czwartek, 19 września 2013

"Get Carter" (2000)

Dzięki recenzji "The 6th Day" wiemy już czym zajmował się Arnold Schwarzenegger na przełomie wieków (a raczej w jakich chujowiznach brał udział). Dziś natomiast przyjrzymy się działalności jego największego rywala z lat chwały w analogicznym okresie. Od czasów recenzowanego kiedyś "Specjalisty" do pierwszych prób reaktywacji Rocky'ego i Johna Rambo minęła ponad dekada. W tym czasie Sylvester Stallone brał udział w wysoce żenujących projektach, o których po prostu żal pisać. Można zatem stwierdzić, że podobnie jak w przypadku Arniego, jego kariera aktorska przeżywała wówczas głęboki regres. W 2000 roku Sly wystąpił w remake'u angielskiego klasyka z 1971 roku. Oryginalne "Get Carter" z Michaelem Cainem w roli głównej jest uznawane za jeden z najlepszych filmów poświęconych tematyce kryminalnej w dziejach dumnego Albionu. Wydaje się, że nowa wersja niestety nie podbiła serc widowni, o czym najlepiej świadczy wymowne 24% na Metascore. Tak wysoka ocena stanowiła dla mnie sporą zachętę, ponieważ tęskniłem za dobrym hejtingiem. Od razu przyznaję, że nie widziałem jeszcze oryginału (nad czym bardzo ubolewam), toteż w recenzja nie będzie miała charakteru porównawczego.
źródło: http://www.impawards.com
Kilkanaście lat temu Jack Carter (Sylvester Stallone) porzucił rodzinne Seattle na rzecz Las Vegas. W jaskini hazardu zajął się odzyskiwaniem należności od opornych i zapominalskich dłużników (metoda wpierdol + wpierdol), przez co całkowicie olał swoją rodzinę. Dopiero wieść o śmierci brata skłoniła go do powrotu do miasta. Jack od samego początku ma wątpliwości, ponieważ wypadek w którym po pijaku zginął Richie wydaje mu się wysoce podejrzany. Ponadto sam będąc uwikłanym w ciemnie interesy zaczyna wierzyć, że również jego brat wplątał się w jakąś kryminalną aferę. Zatem jak w milijonie podobnych produkcji Carter rozpoczyna prywatne śledztwo, które ma doprowadzić go do domniemanych zabójców Richiego.
Dobra stylówka to podstawa sukcesu.
źródło: http://www.imdb.com
W zasadzie po obejrzeniu "Get Carter" nie mogę się dziwić, że nowa wersja stała się obiektem powszechnego hejtingu. W filmie Stephena Kaya (dla mnie kompletny reżyserski no name) trudno znaleźć jakiekolwiek elementy, które wyróżniałyby go na tle setek podobnych produkcji. Pierwszy zarzut mogę postawić samej intrydze – jest mocno średnio wciągająca, w zasadzie nudna, całkowicie nieprzekonująca, a na dodatek łatwo przewidywalna. W efekcie powstała miałka i rozlazła produkcja, na której naprawdę ciężko skupić uwagę. Za dużo tutaj udziwnień – po co wprowadzono postać multimilionera Kinneara (Alan Cumming)? Czy wnosi cokolwiek ważnego do fabuły? A już pomieszanie jego wątku z branżą porno wydaje się być kompletnie bezsensowne. Brak napięcia był widoczny aż nadto, przez co w dupie miałem los głównego bohatera. I nawet nie mam za bardzo pretensji do Stallone'a za jego wysiłki aktorskie, bo widać, że się chłopak stara, ale z takiego scenariusza nic wykrzesać sam nie zdołał. Nawet pościg samochodowy był kompletnie pozbawiony dynamiki i choćby śladowych emocji. Jedyne skojarzenie jakie nasuwa mi się do określenia dialogów to czerstwe.
"Jebać biedę!"
źródło: http://www.imdb.com
Jeśli miałbym wskazać jakiekolwiek plusy to z pewnością będzie to ścieżka dźwiękowa, ładne górskie plenery z pola golfowego oraz scena rozgrywająca się cmentarzu w czasie pogrzebu Richiego. Zasadniczo mogę również pochwalić starania by nadać filmowi jakiś klimat. W większości ujęć albo pada deszcz albo jest pochmurno, co bardzo dobrze oddaje wylansowany przez Hollywood wizerunek Seattle. Słońce pojawia się jedynie na samym końcu, ale jest to zagrywka bardzo sztampowa – swoiste i kompletnie zbędne podkreślenie takiego, a nie innego zakończenia. Ponadto w tym bezkresnym oceanie filmowej nędzy nieźle zarysowano relację Jacka z jego bratanicą Doreen (Rachael Leigh Cook). Ich konwersacje wydawały mi się w miarę interesujące – oczywiście jeżeli spojrzymy przez pryzmat całego "Get Carter". Niewiele więcej mogę napisać o zaletach filmu. Przynajmniej dla mnie Stallone dosyć dziwnie wygląda w garniturze i trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do takiego outfitu. Przecież przez lata zapierdalał po dżungli lub po ringu obnażony do pasa! Niemniej jako twardy i nieustępliwy Jack Carter wypada całkiem poprawnie – nie twierdzę, że jest to jakaś szczególnie zajebista rola, ale można go znieść bez bólu. Oprócz Sly'a w "Get Carter" znalazło się kilku niezłych aktorów. W ukłonie dla oryginału zarekrutowano Michaela Caine'a (Brumby), który tym razem nie gra jeszcze wariacji Alfreda z Batmana. Brawa dla twórców za angaż, bo Caine to klasa sama w sobie, ale następnym razem mogliby się postarać bardziej, ponieważ występ w takiej produkcji powodem do chwały nie jest. W roli głównego badassa oczywiście pojawia się Mickey Rourke (Cyrus). Aktor nie musiał się nawet specjalnie starać, ponieważ wygląd jego parszywej mordy sprawia, że automatycznie klasyfikujemy go jako czarny charakter. Jeśli chodzi o ocenę jego roli to fajnie, że jest, ale poza tym wiele nie wnosi do filmu. Brawa natomiast z pewnością należą się Rachael Leigh Cook, ponieważ jak wspominałem wyżej jej kreacja wnosi pewne ożywienie do tego wszechobecnego marazmu. Oprócz wymienionych wyżej w "Get Carter" pojawia się m.in.: Rhona Mitra, John C. McGinley oraz znany z "Sons of Anarchy" Mark Boone Junior.
Na bogato.
źródło: http://www.imdb.com
Czy jestem zatem rozczarowany po obejrzeniu "Get Carter"? Zdecydowanie nie, ponieważ doskonale wiedziałem czego się spodziewać po tym remake'u. Niemniej nie jest to film aż tak zły by zasługiwać na wyjątkowo niską notę z Metascore. W trakcie oglądania zastanawiałem się nawet nad wystawieniem trochę wyższej wyceny niż poniżej, aczkolwiek pisząc recenzję zreflektowałem się, iż nie mam żadnych argumentów by ją obronić. Jednakże "Get Carter" podobał mi się o wiele bardziej niż "The 6th Day" i jeśli kiedyś będzie możliwość, to podniosę mu ocenę o połowę (chociaż w sumie nie wiem skąd taka potrzeba u mnie występuje). Z seansu zapamiętam na pewno ogromny marazm twórców i Stallone'a w garniturze – widok dla mnie wyjątkowy. Kino typu obejrzeć, ocenić i zapomnieć!
"Zobacz, elegancko jest na ulicy."
źródło: http://www.imdb.com
Ocena: 3/10. 

