środa, 27 lutego 2019

"The Favourite"/"Faworyta" (2018)


But a favour is a breeze that shifts direction all the time.

Kiedy zaczynam pisać niniejszą recenzję wyniki tegorocznych Oscarów są już powszechnie znane, a więc gwoli sprawiedliwości wspomnę jedynie, że statuetkę w kategorii najlepszy film przytulił recenzowany ostatnio "Green Book". Czy był to wybór absolutnie bezdyskusyjny i najbardziej trafny wspominałem troszeczkę w poprzednim tekście, ale postaram się uzasadnić swoją opinię również teraz (choć nadal nie obejrzałem jeszcze wszystkich nominowanych). Tym razem na warsztat trafiła natomiast kolejna z ośmiu produkcji wybranych przez Akademię. "The Favourite" (w Polszy po prostu "Faworyta") w reżyserii Yorgosa Lanthimosa, która zebrała naprawdę pokaźną liczbę oscarowych nominacji – dokładnie dziesięć: najlepszy film, reżyseria, aktorka pierwszoplanowa (Olivia Colman), aktorka drugoplanowa (Rachel Weisz i Emma Stone), zdjęcia, scenariusz oryginalny, scenografia, kostiumy oraz montaż. Jak już dzisiaj wiemy plan został wykonany jedynie w 10% przez Olivię Colman. Warto wspomnieć, że "Faworyta" dostała także Złotego Globa za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą (przy 5 nominacjach) oraz aż siedem nagród BAFTA (przy jedenastu nominacjach). Z dotychczasowej twórczości greckiego reżysera miałem okazję zapoznać się z trzema filmami: "Kynodontas" ("Kieł") oraz recenzowanymi tutaj "Lobster" i "The Killing of a Sacred Deer". Muszę przyznać, że seans każdej z tych produkcji był niezapomnianym, wręcz kompletnie wyjątkowym przeżyciem i takie właśnie miałem oczekiwania wobec "Faworyty".
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
Akcja filmu rozgrywa się na początku XVIII wieku na angielskim dworze królewskim. Anglia, rządzona przez schorowaną i niestabilną emocjonalnie królową Annę (Olivia Colman), uwikłała się w kontynentalną wojnę z Francją o sukcesję hiszpańską. Dzięki potężnym wpływom małżonki Sarah (Rachel Weisz), John Churchill 1. książę Marlborough (Mark Gatiss), może oddać się beztroskiej wojaczce i odnosić legendarne zwycięstwa jak choćby pod Blenheim w 1704 roku. Niemniej sytuacja na dworze zaczyna ulegać nieoczekiwanej zmianie, gdy w pałacu pojawia się daleka i uboga krewna dotychczasowej faworyty. Abigail (Emma Stone) zaskarbia sobie sympatię monarchini, aczkolwiek jednocześnie staje się łakomym kąskiem dla lorda Harleya (Nicholas Hoult) bezwzględnego przywódcy stronnictwa Torysów, któremu marzy się obalenie rządu Wigów.
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
Pomimo wykorzystania prawdziwych historycznych postaci "Faworyta" oczywiście nie jest stuprocentowo wierna historii (aczkolwiek w ogólnym zarysie odzwierciedla faktyczny przebieg zdarzeń na angielskim dworze). Niemniej produkcję Yorgosa Lanthimosa ogląda się po prostu świetnie z uwagi choćby na niezwykły klimat oraz wyjątkowo czarne, wisielcze poczucie humoru oraz absurdalne wydarzenia na ekranie (jak choćby pełne emocji wyścigi kaczek i homarów, walka na pomidory czy zabawy z liczną populacją królików). Osobna kwestia to znakomite i niezwykle cięte, zabawne dialogi, które przyniosły mi naprawdę sporo radości (a przecież bardzo trudno zaspokoić moje wysublimowane poczucie humoru). Angielski dwór jawi się jako miejsce wypełnione po brzegi przez zaburzenia psychiczne, seksualne perwersje, korupcję, zdradę i chwiejne układy, gdzie gwałty popełniane przez gentlemenów są na porządku dziennym, a schorowana królowa jest bezwolną kukiełką w rękach wyjątkowo sprawnej manipulatorki lady Sarah. I chociaż Abigail jawi się na początku jako nieśmiała, prostoduszna i życzliwa dziewczyna pragnąca szczerze ulżyć królowej Annie w cierpieniu, to jednak rywalizacja z daleką krewną oraz liczne (a przede wszystkim bolesne) upokorzenia wyzwalają w niej najgorsze instynkty.
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
Podzielenie filmu na krótkie, kilkunastominutowe rozdziały okazało się również strzałem w dziesiątkę – ciężko odczuwać znużenie, gdy skupiamy się na jednym epizodzie, a potem przeskakujemy do kolejnego (oczywiście poszczególne części tworzą jedną, wielką całość). W "Faworycie" bardzo łatwo ponadto odnaleźć wiele scen perełek, ale zwróćcie uwagę na genialną scenę rozgrywającą się w obskurnym burdelu. W zasadzie jest to chyba najpodlejsze miejsce w całym filmie (chociaż pod względem moralnym lordowie i damy nie za bardzo odstają). Przy tej okazji warto napisać parę słów o olśniewającej wręcz scenografii oraz kostiumach (w pełni zasłużone nominacje do Oscara w obu kategoriach i kompletnie niezasłużone porażki z "Black Panther"). Film kręcono głównie w pięknie zachowanym XVII-wiecznym pałacu Hatfield z epickim wprost ogrodem, położonym w angielskim hrabstwie Hertfordshire. Przedstawione na ekranie wnętrza, oświetlane jedynie przez światło dzienne lub świecie, zrobiły na mnie kolosalne wrażenia i uważam, że jest to kolejny doskonały powód, aby polecić Wam "Faworytę". Ale jak doskonale wiemy pałac to nie tylko piękne wnętrza i dzieła sztuki, ale także tajne przejścia oraz pomieszczenia gospodarcze. Do kręcenia scen rozgrywających się w kuchni wykorzystano wnętrza królewskiego pałacu w Hampton Court, w hrabstwie Surrey. To naprawdę robi wrażenie! Kostiumy ekranowych bohaterów wyglądały równie znakomicie i naprawdę ciężko zrozumieć mi werdykt Akademii w tej kategorii.
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
Pod względem fabularnym, ale także przede wszystkim aktorskim, "Faworyta" jawi się jako wyjątkowo feministyczna produkcja. Zdecydowana większość męskich bohaterów odgrywa na dworze marginalne role lub jest po prostu słupami w przedsięwzięciach o wiele ambitniejszych kobiet. Wyjątek stanowi lord Harley, w którego świetnie wcielił się Nicholas Hoult tworząc żadną władzy postać, która jednocześnie budzi odrazę/pogardę, a zarazem fascynuje. Przykładowo książę Marlborough w wykonaniu Marka Gatissa ogranicza się do wojaczki poza granicami Anglii i malwersacji finansowych. Jednakże przejdźmy do najważniejszych postaci. Olivia Colman, wcielająca się w rozkapryszoną i schorowaną królową Annę, w pełni zasłużyła na swojego Oscara. Osobiście nie uważam, żeby Glen Close zagrała lepiej, a oglądałem już przecież "The Wife". Ekranowa władczyni Anglii to z jednej strony osoba o usposobieniu wyjątkowo chwiejnego emocjonalnie dziecka, przeważnie niezdolna do podejmowania samodzielnych decyzji, ale także od czasu do czasu potrafiąca postawić na swoim. Olivia Colman doskonale wczuła się w huśtawkę nastrojów swojej bohaterki, nadając jej również tragiczny rys wynikający z licznych poronień i śmierci dzieci. Z kolei Rachel Weisz, grająca lady Sarah, postawiła na bezwzględną przebiegłość, dosłowne dążenie do celu po trupach i wyrafinowany czarny humor. W jej postaci odnalazłem bardzo wiele fascynującej perwersji i nie płakałbym, gdyby otrzymała Oscara za najlepszą rolę drugoplanową. Rola Emmy Stone, również nominowanej w tej kategorii, także przypadła mi do gustu. W szczególności warto zwrócić uwagę na fajnie zagraną ewolucję od szczerej dobrotliwości po kompletne wyrachowanie, niemniej zawsze podszyte strachem. Na koniec pragnę uhonorować Horatia, Najszybszą Kaczkę w Mieście, za najlepszy występ w kategorii zwierzę.
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
"Faworyta" jest dla mnie filmem o wiele odważniejszym, brutalniejszym, a przede wszystkim zabawniejszym niż oscarowy "Green Book". Produkcja Yorgosa Lanthimosa wydaje się być zdecydowanie niegrzeczna, stylowa i jakoś nie odniosłem wrażenia, że jest to kolejna wersja tej samej historii o żmudnym procesie zdobywania wzajemnego szacunku i rodzenia się tolerancji. Na tę chwilę, gdyby zależało to ode mnie, "Faworyta" zgarnęłaby najważniejszą statuetkę na tegorocznej gali, a z łaskawości dorzuciłbym również wyróżnienia w paru innych kategoriach (przede wszystkim za scenografię i kostiumy – no, ale niełatwo konkurować z CGI).
© Twentieth Century Fox Film Corporation.
Ocena: 8/10.

