poniedziałek, 13 października 2014

"London Boulevard"

Doskonale pamiętam moment, gdy pierwszy raz usłyszałem o "London Boulevard". W odległych czasach, gdy miałem jeszcze w zwyczaju kupować piątkowe wydanie "Gazety Wyborczej", przeczytałem recenzję filmu Williama Monahana (scenarzysta m.in "Kingdom of Heaven"; Oscar za scenariusz adaptowany do "Infiltracji"). Co prawda wspomnień z samego tekstu niewiele zostało, natomiast jestem przekonany, że ocena wahała się w okolicach 6/10 (niemniej może być to jedynie wytwór mojej wybujałej wyobraźni). Autor nie zachęcił mnie specjalnie do obejrzenia produkcji, przez co projekcja nastąpiła dopiero po jakimś czasie od premiery. W międzyczasie wśród moich znajomych pojawiły się skrajne opinie na temat filmu Monahana. Skala ocen była diametralnie różna: od totalnych zachwytów poprzez obojętność po całościowe hejty. Szczere powiedziawszy (a raczej napisawszy) nie miałem wielkich oczekiwań odnośnie "Londyńskiego bulwaru". Jak się później okazało scenariusz filmu został bardzo luźnie oparty na powieści Kena Bruena pod tym samym tytułem. W wielu przypadkach adaptacje filmowe, charakteryzujące się tak dużym poziomem odstępstw od książkowego oryginału, wypadają wyjątkowo marnie. Co ciekawe William Monahan przerobił totalną literacką szmirę w kinematograficzne arcydzieło, czyli jak mawiają na Prokocimiu: zrobił z gówna pomarańczę.
źródło: http://www.impawards.com
Pod względem fabularnym "London Boulevard" przypomina trochę "Życie Carlita". Mitchel (Colin Farrell) wychodzi z więzienia i niemal natychmiast, za sprawą mało rozgarniętego kumpla Billy'ego (Ben Chaplin) zostaje wciągnięty w nowe, mocno kryminalne historie. Jak się szybko okazuje niezłe mieszkanie i życie na wyższym poziomie wiążą się ze współpracą z bezwzględnym londyńskim gangsterem Gantem (Ray Winstone). Jednakże ponieważ Mitchel nie zamierza wracać do kryminału postanawia znaleźć sobie legalną pracę i najmuje się jako ktoś w rodzaju złotej rączki u przeżywającej poważny kryzys emocjonalny gwiazdy filmowej (Keira Knightley). Niestety Gant nie okazuje się człowiekiem, który dobrze znosi zdecydowane odmowy i zagina parol (a może coś jeszcze) na naszego bohatera.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Dziwnym nie jest, że "London Boulevard" garściami czerpie ze znakomitych filmów gangsterskich pokroju "Get Carter", "Long Good Friday", "Życie Carlita" czy choćby "Layer Cake". Oczywiście można znaleźć opinie, iż produkcja Monahana to czyste rżnięcie z dwóch ostatnich. Jednakże uważam, że takie podejście nie jest w żaden sposób uzasadnione. Cały czas musimy bowiem pamiętać, iż scenariusz opiera się w jakiejś tam części na książce Kena Bruena. O poziomie powieści, którą miałem okazję przeczytać za jednym zamachem w trakcie podróży pociągiem, niechaj najlepiej świadczy fakt, iż kiedyś widziałem ją na wyprzedaży w Auchan (wydanie filmowe) za magiczną kwotę 2.99 PLN. Oczywiście wiedząc z jakim gównem potem musiałbym się borykać, nie skorzystałem z tak epickiej promocji. Moim skromnym zdaniem irlandzki pisarz powinien dopłacać swoim czytelnikom za czytanie takiej szmiry. Na szczęście Monahan ogarnął temat i wybrał najbardziej perspektywiczne elementy, odrzucając wszelki badziew i kompletnie zmieniając zakończenie. W zasadzie jedynym motywem, który lepiej wypadł w książce było drastyczne rozwiązanie problemu młodego, uzdolnionego piłkarza, aczkolwiek oczywistym jest, iż naruszyłoby to misterną układankę w filmie. Z pewnością wielki props za odmłodzenie bohaterów, ponieważ momentami w powieści było naprawdę niesmacznie.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