Recenzja oryginału z 1971 roku - "Get Carter" (1971). 

niedziela, 8 września 2013

"Młode Wilki"

Wyobraźcie sobie naszą przaśną ojczyznę w 1995 roku. O internetach mało kto słyszał, droga do Unii Europejskiej wydawała się niezwykle odległa, Edyta Górniak cieszyła się popularnością jak nigdy, a ja chodziłem do podstawówki. W tym właśnie roku powstała jedna z najbardziej legendarnych produkcji polskiej kinematografii po zmianie ustroju – "Młode Wilki". Przesadzam? Jasne, można wskazać wiele o wiele lepszych filmów, które pozbawione są wysoce żenujących elementów. Niemniej pod pewnymi względami dzieło reżyserowane przez Jarosława Żamojdę wydaje się być prekursorskie. Przy czym pojęcia tego nie należy rozumieć jako wprowadzania nowych trendów do światowego biznesu filmowego, a jedynie jako bezpardonowe przeszczepianie amerykańskich wzorców do rodzimej pszenno-buraczanej kultury. Po niemal dwudziestu latach od premiery straszliwie łatwo jest hejtować "Młode Wilki" po całości. Można wyśmiać drętwe aktorstwo, rozwiązania fabularne czy choćby żenujące sceny akcji. Ja jednak chcę Was przekonać, żebyście dali "Młody Wilkom" szansę i nie skreślali filmu już na starcie!
Plakat z pewnością nie zachęca...
(źródło: http://plakat.net.pl)
Głównym bohaterem "Młodych Wilków" jest świeżo upieczony absolwent szczecińskiego liceum, Prymus (Piotr Szwedes). Chociaż chłopak pochodzi z biednej rodziny, a jego ojciec (Edward Linde-Lubaszenko) poważnie zapadł na zdrowiu, to przez cztery lata ogólniaka udało mu się zdobyć tytuł najlepszego ucznia. W nagrodę otrzymuje komputer IBM (co podkreśla się dobitnie w filmie – nie mogło zabraknąć product placement) ufundowany przez miejscowego krezusa Chmielewskiego (Jan Nowicki). Prymus jednakże o wiele bardziej interesuje się piękną córką biznesmena, Cleo (Michelle Cleo Godsey). Niestety po zakończeniu edukacji nie ma zbyt różowych perspektyw. By zapewnić rodzinie godną egzystencję nasz bohater zmuszony zostaje do podjęcia pracy w charakterze zwykłego robotnika. Sytuacja zmienia się, gdy Prymus nawiązuje bliższą znajomość z licealnym kolegą Cichym (Jarosław Jakimowicz), który kręci lewe interesy z miejscowym gangsterem Czarnym (Alex Murphy).
Cichy - bezapelacyjnie najlepsza postać w "Młodych Wilkach"
(źródło: http://film.wp.pl)
Co ciekawe pod względem fabularnym "Młode Wilki" są fuzją dwóch typowych amerykańskich gatunków. Niemal połowę filmu można śmiało uznać za high school movie, ze wszystkimi obowiązkowymi elementami. Mamy więc outsidera, licealne bling-blingowe melanże, trudno dostępną elitę, no i oczywiście gorącą laskę, która jest poza zasięgiem naszego bohatera. W polskich realiach momentami wygląda to naprawdę zabawnie i można by wylać hektolitry hejtów. Niemniej patrząc na "Młode Wilki" jako high school movie niemalże rozczuliłem się nad czasami własnej, licealnej młodości. Świat piękny i radosny, z pierwszymi poważnymi miłościami, utracony bezpowrotnie w odmętach czasu... Tempus fugit, aeternitas manet. Poza tym odkąd sięgam pamięcią lubiłem amerykańskie high schoolowe seriale (m.in. "Veronica Mars", "The O.C."), toteż nie czułem się zażenowany pod tym względem zbyt wielce. Niestety o wiele gorsza wydaje się druga składowa "Młodych Wilków", czyli gangsterskie kino akcji. O ile do przekrętów, walki o wpływy oraz samej działalności przestępczej zarzutów raczej nie mam (poza jednym) to pod względem technicznym wszystko jest fatalne. Dawno nie widziałem tak żenujących strzelanin, bijatyk oraz eksplozji. Bieda, nędza i rozpacz. Jeśli chcecie zobrazować sobie to wizualnie to porównajcie scenę napadu na bank z filmu Żamojdy i "Gorączki" Michaela Manna, która powstała w tym samym roku. Ponadto "Młode Wilki" wpisują się w nurt kina twierdzący, że seria z karabinu (tutaj standardowy wschodniooeuropejski AK-47) puszczona po masce i przedniej szybie zamienia auto w monstrualną kulę ognia. Jeśli chodzi natomiast o jeden wspomniany zarzut to finałowy przerzut uranu/plutonu wydaje mi się trochę za dużą akcją, jak na możliwości naszych chłopców. Jednak mam świadomość, że w tamtym okresie był to dosyć chwytliwy i aktualny temat.
Prawie jak w Kalifornii...
(źródło: http://film.wp.pl)
