wtorek, 28 września 2021

"1917" (2019)

Down to Gehenna, or up to the Throne,
He travels the fastest who travels alone.

Chociaż beztroskie wakacje i słoneczne niebo zachodniej Sycylii już dawno za nami, to wspomnienia z Letniego Taniego Kinobrania są ciągle żywe. Dzisiaj, przy niewielkiej pomocy butelki wybornego wzmacnianego wina (wieczory już takie chłodne) Montilla-Moriles Fino CB Alvear (100% szczepu Pedro Ximénez), opowiem Wam o jednym z letnich seansów w krakowskim Kinie Pod Baranami. Muszę jednocześnie zaznaczyć, że w tegorocznej edycji pojechaliśmy naprawdę grubo, zbierając po siedem pieczątek (zabrakło tylko jednej do darmowego seansu), no ale czasy pandemiczne mocno odbiły się zarówno na branżach związanych z kulturą, jak i widowni. Dzisiejsza opowieść dotyczyć będzie filmu "1917", nominowanego do Oscarów w 2020 roku aż w dziesięciu kategoriach, które ostatecznie przełożyły się na jedynie trzy statuetki: najlepsze zdjęcia dla legendarnego Rogera Deakinsa, najlepszy dźwięk i najlepsze efekty specjalne. Można zatem odnieść wrażenie, że dzieło wyreżyserowane przez Sama Mendesa, odniosło na gali w Los Angeles raczej klęskę niż oszałamiające zwycięstwo. A jaki jest "1917" w rzeczywistości?

© 2019 Universal Pictures

Akcja "1917" rozgrywa się wiosną 1917 roku (co za niebywałe zaskoczenie) na zachodnim froncie I wojny światowej i odnosi się do rzeczywistych wydarzeń (jak się dowiadujemy, fabułę oparto na wspomnieniach pradziadka brytyjskiego reżysera). W ramach operacji Alberyk (Alberich) niemieckie wojska wycofały się z wysuniętego rejonu nad rzekami Sommą i Oise, skracając tym samym front i zapewniając sobie o wiele dogodniejsze pozycje obronne. I właśnie o skutkach tego manewru opowiada "1917". Generał Erinmore (Colin Firth), znając ofensywne zamiary pułkownika Mackenzie (Benedict Cumberbatch), wysyła dwóch żołnierzy, aby przedarli się przez niemieckie linie i powstrzymali atak na umocnione pozycje, który zakończy się najpewniej masakrą Brytyjczyków. Starsi szeregowi (o ile jest to poprawne tłumaczenie brytyjskiego stopnia lance corporal) Blake (Dean-Charles Chapman) i Schofield (George McKay) ruszają w niemal samobójczą misję, w której znaczenie ma każda minuta.

© 2019 Universal Pictures

"1917" zdecydowanie nie przedstawia wojny jako romantycznej przygody, wychwalając heroizm brytyjskich żołnierzy, wygłaszających przed śmiercią patetyczne kwestie. Przez niecałe dwie godziny seansu zapoznajemy się natomiast z klimatami znacznie bliższymi doskonałej powieści Ericha Marii Remarque’a Na zachodzie bez zmian, a miałem nawet wrażenie, że zahaczamy o Jądro ciemności Josepha Conrada i oparty na nim legendarny "Czas Apokalipsy". Wojna ukazana na ekranie zdecydowanie nie jest fajna. Bohaterom filmu, jako szeregowym członkom brytyjskiej machiny wojennej, zależy przede wszystkim na najedzeniu się, wyspaniu, a przede wszystkim pozostawieniu ich w spokoju przez przełożonych. Każde wychylenie się z w miarę bezpiecznych okopów (oczywiście jeśli akurat nie ma miejsca ostrzał artyleryjski) może zakończyć się błyskawicznym zgonem w postaci kuli w głowie od niemieckiego snajpera lub powolną agonią pośród zasieków na ziemi niczyjej. Konflikt przedstawiono naprawdę naturalistycznie, wręcz dosłownie grzebiemy we flakach poległych żołnierzy. Wielkie brawa należą się scenografom za wierne odtworzenie realiów okopowego życia wraz z całym brudem, syfem i monstrualnymi szczurami obgryzającymi poległych. Wyprawa na ratunek oddziałom pułkownika Mackenziego przypomina momentami schodzenie do piekła jak w Boskiej komedii Dantego. Wielkie wrażenie zrobiły na mnie makabryczne przeprawy przez ziemię niczyją oraz opuszczone niemieckie linie.

© 2019 Universal Pictures

Przez praktycznie cały seans zadawałem sobie jedno pytanie: jakim człowiekiem okaże się pułkownik Mackenzie? Czy będzie to owładnięty pychą oficer poświęcający swoich żołnierzy dla budowania kariery czy też wyrozumiały dowódca szanujący życie podkomendnych? Chociaż nie zdradzę Wam odpowiedzi na to pytanie, to mogę zaznaczyć, że rozwiązanie obywa się raczej bez fajerwerków i wpisuje się w gorzki klimat "1917". W zasadzie moją ulubioną postacią, wpisującą się idealnie w bezsens wojny w okopach jest twardo stąpający po ziemi i ironiczny do bólu porucznik Leslie, brawurowo zagrany przez Andrew Scotta. Ubolewam jedynie, że postać ta pojawia się dosłownie na kilka minut. Ale wracając do ogólnych ocen "1917" od razu można zauważyć, że twórcy wprowadzili bardzo dyskretne cięcia, które sprawiają, że film wygląda jakby został nakręcony w jednym, bardzo długim ujęciu (vide doskonały "Birdman"). Sprawia to oczywiście, że akcja jest bardzo dynamiczna, a dwie godziny seansu mijają w mgnieniu oka. Ogólnie rzecz biorąc zdjęcia Rogera Deakinsa są naprawdę imponujące, aczkolwiek odniosłem czasem wrażenie, że niektóre sceny zostały nakręcone wyłącznie po to, aby brytyjski operator mógł zgarnąć kolejnego Oscara. Niektóre rozwiązania fabularne budzą pewnie moje wątpliwości, jeśli chodzi o ich realizm i jakikolwiek seans (np. dziwaczna scena z samolotem czy niezwykle atrakcyjne wizualnie gonitwy po płonącym mieście), ale ogólnie "1917" był rozrywką na solidnym poziomie.

© 2019 Universal Pictures

Jeśli chodzi o aktorstwo to doceniam grę Deana-Charlesa Chapmana i George’a McKaya, ale nie są to kreacje, które zapamiętam do końca życia. O wiele fajniejszą zabawą jest zwracanie uwagę na epizodyczne role sławnych, brytyjskich aktorów, którzy pojawiają się w „1917”. A kogóż tutaj nie ma (LOL, Davida Thewlisa) – lista rozpoznawalnych twarzy jest długa: Colin Firth, Andrew Scott, Daniel Mays, Mark Strong, Benedict Cumberbatch czy niedoszły król Westeros Richard Madden. Tak naprawdę jednak najlepiej zapamiętałem porucznika Lesliego w brawurowym wykonaniu Andrew Scotta oraz kapitana Smitha, w którego wcielił się, jak zawsze wysoce charakterystyczny, Mark Strong.

