Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Simlat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Simlat. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lutego 2020

"Boże Ciało"/"Corpus Christi" (2019)

Każdy z nas jest kapłanem Chrystusa.

Chociaż "Boże Ciało" w reżyserii Jana Komasy miało premierę już 11 października 2019 roku, to nam udało się wybrać na seans dopiero w trakcie renesansu wywołanego przez nominację do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Film reżysera "Sali samobójców" i "Miasta 44" (recenzja) uznałem na początku za niezbyt interesujący z uwagi na kościelną tematykę (tak, nie oglądałem nawet jeszcze "Kleru" Wojtka Smarzowskiego!). I chociaż w trakcie podróży mniejszych i większych wiele czasu spędzamy w kościołach w różnych częściach Europy, to jednak wynika to całkowicie z zainteresowania architekturą a nie obrządkami czy rytuałami. Niemniej oscarowa nominacja jednak coś jeszcze znaczy (ciekawe jak długo?), więc postanowiłem przekonać się czy mamy do czynienia z kolejnym obrazoburczym, antypolskim i antykatolickim tworem, który przed pokazem w jedynej prawdziwej TVP zostanie poprzedzony pogadanką z wyjaśnieniami (vide zdobywca Oscara "Ida")?
źródło: https://www.filmweb.pl/
Akcja "Bożego Ciała" rozpoczyna się w dosyć nieprzyjaznym poprawczaku, zwanym przez podopiecznych zakładem. Charyzmatyczny ksiądz Tomasz (Łukasz Simlat) stara się trafić do młodzieży odprawiając mszę w wysoce niekonwencjonalny sposób. Pełniący rolę ministranta Daniel (Bartosz Bielenia) wkrótce ma opuścić mury ośrodka i podjąć pracę w tartaku na Podkarpaciu. Chłopak ma akurat dużo szczęścia, ponieważ do zakładu wraca jego stary znajomy Bonus (Mateusz Czwartosz), który pragnie wyrównać stare rachunki. Po przybyciu do wsi Daniel przypadkowo poznaje miejscowego proboszcza (Zdzisław Wardejn), któremu wkręca bajerę, że jest podróżującym młodym księdzem. Wskutek zdrowotnej niedyspozycji farorza, chłopak tymczasowo obejmuje małą parafię w posiadanie.
źródło: https://www.filmweb.pl/
Na wstępie warto zauważyć, że scenariusz autorstwa Mateusza Pacewicza został zainspirowany prawdziwą historią. W 2011 roku w jednej ze wsi na Mazowszu charyzmatyczny osiemnastolatek, wykorzystując chorobę lokalnego proboszcza, przez dwa miesiące udawał księdza zastępując go w pełnieniu posługi kapłańskiej. Oczywiście twórcy nie przenieśli tej opowieści w skali 1:1, dodając m.in. fikcyjny origin story w poprawczaku, ale wcale nie wpłynęło to na poziom realizmu filmu. Niestety zanim zaczęliśmy oglądać "Boże Ciało" zostaliśmy ponownie (jak to zwykle w przypadku polskiego kina) uraczeni długą listą sponsorów oraz różnych instytucji, które przyczyniły się do powstania tego dzieła. Czy naprawdę nie można tego zrobić w bardziej gustowny i mniej widoczny sposób? Wracając jednakże do fabuły historia Daniela pragnącego zostać księdzem (co jest niemożliwe wskutek jego problemów z prawem i pobytu w poprawczaku) jest naprawdę fascynująca i zaskakująca. Sporym zaskoczeniem wydaje się być przemiana głównego bohatera w udawanego kapłana, który mimo pewnych wad, nie ma na celu krzywdzić czy wyzyskiwać finansowo swoich parafian. Głównym celem bohatera staje się po prostu obnażenie hipokryzji i zakłamania mieszkańców wsi, a przede wszystkim wyjaśnienie traumatycznego wypadku samochodowego, w którym zginęło siedem osób. Społeczny ostracyzm dotykający wdowę (Barbara Kurzaj) po jednej z ofiar może wydawać się szokujący, ale doskonale przecież wiecie, że takie rzezy dzieją się obok nas.
