Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mirosław Zbrojewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mirosław Zbrojewicz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 stycznia 2017

"Konwój"



Nie da się ukryć, że od pewnego czasu moja przygoda z polską kinematografią zalicza się do bardzo udanych przedsięwzięć. Trafnie dobierając filmy do oglądania przekonałem się, że rodzimy biznes potrafi stworzyć całkiem interesujące produkcje na zaskakująco wysokim poziomie. Gdy zobaczyłem wielgachny billboard reklamujący "Konwój", pomyślałem sobie, że dzieło wyreżyserowane przez Macieja Żaka (jak dla mnie kompletny no name, ale jednocześnie muszę przyznać, że na polu krajowym jestem w ignorancji podobny do brzasku) podtrzyma doskonałą passę. Oczywiście swoje zrobiły nazwiska: Janusz Gajos, Robert Więckiewicz, Przemysław Bluszcz – każdego z wymienionych aktorów niezwykle szanuję. Dodatkowo obsadę uzupełnili starzy znajomi z "Demona" (Agnieszka Żulewska oraz Tomasz Ziętek), więc widowisko zapowiadało się wprost znakomicie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Nowacki (Janusz Gajos), dyrektor więzienia, wyciąga z kompletnego, narkotykowego niebytu sierżanta Zawadę (Robert Więckiewicz). Wierny sprawie funkcjonariusz Służby Więziennej dostaje od swojego przełożonego misję przetransportowania niebezpiecznego przestępcy (Ireneusz Czop) do zakładu psychiatrycznego. Skład ochrony konwoju uzupełniają doświadczony sierżant Berg (Przemysław Bluszcz), kompletnie niedoświadczony rookie i przy okazji zięć dyrektora Nowackiego Feliks (Tomasz Ziętek) oraz nieznany nikomu funkcjonariusz Grup Interwencyjnych Służby Więziennej (Łukasz Simlat), zwany pieszczotliwie czarnuchem. Już od samego początku misji z powodu wyjątkowo ciężkiego narkotykowego zjazdu sierżanta Zawady nic nie idzie po myśli konwojentów, ale jak się szybko okazuje jest to dopiero kropla w bezdennym oceanie problemów.
źródło: http://www.filmweb.pl
Pierwsze sceny "Konwoju" do złudzenia przypominają trochę inny film z Robertem Więckiewiczem. Jednakże w przeciwieństwie do głównego bohatera "Pod Mocnym Aniołem" sierżant Zawada szprycuje się narkotykami zamiast wlewać w siebie monstrualne ilości gorzeliny. Otwierająca scena niemalże wygląda jakby nakręcił ją Wojtek Smarzowski, chociaż do pełni szczęścia brakuje ukazania jakichś fekaliów rozmazanych po ścianach. Jednakże zanim miałem okazję pierwszy raz zobaczyć bohaterów filmu, zostałem zmuszony do zapoznania się z mniej więcej 60 nazwami organizacji, instytucji oraz wszelakich sponsorów, którzy przyczynili się do powstania produkcji. Jakież było moje zdziwienie (szczególnie w kontekście jakości), gdy na tej długiej liście objawił się nagle Polski Instytut Sztuki Filmowej! Czy ktoś tam naprawdę czyta albo chociaż przegląda te scenariusze czy dotacje są przyznawane na podstawie kulek z maszyny losującej? Stwierdzić, że scenariusz "Konwoju" jest głupawy to tak jakby napisać w szkolnym wypracowaniu, że Józef Stalin raczej nie jest postacią godną do naśladowania. Kurwa, ten scenariusz jest po prostu kuriozalny, a im bliżej końca tym mniejsze są powiązania przyczyno-skutkowe między poszczególnymi wydarzeniami na ekranie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Przykłady? Oczywiście, chętnie służę pomocą. Abstrahując już od jeżdżenia więźniarką gdzie tylko się komu podoba (na przykład, żeby zakupić prochy), strzelaniu do siebie na parkingu pod restauracją (nikt nie dzwoni na policję oczywiście) czy mordobiciach w konwojenckiej drużynie to najbardziej absurdalna i idiotyczna wydaje się być konfrontacja pod szpitalem psychiatrycznym. Co ciekawe, wspomniana instytucja wydaje się być dla bohaterów czymś w rodzaju Mekki lub ziemi obiecanej pod względem bezpieczeństwa – nikt nie zakłada bowiem, że eskortowanemu więźniowi może się w tym przybytku przydarzyć jakiś nieszczęśliwy wypadek. Jest to tym bardziej dziwne, że skoro jeden z bohaterów ma do dyspozycji własny oddział S.W.A.T. to czemu nie może mieć na usługach jakiegoś przekupnego pielęgniarza zarabiającego najniższą krajową? Chyba prościej o nieszczęśliwy wypadek typu pośliznął się na mokrej posadzce i uderzył w głowę niż totalną konfrontację z niepewnym wynikiem, która na 100% przyciągnie uwagę postronnych?
