Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylvester Stallone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylvester Stallone. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2020

"Rambo: Last Blood" (2019)

 I’ve lived in a world of death.

Rambo 8 w telewizji – patrzcie moi mili – śpiewał w 1997 roku Kazik w legendarnym już utworze 12 groszy (ha, do dzisiaj posiadam oryginalną kasetę, tylko nie ma gdzie jej odsłuchać). Niestety pan Staszewski przeszacował swoje rachuby, gdyż  jesienią 2019 roku do kin wjechała dopiero piąta część przygód Johna Rambo. Ponieważ ostatnimi czasy zdecydowanie zaniedbałem prowadzenie mojego bloga (a miałem ku temu słuszne powody oprócz tradycyjnego już lenistwa intelektualnego), a pandemia ostro ruszyła wraz z jesiennymi chłodami, to postanowiłem wziąć na warsztat to, co przyniosło HBO GO w ten niepewny czas. "Rambo: Last Blood" to kolejne (mam nadzieję, że już tym razem naprawdę ostatnie) po "Johnie Rambo" pożegnanie z przygodami legendarnego komandosa. W międzyczasie udało mi się nawet zapoznać z powieścią Davida Morrella First Blood z 1972 roku, która zapoczątkowała całą filmową serię (polecam zapoznać się z druzgocącą opinią autora na temat dzieła Adriana Grunberga). Tak naprawdę po seansie jedną z niewielu rzeczy, którą mogę z całą pewnością docenić, jest ładny tytuł nawiązujący do oryginału (u nas oczywiście brak zrozumienia dla całego zamieszania z tym gównem – zawsze funkcjonowało to jako "Rambo", "Rambo II" i "Rambo III").
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Jak doskonale pamiętamy w czwartej części John Rambo (Sylvester Stallone) wreszcie powrócił do domu (co było bardzo ładnym zwieńczeniem takiego sobie filmu i na czym cała seria powinna się wreszcie skończyć). Po kilkunastu latach, posiadając rancho w Arizonie, zajmuje się ujeżdżaniem koni i w sumie nie wiadomo czym jeszcze. Z nudów były członek sił specjalnych stworzył pod swoją posiadłością imponującą sieć świetnie zaopatrzonych tuneli, przypominających do złudzenia dzieła Vietcongu z czasów krwawego konfliktu w Wietnamie. Problemy zaczynają się w momencie, gdy Gabriela (Yvette Monreal), wnuczka Marii (Adriana Barraza) gosposi Johna, postanawia odnaleźć w Meksyku ojca, który porzucił ją za młodu. Niewinna wyprawa ma tragiczne skutki, a w życie naszego herosa brutalnie wjeżdża meksykański organizacja przestępcza zajmującą trudniąca się prostytucją na szeroką skalę.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

"Rambo: Last Blood" to film, który powstać nie musiał, ponieważ nie było takiej potrzeby ani konieczności. Po czwartej, nienajlepszej już części, która mimo wszystko w bardzo ładny sposób kończyła epicką przygodę Johna Rambo, naprawdę nie widziałem już sensu kręcenia następnego sequela. Dlatego też byłem naprawdę zdruzgotany wiadomością o powstaniu szóstej części, jeśli piąta odniesie sukces komercyjny. Rozumiem, że pieniądze trzeba zarabiać, ale czy naprawdę nie można by spróbować czegoś mniej pewnego, lecz nowego? W poprzednim akapicie przedstawiłem zarys fabuły, który jest totalnie wtórna i kompletnie przewidywalna. W sumie to myślałem, że tym razem Rambo będzie walczył z którymś z potężnych, meksykańskich karteli, dysponujących świetnie wyszkolonymi żołnierzami, będącymi godnymi przeciwnikami dla naszego herosa (a nie setkami birmańskich botów do fragowania jak w poprzedniej części). Zamiast kartelu dostajemy natomiast zbrojną organizację alfonsów, złożoną z podrzędnych meksykańskich wojowników ginących bardzo szybko i jednego średniowymagającego bossa (Sergio Peris-Mencheta) zostawionego na spektakularny finał. Z poprzednich części wiemy doskonale, że Rambo jest świetnie wyszkolony i zaprawiony w walce w lesie i dżungli, Z tej odsłony dowiadujemy się, że John raczej słabo walczy w miejskiej dżungli, ponieważ wyłapuje taki wpierdol jakich naprawdę mało. Jest to wyjątkowo przykre, a ponadto smutny wydźwięk wzmacnia absurdalny wątek dziennikarki (Paz Vega) ratującej naszego bohatera.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Kompletny brak pomysłu na ten film obnaża także jego długość – zaledwie 89 minut (odliczcie sobie jeszcze 10 minut napisów końcowych, które są mimo wszystko fajnie zrobione i stają się swoistym hołdem dla poprzednich części). Pod względem dialogów jest bardzo słabo, a ponadto wydaje mi się, że każde słowo wychodzące z ust Johna sprawia mu niewyobrażalne cierpienie. Cóż zatem mogło uratować film ze szczątkowymi dialogami i wtórną fabułą? Oczywiście odpowiedź jest tylko jedna – PRZEMOC!!! Niestety pod tym względem "Rambo: Last Blood" wypada groteskowo i niezręcznie, trochę jak gore’owa wersja "Kevin sam w domu". Ostatnio często wracam do legendarnej płyty Smarki Smarka Najebawszy EP (polecam tak bardzo!) i pomyślałem sobie, że poziom przemocy w piątej części Rambo idealnie oddaje wers: to mogło wtedy imponować, teraz śmieszy. Po prostu zgony kolejnych meksykańskich wojowników nie wywołują praktycznie żadnych reakcji, no może poza uśmiechem politowania. Niestety, jeżeli nawet przemoc zawodzi, to naprawdę już nic nie mogło uratować tego filmu. Z małych plusików warto odnotować jedynie, że dowiedzieliśmy się, że Rambo lubi słuchać The Doors – utwór Five to One przewija się kilkukrotnie przez seans.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Jeśli chodzi o aktorstwo to tak naprawdę nie ma specjalnie o czym pisać. Sylvester Stallone ma po prostu wyjebane, od czasu do czasu wyrzuca z siebie jakąś wymamrotaną z bólem i cierpieniem kwestię, przez co występ odbiera się po prostu fatalnie. Adriana Barazza gra typową meksykańską gosposię, o której zapomnimy zaraz po seansie. W zasadzie to samo można powiedzieć o Yvette Monreal czy pojawiającej na chwilę Paz Vega. Trochę ciekawiej wypadają złoczyńcy. O ile Óscar Jaenada (Victor) gra sztampowego, głupszego brata przestępcę, o tyle Sergio Peris-Mencheta (Hugo) tworzy naprawdę ciekawą kreację na tle całego tego marazmu i wtórności. Reszta pozostaje milczeniem.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Jak już wspominałem w tekście "Rambo: Last Blood" to film kompletnie niepotrzebny. John Rambo zasługiwał na znacznie lepsze zamknięcie heroicznej przygody i muszę przyznać, że przy całej ułomności czwartej części jej zakończenie było o wiele lepsze niż to co musiałem oglądać w piątej odsłonie. To naprawdę nie było komukolwiek potrzebne. Bardzo nie polecam.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Ocena: 3/10.