źródło: https://www.filmweb.pl/
A ja mam już dość oglądania filmów o takiej Polsce! – podsumowała brutalnie seans w kinie Mikro młoda dama w eleganckich, czarnych szpilkach z kokardkami. Czymże jest zatem taka Polska? "Boże Ciało" nakręcono głównie we wsi Jaśliska położonej w powiecie krośnieńskim w województwie podkarpackim – a zatem Polska B, pełna rozczarowań, przemocy domowej, ciemnoty, biedy i alkoholizmu! Trzeba jednak przyznać, że wspomniana miejscówka ma bardzo ładne położenie i krajobrazy Beskidu Niskiego mogą robić spore wrażenie. Niemniej lokalna młodzież pozbawiona perspektyw wali alko na przystanku PKS, tak jak i za moich młodych lat się waliło w wakacje spędzane u babci w gminie Kije (choć i tak zawsze wolałem miejscówkę na peronie PKP - dzisiaj straszliwie zarośnięte i opuszczone Stawiany Pińczowskie). Wierni chodzą do kościoła raczej z przyzwyczajenia niż z potrzeby wiary, a zaraz po opuszczeniu progów świątyni zapominają o naukach Jezusa obarczając winą za śmierć bliskich niewinne osoby. Genialne wypadła scena z klękaniem w błocie, a przecież motyw z kucaniem zamiast klękania w brudzie możemy znaleźć w znakomitej książce Zimowla mojej serdecznej koleżanki Dominiki Słowik (laureatka tegorocznego Paszportu Polityki). Jan Komasa przedstawia tę historię w niezwykle uniwersalny sposób (trochę przypomina to genialne duńskie "Polowanie"), dzięki czemu mogłaby się wydarzyć w każdym miejscu w Polsce. Oczywiście, świetnie przedstawiono polską prowincję zarówno pod względem scenografii, jak i dialogów, niemniej nie stanowi to o istocie opowiadanej historii. Jedyne moje większe rozczarowanie dotyczy tak naprawdę kwestii technicznych (a pamiętam doskonale "Miasto 44"), chociaż gdyby się głębiej zastanowić to może takie zdjęcia idealnie podkreślają urodę paździerza polskiej prowincji?
źródło: https://www.filmweb.pl/
Jeśli chodzi o aktorstwo to oczywiście Bartosz Bielenia zasłużył na owację na stojąco. Daniel w jego wykonaniu to postać pełna sprzeczności, ale jednocześnie oddana Bogu i naukom księdza Tomasza o wiele bardziej niż niejeden zawodowy kapłan. Fantastyczne jest to, że ten młody aktor potrafi tak dużo wyrazić wyłącznie swoją twarzą, a w szczególności oczami. Mam nadzieję, że będzie to początek wielkiej i pięknej kariery aktorskiej! Partnerująca mu na ekranie Eliza Rycembel (Eliza) stworzyła także bardzo dobrą kreację dziewczyny borykającej się z matką dewotką i tragiczną śmiercią brata, ale także mającą świadomość kto mógł naprawdę spowodować wypadek. Podium uzupełnia natomiast Łukasz Simlat, wcielający się w niezwykle charyzmatycznego księdza Tomasza, który od samego początku zawłaszcza każdą scenę, w której się pojawia. Warto także docenić casting do roli Bonusa – Mateusz Czwartosz ma taką facjatę, że wyskoczylibyście z telefonu i portfela nawet bez groźby rychłego wpierdolu. Z pozostałych ról warto zwrócić uwagę na Aleksandrę Konieczną (Lidia) oraz Tomasza Ziętka (Pinczer).
źródło: https://www.filmweb.pl/
"Boże Ciało" wydaje się być godnym oscarowym reprezentantem naszej wstającej z kolan ojczyzny, niemniej poziom wyznaczony przez koreański "Parasite" wydaje się być nieosiągalny. Tym razem TVP chyba nie będzie musiało poprzedzać filmu Komasy pogadanką ideologiczną (chociaż nigdy nie wiadomo). Abstrahując od niepoważnej telewizji i jej wysoce szkodliwego przekazu to szczerze polecam "Boże Ciało" – dla roli Bartosza Bielenia, a przede wszystkim dla pouczającej historii o hipokryzji i obłudzie. Ku chwale naszej przaśnej ojczyzny!
źródło: https://www.filmweb.pl/
Ocena: 8/10.