"Londyński bulwar" masakruje wprost bezbłędną ścieżką dźwiękową, która moim zdaniem jest godna samego Quentina Tarantino. Oczywiście na pierwszym planie dominuje główny motyw filmu, czyli mistrzowski utwór Heart Full of Soul The Yardbirds. De facto od momentu projekcji jest to mój dzwonek w telefonie – czasy się zmieniają, a dzwonek wciąż ten sam. Oprócz wspomnianej piosenki znakomicie wypadają utwory zespołu Kasabian – La Fee Verte, Club Foot oraz Underdog. Poza tym możemy także usłyszeć m.in. The Rolling Stones czy choćby Boba Dylana. Nawet ci, którzy wylewali największe pomyje na film, byli w stanie przyznać, iż OST urywa dupę. Dla mnie muzyka była po prostu uzupełnieniem doskonałego kina gangsterskiego. Scenariusz trzyma widzów w napięciu do ostatnich minut, a ponadto Monahan zaserwował widzom znakomite zakończenie. Finał to naprawdę mistrzowskie zwieńczenie niezwykle udanego dzieła (chociaż oczywiście niedocenionego przez krytyków). A co dostajemy jeszcze? Bardzo ładne zdjęcia, dialogi ostre jak brzytwa (w szczególności polecam opowieści o niewiernej dziewczynie) oraz galerię wprost wybornych postaci – od narko-ćpunów aktorów przez gangsterów o wyraźnych homo-skłonnościach po serbskich zbrodniarzy wojennych występujących gościnnie w Londynie. O klasycznym motywie korupcji w Scotland Yardzie nie warto nawet wspominać.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Monahan po prostu znakomicie skroił scenariusz, a następnie bezbłędnie obsadził poszczególnie role. Szczerze powiedziawszy nie wiem czy widziałem kiedykolwiek lepszego Colina Farrella. Mitchel w jego wykonaniu to tak doskonała postać, że najzwyczajniej w świecie powinna pojawiać się w każdej scenie przyodziana w znakomicie skrojony garnitur. Jednakże jeszcze lepiej wypada David Thewlis wcielający się w Jordana, szczęśliwie niewiele mającego wspólnego z książkowym pierwowzorem. Anglik, który jest jednym z moich ulubionych aktorów drugoplanowych, stworzył wspaniałą postać nadużywającą narkotyków i tym samym pokazał pełnię talentu w całej okazałości. Te wybitne dwie kreacje uzupełnia także znakomita rola Raya Winstone'a. Nie pamiętam kiedy widziałem tak przekonującego gangstera na ekranie. Również mniejsze role wypadają znakomicie – w szczególności pragnę docenić Bena Chaplina oraz Annę Friel (Briony). W zasadzie jedynym obsadowym zgrzytem mogło okazać się obsadzenie Keiry Knightley jako Charlotte. Zdecydowanie nie jestem jej fanem i bardzo obawiałem się jak wypadnie, ale na szczęście jakoś dała sobie radę, chociaż trochę burzy tę całą londyńską idyllę. Chociaż Keira mnie wyjątkowo nie wkurwia, to jednakże z chęcią zobaczyłbym kogoś innego na jej miejscu (pomarzmy choćby o Evie Green).
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Osobiście uważam "London Boulevard" za jedno z największych pozytywnych zaskoczeń filmowych mojego żywota. Gdy nie miałem praktycznie żadnej nadziei na dobre kino, William Monahan od pierwszych minut schwycił mnie za jajca stalowym uściskiem i trzymał do końcowych napisów (a w sumie to nawet dłużej, ponieważ OST jest tak dobre, iż naprawdę szkoda wyłączać film). Życiowe role Colina Farrella, Raya Winstone'a oraz Davida Thewlisa, znakomity scenariusz wykrojony z wyjątkowej szmiry oraz wybitna ścieżka dźwiękowa. Czegóż jeszcze potrzeba do szczęścia?
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Ocena: 9/10.