Miało być po amerykańsku, więc Żamojda dodał sekwencje, w których zamiast dialogów możemy posłuchać piosenek. Wbrew pozorom tak dziwnie (jak na ówczesne czasy) wyglądający zabieg, wcale nie razi w "Młodych Wilkach". Z pewnością należy zatem pochwalić soundtrack, z zapadającym w pamięć utworem Pocałuj Noc Varius Manx. Masakra, pierwsze takty i przeniosłem się mentalnie w lata 90-te. Co jeszcze warto wspomnieć z fascynacji Hollywood? Na pewno bling-blingowe posiadłości, motorówki i auta niemal takie same jak w "Miami Vice", czy choćby windsurfing. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na jeden z najgłupszych motywów w dziejach polskiej kinematografii. Zatrudnienie do polskiego filmu anglojęzycznego aktora, a następnie podłożenie dubbingu pod jego kwestie wydaje mi się absurdem, który może wystąpić jedynie w Polsce. Nie mam przy tym pretensji do Alexa Murphy'ego, bo ma zajebistą stylówkę i fajną stworzył postać, ale panie Żamojda pytam się po co kurwa, po co?! W przypadku postaci granej przez Michelle Cleo Godsey ma to jeszcze jakieś fabularne uzasadnienie, ale bitch please! Naprawdę czasami chciałbym wiedzieć jaka idea kierowała niektórymi reżyserami w danym momencie!
Czarny - najprawdziwszy badass motherfucker
(źródło: http://film.wp.pl)
Co zatem sprawia, że "Młode Wilki" są filmem aż tak wyjątkowym? Po pierwsze wspomniany i nie do końca udany przeszczep amerykańskich wzorców na polski grunt. Mimo, że nie wszystko poszło po myśli reżysera to do tak bezpardonowego rżnięcia trzeba wykazać się nie lada odwagą. Za to wielki szacunek dla pana Żamojdy. Po drugie "Młode Wilki" przedstawiają świat, którego już nie ma, ponieważ wraz z akcesją do UE stracił rację bytu. Po trzecie już w 1995 roku wiadomo było, że po skończeniu studiów nie ma szans na pracę w zawodzie. Dobitnie pokazuje to postać Marzeny (Małgorzata Kożuchowska!!!), absolwentki etnografii, która jedynie za ładną figurę dostała pracę sekretarki. Za ten ukazany w zajebisty sposób brak perspektyw na lepsze życie wpisuję "Młode Wilki" do kanonu polskiej kinematografii. Najważniejszy jednakże powód to fakt, że film ma prawdziwy KLIMAT! Mimo ogromniastych ułomności daje się go czuć na każdym kroku i do tego ta wszechogarniająca nostalgia! Naprawdę, pod tym względem "Młode Wilki" zaimponowały mi bardzo. Jeśli chodzi o aktorstwo to wiadomo, że jest przeważnie czerstwo. Piotra Szwedesa mógłby zastąpić randomowy aktor bez straty dla filmu. O Michelle Cleo Godsey można napisać tyle, że nie jest żenująca. Jan Nowicki wypada natomiast całkiem poprawnie, aczkolwiek jakoś nie sądzę bym zapamiętam jego rolę w szczególny sposób. A oprócz wymienionych cała rzesza znanych i lubianych: Małgorzata Kożuchowska, Edward Linde-Lubaszenko (szkoda, że tylko jedna scena!), Paweł Deląg (Biedrona), Marek Frąckowiak, Michał Milowicz, Robert Wabich, a nawet Grażyna Torbicka. Jednakże największe uznanie należy się Jarosławowi Jakimowiczowi. Cichy w jego wykonaniu to najlepsza postać w całym filmie. Jestem przekonany, że była to rola życia tego aktora i nie jest w stanie jej przeskoczyć! Koniecznie sprawdźcie jego monolog, o tym żeby nigdy się do niczego nie przyznawać – chyba najmocniejsza scena "Młodych Wilków"! Za niezwykle charyzmatyczną rolę Cichego Jakimowicz ma mój wieczny szacunek, choćby nie wiem jak hańbił się do końca żywota! Takiego kumpla chciałby mieć każdy z nas: niby badass, ale w gruncie rzeczy człowiek o złotym sercu.
Obowiązkowa scena miłosna w basenie
(źródło: http://film.wp.pl)
"Młode Wilki" mimo amerykańskich korzeni są bardzo mocno osadzone w polskiej rzeczywistości. Wszechobecne układy są godne nawet znacznie późniejszych dzieł Wojciecha Smarzowskiego. Niemniej film Żamojdy pełen jest ułomności, które zmuszają do odjęcia kilku gwiazdek. Z drugiej strony za klimat, nostalgię oraz rolę Jakimowicza należy się godniejsza ocena niż zwykle. Poza tym dla wielu późniejszych polskich filmów "Młode Wilki" wydają się niemal niedoścignionym wzorem. Nie potrafię wskazać żadnej innej rodzimej produkcji, która w tak doskonały sposób pokazywałaby życie chwilą. Wiem, że notą którą wystawiłem może wydawać się na wyrost, ale będę jej bronił jak Ordon swojej reduty!
Cichy i Czarny - zajebisty duet
(źródło: http://film.wp.pl)
Ocena: 7/10.

