w rękach. Dodatkowo postępujące zgorzknienie wywołane tym faktem, niszczy obiecującą relację z koleżanką z pracy, Christine (Rachel McAdams). Usłyszawszy pogłoski o cudownym uzdrowieniu jednego z pacjentów swojego rehabilitanta, Strange postanawia postawić wszystko na jedną kartę i wyrusza do Nepalu szukać tajemniczego zakonu.
© 2016 Marvel.
Kiedy "Doctor Strange" jeszcze brylował na ekranach kinoplebsów przeczytałem dosyć pozytywną recenzję, aczkolwiek, jeśli dobrze pamiętam, wiele pisano o zmarnowanym potencjale i tym podobnych. Zasiadając do projekcji gdzieś z tyłu głowy miałem nikłą nadzieję, że być może wprowadzenie czystej magii do uniwersum Marvela będzie wyglądało trochę inaczej niż dotychczasowe produkcje o superbohaterach, z których estymą darzę praktycznie wyłącznie serię o przygodach Thora. Początek filmu wydawał się być jeszcze w miarę, gdyż dawno nie widziałem tak odpychającego protagonisty. Niemniej wraz z rozwojem (bardzo dynamicznym rozwojem) akcji produkcja Scotta Derricksona zaczęła się coraz bardziej upodabniać do typowych tworów filmowych Marvela. Któryż to już raz okaleczony w jakiś sposób geniusz musi nauczyć się panować nad nowymi, potężnymi mocami? Po raz który antagonista z bandą nijakich pomocników postanawia obalić istniejący porządek i przyzwać z innego wymiaru czy też odmętów kosmosu pradawną istotę będącą esencją zła (tym razem jest to niejaki Dormammu)? Fabularna miałkość kolejnej produkcji Marvela jest wprost porażająca – niby otoczka magii, Przedwieczny, czy nowe, potężne artefakty, ale w gruncie rzeczy jest to kolejny wtórny scenariusz oparty na tym samym schemacie. Czy naprawdę w mnogości komiksów Marvela nie można znaleźć jakiejś bardziej ambitnej i oryginalnej fabuły?
© 2016 Marvel.
O ile pod względem fabularnym można czepiać się "Doctora Strange’a" niemal w nieskończoność (polecam sprawdzić w tej kwestii niezawodne HISHE oraz Honest Trailers na YouTube), o tyle należy oddać Marvelowi, że pod względem realizacyjnym po raz kolejny dopracowano film niemal w najmniejszym detalu. Efekty specjalne, na które wyłożono grube miliony imperialistycznych dolarów (budżet szacuje się na 165 milionów USD), prezentują na ekranie po prostu znakomicie. W szczególności zaskoczyło mnie naginanie rzeczywistości, które trochę przypomina mi zabawy miejską architekturą z "Incepcji" Christophera Nolana. Ponadto scenografia, kostium oraz artefakty trzymają wysoki poziom, do którego przyzwyczaiły widzów ostatnie produkcje osadzone w uniwersum Marvela. Czuję jednak pewien niedosyt, gdyż na kluczowe punkty ziemskiego systemu obrony wybrano tak mało egzotyczne miejscówki jak Londyn, Hong Kong oraz Nowy Jork, ale cóż poradzić. Bardzo średnio wypadła natomiast ścieżka dźwiękowa, ponieważ jej kompletnie nie pamiętam, mimo, że Strange jawi się jako chodząca muzyczna Wikipedia. Nieoczekiwanie "Doctor Strange" zaskoczył mnie kilkoma autentycznie zabawnymi i niegłupawymi scenami humorystycznymi (przy czym nie zaliczam do nich na pewno sceny rozgrywającej się po napisach końcowych).
© 2016 Marvel.
Benedict Cumberbatch wcielający się w skrzyżowanie doktora House’a oraz współczesnego, serialowego Sherlocka Holmesa (pod względem aspołeczności) wypada całkiem naturalnie, przez co dosyć przyjemnie ogląda się ekranowe poczynania Brytyjczyka. I w zasadzie tyle pozytywne można napisać o popisach aktorskich w produkcji Marvela. Zaskakujące, że wśród wielu pozostałych postaci pojawiających się w filmie praktycznie nikt nie był w stanie wyjść ponad przeciętność i wtórność. Chiwetel Ejiofor, wcielający się w Mordo, niezwykle prawego i sprawiedliwego kompana Doktora Strange’a, to rola do zapomnienia zaraz po napisach końcowych z powodu wybujałego, wręcz nienaturalnego poczucia sprawiedliwości. Tilda Swinton jako Przedwieczna również doskonale wpisuje się w konwencję przeciętności. Po raz kolejny brakuje także interesującego przeciwnika. Mads Mikkelsen (Kaecilius) udowodnił choćby w "Casino Royale", że w tej kwestii ma spory potencjał, ale w tym przypadku scenariuszowe ograniczenia jego postaci są nie do przezwyciężenia. Warto jednakże podkreślić całkiem sympatyczne występy Rachel McAdams oraz Benedicta Wonga (Wong).