niedziela, 28 września 2014

"Blown Away" (1994)



Po przerwie na "Miasto 44" kontynuujemy przegląd kina związanego z szeroko pojętą kwestią irlandzką. W zasadzie to pauza mogłaby być nawet dłuższa, ale lenistwo intelektualne w dalszym ciągu nie pozwala mi skończyć podsumowania "True Blood". Pomysł na obejrzenie "Blown Away" zrodził się przy okazji poszukiwań "The Devil’s Own" na IMDb. W trakcie mozolnego przeglądania tejże zacnej strony natknąłem się bowiem na produkcję, której opis fabuły rozpoczynał się od słów: An Irish bomber escapes from prison and… Brzmi znakomicie, nieprawdaż? Film reżyserowany przez Stephena Hopkinsa (m.in. "Predator 2", "Lost in Space" – typowy wyrobnik) wpasowywał się ponadto idealnie do mojego cyklu recenzji wiekopomnych dzieł związanych w jakiś sposób ze Szmaragdową Wyspą. Trzecim powodem zachęcającym do obejrzenia była natomiast obsada. Jeff Bridges, Tommy Lee Jones oraz Forest Whitaker występując nawet pojedynczo są wystarczająco w pytę, a więc spodziewałem się, że potrójne combo może nieźle namieszać w moim rankingu.
źródło: http://www.impawards.com
Jak się błyskawicznie okazało "Blown Away" to tak naprawdę kino policyjne z lekko zarysowanym północnoirlandzkim tłem – a więc podobnie jak w "The Devil’s Own" (aczkolwiek tam było o wiele więcej Irlandii). Jimmy Dove (Jeff Bridges) to jeden z najlepszych saperów w bostońskiej policji. Na pierwszy rzut oka kochający ryzyko heros pozbawiony choćby jednej, najmniejszej wizerunkowej rysy. Jednakże zewnętrzny obraz Jimmy’ego nijak ma się do jego wnętrza. Nasz bohater po każdej akcji oddaje się womitacji, a w nocy nie może zmrużyć oka z powodu demonów przeszłości. Oczywiście, jak się bardzo łatwo domyślić, owe zmory wiążą się z Sześcioma Hrabstwami. Niemniej życie Jimmy’ego zaczyna się powoli stabilizować, ponieważ postanawia odejść z czynnej służby i związać się z Kate (Suzy Amis). Tymczasem w odległym Ulsterze z brytyjskiego więzienia ucieka owiany złą sławą irlandzki specjalista od bomb Ryan Gaerity (Tommy Lee Jones). Po przybyciu do USA Ryan postanawia wyrównać stare rachunki i zamienić nowe, idylliczne życie Jimmy’ego w najgorszy koszmar.
Wczesny Big Lebowski.
(© 1994 Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc. All Rights Reserved.)
Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu "Blown Away" to wyjątkowo marne kino, nawet jeśli spojrzeć na nie wyłącznie przez pryzmat kina policyjnego. O wątku północnoirlandzkim wspominam z wielkim bólem. Po pierwsze pod tym względem panuje niemalże totalne ubóstwo, a po drugie momentami jest naprawdę głupawo. Najlepszy przykład to oczywiście ucieczka Gaerity’ego z pilnie strzeżonego, brytyjskiego więzienia. Końcowy efekt jest tak wysoce upośledzony, że od razu kojarzy się z kreskówkami, w których wszystkie produkty mają logo ACME. Swoją drogą, gdy kiedyś ktoś z Was zastanawiał się co znaczy ta nazwa to jest akronim od A Company that Makes Everything. Z Sześciu Hrabstw dostajemy tylko skąpe flashbacki, które od czasu do czasu nawiedzają Jimmy’ego oraz informację, że Gaerity ze swoimi bombowymi pomysłami był zbyt hardcore’owy nawet dla Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Jestem przekonany, że w rzeczywistości, po tym co próbował zrobić w Ulsterze, Armia podjęłaby po prostu decyzję o eliminacji i o uroczym pogrzebie w południowym Armagh. "Blown Away" ponadto udowadnia, że nawet poszukiwani irlandzcy terroryści mogą zbiec do ojczyzny Wuja Sama by rozpocząć nowe życie w szeregach bostońskiej policji. No cóż, widocznie Ameryka to naprawdę kraj ogromnych możliwości!
© 1994 Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc. All Rights Reserved.