wtorek, 3 września 2013

"On the Road"

Do marca bieżącego roku miałem relatywnie niewielkie pojęcie o tzw. beat generation. Gdzieś, w dalekich odmętach mojej świadomości, zakonspirowały się szczątkowe informacje na temat tegoż zjawiska. Poza Williamem S. Burroughsem, którym de facto zainteresowałem się dopiero po obejrzeniu "Naked Lunch", bitnicy wydawali mi się niemalże pustym pojęciem. Sytuacja uległa zmianie dopiero w momencie, w którym w moich rękach znalazło się jedno z trzech sztandarowych dzieł tegoż nurtu. Obok wspomnianego Nagiego Lunchu Burroughsa oraz Skowytu Allena Ginsberga to właśnie W Drodze Jacka Kerouaca najczęściej zaliczane jest do literackiego kanonu beat generation. Przed lekturą miałem naprawdę wielkie oczekiwania. Oto wreszcie sięgnę książkowego Olimpu, a moja dotychczasowa marna egzystencja zmieni się diametralnie! - pomyślałem otwierając grubaśne tomiszcze w miękkiej oprawie. Niestety im dalej brnąłem w tę ponad 400-stronicową powieść, tym bardziej początkowy entuzjazm zanikał. Napiszę szczerze: W Drodze to dla mnie kompletne rozczarowanie i męki straszliwe przeżywałem, aby doczytać książkę do końca. Nie wiem czy wynikało to bardziej z faktu, że Kerouac opisał rzeczywistość sprzed ponad 60 lat czy też po prostu z najzwyczajniejszej w świecie miałkości tegoż dzieła? A może po prostu nie przystaję mentalnie do beat generation? W ostatniej hipotezie utwierdziłem się dodatkowo po przeczytaniu Nagiego Lunchu - planuję wkrótce wzbogacić recenzję filmu o wrażenia z literackiego pierwowzoru. Niemniej kiedy dowiedziałem się, że całkiem niedawno powstała filmowa wersja "W Drodze" zapałałem ogromną chęcią by ją zobaczyć. Skąd takaż potrzeba i jakiż okrutny brak konsekwencji? - zapewne spytacie i słusznie wytkniecie brak logiki w działaniu. Szczerze powiedziawszy trudno uzasadnić to pragnienie, po prostu czasem tak bywa i basta! Jack Kerouac opisał prawdziwych przedstawicieli beat generation, więc dla lepszego zrozumienia książki oraz filmu proponuję maleńkie who is who (postać z książki/rzeczywistość/aktor):
  • Sal Paradise/Jack Kerouac/Sam Riley
  • Dean Moriarty/Neal Cassady/Garrett Hedlund
  • MaryLou/LuAnne Henderson/Kristen Stewart
  • Carlo Marx/Allen Ginsberg/Tom Sturridge
  • Old Bull Lee/William S. Burroughs/Viggo Mortensen
źródło: http://www.impawards.com/
Akcja filmu została osadzona na przełomie lat 40-tych i 50-tych ubiegłego stulecia w zepsutej kapitalizmem ojczyźnie Wuja Sama. Głównym bohaterem i narratorem "On the Road" jest młody, niespełniony jeszcze pisarz Sal Paradise. Na co dzień zamieszkuje wraz z ciotką w Nowym Yorku, aczkolwiek od czasu do czasu przemierza autostopem bezkresne pustkowia Ameryki, natykając się na galerię unikatowych postaci. Fabułę filmu wypełniają zatem jego samotne lub też nie podróże ze wschodniego wybrzeża na mityczny Zachód, których ukoronowaniem staje się w końcu wyprawa do Meksyku. Oczywiście wszystko podlane jest alkoholem, narkotykami, nieprzystosowaniem do statecznego życia oraz rozważaniami nad sensem ludzkiej egzystencji. Oś filmu obraca się wokół podróży oraz relacji w trójkącie Sal - Dean - MaryLou, w które od czasu do czasu ingeruje jeszcze Carlo Marx.
źródło: http://www.ontheroad-themovie.com
Mimo, że oglądałem "On the Road" w wysoce niesprzyjających warunkach (tj. po libacji alkoholowej zakończonej około 5 rano) i moja percepcja nie była ostra jak brzytwa, to film spodobał mi się o wiele bardziej niż książkowy oryginał. Reżyser Walter Salles (jak dla mnie kompletny no name) i scenarzysta Jose Rivera przerobili miałką lekturę na dosyć interesującą, a miejscami nawet fascynującą opowieść. Po usunięciu wszelkiej fabularnej mielizny okazało się, że "W Drodze" może śmiało przyciągnąć uwagę widza i nawet nie nudzić, mimo ponad dwugodzinnej projekcji. W tym miejscu należy zauważyć, że twórcy zachowali ducha powieści Kerouaca, czyli kompletnie mi obcy etos tytułowej drogi. W ekranizacji nie dopatrzyłem się również wielkich odstępstw od oryginału, toteż nie można podnosić zarzutów o zgwałcenie literackiego pierwowzoru. Dziwnym nie jest, że z powodu obszerności książki pewne wątki musiały zostać okrojone, aczkolwiek moim zdaniem cięcia nie wpłynęły negatywnie na fabułę. W zasadzie jedyna scena jakiej mi naprawdę zabrakło to moment, w którym Dean zwraca ciotce Sala pożyczone 15 USD. Z pewnością na plus mogę zaliczyć ścieżkę dźwiękową oraz dosyć ładne plenery, przy czym ich potencjał nie został wykorzystany w 100%. Jeżeli główny bohater co rusz przemierza Amerykę ze wschodu na zachód to w pewnych momentach można było się postarać o znacznie lepsze wizualia. W filmie znalazło się ponadto wiele bardzo dobrych i zabawnych sekwencji, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, ponieważ czytając książkę uśmiechnąłem się mniej więcej dwa kroć (m.in. po dotarciu do ostatniej strony). Niemniej pragnę zwrócić Waszą uwagę na najmocarniejszą scenę "W Drodze", w której Dean opowiada o swojej próbie samobójczej. Jeśli przyznawano by Oscary za najlepszą scenę to właśnie ta sekwencja jest dla murowanym kandydatem do zwycięstwa.
źródło: http://www.ontheroad-themovie.com
Fakt, że "On the Road" podobał mi się o wiele bardziej niż książka, nie czyni go niestety filmem wybitnym. Najbardziej brakowało mi specyficznego klimatu, atmosfery Ameryki przełomu lat 40-tych i 50-tych. W dziele Sallesa zabrakło tym samym odrobiny kinowej magii, która zamienia średnie kino w wybitne. I właściwie ten zarzut w największym stopniu wpływa na końcową ocenę. Chociaż może się to wydawać dziwne i stosunkowo mało znaczące to w przypadku "On the Road" ma ogromne znaczenie. Czy warto zatem poświęcić ponad dwie godziny cennego czasu na ekranizację powieści Kerouaca? Zdecydowanie tak, ponieważ oprócz wspomnianych powyżej zalet film ma jeszcze jedną mocną stronę - doskonałe, a nawet wybitne aktorstwo. Sam Riley stworzył niemal idealnego Sala, dokładnie takiego jakiego znam z książki. Jednakże największe oklaski należy zarezerwować dla Garretta Hedlunda, ponieważ jego Dean po prostu miażdży resztę obsady. Postać o magnetycznej sile i w niemal każdej scenie od razu wysuwa się na pierwszy plan, a przy okazji prawdziwy kutas i jednocześnie dupcyngier. Moim zdaniem rola zasługująca spokojnie na nominację do Oscara, a może nawet statuetkę! Trio głównych bohaterów uzupełnia Kristen Stewart, której udało się częściowo zmyć monstrualną hańbę za sagę "Zmierzch". W tle natomiast ładnie komponują się m.in.: Viggo Mortensen, Kirsten Dunst, Tom Sturridge czy też Steve Buscemi pojawiający się w zabawnym epizodzie.
źródło: http://www.ontheroad-themovie.com
Z uwagi na wybitne kreacje zastanawiałem się czy nie wystawić oceny o jedną gwiazdkę wyższej. Po długim namyśle doszedłem do wniosku, że "On the Road" to kolejny idealny filmem na notę z połówką. Niestety, jak doskonale wiemy, IMDb jeszcze nie wprowadziło takiej opcji, więc zostałem zmuszony do podjęcia trudnej decyzji. W trakcie rozważań przypomniałem sobie jednak, że po przeczytaniu oryginału miałem ochotę zrobić to co Bradley Cooper uczynił z Pożegnaniem z bronią w "Silver Linings Playbook". Zatem ostatecznie trauma Kerouaca zaważyła na końcowej ocenie. Niemniej "On the Road" mogę polecić bez przypału i jestem przekonany, że wielu osobom film spodoba się bardziej niż mi. Niestety nie do końca moja bajka.
źródło: http://www.ontheroad-themovie.com
Ocena: 6/10.