sobota, 21 stycznia 2017

"Konwój"



Nie da się ukryć, że od pewnego czasu moja przygoda z polską kinematografią zalicza się do bardzo udanych przedsięwzięć. Trafnie dobierając filmy do oglądania przekonałem się, że rodzimy biznes potrafi stworzyć całkiem interesujące produkcje na zaskakująco wysokim poziomie. Gdy zobaczyłem wielgachny billboard reklamujący "Konwój", pomyślałem sobie, że dzieło wyreżyserowane przez Macieja Żaka (jak dla mnie kompletny no name, ale jednocześnie muszę przyznać, że na polu krajowym jestem w ignorancji podobny do brzasku) podtrzyma doskonałą passę. Oczywiście swoje zrobiły nazwiska: Janusz Gajos, Robert Więckiewicz, Przemysław Bluszcz – każdego z wymienionych aktorów niezwykle szanuję. Dodatkowo obsadę uzupełnili starzy znajomi z "Demona" (Agnieszka Żulewska oraz Tomasz Ziętek), więc widowisko zapowiadało się wprost znakomicie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Nowacki (Janusz Gajos), dyrektor więzienia, wyciąga z kompletnego, narkotykowego niebytu sierżanta Zawadę (Robert Więckiewicz). Wierny sprawie funkcjonariusz Służby Więziennej dostaje od swojego przełożonego misję przetransportowania niebezpiecznego przestępcy (Ireneusz Czop) do zakładu psychiatrycznego. Skład ochrony konwoju uzupełniają doświadczony sierżant Berg (Przemysław Bluszcz), kompletnie niedoświadczony rookie i przy okazji zięć dyrektora Nowackiego Feliks (Tomasz Ziętek) oraz nieznany nikomu funkcjonariusz Grup Interwencyjnych Służby Więziennej (Łukasz Simlat), zwany pieszczotliwie czarnuchem. Już od samego początku misji z powodu wyjątkowo ciężkiego narkotykowego zjazdu sierżanta Zawady nic nie idzie po myśli konwojentów, ale jak się szybko okazuje jest to dopiero kropla w bezdennym oceanie problemów.
źródło: http://www.filmweb.pl
Pierwsze sceny "Konwoju" do złudzenia przypominają trochę inny film z Robertem Więckiewiczem. Jednakże w przeciwieństwie do głównego bohatera "Pod Mocnym Aniołem" sierżant Zawada szprycuje się narkotykami zamiast wlewać w siebie monstrualne ilości gorzeliny. Otwierająca scena niemalże wygląda jakby nakręcił ją Wojtek Smarzowski, chociaż do pełni szczęścia brakuje ukazania jakichś fekaliów rozmazanych po ścianach. Jednakże zanim miałem okazję pierwszy raz zobaczyć bohaterów filmu, zostałem zmuszony do zapoznania się z mniej więcej 60 nazwami organizacji, instytucji oraz wszelakich sponsorów, którzy przyczynili się do powstania produkcji. Jakież było moje zdziwienie (szczególnie w kontekście jakości), gdy na tej długiej liście objawił się nagle Polski Instytut Sztuki Filmowej! Czy ktoś tam naprawdę czyta albo chociaż przegląda te scenariusze czy dotacje są przyznawane na podstawie kulek z maszyny losującej? Stwierdzić, że scenariusz "Konwoju" jest głupawy to tak jakby napisać w szkolnym wypracowaniu, że Józef Stalin raczej nie jest postacią godną do naśladowania. Kurwa, ten scenariusz jest po prostu kuriozalny, a im bliżej końca tym mniejsze są powiązania przyczyno-skutkowe między poszczególnymi wydarzeniami na ekranie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Przykłady? Oczywiście, chętnie służę pomocą. Abstrahując już od jeżdżenia więźniarką gdzie tylko się komu podoba (na przykład, żeby zakupić prochy), strzelaniu do siebie na parkingu pod restauracją (nikt nie dzwoni na policję oczywiście) czy mordobiciach w konwojenckiej drużynie to najbardziej absurdalna i idiotyczna wydaje się być konfrontacja pod szpitalem psychiatrycznym. Co ciekawe, wspomniana instytucja wydaje się być dla bohaterów czymś w rodzaju Mekki lub ziemi obiecanej pod względem bezpieczeństwa – nikt nie zakłada bowiem, że eskortowanemu więźniowi może się w tym przybytku przydarzyć jakiś nieszczęśliwy wypadek. Jest to tym bardziej dziwne, że skoro jeden z bohaterów ma do dyspozycji własny oddział S.W.A.T. to czemu nie może mieć na usługach jakiegoś przekupnego pielęgniarza zarabiającego najniższą krajową? Chyba prościej o nieszczęśliwy wypadek typu pośliznął się na mokrej posadzce i uderzył w głowę niż totalną konfrontację z niepewnym wynikiem, która na 100% przyciągnie uwagę postronnych?