Po stronie prawości i sprawiedliwości tli się oczywiście konflikt między doświadczonym i utytułowanym pro (Dove) oraz żądnym chwały i fame’u pretendentem (Franklin). Jeśli znacie choćby średnio współczesne kino amerykańskie to widzieliście takie motywy już tysiące razy. Inna oklepana klisza wykorzystana w filmie to oczywiście odejście na emeryturę i błyskawiczny powrót do pracy po śmierci kolegi. Ponadto czarny charakter zamiast po prostu szybko wybić wszystkich bliskich głównego bohatera, pozwolić mu cierpieć, a następnie zadać mu śmierć, bawi się w wyjątkowo misterne plany, które jak łatwo przewidzieć doprowadzą do jego ostatecznej klęski. Na plus można zaliczyć efekty specjalne oraz ścieżkę dźwiękową, o ile oczywiście ktoś uważa, że wszystkie piosenki U2 nie brzmią tak samo. Kule ognia są przyzwoite i wyglądają naprawdę dobrze, aczkolwiek szkoda, iż aby uchronić się przed eksplozją wystarczy rzucić się na ziemię albo po prostu odwrócić. Metody rozbrajania bomb również mogą być uwłaczające dla prawdziwych saperów. W "Blown Away" wystarczy przeciąć jeden z dwóch różnokolorowych kabli (ja na miejscu Gaerity’ego zrobiłbym dwa takie same) albo wyrwać na pałę dowolny element i wszystko będzie git.
© 1994 Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc. All Rights Reserved.
Spodziewałem się, że jeśli nawet "Blown Away" nie będzie dobrym filmem, to trójka utytułowanych i poważanych aktorów wystarczy by zapewnić dobre wrażenia końcowe. Niestety przy całej mojej sympatii dla Jeffa Bridgesa muszę napisać, że zawiódł moje oczekiwania. Najgorzej przedstawiał się jako Dove upadły: sceny pijaństwa w jacuzzi wypadły wysoce żenująco. W wersji sympatycznej nie był nawet najgorszy, ale jest to aktor, po którym spodziewałem się o wiele więcej. Forest Whitaker gra dosyć sztampową postać i nie za bardzo postarał się, aby była do kreacja pamiętana przez lata. Ot, klawo, że jest, ale nic więcej. Natomiast to co zrobił ze swoją postacią Tommy Lee Jones to już prawdziwa rozpacz. Liczyłem na zimnego profesjonalistę z Ulsteru, a otrzymałem co prawda pro, ale przy okazji również kompletnego pojeba – najlepsze przykłady to scena z nagraniem i krabami. Nie da się na to patrzeć! Dodatkowo na drugim planie prawie nic się nie dzieje. Suzi Amis snuje się gdzieś w tle, od czasu do czasu robiąc małżeńskie wyrzuty. Jedyna fajna postać (w zasadzie może nawet najlepsza w filmie) to wujek Dove’a, Max O’Bannon. Wielkie brawa dla nieżyjącego już niestety Lloyda Bridgesa!
© 1994 Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc. All Rights Reserved.
Po raz kolejny zatem szara rzeczywistość brutalne zweryfikowała wybujałe oczekiwania. Głupawość, sztampowy scenariusz i przeszarżowanie kreacji Tommy’ego Lee Jonesa skutecznie zniechęcają do ponownego obejrzenia "Blown Away". Ocena nie może być zatem wyższa niż poniżej. W zasadzie film mogę polecić jedynie osobom, które pewnego pięknego dnia obudzą się opętane ideą stworzenia rankingu filmów związanych z szeroko pojętą kwestią irlandzką i nie spoczną póki lista nie będzie kompletna albo trud nie będzie skończony.
© 1994 Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc. All Rights Reserved.
Ocena: 4/10.