Recenzje pozostałych części:

środa, 20 sierpnia 2014

"Cobra"

Przenieśmy się dzisiaj do roku 1986. W USA rządzi Ronald Reagan, w Zjednoczonym Królestwie Margaret Thatcher cięmięży walijskich górników i północnoirlandzkich republikanów, a w Polszy... - who gives a fuck? W tymże właśnie epickim czasie pełnego rozkwitu lat 80-tych Sylvester Stallone postanowił uhonorować przyjście na świat, jak się okazało później, najwybitniejszego amatorskiego recenzenta filmowego w dziejach wszechświata. Albowiem kilka miesięcy wcześniej nad jednym z kieleckich szpitali pośród mroków nocy zabłysło dziesięć gwiazdek nieistniejącego jeszcze IMDb, zwiastujących nadejście Wybrańca. I tak właśnie wszedł on do gry. I wszyscy wiedzieli, że to było dobre. Wracając jednakże do Stallone'a muszę nadmienić, iż przez lata oglądania megahitów Polsatu i superkina TVN nigdy nie udało mi się natrafić na "Cobrę". Jestem o tym przekonany w 100%, ponieważ produkcja ze złotych lat 80-tych pozostawia niezatarte wspomnienia. Dlaczegóż? Pozwólcie, że Wam wytłumaczę!
Plakat taki bezbłędny.
( źródło: http://www.impawards.com)
Porucznik Cobra Cobretti (Sylvester Stallone) to spiżowy heros z jajami wykutymi z kryptonitu. Bezbłędna stylówa: jeans, skóra, auto w stylu retro (Mercury rocznik 1950), lotnicze okulary, wykałaczka w pysku oraz nigdy niezdejmowane skórzane rękawiczki tworzą obraz twardziela ponad twardzielami. Jak łatwo się domyślić nasz bohater jest oczywiście stróżem prawa w Mieście Aniołów. Jednakże jego pozycja jest na tyle nietypowa, iż wzywany jest jedynie do najtrudniejszych przypadków wymagających niestandardowego działania na granicy prawa (to znaczy: podejrzani rzadko dożywają do rozprawy sądowej; Cobra jawi się jako ktoś w rodzaju Sędziego Dredda). Tymczasem na ulicach L.A., niczym poważna choroba, szerzy się zbrodnia. Organizacja (sekta?), powstała wokół jegomościa zwanego Night Slasher (Brian Thompson), eksterminuje randomowe jednostki, co skutecznie utrudnia LAPD wytropienie sprawców. W końcu jednakże udaje się znaleźć świadka gotowego do złożenia zeznań. Oczywiście to właśnie Cobra otrzymuje niezwykle trudne zadanie ochrony pięknej Ingrid (Brigitte Nielsen).
Porucznik Cobretti również bezbłędny.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
"Cobra" to sztandarowy manifest lat 80-tych, ale także swoiste dzieło programowe kina policyjnego, wypełnione po brzegi różnymi kliszami. Jest ich tak wiele, że zamiast skupić się na ich opisywaniu po prostu wymienię je poniżej, abyście mogli poznać pełną skalę tegoż niezwykłego zjawiska:
  • oczywiście głównym bohaterem filmu jest biały, małomówny twardziel wykazujący wyraźną tendencję do porozumiewania się z pozostałymi postaciami za pomocą one-linerów,
  • partnerem naszego herosa jest tym razem Latynos o zabawowym usposobieniu,
  • niezmiennie Cobra działa według własnych reguł i głęboko w rzyci ma policyjne regulaminy, przepisy prawa i inne gówno warte zasady,
  • nietypowe metody działania porucznika Cobretti nie przynoszą żadnych sankcji; co więcej większość jego przełożonych darzy go szacunkiem,
  • oczywiście wśród przełożonych Cobry musi znaleźć się choćby jeden kutas hejtujący poczynania głównego bohatera – detektyw Monte,
  • w filmie znalazło się wiele muzycznych wstawek z przebojami lat 80-tych,
  • łatwo domyślić się, że między parą głównych bohaterów wywiąże się soczysty romans,
  • obowiązkowy zamach na świadka przebywającego w szpitalu,
  • randomowi pomocnicy Night Slashera giną w ogromnych ilościach,
  • Cobra nie kłania się kulom,
  • obowiązkowo finałowy pojedynek między protagonistą oraz antagonistą rozgrywa się w fabryce.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Mimo, że od premiery "Cobry" minęły trzy dekady to dzieło George'a P. Cosmatosa może przynieść sporo radości (o ile oczywiście przed seansem przygotujemy się do mocnego uderzenia w lata 80-te). Na pewno do zalet filmu należy zaliczyć wspaniałą stylówkę głównego bohatera oraz dobrą przemoc w starym stylu. Trochę rozczarowujące okazały się dialogi, a w zasadzie one-linery. Generalnie po seansie zapamiętałem tylko tekst dotyczący imienia głównego bohatera, który zresztą nie był nawet wybitny. Pod tym względem muszę odnotować zatem spory zawód. Scenariusz, który opiera się na powieści Fair Game autorstwa Pauli Gosling, wysmażył sam Sylvester Stallone. Niemniej trudno tak naprawdę ocenić jego oryginalne wysiłki, ponieważ z pierwotnie nakręconego materiału wytwórnia postanowiła wykroić prawdziwy hit i skróciła "Cobrę" do zaledwie 87 minut. Na pewno pod względem aktorskim para głównych bohaterów broni się znakomicie. Sylvester Stallone jako porucznik Cobretti wypada bardzo dobrze, a partnerująca mu Brigitte Nielsen dotrzymuje mu kroku, a ponadto świetnie prezentuje się na ekranie. Niestety na drugim planie brakuje wyrazistych postaci. Z pewnością warto zwrócić uwagę na Andrew Robinsona (najprawdziwszy kutasiarz Monte), Arta LaFleura (kapitan Sears) czy choćby Reni'ego Santoni (sierżant Gonzales). Poza wymienioną trójką naprawdę trudno kogokolwiek zapamiętać. Brian Thompson miał idealną facjatę do zagrania roli Night Slashera, ale poza wyglądem tak naprawdę niewiele wnosi do tej postaci. Villain zapada w pamięć tylko z jednego powodu, bowiem ponosi dosyć niezwykłą śmierć – warto zobaczyć dla niej cały film.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
"Cobra" to idealna produkcja do przeniesienia się w klimaty lat 80-tych. Znakomite outfity (chociaż czemu wszyscy biali chodzą po Los Angeles w płaszczach?), brutalna przemoc i ówczesne przeboje zapewniają rozrywkę na solidnym poziomie przez niecałe 90 minut. Nie da się jednakże ukryć, że z dzisiejszej perspektywy sztandarowe dzieło Stallone'a ma wiele wad, przez które wydaje się zbytnio przerysowane i sztampowe – stąd też zmuszony jestem wystawić relatywnie niską ocenę. Niemniej uważam, że jest to obowiązkowa pozycja dla każdego szanującego się kinomana.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Ocena: 5/10.