źródło: http://www.filmweb.pl
W pewnym momencie pomyślałem sobie: oka, to już koniec, czas się zwijać z kina, zło zatryumfowało, więc dam jedną gwiazdkę więcej. I gdy w zniecierpliwieniu czekałem na napisy końcowe moim oczom zaczęły się ukazywać kolejne sceny, a po nich następne. Co gorsze, każda kolejna była jeszcze głupsza i bardziej zbędna od poprzedniej. Moim zdaniem zdecydowanie lepiej byłoby pozostawić scenę masakry bohaterów pod szpitalem psychiatrycznym bez jej ukazywania, aby widz mógł sam sobie wyimaginować jej przebieg (w ostatecznym rozrachunku wyszłoby też taniej). Natomiast po tym co zobaczyłem na ekranie, nie jestem w stanie uwierzyć, aby normalna osoba przyjęła przebieg wydarzeń zaprezentowany w raporcie dyrektora Nowackiego. Kolejny problem to działalność pana prokuratora, który kompletnie z dupy nagle wszystko odkrywa w magiczny sposób (oczywiście na ekranie nie uświadczyłem, w jaki sposób tenże niepozorny tytan dedukcji doszedł do swoich wniosków). Następna porażka to dialogi opierające się na pierdolnięciu co jakiś czas soczystym bluzgiem – jak dla mnie na dłuższą metę dosyć męczące i wtórne. Jeżeli miałbym natomiast wskazać jakiekolwiek zalety tego dzieła to mogę pochwalić kilka naprawdę ładnych ujęć (m.in. zdjęcia kompleksu więziennego filmowane z powietrza).
źródło: http://www.filmweb.pl
Kiedy w obsadzie jest tylu znakomitych aktorów można mieć naprawdę spore oczekiwania. Niestety chujowy scenariusz oraz nieudolnie rozpisani bohaterowie w znaczący sposób wpłynęli na ograniczenie ich możliwości. Janusz Gajos kreację komendanta Nowackiego oparł chyba na słynnej scenie z "Psów" – Chemik ma być wolny! Skurwysynu! (zauważcie jak cedzi bluzgi). Robert Więckiewicz z kolei stworzył niezwykle oryginalną upadłego twardziela z problemami narkotykowymi, który jednak na koniec okazuje się być gościem z zasadami. Naprawdę odkrywcze! Nie lepiej jest z Tomaszem Ziętkiem, który dostał do zagrania sztampową rolę świeżaka z krystaliczną moralnością i nie jest jeszcze blatny. Aktor znakomicie wpisał się w tę wtórną konwencję, nie dokładając kompletnie nic od siebie. Łukasz Simlat, wcielający się w bezimiennego, małomównego funkcjonariusza GISW, byłby w zasadzie spoko postacią, gdyby scenariusz nie zmuszał go do bycia brutalnym, nieprzewidywalnym pojebem. Na tym tle Przemysław Bluszcz, którego bardzo lubię oglądać na ekranie, wypadł chyba najbardziej przekonująco unikając przerysowania – sierżant Berg to wydaje się najbardziej realistyczną postacią w całym filmie. Postacie kobiece to natomiast dramat, ale nie ma w tym żadnej winy aktorek, tylko wynika to z nieudolności reżysera. Jedynym zadaniem Doroty Kolak (żona Nowackiego) jest pytanie czy mąż przyjdzie na obiad, natomiast Agnieszka Żulewska (żona Feliksa) jest w filmie tylko po to, by się rozebrać w scenie łóżkowej.
źródło: http://www.filmweb.pl
Niestety przypadkowo zauważyłem wiele pozytywnych komentarzy zamieszczonych przez użytkowników Filmweb.pl odnośnie 'Konwoju". I tak się zastanawiam jakie gówno muszą na co dzień oglądać ludzie, żeby wypisywać takie rzeczy bez wstydu? Na szczęście nie mam podłączonej telewizji, więc koncentruję się wyłącznie na tym co dobieram sobie wedle własnego uznania. Filmu Macieja Żaka nie polecam, ponieważ nie jest nawet na tyle chujowy, żeby można było toczyć z niego bekę przy oglądaniu ze znajomymi lub pod wpływem substancji odurzających.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 3//10 (chociaż w sumie za co?).