wtorek, 23 września 2014

"Miasto 44"



Z okazji dwusetnej recenzji postanowiłem przygotować coś ekstra, a jako, że od "Edge of Tomorrow" nie byłem w kinie, nadarzyła się wyśmienita okazja, aby wybrać się do Mikro, obejrzeć i zrecenzować "Miasto 44". O filmie Jana Komasy zrobiło się już głośno w fazie produkcji. Powodem medialnej zawieruchy były bowiem protesty powstańców zatrudnionych w roli konsultantów, którym nie podobały się sceny erotyczne oraz wulgaryzmy. Kiedy przeczytałem o tym po raz pierwszy, niemal w kieszeni otworzył mi się sekator, którego używam w swojej codziennej, kryminalnej działalności. Pierdolenie (wybaczcie Moi Drodzy, ale tego nie da się nazwać inaczej) o seksualnej wstrzemięźliwości i nie używaniu słownictwa uznanego za nieparlamentarne w trakcie Powstania Warszawskiego wydaje mi się już totalnie absurdalnym zabiegiem, o którym naprawdę żal pisać. Aż tak bardzo chcecie podtrzymywać mit nieskalanego nieczystą chucią, złotoustego powstańca katolika-intelektualisty? Szkoda zatem, że bohaterowie "Miasta 44" nie deklamują kwestii trzynastozgłoskowcem! Patrząc na tę sytuację z drugiej strony, szum medialny z pewnością przysporzył projektowi sporo fame'u i sprawił, że wiele osób tak naprawdę zaczęło interesować się filmem. Jeśli była to jedynie akcja marketingowa (a po projekcji utwierdzam się w tym przekonaniu coraz mocniej) to oceniając jej skuteczność należy pochwalić pomysłodawcę. Wstęp się troszkę rozrósł, ale muszę wspomnieć o jeszcze dwóch ważnych kwestiach. Niniejszy tekst dotyczy wyłącznie filmu i ewentualnie, gdy trzeba, wydarzeń związanych z Powstaniem Warszawskim. Nie mam zamiaru oceniać czy było one słuszne czy też nie. Po pierwsze nie czuję wystarczająco kompetentny, choć kiedyś o tym wiele czytałem, a po drugie nie da się odtworzyć ducha tamtego lata i emocji, które wypełniały Warszawę. Natomiast jeżeli "Miasto 44" miało być hołdem dla Powstania to powinno mieć premierę 1 sierpnia, a nie 19 września. Nie możemy jednak zapomnieć, że gimbazy są zamknięte w wakacje, a hajs się musi zgadzać.
źródło: http://miasto44.pl/
Zasiadając w kinowym fotelu miałem naprawdę spore oczekiwania. Liczyłem wreszcie na produkcję, która ukaże wojnę epicko i jednocześnie mądrze, bez niepotrzebnego patosu, z całym brudem, syfem i cierpieniem, które niesie. Pierwsze rozczarowanie przyszło już na samym początku. Z żenujących faktów dowiadujemy się m.in., że nie było hajsu na produkcję, ponieważ zbierano go aż osiem lat, że zmarnowano 71 kilometrów taśmy na nakręcenie filmu, że efekty specjalne to 30 tysięcy godzin pracy (mogło chodzić też o tony gruzu), a konkluzja jest jedna: jeśli widzisz, że ktoś nagrywa film w kinie to zakapuj go jak szmalcownik na Gestapo. Hola! Co mnie to do chuja obchodzi? Skąd mam wiedzieć czy 71 kilometrów taśmy to dużo czy mało – przecież nie siedzę w filmowym biznesie pod takim względem! No, ale myślę: dobra, chłopaki chcą się pochwalić, a statystyki zawsze robią dobre wrażenie na plebejuszach, ekran zweryfikuje wszystko. Jednakże zanim "Miasto 44" zaczęło się na dobre pojawiła się niekończąca wyliczanka sponsorów – jak żyję czegoś takiego nie widziałem! Rzadko chodzę do kina na polskie filmy, ale podejrzewam, że jest to nagminny proceder.
źródło: http://miasto44.pl/
Byłem więc już z deczka poirytowany, gdy zobaczyłem pierwsze napisy. Niestety powiększyły one niemiłosiernie moje wkurwienie. Wyjątkowo czerstwe plansze z jakimiś banałami to można sobie wyświetlać w reszcie świata, a nie w Polszy, w której każden jeden ma historię w jednym palcu. No, ale dobra czas zarysować fabułę. "Miasto 44" to historia grupy przyjaciół, młodych warszawiaków, którzy latem 1944 roku brutalnie wkraczają w dorosłe życie. Oś fabularna obraca się wokół perypetii świeżo zwerbowanych żołnierzy AK Stefana (Józef Pawłowski) oraz Biedronki (Zofia Wichłacz). Razem z parą głównych bohaterów przemierzamy najbardziej znane miejscówki powstańczej Warszawy: zaczynając od Woli (Pałacyk Michla, Żytnia, Wola; bronią jej chłopcy od Parasola), poprzez Stare Miasto, ewakuację kanałami na Śródmieście, by wreszcie skończyć przygodę na Czerniakowie.