piątek, 30 sierpnia 2013

"Stoker"


Pewnego nudnego dnia, w czasie rutynowego przeglądania IMDb, natrafiłem na "Stoker". Z niewiadomych przyczyn film od razu przykuł moją uwagę. Powodów mogło być wiele (a tak daleko pamięcią sięgnąć nie jestem w stanie), więc zastosujmy brzytwę Ockhama, ponieważ jak doskonale wiemy, że nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę. Najprostsze rozwiązanie to oczywiste skojarzenie tytułu z Bramem Stokerem, twórcą powieści o najsłynniejszym wampirze w dziejach (i nie chodzi mi o błyszczącego się Edwarda ze "Zmierzchu"). Rzut oka na owianą mgiełką tajemnicy fabułę sprawił, że film Chan-wook Parka znalazł się kategorii must see. Na koniec wstępu wielki props dla dystrybutora za wyjątkowe i godne pochwały powstrzymanie się od spierdolenia tytułu poprzez nieudolne tłumaczenie, tudzież dodawanie zbędnych słów.
źródło: http://www.impawards.com
Aby nie psuć Wam zabawy postanowiłem ograniczyć opis fabuły "Stoker" jedynie do niezbędnego minimum. Główną bohaterkę, 18-letnią Indię (Mia Wasikowska), poznajemy w dniu pogrzebu jej ojca. Richard Stoker (Dermot Mulroney) zginął w dosyć tajemniczym wypadku samochodowym. W przeciwieństwie do swojej matki (Nicole Kidman), dziewczyna bardzo mocno przeżywa śmierć ojca, ponieważ ich relacje były niezwykle bliskie. Na dodatek India posiada dosyć ciężki charakter i bardzo wyostrzone zmysły, przez co nie jest specjalnie towarzyską osobą. W czasie pogrzebu pojawia się nikomu nieznany młodszy brat Richarda, Charlie (Matthew Goode), który postanawia na jakiś czas zamieszkać w rodowej posiadłości. I aby uwolnić się od zarzutów o spoilerowanie na tym zakończę.
źródło: http://www.foxsearchlight.com
Zdarzają się czasem książki i filmy, które wciągają tak bardzo, że stajemy się częścią kreowanego przez nie świata. Oglądając "Stoker" poczułem się mniej więcej tak samo oderwany od rzeczywistości, jak w trakcie lektury autobiograficznego Before the Dawn Gerry'ego Adamsa, które przeniosło mnie w realia zachodniego Belfastu. Scenariusz został skonstruowany na tyle doskonale, że India stała się dla mnie bardzo istotną postacią i nie mogłem przejść obojętnie obok jej perypetii. Niezwykle łatwo nawiązałem więź z postacią, chociaż nie należy ona do najbardziej sympatycznych filmowych bohaterek. Wszystko to jest zasługą niezwykle utalentowanego scenarzysty. I w tym miejscu totalne zaskoczenie: autorem świetnego scenariusza jest Wentworth Miller, legendarny Michael z "Prison Break". Aktor, który przejechał cztery sezony serialu z tym samym wyrazem twarzy. Któż by się spodziewał, że po udziale w takiej kompletnej padace Miller będzie w stanie coś jeszcze w życiu osiągnąć? Wielki props dla niego i również duży dla reżysera za przekucie tekstu w wyborne kino z niezapomnianym klimatem. Nad "Stoker" unosi się genialna aura tajemniczości, ba w pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać czy nie mamy do czynienia ze zjawiskami paranormalnymi. Piękna, otoczona lasami posiadłość, zamieszkana jedynie przez trójkę bohaterów dodatkowo potęguje nastrój. Jeśli chodzi o wybór plenerów do kręcenia filmu to chyba naprawdę nie mogło być lepiej!
źródło: http://www.foxsearchlight.com
Pod względem fabularnym "Stoker" wcale nie rozczarowuje. W dzisiejszych czasach zdarza się to wyjątkowo rzadko. Ileż już oglądałem świetnych filmów psutych przez idiotyczne, pozbawione sensu zakończenia? Na szczęście Miller ogarnął temat doskonale i zaproponował zakończenie, za które naprawdę mogę go podziwiać. Poziom przemocy, mimo pewnej sielskości filmu, jest nieoczekiwanie wysoki, co również niezmiernie cieszy moją osobę. Nie chcę spoilować, ale po prostu muszę napisać, że czasami jest wyjątkowo krwisto lub makabrycznie (polecam scenę ze zjeżdżalnią i piaskownicą). A w sumie idąc do kina myślałem: nie samą przemocą człowiek żyje... Bardzo podobały mi się także urocze, a jednocześnie niepokojące, krajobrazy Tennessee i większość zdjęć. Tu mam jednak pewną drobną uwagę: w niektórych sekwencjach kamera całkowicie niepotrzebnie latała jak paralityk. Zamiast rozdygotanego stylu preferowałbym spokojne, statyczne ujęcia. Niemniej jest to zarzut bardzo drobny, odnoszący się w zasadzie do jednego czy dwóch momentów. Poszczególne sceny zostały genialnie wyreżyserowane. Urzekły mnie samotne wycieczki i zabawy Indii, ale największe brawa należą się twórcom za relacje w trójkącie India – Charlie – Evelyn. Do tego świetne i prawdziwe dialogi, które są momentami autentycznie zabawne – jak na przykład w scenie wspólnej kolacji.
źródło: http://www.foxsearchlight.com
"Stoker" nie byłby dziełem aż tak wybitnym, gdyby nie idealnie dobrana obsada. Mia Wasikowska stworzyła genialną kreację. India w jej wykonaniu to niemal uosobienie wysublimowanej aspołeczności połączonej z dobrym wychowaniem i edukacją na najwyższym poziomie. Pod wieloma względami jej postać może wydawać się odpychająca, ale ja naprawdę byłem nią zachwycony od samego początku. Każdy gest, słowo czy też ruch doskonale wpisują się w styl, który Wasikowska narzuciła swojej bohaterce. Aż dziw bierze, że przy tak zagranej głównej postaci inna gwiazda może świecić równie jasno. Matthew Goode dał chyba z siebie wszystko co najlepsze. Charlie przyciąga uwagę od pierwszego momentu pojawienia się na ekranie. Bohater magnetyczny, fascynujący, niezwykle elokwentny, ale także skrywający w głębi siebie mroczne sekrety. Po "Stoker" Goode zasługuje na najwyższe wyrazy uznania! Trójcę bohaterów uzupełnia dobra kreacja Nicole Kidman, aczkolwiek muszę przyznać, że zdecydowanie nie tak wybitna jak dwójki opisanej powyżej. Może wynika to z faktu, iż nie po raz pierwszy oglądamy tę aktorkę w roli matki zamieszkującej tajemniczą posiadłość? Jeśli chodzi o wykonawców z drugiego planu, którzy szczególnie zapadli mi w pamięć, to z pewnością chciałbym wyróżnić Phyllis Somerville, Jacki Weaver oraz Dermota Mulroneya.
źródło: http://www.foxsearchlight.com
Chociaż spodziewałem się po "Stoker" naprawdę dobrego kina to muszę przyznać, że aż tak wysoki poziom trochę mnie zaskoczył. Świetny scenariusz Millera, doskonały i tajemniczy klimat podparty imponującym aktorstwem Wasikowskiej i Goode'a okazały się przepisem na wyborny film. Tym samym zaczynam pokładać w Chan-wook Parku spore nadzieje, a i od teraz bacznie będę się przyglądał scenopisarskiej karierze Wentwortha Millera. Gorąco polecam!
źródło: http://www.foxsearchlight.com