czwartek, 19 września 2013

"Get Carter" (2000)

Dzięki recenzji "The 6th Day" wiemy już czym zajmował się Arnold Schwarzenegger na przełomie wieków (a raczej w jakich chujowiznach brał udział). Dziś natomiast przyjrzymy się działalności jego największego rywala z lat chwały w analogicznym okresie. Od czasów recenzowanego kiedyś "Specjalisty" do pierwszych prób reaktywacji Rocky'ego i Johna Rambo minęła ponad dekada. W tym czasie Sylvester Stallone brał udział w wysoce żenujących projektach, o których po prostu żal pisać. Można zatem stwierdzić, że podobnie jak w przypadku Arniego, jego kariera aktorska przeżywała wówczas głęboki regres. W 2000 roku Sly wystąpił w remake'u angielskiego klasyka z 1971 roku. Oryginalne "Get Carter" z Michaelem Cainem w roli głównej jest uznawane za jeden z najlepszych filmów poświęconych tematyce kryminalnej w dziejach dumnego Albionu. Wydaje się, że nowa wersja niestety nie podbiła serc widowni, o czym najlepiej świadczy wymowne 24% na Metascore. Tak wysoka ocena stanowiła dla mnie sporą zachętę, ponieważ tęskniłem za dobrym hejtingiem. Od razu przyznaję, że nie widziałem jeszcze oryginału (nad czym bardzo ubolewam), toteż w recenzja nie będzie miała charakteru porównawczego.
źródło: http://www.impawards.com
Kilkanaście lat temu Jack Carter (Sylvester Stallone) porzucił rodzinne Seattle na rzecz Las Vegas. W jaskini hazardu zajął się odzyskiwaniem należności od opornych i zapominalskich dłużników (metoda wpierdol + wpierdol), przez co całkowicie olał swoją rodzinę. Dopiero wieść o śmierci brata skłoniła go do powrotu do miasta. Jack od samego początku ma wątpliwości, ponieważ wypadek w którym po pijaku zginął Richie wydaje mu się wysoce podejrzany. Ponadto sam będąc uwikłanym w ciemnie interesy zaczyna wierzyć, że również jego brat wplątał się w jakąś kryminalną aferę. Zatem jak w milijonie podobnych produkcji Carter rozpoczyna prywatne śledztwo, które ma doprowadzić go do domniemanych zabójców Richiego.
Dobra stylówka to podstawa sukcesu.
źródło: http://www.imdb.com
W zasadzie po obejrzeniu "Get Carter" nie mogę się dziwić, że nowa wersja stała się obiektem powszechnego hejtingu. W filmie Stephena Kaya (dla mnie kompletny reżyserski no name) trudno znaleźć jakiekolwiek elementy, które wyróżniałyby go na tle setek podobnych produkcji. Pierwszy zarzut mogę postawić samej intrydze – jest mocno średnio wciągająca, w zasadzie nudna, całkowicie nieprzekonująca, a na dodatek łatwo przewidywalna. W efekcie powstała miałka i rozlazła produkcja, na której naprawdę ciężko skupić uwagę. Za dużo tutaj udziwnień – po co wprowadzono postać multimilionera Kinneara (Alan Cumming)? Czy wnosi cokolwiek ważnego do fabuły? A już pomieszanie jego wątku z branżą porno wydaje się być kompletnie bezsensowne. Brak napięcia był widoczny aż nadto, przez co w dupie miałem los głównego bohatera. I nawet nie mam za bardzo pretensji do Stallone'a za jego wysiłki aktorskie, bo widać, że się chłopak stara, ale z takiego scenariusza nic wykrzesać sam nie zdołał. Nawet pościg samochodowy był kompletnie pozbawiony dynamiki i choćby śladowych emocji. Jedyne skojarzenie jakie nasuwa mi się do określenia dialogów to czerstwe.
"Jebać biedę!"
źródło: http://www.imdb.com
Jeśli miałbym wskazać jakiekolwiek plusy to z pewnością będzie to ścieżka dźwiękowa, ładne górskie plenery z pola golfowego oraz scena rozgrywająca się cmentarzu w czasie pogrzebu Richiego. Zasadniczo mogę również pochwalić starania by nadać filmowi jakiś klimat. W większości ujęć albo pada deszcz albo jest pochmurno, co bardzo dobrze oddaje wylansowany przez Hollywood wizerunek Seattle. Słońce pojawia się jedynie na samym końcu, ale jest to zagrywka bardzo sztampowa – swoiste i kompletnie zbędne podkreślenie takiego, a nie innego zakończenia. Ponadto w tym bezkresnym oceanie filmowej nędzy nieźle zarysowano relację Jacka z jego bratanicą Doreen (Rachael Leigh Cook). Ich konwersacje wydawały mi się w miarę interesujące – oczywiście jeżeli spojrzymy przez pryzmat całego "Get Carter". Niewiele więcej mogę napisać o zaletach filmu. Przynajmniej dla mnie Stallone dosyć dziwnie wygląda w garniturze i trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do takiego outfitu. Przecież przez lata zapierdalał po dżungli lub po ringu obnażony do pasa! Niemniej jako twardy i nieustępliwy Jack Carter wypada całkiem poprawnie – nie twierdzę, że jest to jakaś szczególnie zajebista rola, ale można go znieść bez bólu. Oprócz Sly'a w "Get Carter" znalazło się kilku niezłych aktorów. W ukłonie dla oryginału zarekrutowano Michaela Caine'a (Brumby), który tym razem nie gra jeszcze wariacji Alfreda z Batmana. Brawa dla twórców za angaż, bo Caine to klasa sama w sobie, ale następnym razem mogliby się postarać bardziej, ponieważ występ w takiej produkcji powodem do chwały nie jest. W roli głównego badassa oczywiście pojawia się Mickey Rourke (Cyrus). Aktor nie musiał się nawet specjalnie starać, ponieważ wygląd jego parszywej mordy sprawia, że automatycznie klasyfikujemy go jako czarny charakter. Jeśli chodzi o ocenę jego roli to fajnie, że jest, ale poza tym wiele nie wnosi do filmu. Brawa natomiast z pewnością należą się Rachael Leigh Cook, ponieważ jak wspominałem wyżej jej kreacja wnosi pewne ożywienie do tego wszechobecnego marazmu. Oprócz wymienionych wyżej w "Get Carter" pojawia się m.in.: Rhona Mitra, John C. McGinley oraz znany z "Sons of Anarchy" Mark Boone Junior.
Na bogato.
źródło: http://www.imdb.com
Czy jestem zatem rozczarowany po obejrzeniu "Get Carter"? Zdecydowanie nie, ponieważ doskonale wiedziałem czego się spodziewać po tym remake'u. Niemniej nie jest to film aż tak zły by zasługiwać na wyjątkowo niską notę z Metascore. W trakcie oglądania zastanawiałem się nawet nad wystawieniem trochę wyższej wyceny niż poniżej, aczkolwiek pisząc recenzję zreflektowałem się, iż nie mam żadnych argumentów by ją obronić. Jednakże "Get Carter" podobał mi się o wiele bardziej niż "The 6th Day" i jeśli kiedyś będzie możliwość, to podniosę mu ocenę o połowę (chociaż w sumie nie wiem skąd taka potrzeba u mnie występuje). Z seansu zapamiętam na pewno ogromny marazm twórców i Stallone'a w garniturze – widok dla mnie wyjątkowy. Kino typu obejrzeć, ocenić i zapomnieć!
"Zobacz, elegancko jest na ulicy."
źródło: http://www.imdb.com
Ocena: 3/10. 