© 2019 Universal Pictures

"1917" to naprawdę interesujący dramat wojenny, aczkolwiek nie udało mi się nawiązać jakiejś głębszej relacji z głównymi bohaterami filmu. Niemniej doceniam kunszt reżyserski Sama Mendesa oraz tytaniczną pracę scenografów, chociaż Oscar za zdjęcia na tamtej gali zdecydowanie bardziej należał się "The Lighthouse".

© 2019 Universal Pictures

Ocena: 7/10.

wtorek, 31 sierpnia 2021

Youth (2015)

 You say that emotions are overrated. But that's bullshit.

Emotions are all we've got.

Tym razem w ramach zakończonego parę dni temu Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami nadarzyła się okazja, aby nadrobić zaległości w twórczości Paolo Sorrentino. Włoskiego reżysera chyba nikomu przedstawiać nie trzeba – znacie przecież rewelacyjne "Wielkie piękno" czy "Młodego papieża". Szkoda jedynie, że na podobny pomysł wpadło znacznie więcej osób, przez co Sala Niebieska pękała w szwach i dosłownie niemal nie było czym oddychać (choć fotele, w którym można się wygodnie rozwalić, wręcz zapaść, zawsze na propsie). No, ale czyż wielkie przeżycia intelektualne nie powinny wymagać od nas choćby kapeczki poświęcenia? Po seansie w sumie zastanawiałem się czy napisać recenzję "Młodości" (bardzo trafne tłumaczenie oryginalnego tytułu – "Youth"), ale po pierwsze niezawodna Grażka rozwiała wszelkie wątpliwości w tej materii, a po drugie absolutnie wybitna rola Michaela Caine’a (nawet bez nominacji do Oscara!!!) zasługuje na choćby kilka linijek ode mnie.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Emerytowany, światowej klasy dyrygent i kompozytor Fred Ballinger (Michael Caine) spędza wakacje w szwajcarskim uzdrowisku (ostatnio pierwszy raz byłem w tężni solankowej, więc gorąco polecam). Towarzystwa dotrzymuje mu stary przyjaciel, uznany reżyser Mick Boyle (Harvey Keitel) pracujący wraz grupą młodych scenarzystów nad filmem mającym stać się testamentem wieńczącym jego karierę oraz znany, hollywoodzki aktor Jimmy Tree (Paul Dano), przeżywający swego rodzaju kryzys zawodowy. Wypoczywającemu Fredowi zwala się na głowę córka Lena (Rachel Weisz), która przeżyła bolesne rozstanie z partnerem oraz wysłannik królowej Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, która pragnie, aby kompozytor wziął udział w specjalnym koncercie z okazji urodzin księcia Filipa.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Po Paolo Sorrentino spodziewałem się przede wszystkim pięknych kadrów i bogatych wrażeń wizualnych. I chociaż w przypadku "Młodości" jest ich naprawdę niewiele, to nie czuję się wcale rozczarowany. Dwie godziny filmy minęły jak z bicza strzelił, mimo że na ekranie stosunkowo niewiele się dzieje, a bohaterowie spędzają czas głównie na nostalgicznych rozmowach o przeszłości. Chociaż nie uświadczymy nagłych zwrotów akcji czy nieoczekiwanych twistów fabularnych to "Młodość" ogląda się naprawdę znakomicie (no chyba, że jaracie się jedynie "Avengersami", to może być dla Was nudnawo). Osadzenie akcji w szwajcarskim sanatorium może już na wstępie postarza fabułę, ale przecież większość z nas doczeka zapewne starości i będzie się borykało z problemami dotykającymi filmowych bohaterów (np. problemy z oddawaniem moczu). Niemniej swoiste rozliczenie z życiem Freda i Micka wypada niezwykle interesująco z uwagi na ich wspólną przeszłość oraz nadzwyczaj bogate życiorysy. Jak to przeważnie bywa, genialność jednostki mocno ogranicza pozytywne oddziaływanie na życie rodzinne i doprowadza często do kompletnej katastrofy w budowaniu poczucia wspólnoty (vide szczere rozmowy Freda z córką).

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Ale jest to również opowieść o tym, że z wiekiem zatracamy poczucie kontaktu z rzeczywistością, opierając się coraz bardziej na naszych wyobrażeniach dotyczących przeszłości, które przeważnie mają niewiele wspólnego z prawdziwymi zdarzeniami. I to właśnie najczęściej bliskie osoby wytracają nas z samozadowolenia, przedstawiając wydarzenia z ich perspektywy. Oprócz wspomnianych wyżej szczerych rozmów Freda z Leną, dobitnie pokazuje to relacja Micka z jego młodymi scenarzystami, którzy wręcz hołubią jego postać, stawiając mu niemal spiżowy pomnik za życia. Wszystko zmienia się w momencie, gdy uznany reżyser spotyka się z aktorką, którą wedle siebie samego, wylansował na wielką gwiazdę. Brenda Morel (Jane Fonda) brutalnie weryfikuje wspomnienia Micka, bez litości punktując dodatkowo jego ostatnie dokonania filmowe. Innym, ciekawym, a jednocześnie totalnie przejmującym smutkiem, wątkiem jest postać spasionego do granic możliwości południowoamerykańskiego gwiazdora, który żywcem przypomina Diego Maradonę. Warto także zwrócić uwagę na komiczny wręcz związek syna Micka z wcielającą się w siebie samą Palomą Faith.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Ostatnio widywałem Michaela Caine’a grającego role dystyngowanych dżentelmenów z wyższej klasy, ociekających poczuciem wyższości (vide epizod w "Tenet"). Tymczasem, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, w "Młodości" angielski aktor całkowicie odszedł od tego konceptu. Fred zdecydowanie nie okazuje wyższości, może z wyjątkiem scen z wysłannikiem królowej, tworząc chyba najbardziej ludzką i przejmującą kreację w karierze Micheala Caina (przynajmniej w jego filmach, które widziałem). Naprawdę uważam, że warto obejrzeć "Młodość" choćby tylko z powodu tej doskonałej roli angielskiego aktora. Nie chcę w żaden sposób umniejszać wysiłków Harveya Keitela, ale jednak to Michael Caine osiągnął tutaj aktorski Parnas. Rachel Weisz również zagrała bardzo dobrze, z prawdziwymi emocjami wcielając się w córkę Freda. Podobnie mogę napisać o roli Jane Fondy. Jednak najbardziej na drugim planie błyszczy niepozorny Paul Dano, który stworzył po prostu magnetyczną i bezbłędną kreację.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

"Youth" to przykład znakomitego kina, przy którym nie spoglądacie na zegarek, odliczając minuty do końca seansu. I choć pod względem wizualnym nie jest to może film charakterystyczny dla twórczości Paolo Sorrentino, to polecam Wam gorąco tę doskonałą opowieść.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Ocena: 9/10.

czwartek, 29 lipca 2021

"Tenet" (2020)

 There's a cold war. Cold as ice. To even know its true nature is to lose.