Ocena: 8/10.

sobota, 17 sierpnia 2013

"Drogówka"

Wojciech Smarzowski nie raz już udowodnił, że ma wielki talent i dysponuje specyficznym stylem ukazywania polskiej rzeczywistości. Chociaż nie udało mi się obejrzeć "Róży", to do dziś jestem zachwycony zarówno "Weselem", jak i "Domem złym". Cieszyłem się zatem ogromnie na "Drogówkę" licząc, że po raz kolejny zobaczę świetne kino. W momencie premiery hype na najnowsze dzieło Smarzowskiego osiągał monstrualne rozmiary, a wszyscy propsowali wysiłek utalentowanego reżysera. Na dodatek przeczytałem wiele recenzji pochwalnych tego filmu i w żadnej z nich nie znalazłem ani jednego poważnego zarzutu pod adresem tej produkcji. Sam nawet zacząłem zatem bezrefleksyjnie hołubić "Drogówkę" przyjmując a priori, że to będzie wybitne kino, a Smarzowski znowu potwierdzi status jednego z najwybitniejszych przedstawicieli polskiej kinematografii. Ba, a może nawet stanie się dla mnie nawet krajowym odpowiednikiem Quentina Tarantino! Niestety brutalna rzeczywistość po raz kolejny zniszczyła wielkie nadzieje. Wyobraźcie sobie zatem jakież ogromne musiało być moje rozczarowanie, gdy opuściłem nieklimatyzowaną salę kinową! Dla lepszej imaginacji weźcie pod uwagę fakt, że początkowo z powodu gigantycznego zawodu oraz przygnębienia nie miałem nawet zamiaru pisać recenzji.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Drogówka" składa się z dwóch części. Pierwsza, swoiste wprowadzenie w specyficzny świat polskiej drogówki, składa się głównie z krótkich filmików, często nagrywanych komórkami lub kamerami w radiowozach. W zabawnych epizodach poznajemy poszczególnych bohaterów oraz ich specyficzne poczucie humoru. Obraz polskiego społeczeństwa wyłaniający się z filmu nie jest specjalnie pozytywny. Korupcja, pijaństwo, brak szacunku dla władzy występują na porządku dziennym. I nie dotyczy to tylko zwykłych, szarych obywateli, ale także przedstawicieli najwyższych władz państwowych czy kościoła. W drugiej części fabuła skupia się natomiast na postaci sierżanta sztabowego Króla (Bartłomiej Topa). Romansujący z koleżanką z pracy (Julia Kijowska) policjant po upojnej nocy spędzonej z kolegami staje się głównym podejrzanym w sprawie o zabójstwo sierżanta Lisowskiego (Marcin Dorociński). Chociaż nasz bohater nie pamięta kompletnie nic z grubego melanżu, ucieka z komisariatu by dowieść swojej niewinności.
źródło: http://www.filmweb.pl
W jednej z recenzji przeczytałem, że "Drogówka" to film, któremu absolutnie nic nie można zarzucić. Po seansie stwierdzam, że powyższe zdanie to absurd i nonsens w czystej postaci. Największymi wadami filmu są nieudolna intryga oraz iście hollywoodzkie rozwiązania fabularne. Król zbierając dowody swojej niewinności stopniowo odkrywa, że afera zatacza coraz szersze kręgi. Sięga tak daleko, że wykracza nawet poza Polskę – wspomina się nawet Rzym i Brukselę. To mi się bardzo nie podoba, ponieważ dotychczasowe filmy Smarzowskiego opowiadały raczej kameralne, duszne historie. Wypłynięcie na fabularne szerokie wody zakończyło się niestety spektakularną katastrofą. Ponadto sposób w jaki zwykły policjant drogówki zbiera informacje nadaje się raczej do amerykańskiego thrillera niż polskiego kina. Dynamiczne ucieczki po dachach budynków, włamania, hakowanie laptopów i telefonów jakoś nie przystają do naszej przasnej rzeczywistości. I jeszcze te wszędobylskie macki układu, który czuwa nad wszystkim i wszędzie ma swoich ludzi. Poza tym Smarzowski wprowadził do "Drogówki" kilka wątków, których po prostu nie mogę zaakceptować. Ksiądz w burdelu czy motyw z dzieckiem Banasia (Eryk Lubos) odbieram jako zagrywkę najniższych lotów, mniej więcej na poziomie występów kabaretowych Cezarego Pazury. Nie rozumiem też czemu miało służyć wkładanie do filmu bezsensownych scen opartych o suchary z Kwejka. Rozumiem, że nie wszyscy widzowie odwiedzają ten portal każdego dnia, ale bitch please! Nie po to wydaję na bilet zawrotną kwotę 7 PLNów, żeby momentami mieć wrażenie, iż oglądam jakiś padaczne dzieło Olafa Lubaszenki!
Ultimate hustla w akcji :)
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Jak widać powyżej akapit hejtów osiągnął obszerne rozmiary. Ale czy "Drogówka" jest filmem fatalnym i kompletnie nieudanym? Otóż nie. Żale wynikają raczej z ogromnego rozczarowania, ponieważ w dziele Smarzowskiego pokładałem naprawdę wiele nadziei. Na pewno plus mogę zaliczyć nakreślenie zjawisk takich jak wszechobecny syf, brak moralności, alkoholizm, narkomania, prostytucja, korupcja czy rasizm. Reżyser stworzył zatem bardzo ciekawe i brudne ramy opowieści, aczkolwiek wypełnił je miałką treścią. Mimo wielu sucharów, kilkanaście żartów wypadło autentycznie zabawnie. Udało się ponadto wykreować dobre postacie z krwi i kości, a także zebrać świetną grupę aktorów, która tego nie spierdoliła koncertowo. Bohaterów jest cała rzesza, więc nie widząc sensu opisywania każdego z nich skupię się jedynie na tych, którzy najbardziej zapadli mi w pamięć. Bartłomiej Topa w roli sierżanta Króla wypadł bardzo dobrze, a kurwa, kurwa, kurwa w jego wykonaniu to pod względem emocjonalnym kwestia godna Bogusława Lindy z najlepszych lat. Partnerująca mu na ekranie Julia Kijowska również zasłużyła na oklaski. W filmie Smarzowskiego nie mogło naturalnie zabraknąć Mariana Dziędziela oraz Arkadiusza Jakubika. Ten drugi wciela się w moją ulubioną postać z "Drogówki". Sierżant Petrycki to sympatyczny i bezwzględny ruchatron, który okazji na zaspokojenie swoich żądzy nie odpuści nawet pełniąc służbę w czasie uroczystości religijnych. Ponadto występuje chyba w najlepszej scenie filmu – koniecznie sprawdźcie pytanie o krasnoluda. Oprócz wyżej wymienionych cała rzesza znanych i uznanych m.in.: Eryk Lubos, Jacek Braciak, Marcin Dorociński, Maciej Stuhr, Adam Woronowicz, Agata Kulesza i tak by można jeszcze wymieniać i wymieniać.
źródło: http://www.filmweb.pl
Długo zastanawiałem się jaką ocenę wystawić "Drogówce". Głównym tematem rozważań była kwestia czy film Smarzowskiego zasługuje na sześć gwiazdek czy też nie? Niestety po tym, co zobaczyłem w kinie, 6/10 stało się najwyższą notą jaką mogłem wystawić bez oszukiwania samego siebie. Po głębszym namyśle doszedłem do wniosku, że jednak pierwsza quasi dokumentalna część oraz aktorstwo i niektóre motywy usatysfakcjonowały mnie na tyle, iż mogę utrzymać pierwotną ocenę. Mam świadomość, że wielu osobom "Drogówka" może się spodobać, szczególnie jeśli nie miały wcześniej wielkich oczekiwań wobec tego filmu. Mi niestety pozostaje ubolewanie nad pierwszą poważną klęską Wojciecha Smarzowskiego.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 6/10.