źródło: http://www.filmweb.pl
W pewnym momencie pomyślałem sobie: oka, to już koniec, czas się zwijać z kina, zło zatryumfowało, więc dam jedną gwiazdkę więcej. I gdy w zniecierpliwieniu czekałem na napisy końcowe moim oczom zaczęły się ukazywać kolejne sceny, a po nich następne. Co gorsze, każda kolejna była jeszcze głupsza i bardziej zbędna od poprzedniej. Moim zdaniem zdecydowanie lepiej byłoby pozostawić scenę masakry bohaterów pod szpitalem psychiatrycznym bez jej ukazywania, aby widz mógł sam sobie wyimaginować jej przebieg (w ostatecznym rozrachunku wyszłoby też taniej). Natomiast po tym co zobaczyłem na ekranie, nie jestem w stanie uwierzyć, aby normalna osoba przyjęła przebieg wydarzeń zaprezentowany w raporcie dyrektora Nowackiego. Kolejny problem to działalność pana prokuratora, który kompletnie z dupy nagle wszystko odkrywa w magiczny sposób (oczywiście na ekranie nie uświadczyłem, w jaki sposób tenże niepozorny tytan dedukcji doszedł do swoich wniosków). Następna porażka to dialogi opierające się na pierdolnięciu co jakiś czas soczystym bluzgiem – jak dla mnie na dłuższą metę dosyć męczące i wtórne. Jeżeli miałbym natomiast wskazać jakiekolwiek zalety tego dzieła to mogę pochwalić kilka naprawdę ładnych ujęć (m.in. zdjęcia kompleksu więziennego filmowane z powietrza).
źródło: http://www.filmweb.pl
Kiedy w obsadzie jest tylu znakomitych aktorów można mieć naprawdę spore oczekiwania. Niestety chujowy scenariusz oraz nieudolnie rozpisani bohaterowie w znaczący sposób wpłynęli na ograniczenie ich możliwości. Janusz Gajos kreację komendanta Nowackiego oparł chyba na słynnej scenie z "Psów" – Chemik ma być wolny! Skurwysynu! (zauważcie jak cedzi bluzgi). Robert Więckiewicz z kolei stworzył niezwykle oryginalną upadłego twardziela z problemami narkotykowymi, który jednak na koniec okazuje się być gościem z zasadami. Naprawdę odkrywcze! Nie lepiej jest z Tomaszem Ziętkiem, który dostał do zagrania sztampową rolę świeżaka z krystaliczną moralnością i nie jest jeszcze blatny. Aktor znakomicie wpisał się w tę wtórną konwencję, nie dokładając kompletnie nic od siebie. Łukasz Simlat, wcielający się w bezimiennego, małomównego funkcjonariusza GISW, byłby w zasadzie spoko postacią, gdyby scenariusz nie zmuszał go do bycia brutalnym, nieprzewidywalnym pojebem. Na tym tle Przemysław Bluszcz, którego bardzo lubię oglądać na ekranie, wypadł chyba najbardziej przekonująco unikając przerysowania – sierżant Berg to wydaje się najbardziej realistyczną postacią w całym filmie. Postacie kobiece to natomiast dramat, ale nie ma w tym żadnej winy aktorek, tylko wynika to z nieudolności reżysera. Jedynym zadaniem Doroty Kolak (żona Nowackiego) jest pytanie czy mąż przyjdzie na obiad, natomiast Agnieszka Żulewska (żona Feliksa) jest w filmie tylko po to, by się rozebrać w scenie łóżkowej.
źródło: http://www.filmweb.pl
Niestety przypadkowo zauważyłem wiele pozytywnych komentarzy zamieszczonych przez użytkowników Filmweb.pl odnośnie 'Konwoju". I tak się zastanawiam jakie gówno muszą na co dzień oglądać ludzie, żeby wypisywać takie rzeczy bez wstydu? Na szczęście nie mam podłączonej telewizji, więc koncentruję się wyłącznie na tym co dobieram sobie wedle własnego uznania. Filmu Macieja Żaka nie polecam, ponieważ nie jest nawet na tyle chujowy, żeby można było toczyć z niego bekę przy oglądaniu ze znajomymi lub pod wpływem substancji odurzających.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 3//10 (chociaż w sumie za co?).