poniedziałek, 18 lutego 2019

"Green Book" (2018)


Being genius is not enough, it takes courage to change people's hearts.

Po kompletnie przypałowym pod względem nagród, aczkolwiek całkiem eleganckim w odbiorze "Wildlife" przechodzę wreszcie do tradycyjnego cyklu recenzji omawiających tegoroczne produkcje nominowane w kategorii najlepszy film. W tym roku Akademia wybrała ośmiu kandydatów do prestiżowej statuetki, a ja pisząc te słowa miałem okazję zapoznać się już z trzema z tego grona. "Green Book", wyreżyserowany przez Petera Farrelly’ego (znanego dotychczas raczej z lekkich komedii typu "Głupi i głupszy" czy "Sposób na blondynkę"), oprócz wspomnianej nominacji został wyróżniony jeszcze w czterech kategoriach: najlepszy aktor (Viggo Mortensen), najlepszy aktor drugoplanowy (Mahershala Ali), najlepszy scenariusz oryginalny oraz najlepszy montaż. W międzyczasie na konto produkcji wpadło też parę innych ważnych nagród: trzy Złote Globy (najlepszy film, scenariusz i najlepszy aktor drugoplanowy) oraz jedna BAFTA (Mahershala Ali za najlepszego aktora drugoplanowego). Użytkownicy IMDb docenili "Green Book" tak bardzo, że wjechał do ekskluzywnego zestawienia 250 najwyżej ocenionych filmów w serwisie (w połowie lutego 2019 roku zajmuje 134 miejsce na liście). Mogło się zatem wydawać, że wszystko jest sztywniutko i zapowiada się pyszna filmowa uczta! Gwoli wyjaśnienia tytułu wspomnę jeszcze, że pochodzi z przewodnika The Negro Motorist Green Book (znanego również jako The Negro Travelers' Green Book), wydawanego w latach 1936-1966. Książka zawierała informacje oraz wskazówki dla afroamerykańskich kierowców, które miały pozwolić na uniknięcie kłopotów w trakcie podróży po USA.
© 2019 Universal Pictures.
Akcja "Green Book" rozgrywa się w 1962 roku. Tony "Tony Lip" Vallelonga (Viggo Mortensen), wszechstronnie utalentowany wykidajło, chwilowo pozostaje bez pracy po zamknięciu klubu nocnego na czas remontu. W trakcie pochłaniania hot-dogów na bezrobociu pojawia się nietypowa oferta pracy. Tony ma zostać kierowcą i ochroniarzem czarnoskórego pianisty Dr Dona Shirleya (Mahershala Ali), który wybiera się w kilkutygodniowe tournée po niegościnnych dla jego braci stanach Głębokiego Południa. I jak to najczęściej bywa w tego rodzaju opowieściach współpraca kulturalnego i wyedukowanego muzyka z chamskim, brutalnym osiłkiem nie zapowiada się zbyt owocnie.
© 2019 Universal Pictures.
Film Petera Farrelly’ego to naprawdę solidne kino drogi, oparte na prawdziwej historii, a przede wszystkim poruszające ważny temat społeczny, niemalże skrojone pod Oscara za najlepszy film (w szczególności jeśli uwzględnimy roszczenia i pretensje czarnoskórej mniejszości w USA, które dotyczą przemysłu filmowego). Jest to również, jakkolwiek banalnie to brzmi, dosyć optymistyczna opowieść o przemianie wzajemnie oddziałujących na siebie bohaterów oraz narodzinach tolerancji i szacunku. Nie da się ukryć, że twórcy bardzo ładnie, a przede wszystkim realistycznie, przedstawili codzienne życie nowojorskiej włoskiej rodziny na początku lat 60-tych XX wieku (co ciekawe do obsady zaangażowano żyjących członków rodziny głównego bohatera). I chociaż nie jest to żadna ze słynnych Pięciu Rodzin, to jednak ledwie widoczna obecność mafijnych wpływów objawia się w życiu Tony’ego od czasu do czasu. Wielką zaletą "Green Book" są także bardzo żywe, a przede wszystkim autentycznie zabawne, konwersacje między bohaterami (w szczególności w tej kategorii przodują luźne pogawędki Tony’ego z dr Shirleyem). Film Petera Farrelly’ego dobrze oddaje również uroki życia na południu USA, których niemal na każdym kroku mógł zakosztować podróżnik o ciemniejszej karnacji (od zwyczajnej segregacji przez rasistowską policję po wpierdole od lokalnych rednecków). Niezwykle mocne wrażenie zrobiła na mnie scena, w której w czasie gdy Tony naprawia auto (swoją drogą piękny Cadillac DeVille z 1962 roku), dr Shirley przygląda się morderczej wręcz pracy czarnoskórych rolników na spalonym słońcem polu.
© 2019 Universal Pictures.
Jednakże wydaje mi się, że spływające zewsząd pochlebne opinie o "Green Book" wypaczyły zdecydowanie ponad miarę moje oczekiwania. Odbieram film Petera Farrelly’ego jako troszkę zbyt ugrzecznioną produkcję, przygotowaną po prostu pod oscarowy triumf. W szczególności dotyczy to motywu homoseksualizmu jednego z bohaterów, który nie specjalnie wnosi cokolwiek do fabuły oraz zakończenia filmu, które jest po prostu zbyt idealne jak dla mnie (w szczególności, jeśli poczytacie w jaki sposób rodzina dr Shirleya odnosiła się do jego przyjaźni z Tony’m). Poza tym czy twórcy naprawdę karzą nam wierzyć, że tak utalentowany muzyk, wytyczający nowe trendy, nigdy nie słyszał o artystach pokroju Arethy Franklin czy Little Richarda? Niemniej są to moje bardzo osobiste odczucia, których najbliższe mi osoby zdecydowanie nie podzielają (z serii pozdro Grażka!). Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na dosyć klasyczną ścieżkę dźwiękową, w szczególności jeśli fortepian jest Waszym ulubionym instrumentem. Na koniec zostawiam jeszcze prawdziwy hit dotyczący filmowych lokacji (i patrzcie jak Hollywood kłamie). Chociaż wraz z bohaterami filmu przemierzamy na ekranie kilka różnych stanów ze zdecydowanie zróżnicowanymi krajobrazami, to tak naprawdę z wyjątkiem scen rozgrywających się w Carnegie Hall wszystko nakręcono w Luizjanie (tak, nawet sceny tak bardzo nowojorskie jak dzielnica Tony’ego).
© 2019 Universal Pictures.
Tak naprawdę w "Green Book" król jest tylko jeden. Aragorn, syn Arathorna, (lub jak kto woli Aragurn, syn Arakurwa) Viggo Mortensen powraca w wielkim stylu, niczym heroina w "Pulp Fiction". Rola Tony’ego jest naprawdę epicka: od zabójczego akcentu (pamiętacie jeszcze "Eastern Promises"?) przez znaczne przybranie masy po prekursorskie metody jedzenia posiłków (w szczególności pizzy). Viggo Mortensen stworzył naprawdę świetną kreację i jedyna rzecz, do której mam zastrzeżenia to jego mało włoska fizjonomia. Niemniej, oprócz doskonałego warsztatu, aktor wręcz idealnie współpracował z pozostałymi odtwórcami, generując niezwykłą chemię. Zdecydowanie przyćmiony przez swojego kolegę Mahershala Ali (miał zdecydowanie mniej materiału źródłowego do przygotowania się do swojej roli niż Mortensen) wypadł także bardzo dobrze, ale w tym przypadku nie miał szans w pełni zabłysnąć. Mimo to jego dr Shirley to bardzo samotna osoba, świetnie wykształcona, znająca języki, pełna erudycji oraz wyszukanej kultury osobistej, czasem jednak dosyć trudna w kontakcie z powodu lekkiej pogardy dla otoczenia oraz alkoholizmu. Z bardzo fajnej strony pokazała się także Linda Cardellini, wcielająca się w Dolores, żonę Tony’ego, postać bardzo ciepłą i bezgranicznie oddaną swojemu mężowi.
© 2019 Universal Pictures.
"Green Book" to naprawdę udany film ze świetnymi dialogami, ładną ścieżką dźwiękową oraz wybitną rolą Viggo Mortensena. Jak dla mnie brakuje trochę efektu wow, ale jeżeli produkcja zbierze parę Oscarów na tegorocznej gali nie będę wcale zdziwiony.
© 2019 Universal Pictures.
Ocena: 7/10.