Recenzja oryginału z 1971 roku - "Get Carter" (1971)

środa, 1 maja 2013

"John Rambo"

John Rambo był największym herosem kina akcji w dziejach Hollywood, a może nawet całej światowej kinematografii. Piszę w czasie przeszłym, ponieważ w 1987 roku miano najbardziej epickiej maszyny do zabijania wywalczył Michael "Mike" Danton z legendarnego "Deadly Prey". Detronizacja dotychczasowego championa bardzo niekorzystnie wpłynęła na kolejną odsłonę przygód Johna, o czym można się przekonać czytając moją recenzję "Rambo III". Trauma po klęsce musiała być na tyle ogromna, że następna część mogła powstać dopiero po dwóch dekadach. Od dawna spodziewałem się, że w końcu nastąpi kontynuacja. Często zastanawiałem się, gdzie tym razem scenarzyści rzucą Johna Rambo. Po 11 września 2001 roku byłem niemal w 100% przekonany, że w czwartej odsłonie nastąpi powrót do Afganistanu w celu eliminacji największego wroga Wuja Sama. Niestety pod tym względem poniosłem totalną klęskę, a Rambo po raz kolejny znalazł się indochińskiej dżungli. Na dodatek twórcy filmu postanowili znowu wprowadzić kolejne udziwnienie z tytułem i nazwali swoje dzieło po prostu "John Rambo" (podobnie jak w serii "Rocky"). Oczywiście nijak się to ma do tytułów części poprzednich, przez co konsekwencja w nazywaniu kolejnych części pozostaje dalej nieznanym zjawiskiem.
źródło: http://www.impawards.com/2008/rambo.html
Fabuła "Johna Rambo" nie powala na kolana, ale przecież nie o to głównie chodziło w całej serii. Minęło wiele lat od ostatniego boju w Afganistanie. Straszliwie umęczony życiem i wyjątkowo smutny Rambo (Sylvester Stallone) prowadzi marną egzystencję zajmując się łapaniem węży w Tajlandii. W wolnych chwilach były komandos oddaje się kowalstwu i szkutnictwu. Na co dzień John jest również przedstawicielem szkoły filozoficznej Fuck the World, o czym często przypomina widzom. Życie Rambo zmienia się, gdy zgadza się wykorzystać swoją dżonkę do nielegalnego transportu. Grupa misjonarzy z Colorado pragnie bowiem dotrzeć do Birmy (czy też jak wolicie Mjanmy), aby pomóc represjonowanemu ludowi Karenów. Po dostarczeniu na miejsce Amerykanie wpadają w ręce opresyjnego reżimu, a Rambo wraz z grupą profesjonalnych inaczej najemników musi wyruszyć na odsiecz.
Usta wygięte w podkowę przez 90% filmu...
(źródło: http://www.movieweb.com)
Bardzo wiele można zarzucić ostatniemu "Rambo" pod względem fabularnym. Co więcej, w tym przypadku jest straszliwie słabo, chociaż film podejmuje kwestię, którą nikt się nie przejmuje. Wygląda na to, że los birmańskich Karenów nie jest dla nikogo szczególnie interesujący ani wystarczająco medialny. Niemniej wracając do tematu warto przyjrzeć się bezsensom fabuły. Misjonarze z Colorado jadą do Birmy pomagać. Wiece jak? Oczywiście, jest wśród nich jeden wartościowy człowiek (lekarz), ale reszta ekipy jedzie głosić słowo boże w środku birmańskiej dżungli. Na miejscu zwykłego Karena nie posiadałbym się bardziej z radości! Co lepsze w trakcie transportu Rambo ratuje pasażerów od gwałtu i śmierci, aczkolwiek zamiast podziękowań słyszy, iż nie można zabijać rzecznych piratów, bo to złe! Wszyscy powinniśmy być Chrystusami. Profesjonalni najemnicy (m.in. byli członkowie SAS) to banda niemalże retardów, którzy kompletnie nic nie potrafią. Najlepiej świadczy o tym scena, w której po dopłynięciu na miejsce zaczynają się zastanawiać czy zabrali ze sobą materiały wybuchowe. Pro. Poza tym nieliczne (na szczęście!) dialogi są ultra czerstwe, szczególnie , gdy głos mają kochający boga misjonarze. Aby dodatkowo pogorszyć sprawę dorzucono jeszcze kilka żenujących flashbacków z poprzednich części.
źródło: http://www.movieweb.com