Po ostatnich recenzjach serialowych, wraz z nadejściem prawdziwie upalnego i zdecydowanie zbyt często niestabilnie burzowego lata, postanowiłem przerzucić się trochę bardziej na teksty poświęcone filmom. Nie da się oczywiście ukryć, że duży wpływ na tę decyzję miało rozpoczęcie kolejnej, piętnastej już, edycji Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami. W tym roku na festiwalu pojawiło się dużo ciekawych pozycji, ale jak to zwykle bywa często bezlitosne godziny projekcji uniemożliwiają zobaczenie wszystkiego, co bym chciał. Na szczęście w przypadku ostatniego dzieła Christophera Nolana rozpiska festiwalowa była ogromnie łaskawa, dzięki czemu możecie właśnie czytać tekst o "Tenet". Od razu muszę dodać, że "Tenet" w przeczytanych przeze mnie recenzjach dostawał różnorakie oceny, niemniej rzadko się zdarzało, aby było one niespolaryzowane. Zabawna sytuacja miała miejsce na portalu newonce: po pierwszym seansie powstał tekst chwalący produkcję Nolana, po drugim podejściu wylało się na nią gówno ze szczynami. Takie rzeczy nie nastrajają mnie raczej optymistycznie, to też pełen lęku i obaw wybrałem się z ukochaną w upalne i duszne popołudnie do Kina Pod Baranami (upalne i duszne popołudnie zamieniło się potem w burzowy wieczór).

 ©2020 WARNER BROS. ENT. 

W "Tenet" od samego początku zostajemy wrzuceni w wir błyskawicznej akcji, w której tak naprawdę nic nie wiadomo. Bezimienny agent CIA (?), zwany dalej TYM lub jakimś (z angielskiego the/a) Protagonistą (John David Washington) bierze udział w szturmie na operę w Kijowie, którą opanowali terroryści (?). Operacja nie kończy się jednak zakładanym sukcesem (?), a w efekcie nasz dzielny bohater trafia do niewoli (?), z której wykupują go jakieś bliżej nieznane agencje rządowe (?). W ramach nowego zadania Protagonista otrzymuje jedynie tajemnicze słowo TENET oraz gest splecionych dłoni (serio, tak jest w filmie). Wraz z sympatycznym szpiego-fizykiem Neilem (Robert Pattinson) Protagonista wyrusza w szaleńczą podróż po niemal całym świecie, aby wyjaśnić zagadkę Tenet i powiązanego z nią rosyjskiego oligarchy Satora (Kenneth Branagh).

 ©2020 WARNER BROS. ENT.

Opis fabuły brzmi z pewnością dziwnie i dosyć tajemniczo, ale bardzo trudno jest napisać o czym dokładnie jest "Tenet" bez podawania zbyt dużej liczby informacji, które popsują Wam samodzielne ich odkrywanie. Jak już pisałem we wstępie, po tym dziele Nolana spodziewałem się naprawdę niewiele (w szczególności, że reżyserowi pomagał amerykański fizyk teoretyczny Kip Thorpe, z którym wysmażyli jakże udany "Interstellar") i muszę przyznać, że zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony w naprawdę wielu aspektach. Z drugiej strony warto też zauważyć, że "Tenet" zawiera masę błędów, nonsensów i absurdów, których nie mogą przykryć ekspresowe prowadzenie akcji oraz próby stworzenia widowiskowego i spektakularnego dzieła. Warto zadać sobie po seansie wiele pytań dotyczących poszczególnych wydarzeń w filmie, logiki postępowania bohaterów (w szczególności tej odwróconej) oraz ich sensu w ostatecznym kontekście finału. W naszym, dwuosobowym domowym, ognisku film Nolana wywołał bardzo burzliwe dyskusje zaczynające się od standardowego o co tu chodzi, a kończące na wnikliwej analizie poszczególnych scen i działań podejmowanych przez bohaterów. Muszę przyznać, że były to zdecydowanie fascynujące konwersacje!

 ©2020 WARNER BROS. ENT.

Tak naprawdę moje pierwsze wrażenie związane z "Tenet" to głośność. Siedząc w kinie miałem wrażenie, że produkcja Nolana jest chyba z trzy razy głośniejsza od normalnego filmu (i jeszcze te charakterystyczne, wywołujące niepokój dźwięki). Poza tym wszystko wygląda bardzo efektownie i widowiskowo. Razem z Protagonistą podróżujemy po różnych lokacjach, niczym w kolejnym filmie o przygodach Jamesa Bonda. Tym razem zwiedzamy m.in. Kijów, Tallinn, Indie, Londyn, wybrzeża Wietnamu, Oslo oraz zapomniane przez wszystkich opuszczone miasto w Rosji. Towarzyszą nam oczywiście drogie jachty, szykowne garnitury, dzieła sztuki oraz najlepsze restauracje. Nie mogło także zabraknąć dziewczyny Bonda, w którą brawurowo wcieliła się Elizabeth Debicki (Kat), aczkolwiek jej rola jest bardzo zbliżona do analogicznego występu w serialu "The Night Manager". Efekty specjalne się czasem bardzo interesujące, ale jednak często nie wypadają więcej niż średnio. Finałowa sekwencja, w założeniu totalnie widowiskowa, grzęźnie jednak w formie, którą przyjęli twórcy i wyraźnie widać, że nie wszystko poszło tam zgodnie z założonym planem.

 ©2020 WARNER BROS. ENT.

Jedną z największych zalet "Tenet", oprócz zabawy z czasem, jest doskonałe aktorstwo. I nie mówię tu akurat o roli Johna Davida Washingtona, która jest naprawdę spoko, zagrana z luzem, ale czasami wydawało mi się jakby Protagonista był bohaterem "BlacKkKlansman". Nie jestem uprzedzony, czasem pojawiało się coś fascynującego w tej kreacji, ale jednak reszta obsady poradziła sobie lepiej. Największe propsy dostaje oczywiście Robert Pattinson za genialną wręcz rolę Neila. Swoją drogą jest to postać o wiele bardziej interesująca od Protagonisty (każdy chyba chciałby takiego ziomala) i zdecydowanie lepiej zagrana. Elizabeth Debicki (Kat) w roli dziewczyny Bonda również wypada bardzo fajnie i dobrze wpisuje się w klimat tej tajemniczej opowieści. Wcielający się w rosyjskiego oligarchę Kenneth Branagh jest na tyle przekonujący, że raczej nie pomyślelibyście, iż urodził się w Belfaście. Warto również wspomnieć, że jak to bywa już często u Nolana, epizodycznie Michael Caine gra samego siebie.