źródło: http://miasto44.pl/
Nawiązując do zarzutów ze strony powstańców w "Mieście 44" bluzgi można zliczyć na palcach obu rąk, a sceny erotyczne są może ze trzy i to jeszcze w wersji soft. Gross wulgaryzmów pada zresztą z ust niedobrych nazistowskich (co się tu podkreśla – what the fuck?!) Niemców. Mimo, że erotyka jest uboga, można się spodziewać oskarżeń ze strony prawdziwych polskich nacjonalistów, dla których największym przejawem miłości do ojczyzny jest podpalanie różnych rzeczy, iż Jan Komasa próbował przerobić piękny patriotyczny zryw na dubstepowy porno teledysk. Nie da się ukryć, że "Miasto 44" nakręcono w niezwykle nowoczesny sposób, który o lata świetlne wyprzeda współczesne polskie kino wojenne. Teledyskowa maniera, slow motion czy wykorzystanie słynnych przebojów mogą być szokujące w odbiorze, jeśli tkwimy w zaściankowości. Na mnie największe wrażenie zrobiła sekwencja składająca się z przebitek sceny erotycznej oraz szturmu na kamienicę, do której za ścieżkę dźwiękową posłużyły ciężkie dubstepowe bity. Zaprawdę powiadam Wam: ogląda się to WYKURWIŚCIE!!! Niestety tak doskonałych scen jest niewiele i co może wydać się dziwne przypominają mi … "Sucker Punch".  Co prawda Warszawa wygląda w filmie znakomicie, ale same efekty pozostawiają wiele do życzenia. Gdzie te 30 tysięcy godzin pracy? Wybuchy granatów są okrutnie słabe, tak samo jak śmigające zewsząd pociski (wyglądające zresztą jak świetliki). W zasadzie doskonale imponująco wypadła jedynie fala uderzeniowa po wybuchu tzw. czołgu pułapki 13 sierpnia 1944 roku na ulicy Kilińskiego (zginęło wówczas ponad 300 osób, a kilkaset zostało rannych).
źródło: http://miasto44.pl/
A co zostanie, gdy odrzucimy formę i skupimy się na treści? "Miasto 44" to raczej nijaka historia, niemalże klasyczny romansowy trójkąt opierający się na różnicach klasowych. Swoją drogą większość ukazanych w filmie powstańców to przedstawiciele zamożnych rodzin inteligenckich. A ja się pytam zatem czy w Powstaniu nie walczyli aby także dumni synowie robotniczego Czerniakowa? Z tego powodu na ekranie słyszy się relatywnie mało starej, znakomitej warszawskiej gwary. Pod tym względem na pewno nie jest morowo. W fabule niestety dużo wyświechtanych klisz (np. skoro o warszawskiego urwisa walczą dwie klawe panny to od razu wiadomo, że jedna polegnie na polu chwały) i łatwo w poszczególnych scenach przewidzieć kto zginie. A śmierci jest sporo i zdarzają się naprawdę brutalne. Fajnie ukazano początkowy entuzjazm bohaterów, którzy wybuch Powstania traktują jako zabawę, ale już po pierwszej akcji nastroje ulegają diametralnym zmianom. Dobrze, że Komasa zwraca uwagę na prosty, ale często zapominany fakt: spora część uczestników Powstania nie była żołnierzami, a ich wyszkolenie trudno określić nawet jako podstawowe. Stąd też nie może dziwić cała masa idiotycznych zgonów, aczkolwiek z oceną AK należy się wstrzymać do frontalnego ataku berlingowców na Czerniakowie, który dowodzi, że ówczesna radziecka myśl nie była przodująca w dziedzinie urban warfare. Co ciekawe ostatnia scena filmu to oczywiste nawiązanie do "Gangów Nowego Jorku", z tą różnicą, że NY wyglądał zajebiście, a Warszawa chujowo.
źródło: http://miasto44.pl/
Generalnie "Miasto 44" rozczarowuje pod względem aktorskim. Z pewnością ogromne oklaski należą się uroczej Zosi Wichłacz za znakomitą rolę Biedronki (w szczególności za scenę Nie zostawiaj mnie nigdy więcej!). Jest to bardzo dobrze napisana postać, bez nachalnego heroizmu i momentami działająca w dwuznaczny sposób. Niestety partnerujący jej Józef Pawłowski przez większą część filmu jest warzywem, co sprawia, że jego postać mógłby zagrać Channing Tatum, ale wyszłoby znacznie drożej. Moim skromnym zdaniem Stefan mógłby zginąć w pierwszym szturmie bez straty dla produkcji, a przecież atak legendarny łopatą mógłby wykonać zawsze ktoś inny. W zasadzie poza dwójką głównych bohaterów brakuje ciekawych postaci, które przeciętny widz mógłby zapamiętać. Anna Próchniak (Kama) gra sztampową postać, podobnie jak Maurycy Popiel (Góral). W zasadzie mogę wyróżnić Antoniego Królikowskiego za rolę sympatycznego Beksy oraz Tomasza Schuchardta za stanowczego Kobrę.