Odrębny akapit należy poświęcić przemocy w filmie. W "Johnie Rambo" według danych IMDb ginie 236 osób, co daje imponującą średnią 2.59 zgonu na minutę. Zaprawdę niesamowite! Zaiste piękna jest masakra birmańskiej wioski. Wszyscy mieszkańcy, w tym dzieci, giną masowo na różne sposoby: od pocisków moździerzowych przez bagnety po miotacze płomieni. Wyjątkowo radosny festyn śmierci, który przywołuje równie uroczą eksterminację Wietnamczyków z "Czasu Apokalipsy". Jednakże jeśli myślicie, że ta scena jest esencją filmu to się grubo mylicie. Dopiero finałowa rozwałka oddziału birmańskiej armii dokonana niemal w pojedynkę za pomocą Browninga M2 .50 zamocowanego na jeepie jest wisienką na torcie. Po dotarciu do auta John staje się kimś w rodzaju wirtuoza ciężkiej broni, Mozartem ckmu. Rambo bezlitośnie młóci birmańskich żołdaków jak kombajn zboże. Nie, oni nie umierają normalnie. Trafieni mistrzowsko przez pociski Rambo rozpadają się na kawałki, a czasem nawet eksplodują oblewając dżunglę czerwoną posoką. Tak prekursorskich scen nie widziałem jeszcze w żadnym filmie! Z tego powodu sposób eksterminacji głównego antagonisty może wydawać się rozczarowujący, ale minimalizm nawiązuje do tradycyjnego Rambo. Warto również zauważyć, że John stał się prawdziwym mistrzem łuku. Na ekranie pokazuje takiego skilla, że śmiało mógłby zastąpić Legolasa we "Władcy Pierścieni". Profesjonalne łucznictwo pozwala również przejąć mu dowodzenie nad żałosną bandą najemników, ponieważ powszechnie wiadomo, że o klasie żołnierza świadczy to jak napierdala z łuku. Na tle krwawej jatki bardzo słabo wypada wybuch rdzewiejącego w dżungli Tallboya – piksele rażą po oczach straszliwie.
Retard mercenaries
(źródło: http://www.movieweb.com)
Jaki jest John Rambo w czwartej odsłonie? Otóż jest to milczące uosobienie smutku z ustami wiecznie wygiętymi w podkowę oraz zmęczeniem życiem wyrytym na twarzy. Co ciekawe pod względem fizycznym Sylvester Stallone prezentuje się bardzo dobrze (jak na swój wiek oczywiście), przez co zdecydowanie wybija się tle aktorów kina akcji osiągających jesień życia. Taki Rambo nie jest zły – przyznam, że prawie przekonałem się do tej roli. Byłaby nawet do przyjęcia, gdyby nie reszta filmu i kompletnie nieudani pozostali bohaterowie. W zasadzie poza Johnem jedynymi godnymi uwagi postaciami jest Sarah (Julie Benz znana z "Dextera") oraz w znacznie mniejszym stopniu Lewis (Graham MacTavish). Zarówno Benz jak i MacTavish starają się coś na ekranie pokazać, ale wychodzi to z różnym skutkiem. Jednak doceniam ich postawę, ponieważ zdecydowanie wyróżniają się tle randomowych misjonarzy oraz najemników. O birmańskich siepaczach nawet nie wspomnę, gdyż wszyscy wyglądają tak samo. Wielkim minusem filmu jest brak wyrazistego villaina. Rola głównego czarnego charakteru sprowadza się do bycia rozprutym przez Johna Rambo. Z deczka słabo.
Browning M2 .50 BMG - Święty Graal Johna Rambo
(źródło: http://www.movieweb.com)
"John Rambo" powinien być hołdem dla wielkiego bohatera i godnym zamknięciem serii. Niestety bardzo daleko mu do tej roli. Jednakże mimo bardzo wielu mankamentów nie jest to na szczęście kompletnie tragiczne kino, którego nie da się oglądać. Oczywiście jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów serii, ale niestety w swojej ułomności nie stanowi jej godnego zakończenia. John Rambo położył ogromne zasługi dla kina i zasługuje na coś zdecydowanie lepszego. Niemniej ostatnia scena filmu kończy jego historię i wygląda naprawdę przyzwoicie. Ogromnie żałuję, że to dobre ukoronowanie serii znalazło się w tak miernym filmie. Chociaż bardzo bym chciał oceny wyższej dać nie mogę.
"You're dead motherfucker now!"
(źródło: http://www.movieweb.com)
Ocena: 4/10.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

"The Specialist"