 ©2020 WARNER BROS. ENT.

Wiem, że w recenzji trochę ponarzekałem na różne aspekty "Tenet", aczkolwiek poza fajnym aktorstwem dostrzegam duży potencjał w dziele Nolana. Zabawy z czasem sprawiają, że film nabrał bardzo unikalnego klimatu, który bardzo mi odpowiada, aczkolwiek nie jest jednak w stanie przesłonić oczywistych wad. Dlatego też "Tenet" otrzymuje ocenę trochę wyższą od wyjściowego pięć-zero: była szansa na zdecydowanie więcej, ale trzeba się bardziej postarać. Jest to jednak na tyle interesujące zjawisko, że warto się z nim zapoznać i wyrobić sobie własną opinię.

 ©2020 WARNER BROS. ENT.

Ocena: 6/10.

niedziela, 27 czerwca 2021

"Mare of Easttown" (2021, sezon 1)

 I always imagined I’d be a cop. 
It’s the life around me I didn’t expect to fall apartso spectacularly.

Jak to przeważnie ze mną bywa, poniższa recenzja powstaje ze sporym opóźnieniem, ponieważ ostatni, siódmy odcinek "Mare of Easttown" wyemitowano jeszcze w ubiegłym miesiącu (30 maja). Co prawda pierwsze przemyślenia i notatki do tekstu zaczęły powstawać bardzo szybko w trakcie długiego weekendu na początku czerwca, ale piękne krajobrazy zielonych łąk z kolorowymi kwiatami, typowe dla Ponidzia, zachęcały raczej do długich rowerowych wycieczek niż do pisania. Ponadto jak doskonale wiemy, każdy wiosenno-letni długi weekend w Polsce oznacza celebrację grilla, a przecież do takich smakołyków nie podaje się raczej jedynie wody mineralnej lub kompotu. Tak więc wśród śmiechu, białego wina i aromatów grillowanych potraw zacząłem tworzyć zręby niniejszego tekstu. A dlaczego akurat "Mare z Easttown" spytać możecie? Otóż zaczęliśmy oglądać serial HBO jeszcze w mroczniejszych czasach pandemii, gdy z kinami było raczej średnio, a finalnie okazał się na tyle interesujący, że postanowiłem poświęcić mu kilka akapitów. W międzyczasie przeczytałem także wiele opinii wychwalających pod niebiosa tę produkcję, z którymi nie do końca mogę się zgodzić, więc musiałem też napisać coś w delikatnej kontrze.

© 2021 Home Box Office Inc.

Akcja serialu rozgrywa się w niewielkim miasteczku w Pensylwanii. Detektyw sierżant Mare Sheehan (Kate Winslet) pracuje w lokalnej policji, aczkolwiek bez spektakularnych sukcesów. Policjantkę prześladuje nierozwiązana sprawa zaginięcia córki jej koleżanki z czasów licealnych, Dawn (Enid Graham), która trwa już ponad rok. Dodatkowo Mare przeżywa osobistą traumę wynikającą z samobójstwa jej syna. Zajmowanie się małoletnim wnukiem oraz niełatwe relacje z nastoletnią córką (Angourie Rice) oraz lubiącą zaglądać do kieliszka matką (Jean Smart) raczej nie ułatwiają egzystencji naszej bohaterki. Tymczasem Mare zostaje przydzielona do sprawy, która wstrząsnęła lokalną społecznością: zabójstwa nastoletniej matki Erin McMenamin (Cailee Spaeny), która osierociła małe dziecko.

© 2021 Home Box Office Inc.

Jak można łatwo zauważyć po opisie fabuły serialowe Easttown nie jest raczej wesołym miejscem, w którym zawsze świeci słońce, a mieszkańcy są uśmiechnięci i śpiewają razem piosenki trzymając się za ręce. Jest wręcz przeciwnie – jeśli ktoś nie wyjechał z miasta za młodu w pogoni za lepszej jakości życiem, to powoli zgnije w tej depresyjnej dziurze pozbawionej perspektyw, gdzie dodatkowo wszyscy się znają (w zasadzie zastanawia mnie czym zajmują się poszczególni bohaterowie i jakie mają źródła dochodów). Świat przedstawiony w "Mare z Easttown" jest wysoce depresyjny – przemoc, samobójstwa, narkomania, pedofilia w kościele, alkoholizm (wielu z bohaterów nosi irlandzkie imiona i nazwiska, przypadek?) są na porządku dziennym i zatruwają życie mieszkańcom nawet tak nieistotnego dla nikogo miasteczka. Po obejrzeniu pierwszego odcinka miałem wrażenie, że oto nieoczekiwanie powstał czwarty sezon "True Detective" i wyszedł po prostu pod innym szyldem. Jednakże w odróżnieniu od tej serii "Mare z Easttown" kładzie zdecydowanie mniejszy nacisk na policyjną robotę, skupiając się raczej na rodzinnych dramatach. Wielu osobom przypadło to do gustu, u mnie natomiast takie rozłożenie akcentów jest trochę rozczarowujące, gdyż całe to śledztwo zostało potraktowane trochę po macoszemu (szczególnie, że w ostatnich odcinkach dzieje się sporo różnych rzeczy). Brakuje mi również wyjaśnienia pewnych kwestii związanych z morderstwem, ale to zdecydowanie zbyt grube spoilery, żeby je tutaj opisywać.

© 2021 Home Box Office Inc.

No dobra, nie wszystko poszło może idealnie, ale przecież pamiętam doskonale z jakim nastawieniem czekaliśmy na każdy kolejny odcinek "Mare z Easttown" (nie było szans poczekać na wszystkie odcinki i zrobić binge-watching). Jednak twórcom udało się stworzyć wyjątkowy klimat fikcyjnego Easttown i poczucie lokalnej wspólnoty posługującej się dialektem Delco, charakterystycznym dla okolic, w których rozgrywa się akcja serialu. W tym kontekście zwróćmy uwagę na choćby pierwszy odcinek, w którym poznajemy sportowy sukces Mare z czasów liceum, który wywarł tak duży wpływ na społeczność, że jest celebrowany niemal jako święto, a nasza bohaterka zostaje obdarzona tytułem Lady Hawk. To co wyróżnia serial to także bezkompromisowy stosunek Mare do lokalnej społeczności. Policjantka ma totalnie wyjebane na to co mówią o niej ludzie, potrafi bez żadnej wątpliwości aresztować osoby, z którymi wieczorami żłopie browary i zasadniczo średnio przejmuje się skutkami swoich działań (często raczej nieprzemyślanych i lekkomyślnych – vide akcja z matką Drew). Początkowo spodziewałem się raczej innego schematu: Mare będzie tonęła w lokalnym koneksjach (siedź cicho kiedy trzeba) i nigdy nie wyjaśni sprawy albo zmusi ją do tego zewnętrzna pomoc w postaci detektywa Zabela (Evan Peters). Aczkolwiek podobnie jak w typowaniu wyników na Euro, zaliczyłem sromotną klęskę w przewidywaniach. Warto jeszcze zwrócić uwagę, że twórcy postawili tym razem na dosyć niestandardową liczbę odcinków: zamiast klasycznych ośmiu dostajemy jedynie siedem.