wtorek, 13 sierpnia 2013

"Kac Wawa"


I nadszedł oto w końcu dzień wielkiej i od dawien odwlekanej próby, gdym uzbrojony w miałkość najchujowszej kinematografii zasiadł do bitwy ostatecznej. Nie lękałem się wcale, azali wiele chujni zniosłem w czasie mego marnego żywota. Pewność siebie jednakże złudne poczucie siły i wiary we własne możliwości wywołała. W jednej chwili niczym stały traumatyczne wrażenia z "Gulczas, a jak myślisz?", "Ciacha" czy "Krugerandów". Niczym były potężne zaklęcia (kurwa mać!) i niczym były eliksiry z Kompanii Piwowarskiej. A było to wtenczas, gdy na ekranie bestia objawiła imię swoje prawdziwe. Siedem plugawych znaków, a każdy prosto z najgłębszych czeluści piekła. Siedem liter złożonych przez najgorsze demony w obrzydliwy tytuł. "Kac Wawa". Direct from hell... O "Kac Wawa" napisano już tak wiele złego, że zastanawiałem się czy w ogóle pisać recenzję tego czegoś (nie nazwę tego ścierwa filmem). Niemniej należy być konsekwentnym w działaniu, więc skoro zarzekałem się wielokrotnie, że obejrzę to gówno to czemu miałbym się z Wami nie podzielić moimi subiektywnymi wrażeniami?
źródło: http://www.filmweb.pl
Jak najlepiej opisać fabułę przedstawioną w "Kac Wawa"? Czy "Kac Wawa" przedstawia jakąkolwiek fabułę? A jeśli tak to czy jej opisywanie może przynieść coś więcej niż traumatyczne flashbacki z seansu? Niestety żeby zarysować bezmiar tego bezsensu trzeba sięgnąć do najgłębszych zakamarków pamięci, dokąd świadomość wyparła te przeżycia. Wyobraźcie sobie bowiem, że "Kac Wawa" to nic innego jak wysoce upośledzona wersja "Kac Vegas", który wybitnie zabawną komedią przecież nie był. Niemniej dorobił się już trzech części i zarobił kupę kasy, więc czemu nie przenieść sprawdzonego patentu na polską ziemię? Andrzej (Borys Szyc) i jego narzeczona Marta (Sonia Bohosiewicz) tego samego wieczora zaplanowali wieczór kawalerski oraz panieński. Jak łatwo przewidzieć zarówno u chłopców, jak i u dziewczyn sytuacja szybko wymyka się spod kontroli, co w zamierzeniu miało wypełnić to ścierwo zabawnymi perypetiami. I w zasadzie tutaj kończy się wszelka logiczna fabuła, a zaczyna ciąg wysoce bezsensownych i całkowicie zbędnych wydarzeń. Zasadniczo dominują dwa wątki: krucjata w poszukiwaniu ruchania oraz surrealistyczno-deliryczne próby odnalezienia zaginionej narzeczonej.
Chwila zadumy - czy hajs się zgadza?
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Już sam tytuł jest ultra słaby, gdyż żeruje na najtańszej zagrywce polskich dystrybutorów: bezmyślnej kserokopii/skojarzeń z wzorcem zachodnim w celu nabicia kabony i wyruchania polskich widzów. Jak na złość tzw. twórcy postanowili dostosować do niego całą resztę swojego dzieła. Zasadniczo osobom, które nie miały styczności z tym piekielnym pomiotem, będzie trudno sobie wyobrazić skalę totalnej chujozy, jaką uraczyli widzów reżyser Łukasz Karwowski i jego pomagierzy scenarzyści. Nawet najlepszy opis "Kac Wawa" nie uszkodzi Wam mózgów w ten sam sposób, co projekcja. Powodów do hejtingu jest tak wiele, że aż nie wiem od czego zacząć! Jak pisałem powyżej fabuła nie ma żadnego sensu. To coś to po prostu zbiór randomowych scen złożonych, nie wiadomo dlaczego, w jedną całość. Perypetie głównego bohatera co rusz przerywane są bezsensownymi ujęciami wesołej ekipy tańczącej z rozebranymi laskami (ach, gdybym tylko oglądał w 3D!), które są potrzebne jak kurwie deszcz. Drugim, wyjątkowo popularnym motywem, są natomiast sekwencje ukazujące długą, białą limuzynę sunącą po nocnej Warszawie. Ha, pewnie pomyśleliście, że oglądamy co się dzieje wewnątrz auta. Fatalny błąd! Podziwiamy samochód stojący na światłach, jadący prosto, skręcający, zatrzymujący się itp.!!! Wspaniałe uzupełnienie wybornej fabuły! Żeby chociaż były z tego jakieś wrażenia wizualne do zapamiętania... Napisać, że dialogi są fatalne i obrażają inteligencję to zdecydowanie za mało. Już w "Ciachu" było wyjątkowo padacznie i nie spodziewałem się, że może być jeszcze gorzej. Słuchając kwestii wypowiadanych przez bohaterów "Kac Wawa" miałem ochotę wyłączyć dźwięk. Teksty nawet nie są żenujące, to coś zdecydowanie głębszego – czułem się jakby ktoś zaczął mi wiercić dziurę w mózgu za pomocą wiertarki udarowej. Wspaniałe przeżycie, polecam gorąco!
Upośledzona ekipa w pełnej krasie.
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Bohaterowie są tragicznie napisani – chociaż podejrzewam, że tak naprawdę wszystko zostało wymyślone na planie ad hoc. Andrzej to postać tak upośledzona, że mogłaby ją zagrać jedynie hybryda Karolaka i Małaszyńskiego z "Ciacha". Co ciekawe okazało się, iż właśnie w tę stronę ewoluował Borys Szyc. Za umiejętności aktorskie pokazane w "Kac Wawa" należy mu się hejt i pogarda do końca wszechświata bez możliwości przebaczenia. Głównego wykonawcę dzielnie wspierają niedojebani pomagierzy, którzy idealnie dostosowali się do jego poziomu. Antoni Pawlicki (Jarek), Michał Żurawski (Tomek), a w szczególności Michał Milowicz (Bonawentura) są podobnie nieoglądalni. Do tego oczywiście przedstawiciele świata przestępczego, bo przecież wątku kryminalnego zabraknąć nie mogło. Mirosława Zbrojewicza (Kaban) i Przemysława Bluszcza (alfons Kobyła) dotychczas szanowałem i uważałem za solidnych aktorów. Po tym co zobaczyłem w "Kac Wawa" obaj stracili szacunek oraz kredyt zaufania. Okazuje się, że każdy aktor w tym kraju może dać totalnie dupy, jeśli tylko ma odpowiednie warunki. Jeśli chodzi o płeć piękną to chciałbym zwrócić uwagę na trzy postacie. Marta w wykonaniu Sonii Bohosiewicz większość filmu zgonuje, więc trudno hejtować aktorkę za nic nie robienie. Jednakże początek i koniec "Kac Wawa" w jej wykonaniu to prawdziwy aktorski dramat! Jednakże to nie ona zasługuje na największe hejty w kategorii ról kobiecych. Zdecydowane i bezapelacyjne zwycięstwo należy się Romie Gąsiorowskiej (Sandra)! Aktorka, którą ubóstwiałem za imponującą rolę Magdy w "Wojnie polsko-ruskiej" pohańbiła się gorzej niż Żmuda-Trzebiatowska w "Ciachu". W zasadzie muszę napisać (chociaż bardzo mi przykro z tego powodu), że w "Kac Wawa" osiąga poziom Szyca i Karolaka. Jedynie Agnieszka Włodarczyk coś sobą reprezentuje, aczkolwiek jej postać jest całkowicie zbędna i została wstawiona do filmu wyłącznie po to by się rozebrać. Na koniec zostawiam Tomasza Karolaka (Silvio), który notuje kolejny występ na poziomie "Ciacha". Koniecznie sprawdźcie jak wspaniale spisał się grając Bułgara udającego Włocha – z tej okazji wielkie pozdro dla Kastunty i Mateusza :)
Roma, why?!
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Kiedyś oglądałem "Gigli" z Benem Affleckiem i Jennifer Lopez. Był to (podkreślam) film okropny i odbierający chęć życia, dlatego też obejrzałem go w około w 28 podejściach. W czasie projekcji "Kac Wawa" wielokrotnie miałem ochotę wyłączyć to gówno. Niestety ogarniała mnie wtedy przerażająca świadomość, że pewnego dnia zapomnę o tym co zobaczyłem i będę zmuszony oglądać od nowa. Wiedząc, że przy powtórnej próbie zmiany w mózgu wywołane przez dzieło Karwowskiego mogą nabrać nieodwracalnego charakteru postanowiłem cierpieć za milijony i wytrwać do napisów końcowych. Jeśli miałbym wskazać jakiekolwiek pozytywne elementy to byłaby to ścieżka dźwiękowa, cała komiksowa otoczka oraz ksywa jednego z bohaterów – Grzmichuj. Jednakże nie są one na tyle fajne by uznać je zalety – raczej wybijają się na tle oceanu bezdennej chujozy, jakim jest "Kac Wawa". Do obejrzenia wyłącznie na własną odpowiedzialność! Uprzejmie ostrzegam, że w trakcie i po seansie mogą wystąpić:
  • silne zażenowanie,
  • myśli samobójcze,
  • wieczysta pogarda dla Karolaka oraz Szyca,
  • bóle głowy oraz wymioty,
  • ataki niszczycielskiej furii,
  • odkrycie ostatecznego dowodu na nieistnienie boga.
źródło: http://www.filmweb.pl

Ocena: 0/10.*

* Oczywiście na IMDb wystawienie takowej oceny jest niemożliwe, toteż tam "Kac Wawa" otrzymuje 1/10. Niemniej dla podkreślenia poziomu tegoż ścierwa wystawiam mentalne zero gwiazdek.

czwartek, 8 sierpnia 2013

"Shadow Dancer"