"The Specialist" pamiętam doskonale z odmętów mojego dzieciństwa. Pod wieloma względami jest to dla mnie niezwykle wyjątkowy film, gdyż to właśnie od produkcji Luisa Llosy z 1994 roku zaczęła się moja wybitna kariera recenzencka. W zamierzchłych czasach podstawówki dostaliśmy na polskim zadanie napisania recenzji. Początkowo planowałem opisać jakiś odcinek "Z archiwum X", aczkolwiek ostatecznie zrezygnowałem z tego pomysłu skupiając się na "Specjaliście". Nie sposób dzisiaj ustalić czy ówczesna recenzja była czerstwa czy nie. Pamiętam natomiast, że zawierała megaspoilery, ale mimo to przyniosła mi wieczną i nieśmiertelną chwałę. Po wielu latach ponownie stanąłem przed dziełem, które stanowi kamień węgielny moich sukcesów.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Specjalista" to opowieść o zemście, która najlepiej smakuje serwowana na zimno. Wiele lat temu rodzina May Munro (Sharon Stone) została brutalnie zamordowana przez bezlitosny kartel. Mimo upływu czasu nadal największym pragnieniem tej uroczej kobiety jest pomszczenie swoich bliskich. Dlatego też podejmuje niebezpieczną grę stając się kochanką Tomasa Leona (Eric Roberts), syna bossa kartelu. Jednakże May nie ma talentu do mordowania i potrzebuje kogoś kto odwali za nią brudną robotę. Postanawia zatem skorzystać z usług byłego agenta CIA, a obecnie najlepszego najemnego pirotechnika na rynku. Chociaż Ray Quick (Sylvester Stallone) długo waha się czy przyjąć zlecenie, w końcu ulega czarowi May i przystępuje do eksterminacji bezwzględnych oprawców. Wszystko byłoby super gdyby na scenę nie wkroczył Ned Trent (James Woods), również były agent CIA, a obecnie przydupas kartelu, opętany chęcią schwytania Raya.
źródło: http://www.hotflick.net/
Jeśli chodzi o fabułę w "Specjaliście" to rozwija się co najmniej dziwnie, a i główny pomysł fabularny pozostawia wiele wątpliwości. W retrospekcjach oglądamy bowiem małą May przyglądającą się eksterminacji jej bliskich z szafy. Co ciekawe cała trójka oprawców wygląda po latach dokładnie tak samo jak w przeszłości! Mniej więcej od połowy filmu pod względem fabularnym zaczyna być niemal tragicznie i z bólem musiałem na to patrzeć. Nad finałem natomiast pastwić się nie mam zamiaru, gdyż pragnę wymazać go na zawsze z pamięci. Generalnie cały film jest tak jakby osadzony w latach 80-tych, chociaż nakręcono go w 1994 roku. Moim zdaniem idealnie wpasowałby się w lata 80-te, ale niestety powstał o wiele za późno. W innym przypadku mógłbym wybaczyć wiele ułomności, ale w połowie lat 90-tych sadzić takich rozwiązań po prostu nie wypada. Poza tym mam ogromny żal do twórców za efekty specjalne. Jak można dopuścić by w filmie, którego główny bohater zajmuje się zawodowo robieniem bomb, zabrakło epickich eksplozji urywających dupę? Co gorsza wybuchy w "Specjaliście" wyglądają straszliwie miernie (zdecydowanie najgorszy w hotelu) – jedynie jakoś fajnie wygląda finałowa sekwencja, ale i tu pozostaje niedosyt. No jak tak można przy budżecie wynoszącym 45 milionów USD? Poza tym oczywiście wpleciono trochę schematycznych rozwiązań typu przygarnięcie bezdomnego kota czy też obowiązkowa walka w hotelowej kuchni.
źródło: http://www.hotflick.net/
Czas na ocenę popisów aktorskich. Ray Quick to zjebana postać od samego początku: jeździ autobusem, ma kota, naparza oprychów w środkach komunikacji miejskiej, a w wolnych chwilach uprawia stalking. Doceniam, że Sylvester Stallone naprawdę starał się żeby nie była aż tak czerstwa, jak zamierzyli scenarzyści. W zasadzie trudno powiedzieć, żeby Ray był głównym bohaterem filmu, gdyż w początkowej fazie jest go strasznie mało na ekranie. Najwięcej uwagi skupia się na May – Sharon Stone momentami wygląda w "Specjaliście" zjawiskowo, w szczególności nago. Świetnie zagrana postać ze zmysłowym głosem, chciałem ją oglądać w każdej scenie filmu. Podsumowując parę głównych bohaterów muszę nadmienić, że "Specjalista" zawiera legendarną scenę seksu pod prysznicem. Mimo zachwytów Sharon Stone nie dostanie ode mnie jednak nagrody za najlepszą rolę w tej produkcji. Palmę pierwszeństwa przekazuję bowiem Ericowi Robertsowi, który stworzył kreację o magnetycznej sile. Imponujące aktorstwo, Tomas robi ogromne wrażenie jako ultimate hustla i natychmiast uwierzyłem, że jest to postać z krwi i kości, a nie czerstwy wytwór scenariusza jak Ray. Świetnie rozpisano relację Tomasa i Neda, dzięki czemu powstała genialna scena z fakolcem. Niestety do aktorstwa Jamesa Woodsa mam parę zarzutów, bo wygląda w "Specjaliście" jak inspiracja dla demonicznego warsztatu Cage’a. Na szczęście pozostali aktorzy wypadają bardzo dobrze. W szczególności Rod Steiger (Joe Leon) oraz Mario Ernesto Sánchez (Charlie) zasługują na oklaski.
źródło: http://www.hotflick.net/
Czy warto zatem obejrzeć "Specjalistę"? Jeśli pominiemy momentami koszmarną fabułę i skupimy się na podziwianiu upalnego Miami w wersji bling bling, to można się nawet dobrze bawić. Posiadłości z MTV Cribs, szybkie auta i piękne kobiety zawsze mogą znacznie polepszyć nastrój i pozwolić zapomnieć o reprezentowaniu biedy w szarej polskiej rzeczywistości. Klimat z lat 80-tych nadal dominuje w filmie, więc jeśli ktoś z Was lubi tego rodzaju zabawy to się na pewno nie zawiedzie. Z oceną mam pewien problem, bo normalnie powinienem postawić na zdecydowanie większy hejting, ale z powodów wymienionych we wstępie czuję pewien sentyment do "Specjalisty". Dlatego też, i honorując kreację Erica Robertsa, końcowa ocena została podwyższona z deczka. Zrozumiem, jeśli ktoś wystawi dużo niższą notę.
źródło: http://www.hotflick.net/
Ocena: 6/10 (głównie za Erica Robertsa).

sobota, 19 stycznia 2013

"Tango & Cash"