niedziela, 21 grudnia 2014

"Jeziorak"



Kontynuując udział w zimowej edycji Sztuki za 6-stkę postanowiłem wybrać się na kolejną tegoroczną polską produkcję o dużym potencjale. "Jeziorak", wyreżyserowany przez Michała Otłowskiego na podstawie jego własnego scenariusza, zapowiadał się co najmniej ciekawie, a zważywszy, że moja ostatnia passa filmowych wyborów kończyła się przeważnie ocenami 8/10 (przy czym należy podkreślić, że nadrabiałem zaległości ze Stanleya Kubricka) liczyłem na podtrzymanie hossy. Reżyser i scenarzysta w jednej osobie to dla mnie oczywiście kompletny no name, ale skoro debiutanckie "Hardkor Disko" Krzysztofa Skoniecznego wypadło tak znakomicie to czemu Michałowi Otłowskiego miałoby się nie udać? Niemniej zadanie było niełatwe, ponieważ "Jeziorak" zapowiadano jako kryminał. Nie dość, że w filmowej Polszy nie jest to najbardziej popularny gatunek (co dziwi niezmiernie, jeśli spojrzeć na najbardziej poczytne powieści), to na dodatek w USA oraz Skandynawii powstają liczne produkcje co najmniej solidne (jak na przykład "The Girl with the Dragon Tattoo"), a momentami ocierające się nawet o mistrzostwo (wspomnijmy choćby casus "True Detective"). Moim zdaniem zaskoczyć świadomego widza w tej kategorii jest zatem niezwykle ciężko, więc doceniam odwagę reżysera i scenarzysty.
źródło: http://www.filmweb.pl
Jak wyraźnie wskazuje tytuł akcja filmu została osadzona w obrębie Pojezierza Iławskiego. Śmiało można postawić pytanie czyż nie zrobiono tego celowo jako ukłon ku skandynawskim krajobrazom? Podkomisarz Iza Dereń (Jowita Budnik) z komendy powiatowej w jakimś zadupnym miasteczku, którego nazwę zaraz zapomniałem, zajmuje się sprawą zabójstwa wyłowionej z jeziora prostytutki. Czas na trudne dochodzenie nie jest najlepszy, ponieważ nasza bohaterka jest w zaawansowanej ciąży, a ojciec dziecka i jego partner zaginęli przed dwoma dniami w wysoce tajemniczych okolicznościach. Aby przyspieszyć tok śledztwa komendant Wolski (Mariusz Bonaszewski) przydziela do sprawy rookie’ego, aspiranta Marca (Sebastian Fabijański). Wbrew pierwszym wrażeniom chłopak okazuje się utalentowanym śledczym, a z pozoru niepowiązane sprawy zaczynają się stopniowo układać w dramatyczną całość.
źródło: http://www.filmweb.pl
Nawet średnio ogarnięty widz powinien zauważyć, że "Jeziorak" jawnie i wyjątkowo mocno inspiruje się skandynawskimi kryminałami oraz ich amerykańskimi ekranizacjami. Można rzecz, że z tego powodu film Michała Otłowskiego pod wieloma względami jest po prostu oderwany od polskiej, pszenno-buraczanej rzeczywistości. Zacznijmy od krajobrazów, które są oczywiście niezaprzeczalnie rodzime (choć mniejszość niemiecka może mieć inne zdanie), niemniej jak już wspomniałem powyżej, kojarzą mi się raczej ze Skandynawią. Warto dodać, że w filmie nie ma ani krzty słońca. Widzieliście kiedykolwiek produkcję poświęconą polskiej policji, w której nie pije się w ogóle wódki? Oczywiście, ktoś może podnieść słuszny zarzut, że główna bohaterka jest brzemienna bardzo, ale nie dotyczy to przecież jej kolegów z komisariatu! Dodam również, że poziom bluzgania wydaje się niezwykle niski, rzekłbym nawet śladowy. Ponadto cała intryga jest niezwykle linearna i idzie niemal jak po sznurku. W "Jezioraku" nie ma miejsca na błędne tropy, spektakularne wtopy czy ślepe uliczki – podkomisarz Dereń od niemal każdej napotkanej postaci wydobywa kluczowe informacje, które posuwają śledztwo naprzód. Odpowiedzcie sobie zatem na proste pytanie: czy dysponując wiedzą o setkach śledztw umorzonych z braku dowodów czy też dochodzeń ciągnących po kilka lat bez wyraźnego efektu jesteście w stanie uwierzyć w prawdziwość "Jezioraka"?