W tym roku z okazji St. Patrick's Day planowałem przygotować ranking 10 najlepszych filmów dotyczących szeroko pojętej kwestii irlandzkiej (Republika, Ulster, liczna diaspora w USA). Niemniej, chociaż rozpocząłem wstępne prace nad zestawieniem, nie udało mi się ich sfinalizować z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze marzec był miesiącem, w którym dysponowałem znacznie mniejszą ilością czasu niż obecnie – wtedy działo się naprawdę dużo. Po drugie zanim powstał ten oto wspaniały wytwór mojej kreatywności i niezbadanego talentu publikowałem swoje recenzje na Facebooku. I właśnie w ubiegłym roku w ramach tego ważnego irlandzkiego święta stworzyłem premierową dziesiątkę najlepszych produkcji o Irlandii. Oczywiście miałem niezwykle ambitne plany aktualizacji zestawienia o nowe filmy (m.in. "Hunger", "Fifty Dead Man Walking"), ale z różnych względów poniosłem porażkę. Nie chcąc zatem powtarzać się z wielkim żalem musiałem zrezygnować z tej idei i odłożyć ją na bliżej nieokreśloną przyszłość. Dziś na powetowanie strat moralnych z tego tytułu recenzja filmu Jamesa Marsha, który polski dystrybutor opatrzył tytułem "Kryptonim: Shadow Dancer".
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Shadow Dancer" rozpoczyna się w 1973 roku w Belfaście okupowanym przez brytyjskich imperialistów. A był to okrutny czas, gdyż Irlandia Północna zamieniła się w strefę bezwzględnej wojny między Tymczasową IRA oraz Brytyjczykami wspieranymi przez paramilitarne organizacje lojalistów. My jednak nie oglądamy konfliktu, a jedynie sielskie obrazki z życia irlandzkiej rodziny. Mała Collette przekonuje swojego braciszka by zamiast niej poszedł kupić ojcu papierosy. Chłopiec zostaje postrzelony na ulicy i wkrótce umiera. Co prawda nie dowiadujemy się kto odpowiada za jego śmierć, ale dalsze losy dziewczynki wskazują, że wina spadła na dumnych synów Albionu. Mija dwadzieścia lat – jakby ktoś miał problemy z algebrą to chodzi o rok 1993. Collette (Andrea Riseborough) jest już dorosłą kobietą, mocno zaangażowaną w walkę o wyzwolenie Ulsteru spod brytyjskiego jarzma. Po nieudanym zamachu bombowym w londyńskim metrze zostaje schwytana przez agentów MI5. Funkcjonariusz kontrwywiadu Mac (Clive Owen) stawia republikankę przed prostym wyborem: albo zacznie współpracować z Brytyjczykami kapując własną rodzinę albo resztę życia spędzi w angielskim więzieniu.
źródło: http://www.magpictures.com
Bardzo podobało mi się, że twórcy zrezygnowali z jakiegokolwiek wstępu o historii konflikcie północnoirlandzkim i rzucili widzów od razu w środek akcji. Ja odnalazłem się bez problemu, ale mam świadomość, że przeciętna osoba bez poznania specyfiki Ulsteru nigdy nie zrozumie pewnych aspektów filmu. Czy wyświetlenie kilku zdań o ponad osiemdziesięcioletniej walce o zjednoczenie Irlandii mogłoby cokolwiek pomóc? Nie sądzę. Chciałbym żeby filmy były jak najbardziej wyspecjalizowane w temacie i wymagały od nas posiadania pewnej wiedzy na dany temat. Niestety targetem większości produkcji jest bezrefleksyjny widz masowy, któremu trzeba wszystko łopatologicznie tłumaczyć. Oglądając "Shadow Dancer" zastanówcie się dlaczego w scenie aresztowania głównej bohaterki północnoirlandzka policja jest ubezpieczana przez oddział brytyjskiej armii albo czemu podobna sytuacja występuje w trakcie pogrzebu? Zwróćcie również uwagę na świetny motyw z żołnierskim pogrzebem, na który nie chcieli wyrazić zgody policjanci. Warto także zauważyć, że na dokumentach z autopsji brata Collette (zapewne sfabrykowanych przez MI5) pojawia się karabin szturmowy Armalite AR-18, ukochana broń Tymczasowej IRA i Drużyny A. O ile jednak ekipa Hannibala Smitha nigdy nikogo z niej nie zabiła, to w szeregach Provos zyskał zaszczytne miano Widowmaker. Takie smaczki bardzo mi się podobały i cieszę się, że umieszczono je w filmie.
źródło: http://www.magpictures.com
Intryga przedstawiona w "Shadow Dancer" jest dosyć interesująca i wciągająca, aczkolwiek relacje Collette i Maca w pewnym punkcie osiągają spodziewany żenujący poziom. W tym momencie byłem gotów pokarać odjęciem dwóch gwiazdek, ale na szczęście finał uratował ostateczną ocenę. W filmie znalazła się za to genialna scena rozmowy Kevina z Collette, w czasie której w pokoju obok zakapior, za którego oczami człowieka nie ma, rozkłada folię by nie pobrudzić podłogi krwią, jeśli konwersacja zakończy się niepomyślnie dla naszej bohaterki. Niestety obok momentów bardzo dobrych znalazło się kilka elementów, które nie przypadły mi do gustu. Na pierwszy plan wybija się postać Maca, prawego agenta MI5 o szlachetnym sercu i łagodnym usposobieniu. Postać niemal bajkowa, prawdziwy agent kontrwywiadu powinien zgwałcić Collette albo grozić zabiciem jej syna, a nie zachowywać się w ten sposób. Straszliwie czerstwy bohater, a na dodatek Clive Owen po raz kolejny powrócił z tym samym warsztatem aktorskim, określanym jako pełne zatwardzenie. Poza tym można czepiać się, że Collette tak łatwo przeszła na stronę wroga. Tutaj jednakże mała dygresja: pamiętajmy, że nie była ona herosem wykutym ze stali, lecz zwykłą kobietą, na dodatek samotnie wychowującą syna. Na koniec zarzut co do wątku tytułowego Shadow Dancer – nie czuję się do końca usatysfakcjonowany!
źródło: http://www.magpictures.com
W powyższym akapicie zhejtowałem Clive'a Owena za jego wysiłki aktorskie lub też niezwykle ekspresyjną walką z zatwardzeniem, którą toczy od lat. Jednakże muszę przyznać, że na tle całej obsady jako jedyny wypada negatywnie. Andrea Riseborough dostała już ode mnie propsy za świetną rolę drugoplanową w "Oblivion", ale widzę, że doskonale radzi sobie również na pierwszym planie. Nie dość, że aktorka udźwignęła ciężkie brzemię to jeszcze stworzyła kreację, z którą zacznę utożsamiać chyba wszystkie republikanki z Ulsteru. Prawdziwą sztuką jest zagrać zwykłą dziewczynę, ba naprawdę niewiele aktorek ma predyspozycje by nawet wyglądać zwyczajnie. Andrei się to udało znakomicie i po raz kolejny wielki props ode mnie. Wśród ról drugoplanowych wyrazy uznania należą się w szczególności trzem graczom: Aiden Gillen (Gerry), Domhnall Gleeson (Connor) oraz David Wilmot (Kevin). Gillen od niepamiętnych czasów wreszcie mnie nie mierził na ekranie. Warto również wspomnieć o ciekawej roli Gillian Anderson (Kate Fletcher). Słynna agentka Scully zmieniła się na tyle, że trochę czasu zajęło mi uświadomienie sobie z kim mam do czynienia.
źródło: http://www.magpictures.com
Gdyby wyrzucić z filmu postać Maca (ewentualnie zdecydowanie lepiej ją zarysować) "Shadow Dancer" mógłby stać się wybitny. Niestety w obecnej postaci dzieło Jamesa Marsha jawi się jako raczej średnie kino z wielkimi momentami, ale i kilkoma wyraźnymi wadami. Na szczęście uniknięto jakiegokolwiek wartościowania stron. Nikt nie mówi, że Brytyjczycy spowodowali całe zło na irlandzkiej ziemi, a Irlandczycy to banda zapijaczonych rebeliantów dążących do całkowitej anarchii w Ulsterze. To bardzo cenne, ponieważ każdy widz może sobie wyrobić własne zdanie na temat poszczególnych bohaterów. Na sam koniec chciałbym zwrócić uwagę na kwestię dosyć często pomijaną przy filmach o Ulsterze: nie tylko republikanie walczyli zbrojnie o swoje cele. Lojaliści za pomocą paramilitarnych organizacji takich jak UDA, UVF czy Red Hand Commando również mordowali nie tylko swoich przeciwników, ale też bezbronnych cywilów. Warto o tym pamiętać oglądając "Shadow Dancer".
źródło: http://www.magpictures.com
Ocena: 7/10 (może troszkę zawyżona, ale w słusznej sprawie!)

Ps.
Recenzja była naturalnie pisana ku chwale zjednoczonej Irlandii za grube dolary od amerykańskiej diaspiory. A tak na serio to minął rok odkąd prowadzę tego bloga i z tej okazji chciałbym podziękować wszystkim Czytelnikom za spędzony razem czas. Mam nadzieję, że jeszcze wiele przed nami, a tymczasem piję Wasze zdrowie! Sláinte!