wtorek, 13 sierpnia 2013

"Kac Wawa"


I nadszedł oto w końcu dzień wielkiej i od dawien odwlekanej próby, gdym uzbrojony w miałkość najchujowszej kinematografii zasiadł do bitwy ostatecznej. Nie lękałem się wcale, azali wiele chujni zniosłem w czasie mego marnego żywota. Pewność siebie jednakże złudne poczucie siły i wiary we własne możliwości wywołała. W jednej chwili niczym stały traumatyczne wrażenia z "Gulczas, a jak myślisz?", "Ciacha" czy "Krugerandów". Niczym były potężne zaklęcia (kurwa mać!) i niczym były eliksiry z Kompanii Piwowarskiej. A było to wtenczas, gdy na ekranie bestia objawiła imię swoje prawdziwe. Siedem plugawych znaków, a każdy prosto z najgłębszych czeluści piekła. Siedem liter złożonych przez najgorsze demony w obrzydliwy tytuł. "Kac Wawa". Direct from hell... O "Kac Wawa" napisano już tak wiele złego, że zastanawiałem się czy w ogóle pisać recenzję tego czegoś (nie nazwę tego ścierwa filmem). Niemniej należy być konsekwentnym w działaniu, więc skoro zarzekałem się wielokrotnie, że obejrzę to gówno to czemu miałbym się z Wami nie podzielić moimi subiektywnymi wrażeniami?
źródło: http://www.filmweb.pl
Jak najlepiej opisać fabułę przedstawioną w "Kac Wawa"? Czy "Kac Wawa" przedstawia jakąkolwiek fabułę? A jeśli tak to czy jej opisywanie może przynieść coś więcej niż traumatyczne flashbacki z seansu? Niestety żeby zarysować bezmiar tego bezsensu trzeba sięgnąć do najgłębszych zakamarków pamięci, dokąd świadomość wyparła te przeżycia. Wyobraźcie sobie bowiem, że "Kac Wawa" to nic innego jak wysoce upośledzona wersja "Kac Vegas", który wybitnie zabawną komedią przecież nie był. Niemniej dorobił się już trzech części i zarobił kupę kasy, więc czemu nie przenieść sprawdzonego patentu na polską ziemię? Andrzej (Borys Szyc) i jego narzeczona Marta (Sonia Bohosiewicz) tego samego wieczora zaplanowali wieczór kawalerski oraz panieński. Jak łatwo przewidzieć zarówno u chłopców, jak i u dziewczyn sytuacja szybko wymyka się spod kontroli, co w zamierzeniu miało wypełnić to ścierwo zabawnymi perypetiami. I w zasadzie tutaj kończy się wszelka logiczna fabuła, a zaczyna ciąg wysoce bezsensownych i całkowicie zbędnych wydarzeń. Zasadniczo dominują dwa wątki: krucjata w poszukiwaniu ruchania oraz surrealistyczno-deliryczne próby odnalezienia zaginionej narzeczonej.
Chwila zadumy - czy hajs się zgadza?
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Już sam tytuł jest ultra słaby, gdyż żeruje na najtańszej zagrywce polskich dystrybutorów: bezmyślnej kserokopii/skojarzeń z wzorcem zachodnim w celu nabicia kabony i wyruchania polskich widzów. Jak na złość tzw. twórcy postanowili dostosować do niego całą resztę swojego dzieła. Zasadniczo osobom, które nie miały styczności z tym piekielnym pomiotem, będzie trudno sobie wyobrazić skalę totalnej chujozy, jaką uraczyli widzów reżyser Łukasz Karwowski i jego pomagierzy scenarzyści. Nawet najlepszy opis "Kac Wawa" nie uszkodzi Wam mózgów w ten sam sposób, co projekcja. Powodów do hejtingu jest tak wiele, że aż nie wiem od czego zacząć! Jak pisałem powyżej fabuła nie ma żadnego sensu. To coś to po prostu zbiór randomowych scen złożonych, nie wiadomo dlaczego, w jedną całość. Perypetie głównego bohatera co rusz przerywane są bezsensownymi ujęciami wesołej ekipy tańczącej z rozebranymi laskami (ach, gdybym tylko oglądał w 3D!), które są potrzebne jak kurwie deszcz. Drugim, wyjątkowo popularnym motywem, są natomiast sekwencje ukazujące długą, białą limuzynę sunącą po nocnej Warszawie. Ha, pewnie pomyśleliście, że oglądamy co się dzieje wewnątrz auta. Fatalny błąd! Podziwiamy samochód stojący na światłach, jadący prosto, skręcający, zatrzymujący się itp.!!! Wspaniałe uzupełnienie wybornej fabuły! Żeby chociaż były z tego jakieś wrażenia wizualne do zapamiętania... Napisać, że dialogi są fatalne i obrażają inteligencję to zdecydowanie za mało. Już w "Ciachu" było wyjątkowo padacznie i nie spodziewałem się, że może być jeszcze gorzej. Słuchając kwestii wypowiadanych przez bohaterów "Kac Wawa" miałem ochotę wyłączyć dźwięk. Teksty nawet nie są żenujące, to coś zdecydowanie głębszego – czułem się jakby ktoś zaczął mi wiercić dziurę w mózgu za pomocą wiertarki udarowej. Wspaniałe przeżycie, polecam gorąco!