sobota, 26 stycznia 2019

"Wildlife"/"Kraina wielkiego nieba" (2018)

Well, ain't this a wild life, son?

Poprzedni rok zamknąłem nawiązaniem do ubiegłorocznych Oscarów ("Call Me by Your Name"), a kolejny otwieram filmem mającym szansę zebrać parę nominacji w tegorocznej odsłonie tychże nagród. Kiedy zacząłem pisać wstęp do recenzji tak naprawdę nie wiedziałem czy "Wildlife" (w Polszy znamy pod wyjątkowo trafnym tytułem "Kraina wielkiego nieba", nawiązującym do jednego z przydomków Montany: Big Sky Country) dostanie szansę na jakąkolwiek statuetkę, gdyż lista nominacji nie została jeszcze wówczas ogłoszona. Nie sądziłem jednakże, że proces twórczy (chyba ostatnio za mało piję) przeciągnie się w czasie tak bardzo, że 22 stycznia będę zmuszony do edytowania własnego tekstu. Niemniej, wyszło jak wyszło i finalnie "Wildlife" pominięto zarówno w nominacjach do Złotych Globów, BAFTA, jak i Oscarów. Reżyserski debiut Paula Dano, którego miałem ostatnio okazję oglądać w przedziwnej produkcji zatytułowanej "Swiss Army Man", gdzie wesoło zabawiał się z gadającym truchłem Daniela Radcliffe’a (polecam obejrzeć), zainteresował mnie przede wszystkim z powodu obecności w obsadzie Jake’a Gyllenhaala. Warto również nadmienić, że "Wildlife" to adaptacja powieści autorstwa amerykańskiego pisarza Richarda Forda opublikowanej pod tym samym tytułem w 1990 roku. Co ciekawe, gdy Paul Dano starał się o uzyskanie prawa do adaptacji filmowej książki, autor zaprezentował niezwykle zaskakujące podejście: My book is my book, your picture, were you to make it, is your picture. Your movie maker's fidelity to my novel is of no great concern to me. Establish your own values, means, goal. Leave the book behind so it doesn't get in the way (źródło: https://www.imdb.com/title/tt5929754/trivia?ref_=tt_trv_trv).
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Wildlife" rozgrywa się w 1960 roku w USA. Nastoletni Joe Brinson (Ed Oxenbould) przenosi się wraz z rodzicami do prowincjonalnego miasteczka w Montanie. Jego ojciec, sympatyczny i łatwo nawiązujący kontakty Jerry (Jake Gyllenhaal) traci właśnie niskopłatną pracę na lokalnym polu golfowym, która stanowiła jedyne źródło dochodów familii. W obliczu finansowej klęski matka chłopca Jeanette (Carey Mulligan) bierze sprawy w swoje ręce zatrudniając się jako nauczycielka pływania na pół etatu. Jerry, nie mogąc znaleźć nowego zajęcia, pogrąża się we frustracji, a gdy tylko nadarza się okazja na wyjazd w góry w celu walki z niebezpiecznymi pożarami lasów, decyduje się natychmiast. Przed młodziutkim Joe wyrasta wówczas nieoczekiwane i trudne zadanie utrzymania rodzinnych więzów.
źródło: https://www.imdb.com
"Wildlife" to niewielka, wręcz kameralna produkcja, która w całości została poświęcona prozie życia na amerykańskiej prowincji na początku lat 60-tych ubiegłego stulecia. Problemy dotykające bohaterów filmu są wręcz niezwykle prozaiczne: bezrobocie, finansowa niestabilność rodziny, czy też poważny kryzys małżeński najmocniej uderzający w bezbronnego nastolatka, który tak naprawdę niczemu nie zawinił. Paul Dano postawił na niezwykle interesującą perspektywę, ponieważ wydarzenia rozgrywające się na ekranie oglądamy z perspektywy małoletniego Joe. Chłopak, który powinien zachować z młodzieńczych lat najlepsze wspomnienia, zamiast tego musi skupić się na zachowaniu integralności rodziny oraz znalezieniu dorywczej pracy pozwalającej na polepszenie egzystencji materialnej. Dodatkowo "Wildlife" brutalnie rozprawia się z amerykańskim snem oraz wyobrażeniem o powojennej prospericie, która znajduje się raczej w mocno schyłkowym okresie. Prowincjonalne miasteczko w Montanie nie oferuje zbyt wielu ścieżek kariery i ciężko wywnioskować co dokładnie skusiło Jerry’ego do wyboru akurat tego miejsca (jakich pewnie było tysiące). Znalezienie pełnoetatowej, poważnej pracy zakrawa niemalże na cud, więc coraz bardziej aktualne staje się hasło wyborcze z polskiej gry "Rezerwowe psy": Chłodno, głodno, chujowo (zważywszy na rychłe na nadejście zimy).
źródło: https://www.imdb.com
"Kraina wielkiego nieba" w niezwykle realistyczny sposób ukazuje również rozpad raczej średnio udanego małżeństwa. W pewnym momencie wydaje się, że tłamszona dotychczas kobieta przejmie stery pogrążonego w kryzysie związku i wyjdzie na prostą, ale finalnie okazuje się równie słabym ogniwem co dotychczasowy małżonek (o ile nawet nie wypada jeszcze gorzej). Swoją drogą jest to film o bardzo prostych ludziach, którzy jeżeli mieli kiedykolwiek jakieś ambicje czy aspiracje do wyższych celów, to już dawno pogrążyli je w odmętach niepamięci. Tempo filmu nie rzuca na kolana, ale przecież nie oczekujemy od prozaicznego tematu nagłych, nieoczekiwanych zwrotów akcji czy też nadmiaru ekranowych wydarzeń. Fabuła ślamazarnie toczy się do finału, idealnie wręcz oddając szybkość egzystencji w prowincjonalnym miasteczku w Montanie. Powolność bardzo fajnie podkreślają zdjęcia – częste, statyczne i długie ujęcia na panoramę miasta na tle gór, w którym kompletnie nic się nie dzieje, a czasem jedynie przejedzie jakiś pociąg. Poza tym Paul Dano stworzył w "Wildlife" klimat, który przynajmniej ja odbieram jako wyjątkowo smutny i przygnębiający (mimo niezachwianej, młodzieńczej wiary Joe, że wszystko będzie dobrze).
źródło: https://www.imdb.com
W kwestii aktorstwa jest naprawdę bardzo kameralnie, ponieważ w zasadzie można skupić się wyłącznie na czterech najważniejszych postaciach. Ed Oxenbould, wcielający się w Joe, wypadł naprawdę dobrze, fajnie odgrywając nastolatka, któremu bez żadnej winy nagle wali się na głowę cały świat. Jego postać w jednej chwili musi stanąć samotnie przeciwko różnym przeciwnościom losu: od starania o ocalenie jedności rodziny, przez zdobycie pracy po naukę gotowania obiadu. Jednak prawdziwy koncert aktorskich umiejętności zaprezentowali Jake Gyllenhaal oraz Carey Mulligan. Jerry to sympatyczny koleś, ale raczej lekkomyślny, zawzięty i honorowy człowiek, który naprawdę kocha swoją rodzinę. Niemniej pod względem materialnym totalnie beztroski i biernie wyczekujący na zdobycie pracy. Z kolei Jeanette to osoba o wiele bardziej aktywna, ale także nieszczęśliwa i marząca o wyrwaniu się z monotonnego, małomiasteczkowego życia (nawet za cenę utraty rodziny). Jeśli chodzi o te dwie role to Paul Dano naprawdę nie mógł wybrać lepszych aktorów. Nasz kwartet uzupełnia natomiast Bill Camp (Warren Miller), wcielający się w lokalnego krezusa posiadającego salon samochodowy, który naprawdę wie czego chce od życia i jak to zdobyć.
źródło: https://www.imdb.com
"Wildlife" to dosyć udana produkcja, aczkolwiek kompletnie pominięta w tegorocznych nagrodach filmowych. Co prawda dopiero zaczynam przygodę z oscarowymi nominacjami, ale wydaje mi się, że zarówno Jake Gyllenhaal i Carey Mulligan mogliby bez przypału przytulić po nominacji za role drugoplanowe, a film Paula Dano wcale nie musiałby być pominięty w kategorii najlepszy scenariusz adaptowany. No cóż, Akademia rządzi się swoimi prawami, ale polecam Wam "Krainę wielkiego nieba" jako naprawdę solidny dramat obyczajowy.
źródło: https://www.imdb.com
Ocena: 7/10.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