źródło: http://www.filmweb.pl
Skandynawsko-amerykańskie odchylenie przejawia się również w sztampowości produkcji Michała Otłowskiego. W filmie pojawia się jedna z najczęściej wykorzystywanych klisz: chociaż lokalna policja jest do cna pogrążona w korupcji, to istnieją przecież nieskalani nią agencji federalni, po prostu nieprzekupni ludzie spoza układu. W "Jezioraku" rolę nietykalnych pełni ekipa z komendy wojewódzkiej, dowodzona przez zimnego Vogta (Michał Żurawski). Swoją drogą w pracy policji zdecydowanie brakuje realizmu. Oczywiście nie mówimy tutaj o poziomie z bling blingowych produkcji TVN, ale twórcy troszkę przegięli. Naprawdę chcecie bym uwierzył, że jakaś zadupna powiatowa komenda ma taki sprzęt i porusza się po okolicy takimi autami? No cóż, może czasy się zmieniły, a mi brakuje wiary? Do innych bardzo typowych rozwiązań należy dodać także prostytutki za wschodniej granicy oraz lokalne układy biznesowo-policyjne. Mam również ogromne pretensje za jedno z rozwiązań fabularnych (można to uznać za spoiler). Zwróćcie uwagę na scenę podpalenia samochodu: potrafię zrozumieć, że pasażerowie z przodu dostali gazem po oczach i byli oszołomieni, ale dlaczego człowiek siedzący z tyłu postanowił nie wysiadać z auta i zginąć w eksplozji (która swoją drogą nastąpiła błyskawicznie)? Równie sensownie wypadli profesjonalni asasyni bezsensownie ostrzeliwujący domek letniskowy. Cóż za absurdalnie niepolska scena!
źródło: http://www.filmweb.pl
Z pewnością wielkim plusem "Jezioraka" jest obsada. Do głównych ról zaangażowano bowiem aktorów, których twarze (przynajmniej z mojej perspektywy) nie są totalnie opatrzone. Jowita Budnik na ekranie prezentuje się naprawdę solidnie i kupuję postać podkomisarz Dereń w jej wykonaniu. Oczywiście policjantka jest może trochę zbyt doskonała doskonała, ale to już raczej wynika z ułomności scenariusza. Poprawnie wypadł natomiast Sebastian Fabijański, aczkolwiek nie jest to kreacja wyróżniająca się na tle setek innych sidekicków. Oklaski z pewnością powinni natomiast otrzymać Mariusz Bonaszewski za dobrą rolę komendanta Wolskiego, Michał Żurawski wcielający się w bezwzględnego Vogta oraz Łukasz Simlat za małomównego Bryla. Na drugim planie przewija się natomiast wiele znanych twarzy – m.in.: Przemysław Bluszcz, Lech Dyblik czy choćby Stanisław Brudny. Totalnym niewypałem okazało się natomiast zaangażowanie Agaty Buzek, o którym dowiadujemy się już w trakcie napisów początkowych (ze specjalnym udziałem). Dlaczegóż, pytałem rozpaczliwie oglądając jej ekranowe wygibasy. Córka znanego polityka jest w "Jezioraku" potrzebna jak przysłowiowej kurwie deszcz. Czyż hajs zgadzał się za bardzo?
źródło: http://www.filmweb.pl
Brak pierwiastka polskości sprawia, że "Jeziorak" staje się produkcją uniwersalną, która mogłaby rozgrywać się w dowolnym miejscu w Skandynawii, Nowej Fundlandii czy choćby w mniej popularnych zakątkach Missouri (szczególnie bimbrownia kojarzy się z fabrykami metamfetaminy z "Winter’s Bone"). Chociaż w recenzji pojawiły się niemal same hejty, to muszę przyznać, że film jest nakręcony bardzo solidnie i pod względem realizycyjnym nie ma się do czego przyczepić. Co więcej kilka ujęć jest naprawdę niezwykle klimatycznych. Czy warto zatem obejrzeć "Jezioraka"? Tak jak wielokrotnie powtarzałem każda projekcja w jakiś sposób wpływa na nasze życie, każdy seans poszerza naszą wiedzę. Zobaczcie zatem jak w pszenno-buraczanej Polszy nakręcono film pozbawiony pierwiastka polskości na modłę skandynawsko-amerykańską. Pod wieloma względami ciekawe doświadczenie, chociaż ocena relatywnie niska.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 5/10.