Upośledzona ekipa w pełnej krasie.
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Bohaterowie są tragicznie napisani – chociaż podejrzewam, że tak naprawdę wszystko zostało wymyślone na planie ad hoc. Andrzej to postać tak upośledzona, że mogłaby ją zagrać jedynie hybryda Karolaka i Małaszyńskiego z "Ciacha". Co ciekawe okazało się, iż właśnie w tę stronę ewoluował Borys Szyc. Za umiejętności aktorskie pokazane w "Kac Wawa" należy mu się hejt i pogarda do końca wszechświata bez możliwości przebaczenia. Głównego wykonawcę dzielnie wspierają niedojebani pomagierzy, którzy idealnie dostosowali się do jego poziomu. Antoni Pawlicki (Jarek), Michał Żurawski (Tomek), a w szczególności Michał Milowicz (Bonawentura) są podobnie nieoglądalni. Do tego oczywiście przedstawiciele świata przestępczego, bo przecież wątku kryminalnego zabraknąć nie mogło. Mirosława Zbrojewicza (Kaban) i Przemysława Bluszcza (alfons Kobyła) dotychczas szanowałem i uważałem za solidnych aktorów. Po tym co zobaczyłem w "Kac Wawa" obaj stracili szacunek oraz kredyt zaufania. Okazuje się, że każdy aktor w tym kraju może dać totalnie dupy, jeśli tylko ma odpowiednie warunki. Jeśli chodzi o płeć piękną to chciałbym zwrócić uwagę na trzy postacie. Marta w wykonaniu Sonii Bohosiewicz większość filmu zgonuje, więc trudno hejtować aktorkę za nic nie robienie. Jednakże początek i koniec "Kac Wawa" w jej wykonaniu to prawdziwy aktorski dramat! Jednakże to nie ona zasługuje na największe hejty w kategorii ról kobiecych. Zdecydowane i bezapelacyjne zwycięstwo należy się Romie Gąsiorowskiej (Sandra)! Aktorka, którą ubóstwiałem za imponującą rolę Magdy w "Wojnie polsko-ruskiej" pohańbiła się gorzej niż Żmuda-Trzebiatowska w "Ciachu". W zasadzie muszę napisać (chociaż bardzo mi przykro z tego powodu), że w "Kac Wawa" osiąga poziom Szyca i Karolaka. Jedynie Agnieszka Włodarczyk coś sobą reprezentuje, aczkolwiek jej postać jest całkowicie zbędna i została wstawiona do filmu wyłącznie po to by się rozebrać. Na koniec zostawiam Tomasza Karolaka (Silvio), który notuje kolejny występ na poziomie "Ciacha". Koniecznie sprawdźcie jak wspaniale spisał się grając Bułgara udającego Włocha – z tej okazji wielkie pozdro dla Kastunty i Mateusza :)
Roma, why?!
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Kiedyś oglądałem "Gigli" z Benem Affleckiem i Jennifer Lopez. Był to (podkreślam) film okropny i odbierający chęć życia, dlatego też obejrzałem go w około w 28 podejściach. W czasie projekcji "Kac Wawa" wielokrotnie miałem ochotę wyłączyć to gówno. Niestety ogarniała mnie wtedy przerażająca świadomość, że pewnego dnia zapomnę o tym co zobaczyłem i będę zmuszony oglądać od nowa. Wiedząc, że przy powtórnej próbie zmiany w mózgu wywołane przez dzieło Karwowskiego mogą nabrać nieodwracalnego charakteru postanowiłem cierpieć za milijony i wytrwać do napisów końcowych. Jeśli miałbym wskazać jakiekolwiek pozytywne elementy to byłaby to ścieżka dźwiękowa, cała komiksowa otoczka oraz ksywa jednego z bohaterów – Grzmichuj. Jednakże nie są one na tyle fajne by uznać je zalety – raczej wybijają się na tle oceanu bezdennej chujozy, jakim jest "Kac Wawa". Do obejrzenia wyłącznie na własną odpowiedzialność! Uprzejmie ostrzegam, że w trakcie i po seansie mogą wystąpić:
  • silne zażenowanie,
  • myśli samobójcze,
  • wieczysta pogarda dla Karolaka oraz Szyca,
  • bóle głowy oraz wymioty,
  • ataki niszczycielskiej furii,
  • odkrycie ostatecznego dowodu na nieistnienie boga.
źródło: http://www.filmweb.pl