"Call Me by Your Name"/"Tamte dni, tamte noce" (2017)


People who read are hiders. They hide who they are. 
People who hide don't always like who they are.

Na koniec roku, całkiem nieoczekiwanie (szczególnie w kontekście wakacyjnego klimatu filmu), wracamy na chwilkę do oscarowych produkcji z dziewięćdziesiątej ceremonii wręczenia statuetek. "Call Me by Your Name" (w Polszy znane jako "Tamte dni, tamte noce" – tym razem nie czepiamy się błyskotliwego tłumaczenia, gdyż pochodzi ono z równie błyskotliwej translacji tytułu książkowego pierwowzoru), wyreżyserowane przez Luca Guadagnino, otrzymało nominacje w czterech kategoriach: najlepszy film, najlepszy aktor pierwszoplanowy (Timothée Chalamet), najlepsza piosenka (Mystery of Love) oraz najlepszy scenariusz adaptowany. Akademia nie była jednakże szczególnie łaskawa, ponieważ film dostał finalnie tylko jedną statuetkę w ostatniej kategorii. Scenariusz autorstwa Jamesa Ivory’ego oparto na podstawie powieści André Acimana pod tym samym tytułem opublikowanej w 2007 roku i muszę przyznać, że po seansie mam wielką ochotę zapoznać się z książkowym oryginałem. "Call Me by Your Name" planowałem obejrzeć jeszcze w trakcie Letniego Taniego Kinobrania, ale wskutek splotu niefortunnych zdarzeń dopiero grudniowy przegląd filmów w krakowskim kinie ARS umożliwił mi seans. Swoją drogą wskutek planowanego zamknięcia była to prawdopodobnie ostatnia wizyta w legendarnym ARSie… Smuteczek bardzo, tym bardziej, że kino było tym razem pełne ludzi, a poszczególne seanse wyprzedane do ostatniego miejsca.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Call Me by Your Name" rozgrywa się gdzieś w północnych Włoszech latem 1983 roku. Do wiejskiej wilii profesora archeologii Perlmana (Michael Stuhlbarg) oraz jego małżonki Annelli (Amira Casar) przyjeżdża młody amerykański doktorant Oliver (Armie Hammer) w celu pogłębienia dotychczasowej wiedzy. Nastoletni syn akademika, Elio (Timothée Chalamet) początkowo niezwykle sceptycznie podchodzi do gościa, rozwijając letnią miłość z Marzią (Esther Garnel). Jednakże z czasem między dwoma młodymi mężczyznami zaczyna rodzić się niezwykła, wyjątkowa przyjaźń.
źródło: http://sonyclassics.com/callmebyyourname/
Odkąd w lutym spędziłem kilka dni pod ciepłym słońcem Katanii oglądając z niedowierzaniem dojrzewające pomarańcze i mandarynki (powszechne na Sycylii jak jabłonki i śliwy u nas; w szczególności polecam pomarańcze moro, czasem są dostępne w Lidlu) odczuwam potężną fascynację Italią. I chociaż mam świadomość, że północne Włochy (byłem również na chwilkę w Bergamo) to zupełnie inna bajka niż Sycylia to jednak istnieje pewne podobieństwo pomiędzy tymi regionami. "Call Me by Your Name" wprost idealnie oddaje klimat lata spędzanego na włoskiej prowincji, jednocześnie przywołując u mnie nostalgiczne wspomnienia z wakacji z Szanieckiego Parku Krajobrazowego i Ponidzia. Wycieczki rowerowe, pierwsze papierosy, alkohole, przeważnie nuda, duża dawka sportu (znacie piłkarską grę jedno podanie?), ot kiedyś prawie codzienne życie od końca czerwca do początku września. Luca Guadagnino wspaniale uchwycił leniwy klimat wakacyjnej egzystencji w Lombardii, aczkolwiek Elio dysponuje znaczcie szerszymi horyzontami: mając doskonale wykształconych rodziców stał się zapalonym bibliofilem przejawiającym niebagatelne talenty muzyczne.
źródło: http://sonyclassics.com/callmebyyourname/
Jednakże "Tamte dni, tamte noce" to przede wszystkim piękny film o pierwszej miłości, uwzględniający wszystkie aspekty tegoż niezwykłego uczucia: od rodzenia się nieśmiałej fascynacji, poprzez zazdrość, następnie krótkotrwałe szczęście, aż po ból wynikający z rozstania, który wówczas wydaje się, że nie przeminie nigdy. I co z tego, że to niezwykłe uczucie zachodzi między dwoma młodymi mężczyznami (chociaż wyobrażam sobie ból dupy prawicowych oszołomów, gdyby film o homo-Żydach dostał Oscara w najważniejszej kategorii )? Luca Guadagnino w piękny i niezwykle subtelny (acz nie pozbawiony lekkiej perwersji – vide brzoskwinia) sposób przedstawił burzliwą pierwszą miłość z perspektywy nastolatka jeszcze niepewnego swojej seksualności. Ponad dwie godziny seansu minęły jak z bicza strzelił. Rozterki młodego Elio związane z uroczą Marzią i pociągającym Oliverem można w szerszym kontekście odnieść praktycznie do każdego z nas (chociaż ja niestety nie miałem takich fajnych koleżanek na wiejskich wakacjach). "Call Me by Your Name" zawiera wiele poruszających, doskonałych w swojej istocie scen, ale pragnę zwrócić Waszą uwagę na genialną scenę rozmowy Elia ze swoim ojcem – czyż każdy z nas nie marzy o tak wyjątkowej więzi z rodzicami? Oprócz bezbłędnych zdjęć nie można oczywiście obojętnie przejść obok epickiej ścieżki dźwiękowej idealnie podkreślającej klimat lat 80-tych (sprawdźcie ruchy Olivera na parkiecie) oraz wybitnych stylówek bohaterów (obcisłe szoty, szerokie koszule, znakomite okulary i plecaki).
źródło: http://sonyclassics.com/callmebyyourname/
Timothée Chalamet w pełni zasłużył na nominację do Oscara, w mojej skromnej opinii, nie miałbym nic przeciwko, gdyby otrzymał statuetkę (szkoda, że Akademia nie dała Oscara Gary’emu Oldmanowi znacznie wcześniej, ponieważ zasłużył na to nie raz). Elio w jego wykonaniu to inteligentny, oczytany, władający nie jednym językiem i rozwinięty muzycznie nastolatek zmagający się z pierwszymi kontaktami seksualnymi, które mają określić jego przyszłą tożsamość. Sposób w jaki Timothée Chalamet odgrywa emocje targające młodzieńcem zasługuje po prostu na najwyższe uznanie. Mam nadzieję, że to dopiero początek aktorskich osiągnięć młodego Amerykanina. Armie Hammer również spokojnie mógłby dostać nominację za rolę drugoplanową, ponieważ Oliver w jego wykonaniu jest najzwyczajniej w świecie doskonały. Dojrzałość emocjonalna, tęga, sportowa sylwetka, lekka amerykańska nonszalancja oraz swoista tajemniczość to cechy najlepiej oddające tegoż bohatera. Wielkie propsy należą się również stonowanemu emocjonalnie Michaelowi Stuhlbargowi (niezapomniany Arnold Rothstein z "Boardwalk Empire"), w szczególności za scenę poruszającej rozmowy o uczuciach z synem. Moją kobiecą faworytką pozostaje Esther Garrel za rolę Marzi – oddanej koleżanki z wakacji, którą każdy z nas chciałby mieć na jakimś etapie swojego nastoletniego żywota. Niemniej pragnę również docenić Amirę Casar za bardzo fajnie zagraną rolę matki Elia.
źródło: http://sonyclassics.com/callmebyyourname/
"Call Me by Your Name" to znakomity film przedstawiający w niezwykle subtelny i delikatny sposób trudny temat pierwszej miłości. Jeżeli nie posiadacie homoseksualnych uprzedzeń film Luca Guadagnino powinien zachwycić Was swoim pięknem i dogłębnym zgłębieniem tematu, który dotyczył kiedyś każdego z nas. W momencie, gdy przeczytam książkę André Acimana uraczę Was zapewne drobną erratą, ale dzisiaj radujmy się znakomitą produkcją sławiącą uroki Lombardii.
źródło: http://sonyclassics.com/callmebyyourname/
Ocena: 8/10.