© 2016 Marvel.
Wbrew oczekiwaniom "Doctor Strange" to typowy wyrób filmowy ze stajni Marvela. Niestety sprawność realizacyjna oraz efekty specjalne nie są w stanie zrekompensować ewidentnych wad projektu takich jak wtórna fabuła czy niezwykle przeciętna konstrukcja postaci. Jest to idealna produkcja na niedzielny obiad albo łóżkową marnację po srogim melanżu.
© 2016 Marvel.
Ocena: 5/10.

środa, 22 lutego 2017

"Moonlight" (2016)



At some point, you gotta decide for yourself who you're going to be. Can't let nobody make that decision for you.

W dalszym ciągu pozostajemy w kręgu Oscarów, więc dzisiaj na warsztat trafia czwarta z dziewięciu produkcji nominowanych w kategorii najlepszy film roku. Tym razem skupimy się na przedstawicielu amerykańskiej kinematografii niezależnej (swoją drogą tak bardzo niezależnej, że niejaki Brad Pitt pełni rolę producenta wykonawczego), czyli chwalonym przez wielu i wysoko ocenionym "Moonlight" w reżyserii Barry’ego Jenkinsa. Szczerze przyznam, że po dotychczasowej przygodzie z trzema tegorocznymi nominacjami zacząłem głęboko wątpić w ideę wyróżniania tego rodzaju filmów nagrodami, ponieważ jeszcze żadna z propozycji, które obejrzałem, nie wybiła się ponad solidność, a o urwaniu dupy to mogę jedynie pomarzyć. Jednak postanowiłem nie poddawać się i mieć nadzieję, że "Manchester by the Sea" oraz "Moonlight", które zostało nominowane aż w ośmiu kategoriach, pokażą wreszcie długo wyczekiwaną klasę. Tytułem wstępu warto wspomnieć, że fabuła filmu Barry’ego Jenkinsa została oparta na sztuce In Moonlight Black Boys Look Blue autorstwa Tarrella Alvina McCraneya.
Genialny plakat.
(źródło: http://www.impawards.com)
"Moonlight" to rozgrywająca się pośród pogrążonych w nędzy i przemocy slumsach Liberty City (dzielnica Miami) historia 9-letniego Chirona (Alex R. Hibbert), zwanego przez rówieśników Małym (Little). Egzystencja czarnoskórego chłopca nie jest zbyt wesoła i godna pozazdroszczenia: regularne wpierdole od kolegów z podwórka są urozmaicane przez odpały matki uzależnionej od cracku. W trakcie jednej z ucieczek przed bandą agresywnych małolatów Little poznaje lokalnego dilera narkotyków z kubańskim rodowodem. Z nieznanych przyczyn Juan (Mahershala Ali) oraz jego piękna dziewczyna Teresa (Janelle Monáe) od czasu do czasu opiekują się chłopcem, pozwalając choć na chwilę zapomnieć o niezbyt fortunnym dzieciństwie.
źródło: http://moonlight.movie/
Obejrzawszy zapowiedź "Moonlight" spodziewałem się klimatów rodem z legendarnego "The Wire": brzydkich, zaśmieconych ulic pogrążających się w nędzy i rozpaczy, bezwzględnej walki o najlepsze miejscówki do sprzedaży anielskiego pyłu czy tak zwanych czarnuchów z charakterem (jak choćby Stringer Bell, Marlo czy Slim Charles, nie wspominając już o tak mitycznej postaci jak Omar Little). I rzeczywiście muszę przyznać, że początek filmu Barry’ego Jenkinsa spełnił moje oczekiwania. Juan sprawdza jak idzie narkobiznes niczym Stringer Bell, a Little, przemierzający szybkim tempem getto, trafia do narkomańskiej miejscówki żywcem wyjętej z "The Wire" (Chris i Snoop zapewne nie omieszkaliby zostawić w niej kilku ciał przykrytych grubą warstwą wapna). Niemniej wraz z rozwojem akcji podobieństwa do tego znakomitego serialu zaczęły tracić pierwszoplanową rolę. Chociaż akcja "Moonlight" została osadzona w obskurnym, pełnym przemocy getcie to jednak jest to bardzo osobista i delikatna, wręcz poprowadzona w poetycki sposób historia, o nieustannym poszukiwaniu własnej tożsamości. Fabuła rozciągnięta na przestrzeni kilkunastu lat pozwala na zaobserwowanie procesu dojrzewania i akceptacji samego siebie od dziecka (segment "Little"), poprzez nastolatka ("Chiron"), aż po młodego mężczyznę ("Black"). Dodatkowa zaleta to wręcz zaskakujący wątek homoseksualny skontrastowany z wyjątkowo homofobicznym środowiskiem afro-amerykańskiej społeczności zamieszkującej Liberty City. Niemniej nie trzeba mieć bogatej wyobraźni, aby przewidzieć ból dupy (dosłownie) w polskich niepokornych mediach, jeśli "Moonlight" zwycięży.