Ocena: 0/10.*

* Oczywiście na IMDb wystawienie takowej oceny jest niemożliwe, toteż tam "Kac Wawa" otrzymuje 1/10. Niemniej dla podkreślenia poziomu tegoż ścierwa wystawiam mentalne zero gwiazdek.

środa, 2 stycznia 2013

"Palimpsest"

Projekt oglądania najchujowszych polskich produkcji zostaje tymczasowo zawieszony, gdyż udało mi się odnaleźć film, który bardzo chciałem obejrzeć, a nigdy wcześniej nie miałem okazji. "Palimpsest" w chwili wejścia na ekrany (2006) przeważnie chwalono. Niby nietypowy jak na polskie realia film, co więcej często określany jako thriller psychologiczny. Za reżyserię odpowiada Konrad Niewolski, twórca bardzo dobrej "Symetrii" oraz znacznie mniej udanego "Job". Chociaż muszę nadmienić, że ta druga produkcja ma wielu ortodoksyjnych fanów. Scenariusz napisał Igor Brejdygant, z którego warsztatem miałem okazję się zapoznać przy okazji serialu "Paradoks" (scenariusz + reżyseria). Na wstępie warto również wyjaśnić tytuł, gdyż nie każdy (a w zasadzie nie spodziewam się by ktokolwiek) wiedział co oznacza to pojęcie. Palimpsest to rękopis spisany na używanym już wcześniej materiale piśmiennym, z którego usunięto poprzedni tekst – mniej więcej taką definicję podają twórcy filmu na jego początku. Aczkolwiek warto również zauważyć, że w sensie przenośnym słowo "palimpsest" oznacza również wypowiedź wieloznaczną, o wielowarstwowej semantyce.
źródło: http://www.onet.pl/
Fabuła filmu obraca się wokół dosyć dziwnego zabójstwa policjanta Maćka Hajdziaka (Tomasz Sapryk). Zadanie rozwikłania zagadki dostaje przyjaciel ofiary, Marek Jeklewski (Andrzej Chyra). W przeszłości obu policjantów łączyła miłość do Hanny (Magdalena Cielecka), dlatego sprawa bardzo szybko nabiera osobistego charakteru. Chociaż Marek wolałby pracować samodzielnie Komendant (Henryk Talar) nakazuje mu współpracować z Tomkiem (Robert Gonera). Wraz z dwójką naszych bohaterów zagłębiamy się w brudne ulice pełne alkoholików, ćpunów i najgorszego rodzaju elementu. Starając się rozwikłać zagadkę śmierci przyjaciela Marek stopniowo zaczyna coraz bardziej pogrążać się we własnych problemach psychicznych.
źródło: http://spi.pl/