czwartek, 13 grudnia 2018

"Sharp Objects"/"Ostre przedmioty" (2018)


Don't tell Momma.

Od niepamiętnych czasów uwielbiałem seriale, których kolejne sezony pojawiały się w wakacje. Czas relaksacji, ukoronowanie trudu życia w okresie szkolno-licealno-studenckim obfitowało przeważnie w ambitne wydarzenia typu powtórki "Klanu" (zawsze uważałem, że byłby to idealny tytuł serialu o Ku Klux Klanie), ale czasem zdarzały się prawdziwe perełki (vide "True Blood"). Dlatego też cieszę się niezmiernie, że HBO zdecydowało się wypuścić "Sharp Objects" w lipcu i sierpniu, choć zajęć wtedy miałem nie mało i a pogoda zmuszała do aktywnego wypoczynku. Serial powstał na podstawie debiutanckiej powieści Sharp Objects z 2006 roku autorstwa Gillian Flynn. Książki jeszcze nie miałem okazji przeczytać, ale znam kogoś kto to zrobił. Amerykańską pisarkę możecie (nie lubię tego słowa, to warunek) kojarzyć również z innej adaptacji jej twórczości – "Gone Girl". Co mnie skłoniło do obejrzenia produkcji stworzonej przez Marti Noxona? Nie ukrywam, że oprócz intrygującej fabuły oraz pozytywnych recenzji przede wszystkim chodziło o udział w projekcie Amy Adams.
© 2018 Home Box Office Inc.
 Camille Preaker (Amy Adams), dziennikarka śledcza St. Louis Chronicle, wkrótce po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego dostaje nowe zadanie. W jej rodzinnym mieście, Wind Gap w Missouri, zostały zamordowane dwie nastoletnie dziewczynki. Przełożony bohaterki, Frank Curry (Miguel Sandoval) uznał bowiem, że powrót do domu pomoże odbudować wyniszczoną alkoholizmem i samookaleczeniem się psychikę Camille, a przede wszystkim interesujący temat zapewni gazecie rzeszę czytelników. Jednakże już od samego początku wycieczka w rodzinne strony wywołuje u dziennikarki traumatyczne wspomnienia związane ze śmiercią ukochanej siostry Marian (Lulu Wilson) oraz dyktatorskimi zapędami matki (Patricia Clarkson).
© 2018 Home Box Office Inc.
"Ostre przedmioty" już od samego początku przytłoczyły mnie wyjątkowo gęstym, klimatem prowincjonalnego Midwest, który na ekranie jako żywo przypomina południe Stanów Zjednoczonych i przywołuje wspomnienia z pierwszego, legendarnego już sezonu "True Detective". A wrażenie to potęguje dodatkowo kręcenie serialu w miasteczku Barnesville w Georgii, które udaje Wind Gap położone w Missouri. Oglądanie "Sharp Objects" przypomina zatem pływanie w kisielu – jest w chuj ciężko i naprawdę trudno wyjść z tego gówna, a nawet jak się uda to ciężko pozbyć się pozostałości. Serial porusza wiele niewygodnych społecznie tematów takich jak wykorzystywanie seksualne nieletnich, alkoholizm (szczególne umiłowanie dla Kentucky straight bourbon whisky Maker’s Mark), samookaleczenie się, nadmierna opieka matki, jazda samochodem pod wpływem alkoholu, narkomania, uzależnienie od papierosów, resentyment za Konfederacją (absurdalne obchody Calhoun Day) czy bezsens egzystencji w małym, zadupnym miasteczku.  Przedstawione na ekranie Wind Gap jawi się niemalże jako dyktatorskie imperium zarządzane bezlitosną i wszechwładną ręką Adory, która wywiera w szczególności uzależniający wpływ na miejscowego szeryfa Billa Vickery’ego (Matt Craven). Z kolei statyści wiodą marny żywot przeplatany upijaniem się w lokalnym barze i zdradzaniem swoich nieustannie plotkujących małżonek. Można również postawić na życie na permanentnej bani jak Jackie O’Neill (Elizabeth Perkins). Kto nie wyjechał za młodu w pogoni za lepszej jakości życiem, ten pozostając w Wind Gap skazał się na powolny proces gnicia za życia, zakończonego nieuchronną, mało chwalebną śmiercią. Ukazanie marności żywota w tej mieścinie bezapelacyjnie uznaję za największą zaletę "Sharp Objects".
© 2018 Home Box Office Inc.
Dobra, ale może skupimy się na fabule? Akcja serialu toczy się, wręcz wlecze nieśpiesznie aż do ostatniego odcinka (widoczna analogia do "Rojst", tylko tutaj jest jeszcze wolniej z powodu większej liczby odcinków). Śledztwo prowadzone przez lokalnego szeryfa to kompletna porażka, która do niczego nie prowadzi (zresztą, jak się wydaje zgodnie z życzeniem Adory). Młody, ambitny przedstawiciel policji z Kansas City Richard Willis (Chris Messina) wytrwale stara się rozwikłać zagadkę śmierci dwóch dziewczynek, ale z czasem coraz bardziej grzęźnie w bagnie lokalnych układów i powiązań. Dodatkowo pojawia się oczywiście kompetencyjny konflikt między lokalnymi a przyjezdnymi stróżami prawa. Jedyną nadzieją na zwycięstwo prawdy staje się zatem praca śledcza Camille. Jednakże nasza bohaterka z powodu starych i współczesnych traum raczej średnio odnajduje się w Wind Gap. No chyba, że trzeba walić Maker’s Mark, jeździć autem na bani albo jarać papierosy – zresztą ciężko krytykować takie podejście, gdy samemu dla wzmocnienia potencjału twórczego w trakcie pisania recenzji obala się portera żywieckiego i niejedną szklaneczkę Grant’s Triple Wood Smoky (Charles Bukowski na wiecznym propsie). I niestety ten piękny obrazek nieudolności psuje ostatni odcinek, w którym akcja przyspiesza zdecydowanie zbyt dynamicznie, a przede wszystkim uświadczamy ratunek in the nick of time. To naprawdę boli, jednakże z powodu gęstego klimatu oraz przewrotnego zakończenia (nie zapomnijcie obejrzeć dwóch scen ukrytych w napisach końcowych), boli o wiele mniej niż w takim choćby "Rojście".