© 2021 Home Box Office Inc.

Kiedyś myśląc o Kate Winslet zawsze miałem przed oczami unoszące się na lodowatej wodzie drzwi z RMS Titanic. Dzisiaj, bogatszy w doświadczenia o filmy takie jak "Eternal Sunshine of the Spotless Mind" czy "Revolutionary Road", mam o wiele szerszą perspektywę. Nawet tym tle kreacja Mare jest po prostu epicka. To nie jest piękna pani policjantka z uśmiechem na twarzy prostu z TVNu. To totalnie zmęczona życiem, szorstka w obejściu kobieta, która nie ma czasu na makijaż, a pierwszą czynnością po przyjściu do domu jest otwarcie piwcia. Mare nie była co prawdą postacią, którą kiedykolwiek polubiłem, ale nawet mimo tego jestem w stanie docenić warsztat aktorski Kate Winslet i to co pokazała w tym serialu – klasa światowa! Po ostatnim odcinku wydawało mi się, że "Mare z Easttown" trawi brak dobrych postaci drugoplanowych. Jednakże pisząc recenzję zaczęły mi się przypominać poszczególne postacie z serialu i wyszło z tego całkiem niezłe, co ciekawe bardzo kobiece, zestawienie. Zdecydowanie moją ulubioną bohaterką została Siobhan (Angourie Rice), ale nie mogę pominąć świetnej ról Helen (Jean Smart), Lori (Julianne Nicholson) czy jednego z najsmutniejszych i depresyjnych występów w postaci Erin (Cailee Spaeny). Z kolei, gdyby ktokolwiek wpadł na pomysł zrobienia reboota nowych "Star Wars" to Jack Mulhern (Dylan) idealnie nadaje się na nowego Kylo Rena. Na koniec zadajmy sobie jeszcze pytanie po co w serialu jest Guy Pearce (Richard) i co jego postać wnosi do fabuły?

© 2021 Home Box Office Inc.

Nie da się ukryć, że "Mare of Easttown" odniósł ogromny sukces, zarówno wśród widowni, jak i u krytyków. Słyszałem już nawet pogłoski, że HBO na fali pozytywnego oddźwięku pozostanie w uderzeniu i zrealizuje kolejny sezon serialu. Póki co zachęcam Was do zapoznania się z epicką rolą Kate Winslet i społecznością z Easttown. Jestem jakoś dziwnie przekonany, że nie będziecie zawiedzeni.

© 2021 Home Box Office Inc.

Ocena: 8/10.


niedziela, 30 maja 2021

"Perry Mason" (2020, sezon 1)

 We do what we don't like so the greater good gets served.

Ostatnio kinowych premier jak na lekarstwo, więc nieunikniona stała się kolejna wyprawa do bogatej oferty serialowego wszechświata. Ponieważ całkiem niedawno odświeżyłem sobie "Chinatown" Romana Polańskiego, zapragnąłem pozostać w stylistce kryminału noir (którą de facto i tak bardzo lubię). Akurat nadarzyła się ku temu świetna okazja w postaci serialu "Perry Mason", który oparto na twórczości amerykańskiego pisarza Earle’a Stanleya Gardnera. Ponad osiemdziesiąt powieści poświęconych temu bohaterowi zyskało dużą popularność, a latach 1957-66 emitowano serial pod tym samym tytułem, na który złożyło się aż 271 odcinków! Wynik imponujący i raczej niemożliwy w dzisiejszych czasach do powtórzenia, gdyż w premierowym sezonie nowej wersji dostaliśmy standardowe osiem epizodów. No, ale w wymagającej i trudnej rzeczywistości pandemicznej nie ma przecież co narzekać na tak błahe problemy! W szczególności, że twórcy współczesnego "Perry’ego Masona" postanowili dodać trochę bardziej mroczny i realistyczny klimat do współczesnej wersji opowieści.

© 2021 Home Box Office Inc.

Akcja serialu rozgrywa się na przełomie 1931 i 1932 roku w toczonym przez zgniliznę moralną Los Angeles. Wiecznie nieogolony i zapijaczony Perry Mason (Matthew Rhys) to drobny detektyw, wykonujący niespecjalnie ważne zlecenia (np. zdobycie zdjęcia popularnego aktora uprawiającego seks i obżerającego się, gdy szarzy ludzie głodują). Marna egzystencja naszego bohatera zmienia się, gdy zaprzyjaźniony z nim prawnik E.B. Jonathan (John Lithgow) podejmuje się sprawy dotyczącej szokującego zabójstwa kilkumiesięcznego dziecka małżeństwa Dodsonów, które zostało wcześniej porwane dla okopu. Sytuację komplikuje dodatkowo tradycyjna już nieudolność lokalnej policji oraz dziwne powiązania zbrodni z jeszcze dziwniejszą, fanatyczną wspólnotą religijną skupioną wokół charyzmatycznej Siostry Alice (Tatiana Maslany).

© 2021 Home Box Office Inc.

Ponieważ uwielbiam stylistykę kryminałów noir, byłem wręcz zachwycony, że twórcy "Perry’ego Masona" poszli właśnie w takim kierunku. Nie przypominam sobie z dzieciństwa, żebym kiedykolwiek oglądał oryginał (nie czytałem także ani jednej książki), ale chyba wcześniej Perry nie babrał się aż tak mocno w zgniliźnie moralnej Miasta Aniołów. Zabójstwa niemowląt, przekręty finansowe, alkoholizm, narkomania, rasizm, korupcja w policji, polityczne ambicje prokuratora (he, he) czy fanatyczne chrześcijańskie ruchy religijne raczej nie gościły na ekranach telewizorów na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX wieku. Także, mimo święcącego nieustannie kalifornijskiego słońca, nurzamy się wraz z głównym bohaterem w odmętach odrażającego niekiedy świata, który funkcjonuje pod kolorową fasadą Los Angeles. Pod względem fabuły, która rozwija się raczej mozolnie i bez brawury, nie mogę się naprawdę przyczepić do czegokolwiek. Co ciekawe mamy tu również do czynienia nie tylko z perypetiami prywatnego detektywa, ale wraz z rozwojem sytuacji szala przechyla się w stronę dramatu sądowego (co w tym przypadku nawet mi specjalnie nie przeszkadza, w szczególności, jeśli weźmiemy pod uwagę nie do końca uczciwe i amoralne metody działania Perry’ego).