Konrad Niewolski zebrał całkiem niezłą ekipę. Oprócz wymienionych w opisie fabuły aktorów na ekranie pojawiają się m.in.: Adam Ferency, Grzegorz Warchoł, Arkadiusz Jakubik, Mirosław Zbrojewicz, czy też Jacek Braciak. Natłok gwiazd wcale nie przeszkadza w odbiorze fabuły, gdyż wymienieni powyżej grają najczęściej małe lub epizodyczne rólki. Trójka głównych wykonawców zrobiła na mnie duże wrażenie, ale największe brawa należą się Andrzejowi Chyrze. Niezwykle realistycznie wcielił się bowiem w postać mającą poważne problemy z własną psychiką, którą jedynie krok dzieli od upadku w bezdenną przepaść szaleństwa. Robert Gonera i Magdalena Cielecka dzielnie dotrzymują mu kroku prezentując naprawdę wysoki poziom aktorstwa. Również wykonawcy drugoplanowi nie zawodzą, dlatego może uznać "Palimpsest" za bardzo solidną produkcję pod tym względem.
źródło: http://spi.pl/
Jak na polskie realia "Palimpsest" może zrobić imponujące wrażenie, chociaż jest to film niezwykle kameralny. Konradowi Niewolskiemu udało się stworzyć niezwykle ciężki i gęsty klimat, który przypomina gorące i duszne powietrze tuż przed burzą. Bardzo mało scen dzieje się na zewnątrz lub w dzień – w zasadzie można policzyć je na palcach jednej ręki. Zdjęcia wnętrz natomiast robią ogromne wrażenie i doskonale tworzą zamierzony przez reżysera klimat. Bardzo mi się spodobała scena, w której Andrzej Chyra zbiera ciężki wpierdol od zakapiorów. Imponujący realizm! "Palimpsest" opiera się głównie na niedomówieniach. Przykładowo w trakcie filmu Marek kilkukrotnie usiłuje się gdzieś dodzwonić z automatu, ale nigdy mu się nie udaje. Do końca projekcji nie dowiadujemy się gdzie i po co dzwonił, a możemy się jedynie tego domyślać. Zakończenie filmu może wydawać się polskiemu widzowi, przyzwyczajonemu do banalnych finałów, co najmniej zaskakujące. Dla mnie niestety nie jest ono całkiem odkrywcze, gdyż od samego początku rozważałem dwie możliwości i okazało się trafiłem w zamysł Brejdyganta. Po obejrzeniu filmu na pewno będziecie mogli wskazać kilka innych produkcji, w których zastosowano podobne rozwiązania. Drugi, choć trochę mniej poważny, zarzut to czas trwania filmu. Konradowi Niewolskiemu starczyło inwencji jedynie na ponad 80 minut, a to jak dla mnie z deczka za krótko. Niemniej uważam "Palimpsest" za bardzo ciekawą produkcję i zachęcam do obejrzenia, chociaż nie jest to lekki i przyjemny film.
źródło: http://spi.pl/
Ocena: 6/10.

sobota, 29 września 2012

"Miasto prywatne"