"Tango & Cash" prześladował mnie przez cały mój marny żywot. Odkąd tylko pamiętam Polsat tym właśnie filmem katował społeczeństwo, a po jakimś czasie w tejże okrutnej roli zastąpił go TVN. Nie wiem w jaki sposób udało mi się to osiągnąć, ale do początków roku 2013 nigdy nie obejrzałem "Tango & Cash" do końca. Obecnie, znajdując się pod silnym wpływem "Deadly Prey", moja fascynacja kinem z lat 80-tych przybrała największe rozmiary w historii, więc z radością oglądam wszystkie filmy nakręcone w tej jakże chwalebnej dekadzie. Z racji powstania w 1989 roku wyobrażałem sobie "Tango & Cash" jako szczytowe i epickie podsumowanie całego dziesięciolecia. Tym bardziej, że w obsadzie pojawiają się dwie wielkie ówczesne gwiazdy: Sylvester Stallone oraz Kurt Russell.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Tango & Cash" to historia o dwóch bardzo odmiennych, ale równie wspaniałych policjantach z Los Angeles. Tango (Stallone) to prawdziwa gwiazda LAPD, niezwykle skutecznie zwalczająca miejscowy narkobiznes. Cash (Russell) wcale nie ustępuje pod tym względem swojemu koledze – można nawet powiedzieć, że obaj funkcjonariusze rywalizują o tytuł policyjnego MVP Miasta Aniołów. Niestety nie wszyscy są zadowoleni z działalności Tango i Casha. Geniusz zbrodni Perret (Jack Palance) ponosi ogromne straty z tego tytułu. Po kolejnym sukcesie policji wrabia dwójkę najlepszych funkcjonariuszy w morderstwo agenta FBI. Tango i Cash trafiają do więzienia, z którego nie mają wyjść żywi. Jedyną drogą do odzyskania dobrego imienia jest ucieczka i zdemaskowanie niecnych planów Perreta.
Porucznik Raymond Tango
(źródło: http://www.filmophilia.com/)
Od razu muszę napisać, że "Tango & Cash" nie można traktować w kategorii filmu poważnego. Generalnie jest to jeden wielki polew z kina policyjnego i dotychczasowych wizerunków Stallone’a i Russella. Nie wiem czy uwierzycie, ale Tango nosi okulary (i są to prawdziwe okulary Stallone’a), a na dodatek przywdziewa wyłącznie najlepiej skrojone garnitury. Ponadto gra na giełdzie, jest inteligentny i dysponuje świetnymi manierami. O dziwo Stallone świetnie sobie radzi w tej konwencji, nabijając się nawet ze swojej sztandarowej roli Johna Rambo. Na samym początku filmu z jego ust pada bowiem kwestia: Rambo? Rambo’s a pussy. Chociaż niektórzy twierdzą, że słowa te zostały wypowiedziane, gdyż Stallone obejrzał "Deadly Prey". Z kolei Cash to całkowite przeciwieństwo Tango: fleja, niemalże menel, aczkolwiek jednocześnie świetny i oddany policyjnej robocie gliniarz. Jedną z najbardziej udanych rzeczy w filmie jest na pewno obsada głównych ról. Widać autentyczną chemię między dwójką bohaterów i w zasadzie w czasie projekcji chciałem ich widzieć w każdej scenie. Stallone i Russell otrzymują wsparcie kilku znanych aktorów (m.in. Jack Palance, Brion James, James Hong, Marc Alaimo), ale poza rolą Teri Hatcher (Kiki) nie ma nic wartego zapamiętania.
Porucznik Gabriel Cash
(źródło: http://www.hollywood.com/)
Momentami "Tango & Cash" staje niemal surrealistyczny lub też przypomina jakiegoś starego Bonda, gdyż Owen (Michael J. Pollard) stanowi swoistą wariację na temat Q. Dodatkowo w finale następuje obowiązkowy, efektowny szturm na bazę przeciwnika (oczywiście z mechanizmem autodestrukcji). Warto jednak zauważyć, że scenariusz (o ile można to tak nazwać) reprezentuje wyjątkowy poziom czerstwości i składa się wyłącznie z doskonale znanych klisz. Gdyby ktoś chciał potraktować "Tango & Cash" na serio to proponuję ocenę 2/10. Jednakże jeżeli tylko potrafimy odrzucić twardy realizm to pojawia się szansa na całkiem przyzwoitą rozrywkę. Pomimo całej oczywistej chujowości "Tango & Cash" ma jakąś magiczną siłę, która nie pozwala zmienić kanału. Oprócz świetnej pary bohaterów dostajemy kilka niezłych dialogów oraz one-linerów, efektowność typową dla lat 80-tych oraz niedorzeczną fabułę, która tak naprawdę nie ma znaczenia. Idealny film, aby wyłączyć mózg i rozkoszować się czystą, idiotyczną rozrywką w starym, dobrym stylu.
W więzieniu nie ma lekko...
(źródło: http://www.hollywood.com/)
Ocena: 5/10.

czwartek, 27 września 2012

"Rambo III"


"Rambo III” – trzecia odsłona przygód Johna Rambo była nieuniknionym i logicznym posunięciem hollywoodzkich decydentów. Tym razem twórcy znacząco uprościli tytuł, ale jednocześnie wykazali się niekonsekwencją, gdyż zaburzyło to całkowicie logikę całej serii ("Rambo III” powinien nosić tytuł "Rambo: First Blood Part III”). Warto zauważyć, że w momencie wejścia do kin w 1988 roku "Rambo III” z budżetem wynoszącym 63 mln USD był najdroższym filmem w dziejach ludzkości. Jest to również wyjątkowa część, gdyż jako jedyna spośród czterech filmów nie zawiera scen osadzonych w USA.
źródło: http://www.posters555.com/
Wuj Sam ponownie potrzebuje Johna Rambo. Tym razem pułkownik Trautman (Richard Crenna) odnajduje naszego bohatera w Tajlandii. Rambo pomaga przy budowie świątyni buddystów, a w wolnych chwilach dorabia sobie walcząc na kije z miejscowym elementem. Trautman chce, aby Rambo towarzyszył mu w niezwykle trudnej misji w Afganistanie. USA postanowiło wesprzeć talibanów, przepraszam bardzo, mudżahedinów, w nierównej walce z potężną i żądną krwi afgańskich dzieciątek Armią Czerwoną. Rambo początkowo odmawia, ale gdy jego przełożony dostaje się do niewoli, bez wahania wyrusza z misją ratunkową.
Hell yeah!!!
(źródło: http://www.movieweb.com)
W porównaniu do poprzednich części "Rambo III” został ogołocony z wszelkich przejawów jakiejkolwiek głębi. Niestety proces ten, zapoczątkowany w drugiej odsłonie, posunięto dalej niż oczekiwałem. Ale jak się okazało 20 lat później nie był to jeszcze szczyt możliwości twórców. W zasadzie trudno znaleźć jakieś pozytywy. Fajnie, że w filmie znalazły się nawiązania do poprzednich części: Rambo nosi medalion należący do ukochanej poległej w wietnamskiej dżungli w poprzedniej odsłonie, a ponadto jego muskularne ciało zdobią blizny z pierwszej i drugiej części. Niestety jest to tylko trochę głupawe kino akcji i to w stylu "superhero vs rzesza noobów”. Kwiat Armii Czerwonej, który często nazywa się tu świetnie wyszkolonymi komandosami, ginie masowo w niezwykle żenujący sposób. Sprzętu udającego radziecki jest całkiem sporo, co nie może dziwić przy tak wysokim budżecie. Fabuła rozwija się tragicznie, Rambo kosi przeciwników z strzelając z biodra jedną ręką, a w finale niszczy helikopter za pomocą czołgu. Mimo wszystko warto zobaczyć, bo to jest prawdziwa klasyka kina akcji oraz przykład tego, w jaki sposób można popsuć całkiem niezłą serię.
źródło: http://www.movieweb.com
Po 11 września 2001 roku film się ogląda naprawdę bardzo wesoło. Według IMDb oryginalne wydanie “Rambo III” na VHS (pamiętacie, że coś takiego było jeszcze?) zawierało na samym końcu zdanie: “Dedicated to the brave Mujaheddin fighters”. Pod rozwagę, co się komu dedykuje.
Rambo w otoczeniu "brave Mujaheddin fighters"
(źródło: http://www.movieweb.com)
Ocena: 4/10.