© 2021 Home Box Office Inc.

Niezwykle spodobała mi się scenografia w serialu. Abstrahując już od kostiumów bohaterów, które wyglądają naprawdę super, to te wszystkie auta i wnętrza robią naprawdę imponującą robotę. Do tych wizualnych atrakcji twórcy zafundowali nam naprawdę ciekawe przeżycia na rewelacyjnej ścieżce dźwiękowej, a także swego rodzaju czołówkę, która również bardzo przypadła mi do gustu. Warto również zwrócić uwagę, że w serialu przenosimy się nie tylko w lata 30-te XX stulecia, ale także mamy do czynienia z przejmującą wyprawą w czasy I wojny światowej by zobaczyć schyłek kariery wojskowej Masona. Te niezbyt długie, ale wyjątkowo dramatyczne sekwencje, mogą wywołać naprawdę piorunujące wrażenie i spokojnie mogłyby się znaleźć w jakimś oscarowym filmie wojennym. Zatem podsumowując: w kwestiach realizacyjnych jest naprawdę doskonale i nie można się do niczego przyczepić. Widziałem dotychczas dwa odcinki "Króla", zrealizowanego przez Canal+, i chyba jeszcze trochę przed nami zostało pracy do wykonania (albo po prostu polskie seriale potrzebują znacznie większych budżetów niż dotychczas). We wstępie pisałem o uwspółcześnianiu serialu, co w przypadku "Perry’ego Masona" generalnie miało zdecydowanie więcej zalet niż wad, ale niestety doprowadziło także do sytuacji, które mi się średnio podobały. Rozumiem, że twórcy musieli sprostać wymogom poprawności politycznej, ale chyba jednak delikatną przesadą jest zmiana koloru skóry funkcjonariusza Drake’a, w którego wcielił się Chris Chalk (chociaż aktor poradził sobie naprawdę dobrze  tej roli). Ja rozumiem, że pierwsi czarnoskórzy funkcjonariusze służyli w LAPD już pod koniec XIX wieku, ale to spora zmiana w stosunku do pierwowzoru. Trochę inaczej wygląda orientacja seksualna jednej z głównych bohaterek, gdyż twórcy wykazali się tutaj sporą subtelnością i w zasadzie taka zmiana w stosunku to oryginału wypada po prostu znacznie ciekawiej.

© 2021 Home Box Office Inc.

Przechodząc do dalszej części pozwolę sobie zająć Wam chwilę poświęcając kilka słów na ważniejsze postacie oraz aktorstwo. Główny bohater z pewnością średnio nadaje się na temat szkolnych wypracować pod tytułem: postać, którą podziwiam. Perry Mason to co prawda oficer z I wojny światowej, ale w stanie kompletnego rozkładu psychicznego. Po rozwodzie z żoną raczej średnio ogarnia swoją egzystencję, popadając w alkoholizm, długi i kompletnie zapuszczając farmę oddziedziczoną po rodzicach. Życie zawodowe to też pasmo taplania się w rynsztokach L.A. i nieudolne próby zarobienia większych pieniędzy, kończące się najczęściej przysłowiowym wpierdolem. Jakkolwiek to źle zabrzmi, Matthew Rhys idealnie wpasował się w ten depresyjny obraz prywatnego detektywa, którego w zasadzie jedyną zaletą jest bezwarunkowe poszukiwanie prawdy. Ciężko mi wyobrazić sobie innego aktora, który tak dobrze wcieliłby się w wiecznie zmiętego, skacowanego i zmęczonego życiem Perry’ego. Pozostając w niewesołym klimacie warto także zwrócić uwagę na E.B. Jonathana, którego znakomicie zagrał John Lithgow. Kiedyś solidny prawnik, na stare lata uderzył raczej do świata mrzonek i fantazji na temat swoich talentów, co zresztą bardzo szybko i bardzo brutalnie weryfikuje rzeczywistość. Jest to o tyle przejmująca kreacja, że po prostu proces uświadamiania sobie przez bohatera jak kompletnie nic nie znaczy jest po prostu koszmarnie smutny. No, ale przy takich średnio ogarniętych panach, ktoś przecież musi to wszystko trzymać za jaja. I tym momencie warto poświęcić kilka słów na jedną z moich ulubionych postaci, czyli Dellę Street, brawurowo zagraną przez Juliet Rylance. To właśnie Della umożliwia działanie naszym bohaterom wykonując często tytaniczną pracę, a w nagrodę dostając jedynie pretensje i pomiatanie jej osobą. Juliet Rylance stworzyła świetną rolę pełną ciepła, a jednocześnie stanowczości i uporu w dążeniu do celu. Przy okazji Delli nie mogę nie wspomnieć o jej sympatycznej towarzyszce Hazel (Molly Ephraim), a także o ponownie brylującym na drugim planie Shea Whigham (Pete). Na koniec zostawiam ciekawą rolę Tatiany Maslany, która bardzo ciekawie zagrała na pozór charyzmatyczną Siostrę Alice, na której opiera się wspólnota chrześcijańskich fanatyków religijnych.

© 2021 Home Box Office Inc.

"Perry Mason" to bardzo udana produkcja, którą wyróżnia wysoki poziom realizacji oraz galeria interesujących i świetnie zagranych postaci. Oczywiście polecam Wam ten serial z pełną odpowiedzialności i mam nadzieję, że będziecie się bawić tak wspaniale jak ja. Na koniec pozostaje mi życzyć, aby pandemia nie pokrzyżowała planów twórcom i kolejne sezony powstawały szybko i bez straty dla jakości serialu.

© 2021 Home Box Office Inc.

Ocena: 9/10.

wtorek, 13 kwietnia 2021

"Wonder Woman 1984" (2020)

Nothing good is born from lies. And greatness is not what you think.

Kiedy zaczynam pisać niniejszą recenzję (a przecież nigdy nie wiadomo kiedy ją skończę) mamy połowę kwietnia z dramatyczną wręcz deszczo-śniegową pogodą, która ma się utrzymać przez kilka najbliższych dni. Oczywiście, jeżeli wsłuchacie się w głos starszych pokoleń, to zapewne dowiecie się, że kiedyś na weekend majowy to się raczej lepiło bałwana, a nie piło piwcio pod parasolami (jak doskonale wiemy, czasem zdarza się, iż czas zaciera realizm wspomnień i zaczynamy wierzyć we własne wersje pewnych wydarzeń). Jednak z powodu fatalnej aury oraz represyjnych, rządowych obostrzeń wymierzonych w branżę gastronomiczną (zastanawiam się kiedy zaczniemy mówić o reżimie Morawieckiego?) na razie na piwerko pod parasolkami szans żadnych na horyzoncie nie dostrzegam. Cóż zatem pozostaje, gdy nawet kina zostały zamknięte? Ano niezawodne platformy streamingowe, a tak się składa, że HBO GO wjechała niedawno kontynuacja przygód legendarnej Wonder Woman opatrzona orwellowskim podtytułem: "Wonder Woman 1984". Po doskonale przyjętej pierwszej odsłonie z 2017 roku, tym razem już od niemal od początku na film w reżyserii Patty Jenkins hejt lał się wyjątkowo szerokim strumieniem. A ja, ponieważ czasem mam tendencje do bycia przekornym, postanowiłem sprawdzić czy rzeczywiście ma to jakieś uzasadnienie.