© 2018 Home Box Office Inc.
Aktorstwo. Tak naprawdę to w "Ostrych przedmiotach" trudno polubić któregokolwiek z bohaterów (sympatycznym można w zasadzie nazwać jedynie detektywa Richarda Willisa i Franka Curry’ego). Nie oznacza to jednakże, iż serial nie przynosi znakomitych kreacji. Camille w wykonaniu Amy Adams to po prostu genialny występ, godzien najwyższego uznania. Przejmująca rola wywołuje u widza ogromne pokłady współczucia dla głównej bohaterki, dręczonej przez traumy z dzieciństwa oraz współczesne problemy psychiczne. Zaprawdę powiadam Wam: Amy Adams z dnia na dzień staje się coraz lepszą aktorką i mam nadzieję, że na tym nie poprzestanie. Na równie wielkie wyrazy uznawania zasłużyła również Patricia Clarkson wcielająca się w Adorę. Bezbłędna rola, wręcz hipnotyczna i przykuwająca uwagę widza od pierwszego pojawienia się na ekranie. Pełna obsesji Adora staje się po prostu uosobieniem problemów trapiących Wind Gap. Pozostając przy kobietach nie sposób nie docenić roli młodziutkiej Elizy Scanlen, grającej przyrodnią siostrę głównej bohaterki Ammę. Wielkie propsy za tak znakomitą kreację rozpieszczonej nastolatki aspirującej do roli małomiasteczkowej księżniczki. Wśród męskich odtwórców próżno szukać tak znakomitych kreacji. W sumie najbardziej zaimponował mi Matt Craven wcielający się w lokalnego szeryfa oraz Henry Czerny grający udającego, że wszystko jest w najlepszym porządku męża Adory. Z kolei Chris Messina był naprawdę spoko, ale mogło być zdecydowanie lepiej.
© 2018 Home Box Office Inc.
"Sharp Objects" to naprawdę wybitny serial i nawet zbyt pochopne, za szybko rozegrane zakończenie w ostatnim odcinku nie jest w stanie zakłócić mojego osądu (w szczególności z uwagi na jego przewrotność). Legendarny podpułkownik "Godfather" z legendarnego "Generation Kill" miał dla swoich podkomendnych trzy słowa: Tempo, tempo, tempo. Parafrazując jego mądrość ja również mam dla Was trzy słowa: Klimat, klimat, klimat. Oglądajcie, chłońcie, popadajcie w depresję.
© 2018 Home Box Office Inc.
Ocena: 8/10.

poniedziałek, 26 listopada 2018

"Rojst" (2018)


Jednym z moich wspomnień z tegorocznego okresu wakacyjnego (przy czym mam tu na myśli nomenklaturę szkolno-studencką, a nie własny urlop) były liczne plakaty reklamujące serial "Rojst" wyprodukowany przez platformę Showmax i Studio Filmowe "Kadr". Umieszczane najczęściej na przystankach komunikacji miejskiej wzbudziły u mnie umiarkowane zainteresowanie, chociaż zaintrygowały mnie dziwacznym tytułem, a także tajemniczą stylistyką. Gwoli tłumaczenia tytułowy rojst to zbiorowisko roślinnych terenów podmokłych; miejsce podmokłe, niskie i bagniste, porośnięte mchami, krzewinkami i karłowatymi drzewami lub zbiorowisko roślinne tworzących torfy gatunków torfowców (czyli po prostu bagno dla profanów). Muszę przyznać, że po obejrzeniu dostępnego na YouTube kilkunastominutowego prologu serialu spodziewałem się konkretnej rozrywki, a oczekiwania potęgował katowany w radiu cover Wszystko czego dziś chcę w wykonaniu A_GIM i Moniki Brodki. Kiedy w końcu Showmax udostępnił pierwszy odcinek za friko, nie mogłem oderwać się od ekranu i niemal natychmiast załatwiłem sobie subskrypcję. Sprawdźmy zatem czy było warto.
© Showmax.
Akcja "Rojst" rozgrywa się w latach 80-tych ubiegłego stulecia w fikcyjnym mieście wojewódzkim gdzieś na ziemiach odzyskanych (pamiętacie jeszcze ile było wtedy województw?). W szarej rzeczywistości Polski Ludowej doświadczony dziennikarz lokalnego "Kuriera Wieczornego" Witold Wanycz (Andrzej Seweryn) przygotowuje się do przejścia na emeryturę i wyjazdu do RFN. Na miejsce starego wygi z wdziękiem Conrado Moreno wjeżdża młody, żądny fame’u Piotr Zarzycki (Dawid Ogrodnik). Tymczasem w lesie położonym na obrzeżach miasta dochodzi do brutalnego morderstwa zasłużonego działacza sportowego Grochowiaka oraz prostytutki. Dodatkowo na usytuowanym niedaleko miejsca zbrodni osiedlu Gronty samobójstwo popełniła dwójka licealistów. W ramach ostatniego zadania do podwójnego morderstwa zostaje przydzielony Wanycz, który przy okazji ma wprowadzić młodego w arkana swego rzemiosła.
© Showmax.
"Rojst" składa się z kilkunastominutowego prologu (sugerującego raczej knajpiano-melanżową tematykę) oraz zaledwie pięciu około pięćdziesięciominutowych odcinków. Wspominam o tym już na początku, ponieważ po obejrzeniu całego serialu mam wrażenie sporego niedosytu oraz zdecydowanie przedwczesnego zakończenia produkcji. Pierwsze cztery epizody rozgrywają się w raczej nieśpiesznym tempie, natomiast finał serii nagle przynosi błyskawiczne rozwiązania prawie wszystkich istotnych problemów, kompletnie nie przystając do uprzedniego tempa rozwoju fabuły. A jest to o tyle szokujące, że moim zdaniem "Rojst" z powodu niezwykle wciągającej historii można było spokojnie  rozciągnąć na minimum sześć odcinków, a najlepiej na osiem jak