źródło: http://moonlight.movie/
Pod wieloma względami "Moonlight" może przyprawiać widza o depresję. Rzadko na ekranie mamy okazję oglądać uzależnioną od cracku matkę, która nie dość, że okrada własne dziecko z pieniędzy to jeszcze wyrzuca syna z domu, ponieważ ma randkę z przygodnym kutasem. Generalnie wygląd Liberty City może skutecznie zniechęcić do odwiedzenia Miami. Za tak dobraną do klimatu opowieści scenografię należą się twórcom wielkie brawa. Warto również zwrócić uwagę na niedopowiedzenia, gdyż w "Moonlight" zrezygnowano z łopatologicznego tłumaczenia pewnych wydarzeń, ograniczając się jedynie do krótkiej informacji podanej w dialogu (w ten sposób dowiadujemy się choćby o śmierci jednego z bohaterów, a okoliczności zejścia pozostają nieznane). Nie poznajemy także motywacji, która kierowała Juanem, gdy postanowił zaopiekować się małym chłopcem. Czyżby starając się naprawić dzieciństwo Chirona próbował odkupić swoje grzechy wynikające ze sprzedaży narkotyków czy też po prostu był dobrym, wrażliwym człowiekiem nieobojętnym na ludzką krzywdę? I najfajniejsze jest to, że sami możecie odpowiedzieć na powyżej postawione pytania, a potem kłócić się, która wersja wydarzeń jest najbardziej prawdopodobna. Pewnym mankamentem "Moonlight" jest dosyć mało wyrazista ścieżka dźwiękowa (udało mi się zapamiętać jedynie utwór o chwytliwym tytule Every Nigger is a Star Borisa Gardinera), ale historia Chirona jest na tyle wciągająca, że nie odgrywa to większego znaczenia w odbiorze filmu.
źródło: http://moonlight.movie/
Co ciekawe reżyser kręcąc film zadbał, aby odtwórcy ról Chirona oraz Kevina nie spotkali się na planie, dzięki czemu chciał sprawić, żeby każdy z aktorów stworzył oryginalne spojrzenie bez oglądania się na kolegów. W efekcie wszyscy odtwórcy głównych ról (Chiron: Alex R. Hibbert, Ashton Sanders, Trevante Rhodes; Kevin: Jaden Piner, Jharrel Jerome, André Holland) wypadli wprost znakomicie i bardzo trudno wyróżnić któregokolwiek z nich pomijając pozostałych. Do tego brawurowo w rolę Juana wcielił się Mahershala Ali, znany choćby z serii "Hunger Games". Pozostaje jedynie ubolewać, że nie ma go więcej na ekranie. Podobne odczucia mam w stosunku do Janelle Monáe, która po prostu prezentuje się w "Moonlight" jako jedna z najpiękniejszych kobiet, które miałem okazję oglądać w swoim życiu. Wielkie propsy należą się również Naomie Harris za przekonującą do bólu rolę uzależnionej od narkotyków matki Chirona.
źródło: http://moonlight.movie/
 "Moonlight" zaskakuje kameralnością, klimatem, doskonałymi zdjęciami oraz znakomitym aktorstwem. Niemniej jest to kino dosyć ciężkie pod względem tematyki i z pewnością wielu z Was nie przypadnie do gustu. Po obejrzeniu czterech z dziewięciu tegorocznych kandydatów do Oscara z całą pewnością śmiem twierdzić, że jest to póki co najciekawsza i najbardziej oryginalna pozycja w zestawieniu. Polecam gorąco, acz nie jest to łatwe i przyjemne kino.
źródło: http://moonlight.movie/
Ocena: 8/10.