© Warner Bros. Entertainment Inc.

Akcja filmu, jak zapewne trudno wywnioskować z tytułu, została osadzona w 1984 roku (jest to kolejny przykład nostalgicznej pogoni za latami 80-tymi ubiegłego stulecia). Diana Prince (Gal Gadot) mieszka w Waszyngtonie i spokojnie pracuje jako archeolog w muzeum wchodzący w skład Smithsonian Institution. W wolnych chwilach zaprzyjaźnia się z dosyć przypałową koleżanką z pracy, Barbarą (Kristen Wiig), która dosyć często wymaga specjalnej troski. Jednak, gdy w ręce Barbary przypadkowo trafia starożytny, wykonany z cytrynu, artefakt, który spełnia życzenia posiadacza, a na scenie pojawia się dodatkowo żądny władzy i chciwy naftowy magnat Max Lord (Pedro Pascal), sytuacja szybko wymyka się spod kontroli.

© Warner Bros. Entertainment Inc.

Ponieważ chwilowo straciłem wenę i nie za bardzo wiem od czego rozpocząć kolejny akapit niniejszej recenzji (takie są negatywne skutki pisania tekstów w trzeźwości), to pójdę chyba na łatwiznę i poświęcę kilka zdań na aspekty fabularne. W trakcie oglądania kolejnych produkcji Marvela/DC Comics najbardziej chyba wkurwia mnie totalna, fabularna powtarzalność schematów. Oto superbohater/cała zgraja superbohaterów musi uratować naszą planetę przed kompletnie nijakim najeźdźcą z kosmosu i armią jego wiernych botów. I oglądam to raz, i potem jeszcze raz, a potem znowu i tak wręcz bez końca. Naprawdę rozumiem, że są to ekranizacje raczej nieskomplikowanych komiksów, ale naprawdę można by od czasu do czasu stworzyć coś trochę bardziej oryginalnego niż kolejna inwazja z kosmosu. W przypadku "Wonder Woman 1984" scenarzyści wymyślili przynajmniej starożytny artefakt i jak najbardziej ludzkiego villaina (który de facto zasługuje na wysoką pozycję w rankingu, deklasując wielu kompletnie pozbawionych wyrazu złoczyńców). Nie chcę tutaj wystawiać jakiejś wielkiej laurki twórcom, ponieważ momentami fabuła jest bardzo niedorzeczna, ale jest to umiarkowanie przyjemne odejście od zdecydowanie zbyt mocno eksploatowanego schematu.

© Warner Bros. Entertainment Inc.

Gdybym w tym momencie napisał, że na tym w zasadzie kończą się zalety "Wonder Woman 1984" to z pewnością nie odbiegałbym znacząco od rzeczywistości. Patty Jenkis zdecydowanie pozwoliła na zbyt wiele absurdalnych momentów w tej produkcji, które budziły u mnie spore zażenowanie (zresztą film trwa aż dwie i pół godziny!). Większość z nich wynika z przypałowego potencjału Barbary Minervy i totalnie przeszarżowanej gry aktorskiej Kristen Wiig, która wcieliła się w tę postać. Kolejna sprawa to bardzo istotny fabularnie, a momentami niezrozumiały przeze mnie mechanizm spełniania życzeń przez artefakt z cytrynu (serio, nie za bardzo załapałem ten koncept). Dodatkowo kolejna pogoń za nostalgią lat 80-tych wyszła raczej tak sobie i chyba można się było trochę lepiej postarać, aby oddać unikalny klimat tamtej dekady. Co mnie natomiast niezmiernie zdziwiło to zaskakująca miałkość efektów specjalnych przy tak dużym budżecie oraz średnio zapadająca w pamięć ścieżka dźwiękowa. Szanuję natomiast i doceniam zawsze przesłanie, które niesie ze sobą postać Diany.

© Warner Bros. Entertainment Inc.

Bardzo lubię rolę Diany w wykonaniu Gal Gadot, a występ w "Wonder Woman 1984" nie zachwiał mojej opinii. Przede wszystkim wynika to z jej naturalności i, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, prawdziwości oraz idealizmu w kreowaniu kobiecej superbohaterki. Odnoszę wrażenie, że obecnie nikt lepiej i bardziej szczerze niż izraelska aktorka nie zagrałby tak szlachetnie umotywowanej postaci. Kupuję również nieoczekiwany występ Chrisa Pine’a, ponownie wcielającego się w Steve’a, w dużej mierze za świetnie ukazany na ekranie entuzjazm prawdziwego fascynata aeroplanów. Na oklaski zasłużył również Pedro Pascal, który występując po ciemnej stronie mocy pokazał prawdziwą klasę i z pewnością nie odejdzie w niebyt zapomnienia jak wielu innych czarnych charakterów z uniwersum Marvela czy DC Comics. Największe rozczarowanie to natomiast występ Kristen Wiig, która zrobiła wszystko co w jej mocy, abym nie chciał kiedykolwiek wracać pamięcią do jej roli.

© Warner Bros. Entertainment Inc.

Jak to przeważnie bywa w przypadku sequeli "Wonder Woman 1984" nie uniosła na barkach niezłego dziedzictwa pierwszej odsłony. Jednakże nie uważam, aby wylewanie hektolitrów hejtu na film Patty Jenkins miało jakoś większe uzasadnienie albo sens. Czegoż się spodziewaliście od tego rodzaju kina? Czy naprawdę miało to być coś więcej niż typowa produkcja z logiem DC Comics albo Marvela? I tak DC Comics ma w dupie Wasze żale i opinie, dopóki hajs się zgadza, trzecia część i tak jest już zapowiedziana, a Wy i tak ją obejrzycie. Pozdro 600!

© Warner Bros. Entertainment Inc.
Ocena: 5/10.


środa, 31 marca 2021

"Sideways" (2004)

Only somebody who really takes the time to understand Pinot's potential can then coax it into its fullest expression. Then, I mean, oh its flavors, they're just the most haunting and brilliant and thrilling and subtle and... ancient on the planet.