w przypadku znakomitego "Sharp Objects". Wiele wątków pobocznych, ledwie zarysowanych w serialu nie zostało zakończonych, tak jakby twórcy zostawili je na przyszłość (czyżby kolejny sezon w planach?) albo po prostu nagle porzucili bez wyjaśnienia. Nie wiem z jakich przesłanek wynikało tak nagłe zakończenie serialu, ale podejrzewam, że chodziło o hajs (Jeszcze jedno - jeśli nie wiesz o co chodzi; Chodzi o pieniądze albo dupę, wiedzieć nie zaszkodzi). Na mieście mówią, że budżet odcinka wynosił 1.5 miliona PLN, więc to nieliche pieniądze w polskich realiach. Wracając jeszcze na chwilę do samego zakończenia wątku podwójnego morderstwa to muszę z przykrością przyznać, że pod względem fabularnym jest ono kompletnie rozczarowujące, wręcz nie wpisujące się w logikę serialu i jakiegokolwiek prawdopodobieństwa zaistnienia w rzeczywistości (niedorzeczne to dobre słowo).
© Showmax.
Ale tak naprawdę zakończenie "Rojst" to w zasadzie jedyny większy mankament (niestety jednak dosyć istotny w kontekście oceny końcowej) serialu wyreżyserowanego przez Jana Holoubka. Pod względem realizacyjnym jest to po prostu najwyższy poziom. Przaśnie lata 80-te w zadupnym mieście zostały odwzorowane niemalże idealnie. Filmowe lokalizacje (m.in. Katowice, Raciborz, Zabrze) zrobiły na mnie kolosalne wrażenie, a przecież musimy mieć świadomość, że te miejsca przetrwały w takim stanie po dziś. Sama praca kamery oraz kadrowanie zasługują na odrębny akapit. Warto również zwrócić uwagę na znakomitą ścieżkę dźwiękową, na której oprócz wspomnianego we wstępie covera znalazły się m.in. utwory Rezerwatu, Krystyny Prońko, Maanamu, Andrzeja Zauchy, Perfectu czy Republiki. Również fabuła serialu do ostatniego odcinka była naprawdę wciągająca i zmuszała do niemal natychmiastowego oglądania kolejnego epizodu. Rzadko oglądam polskie seriale, ale muszę szczerze przyznać, że "Rojst" zaintrygował mnie od samego początku i trzymał w napięciu aż po kompletnie rozczarowujący finał. Mimo wszystko twórcy bardzo sprawnie przeplatali trzy wątki (zabójstwo Grochowiaka i dziwki, samobójstwo licealistów oraz tajemnicę lasu) przez cały, choć nad wyraz krótki, sezon. Wielu z recenzentów spuszczało się nad dialogami, aczkolwiek odkąd wydoroślałem na tyle by chłonąć dzieła Stendhala mało mnie bawi bezcelowe nagromadzenie wulgaryzmów w wypowiedziach bohaterów, które kompletnie nic nie wnosi do fabuły (gdzie się podziały legendarne teksty typu A przydałoby się trochę polotu i finezji w tym smutnym jak pizda mieście?).
© Showmax.
Przechodząc do aktorstwa to tak naprawdę ciężko spodziewać się lipy, jeżeli w "Rojście" główne role obsadzili Andrzej Seweryn oraz Dawid Ogrodnik, występujący razem już w bardzo dobrej "Ostatniej rodzinie". I choć jest to bardzo typowa relacja doświadczony mistrz – niepokorny uczeń (oczywiście w polskich realiach) to jednak obecność tak znakomitych aktorów od razu poprawia samopoczucie. Chociaż Zarzycki w wykonaniu Ogrodnika jest momentami irytującą, wręcz wkurwiającą postacią, to jednak trudno nie docenić jego aktorskiego trudu w kreacji adepta małomiasteczkowego dziennikarstwa. Wanycz to z kolei kolejna doskonała rola Prymasa Seweryna, którą podziwiałem z coraz bardziej z każdym kolejnym pojawieniem się na ekranie. Jednakże największe propsy za najlepszą postać w "Rojście" zbiera u mnie Jacek Beler za wybitną rolę psychomilicjanta Kulika. Występ po prostu nie do zapomnienia od znakomitej stylówy po niepokojący styl bycia bohatera. Na drugim planie robią dobrą robotę piękne panie: Zosia Wichłacz (Teresa), wcielająca się w młodą małżonkę Zarzyckiego, Magdalena Wałach grająca pogrążoną w rozpaczy małżonkę zamordowanego towarzysza Grochowiaka oraz Agnieszka Żulewska (Nadia). Warto również zwrócić uwagę na małoletnich samobójców, czyli Nel Kaczmarek (Justyna) oraz  Jana Cięciarę (Karol). Odnoszę natomiast wrażenie, że Wojciech Machnicki ze swoim występem zdecydowanie bardziej pasowałby do „Zimnej wojny”. Na koniec zostawiłem sobie dwie prawdziwe perełki. Marek Dyjak wcielający się w rzeźnika Józefa to prawdziwa proza życia, ale jednak Piotr Fronczewski awansujący z bycia barmanem na tym dansingu na kierownika w hotelu Central to coś wręcz idealnego. Pozostaje jedynie ubolewać, że rola kierownika jest tak bardzo epizodyczna.
© Showmax.
"Rojst" to serial pod wieloma względami wyprzedający polskie produkcje o lata świetlne, aczkolwiek jednak nie pozbawiony sporych ułomności fabularnych, które kompletnie psują całokształt. Gdyby twórcy nie postanowili zakończyć wszystkiego zdecydowanie przedwcześnie (czyli dysponowali większym budżetem) moglibyśmy rozważać zdecydowanie wyższą oceną końcową. Niemniej w tym przypadku, biorąc pod uwagę oceniane wcześniej seriale zagraniczne, wyższa nota należy się wyłącznie przy założeniu uznającym Polskę za kraj specjalnej troski.
© Showmax.
Ocena: 6/10.