PS.
Ciekawostka: Richard Crenna zagrał również w parodii "Hot Shots 2” pułkownika Waltersa, wzorowanego na postaci płk Trautmana.

piątek, 14 września 2012

"Rambo: First Blood Part II"



John Rambo powraca! Podobnie jak w przypadku pierwszej części mamy trochę zamieszania z tytułem, gdyż oryginalnie brzmi on "Rambo: First Blood Part II”, a nie „Rambo 2” jak panuje powszechne przekonanie. Sequel wydawał się być nieunikniony – Hollywood nie mogło przecież zmarnować tak wspaniałego herosa. Podejrzewam, że w przyszłości powstanie pewnie prequel opowiadający o służbie Rambo w czasie wojny wietnamskiej. W zasadzie to nawet dziwię się czemu nie powstał dotychczas.
źródło: http://www.soundonsight.org/
Tym razem opowieść rozpoczyna się w kamieniołomie, gdzie Rambo (Sylvester Stallone) odbywa karę za czyny z pierwszej części. Pułkownik Trautman (Richard Crenna) nie chcąc zmarnować tak doskonałego żołnierza postanawia przywrócić Johna do służby. Wykonując ściśle tajną misję zleconą przez CIA Rambo wraca do Wietnamu, aby odnaleźć obozy z amerykańskimi jeńcami (lub też zbrodniarzami wojennymi - patrząc z wietnamsko-radzieckiego punktu widzenia). Niestety, nie wszystko idzie tak jak zaplanowano, przez co nasz bohater ląduje w dżungli wyposażony jedynie w legendarny nóż i łuk (od tej części również legendarny).
źródło: http://www.digitaltrends.com/
W drugiej części przygód Rambo zdecydowanie położono nacisk na akcję, rezygnując niemal z poważnego tonu pierwszej odsłony. W kilku miejscach pojawiają się co prawda ważne problemy (m.in. Rambo czuje się zdradzony przez rząd; kwestia amerykańskich jeńców), ale nie stanowią one o esencji filmu. Esencją jest za to bieganie po dżungli obnażonego do pasa herosa z czerwoną opaską na głowie, który doskonale fraguje przeciwników. Oprócz naturalnego wroga jakim są Wietnamczycy (wyjątkowo upośledzeni i bardzo brutalni) Rambo musi walczyć także z oddziałem radzieckich sił specjalnych. Niestety pojawia się również żenujący wątek miłosny, ale na szczęście trwa tylko około 3 minut. W porównaniu do pierwowzoru druga część jest zdecydowanie gorsza i płytsza, ale mimo wszystko daje radę jako niezwykle solidne kino rozrywkowe. Zawiera również jedną z moich ulubionych scen filmowych, kiedy John Rambo wraca do bazy CIA i masakruje sprzęt za pomocą M60 zdjętego z helikoptera. Naprawdę epicki moment!

Ocena: 7/10 (może trochę na wyrost, ale to obowiązkowa klasyka kina akcji).

sobota, 8 września 2012

"First Blood"



Nie ma chyba osoby, która nigdy nie słyszała o jednym z największych herosów kina akcji, Johnie Rambo. Postać byłego komandosa Zielonych Beretów weszła na stałe do kanonu współczesnej kinematografii, zajmując jedno z najwyższych miejsc w kategorii kina akcji. Jednocześnie zapoczątkowała nurt, udanego bądź wyjątkowo nieudolnego, naśladownictwa, które zalało rynek na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Co ciekawe, chociaż wszyscy znają Rambo, to niewiele osób ma pojęcie, że pierwsza część jego przygód wcale nie nosi tytułu "Rambo I”, ale "First Blood”. Jeszcze większym zaskoczeniem może wydać się fakt, że film oparty jest na powieści Davida Morrella pod tym samym tytułem.
źródło: http://www.impawards.com/
"First Blood” to opowieść o byłym żołnierzu amerykańskich służb specjalnych, Johnie Rambo (Sylvester Stallone). Maszyna do zabijania, stworzona przez pułkownika Trautmana (Richard Crenna) nie potrafi odnaleźć się w powojennej rzeczywistości. Podróżując w stylu, o jakim marzył Jules z "Pulp Fiction”, Rambo dociera do małej mieściny, w której nie jest mile widzianym gościem. Działania miejscowego szeryfa (Brian Dennehy) prowadzą do eskalacji przemocy i uruchamiają uśpione zabójcze instynkty weterana z Wietnamu.
źródło: http://weaponsman.com/
Na pierwszy rzut oka "First Blood” wydaje się zwykłym i płytkim kinem akcji o herosie, który wyposażony jedynie w legendarny nóż staje sam przeciwko armii polujących na niego ludzi. Jednakże opowieść o Johnie Rambo to tak naprawdę głęboka i wyjątkowo gorzka historia o nieprzystosowaniu do życia w społeczeństwie byłych żołnierzy. Pisał już o tym m.in. James Jones, z całą odpowiedzialnością mogę polecić jego "Gwizd”. Rambo wyraźnie nie radzi sobie w nowych realiach. Chociaż jest wojennym bohaterem odznaczonym przez Kongres, nie potrafi nawet znaleźć pracy. Najlepiej niedostosowanie społeczne naszego bohatera obrazuje jego końcowy monolog – w mojej opinii jest to jedna z najbardziej poruszających scen w historii kina.
źródło: http://iwatchmike.com/
"First Blood” to dla mnie esencja kina akcji, które ponadto porusza ważne problemy społeczne. Świetne aktorstwo, chyba życiowa rola Stallone’a, wsparte poruszającą ścieżką dźwiękową i pozbawione idiotyzmów to przepis na naprawdę wyjątkowe kino. A także dowód, że kino akcji nie musi być wyłącznie tępą rozrywką dla idiotów. Mimo, iż od premiery minęło 30 lat nadal świetnie się to ogląda. Absolutnie polecam!

Ocena: 9/10.