Dzisiaj postanowiłem wybrać się w filmową podróż w czasie aż do roku 2004. Ostatnio staram się co prawda recenzować bardziej współczesne produkcje, ale seans "Sideways" w reżyserii Alexandra Payne’a zrobił na mnie tak duże wrażenie, że po prostu muszę poświęcić mu te kilka akapitów. Sięgając pamięcią do tak odległej epoki przypominam sobie, że po pierwsze był to rok mojej matury (pięknie zresztą zdanej), a po drugie zaliczyłem dosyć nieudane podejście na studia w Krakowie, co w kontekście wyników maturalnych i dotychczasowej kariery edukacyjnej było zaskakujące i bardzo przykre. Niemniej już wtedy przejawiałem dosyć duże zainteresowanie kinematografią, aczkolwiek jeszcze byłem bardzo daleko od jakiekolwiek koncepcji pisania recenzji czy założenia bloga. Podobnie było zresztą z piciem dobrego wina, które jest jednym z głównych tematów "Sideways" (w Polszy występujących jako "Bezdroża"). W 2004 roku raczej znacznie bliżej było mi jeszcze do tańszych, prostszych odmian niż do butelek, które teraz trzymam w barku (swoją drogą nie jestem kolekcjonerem – barek zaspokaja głównie bieżące potrzeby). A wracając do "Sideways" to film zebrał pięć oscarowych nominacji (najlepszy film, najlepsza aktorka drugoplanowa, najlepszy aktor drugoplanowy, najlepsza reżyseria i najlepszy scenariusz adaptowany), które przełożyły się na jedną statuetkę (scenariusz adaptowany). Warto wspomnieć, że jest to adaptacja powieści Rexa Picketta pod tym samym tytułem.

© 20th Century Studios.

Miles (Paul Giamatti) to niedoszły pisarz i nauczyciel angielskiego w średnim wieku, niemogący w dalszym ciągu pogodzić się z rozwodem. Zapijając smutki w licznych butelkach dobrego wina (nasz bohater posiada bardzo bogatą wiedzę z zakresu enologii), Miles prowadzi raczej smutną i żenującą egzystencję. Z okazji ślubu najlepszego kumpla Jacka (Thomas Haden Church) panowie postanawiają wyruszyć w ostatnią, kawalerską podróż po kalifornijskich winnicach.

© 20th Century Studios.

"Bezdroża" mogą wydawać się typowym filmem drogi, ale od razu zrobiły na mnie wrażenie trzy rzeczy. Po pierwsze, klimat jest po prostu rewelacyjny, mimo, że jest to przecież produkcja poświęcona bohaterom, których trudno nazwać ludźmi sukcesu. Sfrustrowany Miles uczy w szkole i nie może wydać swojej monumentalnej powieści, a Jack najlepsze lata aktorskiej kariery ma już dawno za sobą i dorabia podkładając głos albo występując w reklamach (swoją drogą jest to zabawne nawiązanie do ówczesnego etapu kariery Thomasa Hadena Churcha). Mimo to podróż dwóch przegrywów po kalifornijskich winnicach ogląda się znakomicie i nie miałem żadnego problemu, aby wniknąć w tę atmosferę. W sumie nie raz pisałem tutaj o moim stosunku do Kalifornii, więc bardzo chętnie urządziłbym sobie takie bachanalia w Golden State. Po drugie od samego początku spodobała mi się niezbyt nachalna, acz bardzo klimatyczna ścieżka dźwiękowa, która naprawdę robi dobrą robotę. A po trzecie tematyka wina na przestrzeni ostatnich lat stała się bardzo bliska memu sercu (w sumie jest to po części efekt uboczny swoistego znudzenia piwną rewolucją), a im więcej podróżujemy po winnych krajach (Portugalia, Włochy, Hiszpania – ha, nawet na Malcie i Ukrainie piłem świetne wino, nie wspominając już o wybornych czeskich winach morawskich), tym większe jest pragnienie. Moja perspektywa zmieniła się także po lekturze Kursu wiedzy o winie Kevina Zraly’ego, ale przede wszystkim to głównie podróże i smakowanie lokalnych trunków ma największe znaczenie dla potrzeby pogłębiania wiedzy. Wspomnę jedynie, że przy pisaniu recenzji pomaga mi butelka kupażu tempranillo i cabernet sauvignon z D.O.P. Valencia.

© 20th Century Studios.

"Bezdroża" przedstawiają raczej średnio optymistyczne historie. Miles, mimo ogromnej wiedzy o winie, wykonuje pracę, która raczej nie przynosi mu żadnej satysfakcji, a dodatkowo wskutek ciągłych rozmyślań o byłej żonie bardzo ciężko nawiązuje relacje z innymi ludźmi. Wizyta u matki głównego bohatera to jedna z bardziej smutnych scen w całym filmie (od razu przypomina się wers z WWO: to do wszystkich, co okradają swoje matki; przypomnij sobie kto kupował ci zabawki). Dodatkowo Miles ma wyraźny problem z alkoholem i raczej średnio idzie mu realizacja znanej zasady piłeś – nie dzwoń/nie pisz. Z kolei Jack w przededniu swojego ślubu rzuca się w wir romansów, które sprawiają, że w pewnym momencie jest gotów osiedlić się w winiarskim regionie i zakupić winnicę, by za chwilę jednak znaleźć nowy obiekt chwilowych uniesień. Mimo wszystko stara się jednak pocieszyć starego kumpla bolejącego nad stratą żony i sprawić, żeby znowu poczuł się szczęśliwy.

© 20th Century Studios.

Nie rozumiem dlaczego Paul Giamatti nie dostał choćby oscarowej nominacji, ale Akademia zawiodła mnie już tak wiele razy, że odczuwam jedynie obojętność. Miles w jego wykonaniu to przegryw co się zowie, tak naturalnie zagrany, że aż zacząłem się zastanawiać czy aktor nie włożył w tę postać samego siebie. Wielkie brawa, jestem pod wrażeniem tego występu! Na drugim planie nie jest wcale gorzej. Thomas Haden Church to po prostu idealny Jack, charakteryzujący się podwójną moralnością i łasy na kobiece wdzięki. Jednakże chociaż w recenzji było niewiele o kobietach to moją prawdziwą faworytką jest Virginia Madsen, wcielająca się w uroczą Mayę – kelnerkę w lokalnej restauracji, która ma znacznie większe ambicje. Jej monolog o winie to zdecydowanie najdoskonalsza scena w "Bezdrożach". Na koniec zostawiam występ Sandry Oh, który jest sympatycznych dopełnieniem kwartetu naszych bohaterów zwiedzających kalifornijskie winnice.

© 20th Century Studios.

Jeżeli lubicie wino i Kalifornię, to nie znajdziecie lepszego filmu niż "Bezdroża". Od razu jednak ostrzegam, że jest to kino nieśpieszne i przede wszystkim bardzo smutne w swoim wydźwięku. Polecam zaopatrzyć się do seansu w butelkę (lub parę) dobrego wina i wyruszyć z Milesem i Jackiem na podbój kalifornijskich winnic.

© 20th Century Studios.

Ocena: 8/10.