"Miasto prywatne” to sztandarowy przykład polskiego inspirowanego wzorcami z Hollywood w wersji reprezentuję biedę. Oczywiście gangsterskie opowieści zostały bardzo mocno osadzone w polskiej, chujowej rzeczywistości. Niestety, jak przystało na każdy polski film, pod względem finansowym dzieło Jacka Skalskiego dysponowało budżetem milijon razy niższym niż przeciętny amerykański film sensacyjny. W związku z tym chciałbym zaapelować do twórców: czy naprawdę warto marnować taśmę filmową i ograniczone środki, żeby nakręcić tak żenujące gówno?
źródło: http://www.zajefajna.com/
Tym razem scenarzyści postanowili przyjebać widzowi od początku, pozostawiając go bez żadnej nadziei, że później będzie lepiej. Małe, podwarszawskie miasteczko zostało opanowane przez lokalny gang składający się z Pawika (Bogusław Linda), Dziurgi (Mirosław Baka), Aliego (Maciej Kozłowski), Kaczora (Mirosław Zbrojewicz) oraz Barnaby (Dariusz Gnatowski). Chłopacy znają się od małoletniości toteż sprawnie pacyfikują opór miejscowej ludności i z łatwością przejmują władzę w mieście. Jednakże, jak wiadomo nie od dziś, wielkie pieniądze zmieniają ludzi i sprawiają ogromne problemy, w szczególności, gdy zadziera się z rosyjską mafią.
źródło: http://dystrybucja.tvp.pl/
 Jak to się ogląda? W samotności wyjątkowo żenująco, dlatego polecam zaprosić na seans jakichś znajomych, bo wtedy może być niezły ubaw. Polecam również wszelkiego rodzaju substancje wpływające na percepcję widza, gdyż mogą one diametralnie zmienić odbiór tego obrazu. Film warto zobaczyć, aby przekonać się jak Bogusław Linda wygląda w dresie, gdyż jest to prawie jedyny outfit, w jakim pojawia się na ekranie. Niestety w scenie ślubu został porzucony na rzecz garnituru, co burzy dotychczasowy wizerunek Pawika. Śmietanka polskich aktorów może miała ubaw kręcąc "Miasto prywatne”, ale z pewnością nie przełożyło się to na jakąkolwiek wartość artystyczną. Co mogę polecić? Na pewno scenę orgii, w której obnażony do pasa Barnaba prezentuje swój kaloryfer, a Ali szczyci się klatą porośniętą prawdziwą amazońską dżunglą. Naprawdę, są to wspaniałe doświadczenia wizualne, które wyryją się w pamięci na długie lata. Warto zobaczyć również legendarną grę aktorską Piotra Cyrwusa, zanim został Ryśkiem z Klanu (tutaj w roli Ruska). Na koniec przytoczę dialog rozgrywający się pomiędzy Pawikiem i jego żoną, który mnie autentycznie ubawił:

Pawik: Nawet się mnie nie spytasz gdzie idę…
Gocha: Gdzie idziesz?
Pawik: A chuj Cię to obchodzi!

Ocena: 2/10.

sobota, 18 sierpnia 2012

"Rozdroże Cafe"


"Rozdroże Cafe" – kolejny epizod polskiego kina za mną. Muszę przyznać, że pod pewnymi względami jest to niezwykle interesujące dzieło. Jeśli bowiem przywykliście do oglądania TVN-owskich seriali i filmów, w szczególności ukazujących piękne życie pięknych ludzi w pięknej Warszawie, to przeżyjecie prawdziwy szok. Brud, rozpacz, nędza, brak perspektyw, ogólna chujoza – to główne słowa jakimi można opisać klimat "Rozdroże Cafe". Stolica wygląda jak małe miasteczko w najbardziej prowincjonalnej Polsce B. Jedynie powtarzany co jakiś czas plenerowy widok Pałacu Kultury przypomina nam, że akcja osadzona została w Warszawie. Za tak ukazaną stolicę ogromne brawa!

Pod względem fabularnym jest także ciekawie. Grześ (Robert Olech), wspierany przez swoich kompanionów, stara się zrobić karierę w świecie przestępczym i zarobić kasę, aby „siostra nie musiała się kurwić z senatorem”. Chociaż rozwój fabuły jest czasem głupawy oraz łatwy do przewidzenia to film ukazuje naprawdę depresyjną egzystencję bohaterów: wspomniany wyżej senatorski sponsoring, nieletnia prostytucja, brudni gliniarze. I z tego powodu można wybaczyć największe wady „Rozdroże Cafe”: pewną infantylność, mielizny scenariuszowe oraz niektóre chujowe dialogi.

Jednakże największą zaletą filmu jest ścieżka dźwiękowa. „Rozdroże Cafe” rozpoczyna się od koncertu Kazika (gra samego siebie) w więzieniu, który potem przejmuję rolę swoistego narratora ilustrując piosenkami rozwój akcji. Wypada to naprawdę świetnie i głównie dlatego zachęcam Was do obejrzenia filmu.

Ocena: 6/10.