Ps.
Nie rozumiem dlaczego twórcy nie wpadli na pomysł zrobienia strony internetowej serialu np. z życiorysami postaci, ciekawostkami, tapetami do pobrania itp. Znalezienie zdjęć z polskich produkcji zawsze przyprawia mnie bowiem o prawdziwą kurwicę. Szkoda, że pod względem marketingowym po raz kolejny nikt nie stanął na wysokości zadania... 

niedziela, 21 października 2018

"The Ninth Gate" (1999)


A każdy czytelnik ma takiego diabła, na jakiego zasłużył.
Arturo Pérez-Reverte Klub Dumas

Jeśli chodzi o spotkania kinematografii i literatury to efekty są niezwykle zróżnicowane, a często nawet zaskakujące. Opisywałem już tutaj bardzo dobre filmy oparte na żenujących wypocinach ("London Boulevard"), na średnich powieściach ("Nocturnal Animals") czy niemalże idealne odwzorowania książkowej znakomitości ("A Single Man"). Jak się zatem łatwo domyślić niniejsza recenzja również będzie dotyczyć konfrontacji pisarsko-filmowej. Kiedy na początku września (gdzie jest słońce?!) wyjeżdżaliśmy na wakacje na Maltę, do bagażu zabrałem niepozorną powieść Klub Dumas Arturo Pérez-Reverte’a. Kiedyś, gdzieś tam przeczytałem, że jest to bardzo dobra książka, na podstawie której Roman Polański nakręcił "Dziewiąte wrota", a zapowiadało się, że na lotnisku spędzimy kilka godzin w oczekiwaniu na poranny autobus. Lektura, którą rozpocząłem jeszcze na tarasie widokowym Międzynarodowego Portu Lotniczego Malta (MLA), okazała się na tyle porywająca, że Klub Dumas mogę uznać za najlepszą książkę przeczytaną w tym roku. Od razu zapragnąłem porównać literacki pierwowzór z dziełem Romka, które znałem z wieczorów z Polsatem, ale musiałem poczekać aż podobnie zafascynowana lekturą Grażka zakończy przygodę z Lucasem Corso. W ostatniej części tekstu znajdziecie porównanie książki i filmu, w którym postarałem się nie przedstawić srogich spoilerów.
źródło: http://www.impawards.com
Verbum dimissum custodiat arcanum (Zagubione słowo strzeże tajemnicy)*
Tak naprawdę opisując fabułę "Dziewiątych wrót" miałbym ochotę odnieść się do Klubu Dumas, ale skoro skupiamy się na filmie to chyba nie mogę. Nowojorski najemnik bibliofilstwa i łowca książek Dean Corso (Johnny Depp) otrzymuje bardzo nietypowe zlecenie. Zamożny i potężny Boris Balkan (Frank Langella), dysponujący jednym z trzech ocalałych egzemplarzy Umbrarum Regni Novem Portis (Księga Dziewięciorga Wrót do Królestwa Cieni) z 1666 roku autorstwa spalonego na stosie Aristide’a Torchii, które rzekomo zostało oparte na legendarnym Delomelanicon napisanym przez samego Lucyfera, powątpiewa w jego oryginalność. Zadaniem Corsa staje się porównanie książki Balkana z pozostałymi dwoma egzemplarzami znajdującymi się w portugalskiej Sintrze oraz Paryżu. Jednakże już od samego początku nie budząca pozornie większych emocji misja zaczyna przybierać nieoczekiwany, niebezpieczny kierunek.
źródło: https://www.imdb.com
Clausae patent (Zamknięte stoi otworem)
Powieść Klub Dumas to z jednej strony piękny hołd dla literatury płaszcza i szpady, ale także umiłowanie dla książek, podszyte swoistą fascynacją diabła. Roman Polański postanowił usunąć pierwszy element, znacznie ograniczyć zakres drugiego i poświęcić film na trzeci. Oglądając "Dziewiąte wrota" po latach od ostatniego seansu i przeczytaniu pierwowzoru nie mogłem się po prostu nadziwić zmianom i uproszczeniom fabularnym, a przede wszystkim okrojeniu książkowego materiału. Tak naprawdę momentami czytelnikowi bardzo ciężko odnaleźć się w tej adaptacji, a i serce nie raz pękło z powodu scenariusza – ale takie dygresje zostawmy sobie na ostatni akapit. "Dziewiąte wrota" są niestety przeważnie głupawe w swojej istocie. Za najlepszy przykład może posłużyć scena (nawet nie pytajcie czy Arturo Pérez-Reverte umieścił ją w powieści), w której bohaterowie ruszają w pościg nie rzucającym się w oczy czerwonym Dodgem Viperem, jakich na ulicach pod koniec lat 90-tych było na pęczki. I skojarzcie jeszcze to nachalne nawiązanie – viper to żmija, a stąd już blisko do wunsza i diabła; symboliki koloru czerwonego wyjaśniać chyba nie trzeba. Walki toczone w filmie wypadają absolutnie komicznie w to w kompletnie niezamierzony sposób – mój faworyt w tej kategorii to wbijanie Corsa w podłogę, niczym z kreskówki. Wspaniale wypada również scena, w której główny bohater chwilę po ucieczce z płonącego budynku będącego miejscem morderstwa, w trakcie której był widziany przez dwie osoby, spokojnie wraca na miejsce zdarzenia by przyglądać się akcji ratunkowej. Widocznie Amerykanie przebywający we Francji nie podlegają odpowiedzialności karnej.
źródło: https://www.imdb.com
Frustra (Na próżno)
Nawiązując przy okazji do Ameryki to ze zrozumiałych względów odpowiedzialności karnej Roman Polański nie mógł kręcić filmu w USA, więc postanowił przerobić Paryż na Manhattan na potrzeby początkowej części. Bardziej absurdalnego pomysłu nie widziałem od czasu legendarnego występu Czarnego w "Młodych wilkach" i dodam, że książkowa akcja ani przez chwilę nie zahacza o ojczyznę Wuja Sama. Usunięcie naprawdę sensownych wątków fabularnych i stworzenia jakiegoś kompletnie wyssanego z najczarniejszych odmętów dupy Zakonu Srebrnego Węża z pewnością nie pomogło mi w odbiorze "Dziewiątych wrót". Ale skoro pomyje zostały wylane to może udałoby się znaleźć jakieś pozytywy? Muszę przyznać, że spore wrażenie zrobiła na mnie czołówka filmu, w której kamera powoli sunie przez kolejne wrota przy znakomitej muzyce Wojciecha Kilara. I tak naprawdę ścieżka dźwiękowa pozostanie moim najlepszym wspomnieniem z dzieła Romka. Fajnie również zrobiono efekt niezwykłych oczu Dziewczyny (Emmanuelle Seigner, książkowa Irene Adler). Z pewnością hipnotyczna scena dzikiego seksu rozgrywająca się tle płonącego zamku również zapada w pamięć (szczególnie nastolatka na przełomie wieków). Warto zwrócić przy okazji zwrócić uwagę na całkiem fajnie dobraną lokalizację – twierdzę Katarów, Château de Puivert.
źródło: https://www.imdb.com
Nunc scio tenebris lux (Teraz wiem, że z mroku światło pochodzi)
Mam spory problem z oceną występu Johnny’ego Deppa. Pod względem fizycznym wydaje się pasować do roli Corso, niemniej wrażenie to może po prostu wynikać z faktu, iż oglądając "Dziewiąte wrota" w telewizji jako nastolatek zakodowałem sobie po prostu tę aparycję. O wiele gorzej przedstawia się natomiast sama gra aktorska. Książkowy bohater to postać złożona, praktycznie pozbawiona moralności (jedna z moich ulubionych scen w Klubie Dumasa to rozważania Corsa dotyczące konsekwencji prawnych opierdolenia księgozbioru po nieoczekiwanej i gwaltownej śmierci jego właściciela), a przede wszystkich potrafiąca doskonale dostosowywać się do rozmówcy. Johnny Depp wypada natomiast trochę jak przygłup, kompletnie zagubiony w rzeczywistości. Podobnie w roli Liany Telfer nie sprawdziła się Lena Olin. To miała być prawdziwa femme fatale, a wyszło po prostu komicznie (polecam sprawdzić scenę uwodzenia). Frank Langella nie pasuje kompletnie do mojego wyobrażenia Borisa Balkana, ale tutaj otrzymał całkowicie inną rolę, więc jego popisy mogę ocenić neutralnie. Muszę natomiast pochwalić Emmanuelle Seigner, która chociaż jest zdecydowanie starsza od książkowej postaci, to znakomicie wpasowała się rolę małomównej, tajemniczej dziewczyny. Szkoda jedynie, że w jej przypadku zdecydowanie zabrakło książkowej dwuznaczności i niedopowiedzeń.
źródło: https://www.imdb.com
Fortuna non omnibus aeque (Szczęście nie dla wszystkich jednakie)
"Dziewiąte wrota" to kompletnie nieudana próba przeniesienia genialnej powieści Arturo Pérez-Reverte’a na duży ekran. Hiszpański autor zdecydowanie nie zasłużył na tak paździerzowy film i to o dziwo wyreżyserowany przez uznanego gwałciciela reżysera. Moja rada jest następująca: jeżeli jeszcze nie przeczytaliście Klubu Dumasa to zróbcie to natychmiast, a "Dziewiąte wrota" spokojnie możecie sobie odpuścić. Uchroni Was to przed odczuciem brutalnego zgwałcenia tak doskonałej fabuły.

Ocena: 5/10.
źródło: https://www.imdb.com
Disciplus potior magistro (Uczeń przerasta mistrza) – o różnicach słów kilka
Zasadnicza różnica między książką a filmem to wypatroszenie fabuły pierwowzoru poprzez całkowite usunięcie wątku z tytułowym Klubem Dumasa. Pozbyto się również wszystkich rozmyślań Corsa o Nikon oraz jego napoleońskich fascynacji. Zmiany powodują, że czytelnikowi naprawdę ciężko odnaleźć się w seansie "Dziewiątych wrót". Poniżej, w formie punktów, przedstawiłem najważniejsze różnice między powieścią a jej filmową adaptacją:
  • akcja powieści rozgrywa się wyłącznie w Europie, natomiast w przypadku "Dziewiątych wrót" zaczynamy przygodę w USA;
  • to kompletnie pominięty w filmie Varo Borja, zleca Corso porównanie istniejących egzemplarzy Księgi Dziewięciorga Wrót do Królestwa Cieni,
  • książkowy Boris Balkan nie czcił diabła, lecz pełnił ważną rolę w książkowym wątku rękopisu Wina andegaweńskiego, występując czasami jako narrator opowieści,
  • Liana Taillefer oraz "Rochefort” nie odgrywają żadnej roli w wątku Dziewięciorga Wrót, podobnie jak Balkan przynależąc do wątku rękopisu Wina andegaweńskiego,
  • bracia Ceniza nie znikają nagle nie wiadomo gdzie;
  • w filmie całkowicie pominięto zabawnego przyjaciela Corsa, La Ponte;
  • zakończenie filmu ma bardzo niewiele wspólnego z powieścią, w której nie występuje Zakon Srebrnego Węża;
  • książkowa Irene Adler (filmowa Dziewczyna) jest postacią o wiele bardziej tajemniczą i niejednoznaczną niż przedstawiono to w filmie,
  • zmieniono również wiele szczegółów dotyczących poszczególnych postaci (m.in. imię, narodowość oraz ulubiony trunek głównego bohatera, z baronowej Fridy Ungern powstała baronowa Kessler itp.). 
* Wszystkie nagłówki pochodzą z podpisów pod rycinami w  Księdze Dziewięciorga Wrót do Królestwa Cieni.