źródło: http://miasto44.pl/
Czytając recenzję może wydawać się, że "Miasto 44" jest kompletnie nieudaną produkcją. Nie byłbym jednakże fair wobec Janka Komasy, gdybym tak twierdził. Oczywiście, pod wieloma względami film stanowi dla mnie rozczarowanie (ach, znowu te wybujałe oczekiwania!), ale produkcja jest naprawdę solidna i daje radę. Potrafię docenić nowatorskie podejście do skostniałego polskiego kina wojennego, dużą dozę nowoczesności oraz odwagę reżysera by zrobić to w ten, a nie inny sposób. Gość pokazał, że ma jaja, ale póki co nie są one jeszcze ze stali. Pamiętajcie jednak, że to moja, niezwykle subiektywna opinia. Uważam, że warto się wybrać do kina by wyrobić sobie własne zdanie na temat "Miasta 44", albowiem cytując klasyka: racja jest jak dupa - każdy ma swoją.
źródło: http://miasto44.pl/
Ocena: 6/10.

niedziela, 14 września 2014

"The Long Good Friday"



Ostatnimi czasy miałem zamiar po cichu kontynuować przegląd kinematografii związanej z szeroko pojętą kwestią irlandzką, aczkolwiek postanowiłem nie afiszować się z tym faktem, gdyż moje plany często są brutalnie weryfikowane przez szarą, codzienną rzeczywistość. I w tym przypadku wydawało się, że będzie podobnie, gdyż po przeczytaniu recenzji "The Long Good Friday" na portalu film.org.pl zapałałem ogromną ochotą by obejrzeć film Johna Mackenzie. Jak słusznie zauważył autor tekstu, w Polszy wspomniana produkcja cieszy się dosyć niewielką popularnością. Co więcej, muszę przyznać, że do momentu lektury nigdy nie słyszałem o tym filmie. W totalnym zalewie hollywoodzkiej tandety można przeoczyć najprawdziwsze perełki prosto z Wysp Brytyjskich. Jednakże zanim przejdziemy do zachwytów nad "The Long Good Friday" jeszcze jedna uwaga. Tym razem los okazał się dosyć przewrotny, bowiem gdy wydawało się, że przegląd produkcji związanych z Irlandią zatrzyma się na magicznej cyfrze jeden, okazało się, że "Długi Wielki Piątek" idealnie wpasowuje się do rankingu najlepszych filmów dotyczących szeroko pojętej kwestii irlandzkiej.
źródło: http://www.impawards.com
Harold Shand (Bob Hoskins) to znakomicie prosperujący gangster, który karierę zaczynał na samym dole przestępczej hierarchii. Po latach wytrwałej pracy wspiął się na londyński kryminalny Olimp. Dzięki wyeliminowaniu najgroźniejszych przeciwników zapewnił miastu dekadę spokoju oraz przyczynił się do prosperity półświatka. Jednakże ambicje Harolda sięgają znacznie dalej. Pod koniec lat 70-tych Londyn jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do Igrzysk Olimpijskich ’88. Shand postanawia wykorzystać nadarzającą się okazję i dzięki wsparciu finansowemu ze strony amerykańskiej mafii pragnie przejąć grunty pod najbardziej intratne inwestycje. Jednakże w momencie, gdy finalizacja transakcji wydaje się być na wyciągnięcie ręki, a gangsterzy z USA bawią z wizytą w Londynie, misterny plan zaczyna się sypać. Z nieznanych przyczyn zaczynają ginąć najbardziej zaufani ludzie Harolda, a on sam ledwie uchodzi z życiem z zamachu bombowego.
źródło: http://www.imdb.com
Na początku muszę pochwalić "The Long Good Friday" za znakomity scenariusz, który trzyma widza w napięciu aż do napisów końcowych. Naprawdę, w porównaniu do współczesnego filmowego gunwa, warto czasem sięgnąć po nieznane szerzej klasyki gatunku. Niestety z powodu konstrukcji fabularnej tak naprawdę niewiele można zdradzić na temat rozwoju akcji. Nie mogę nawet podać pierwotnego tytułu filmu, ponieważ sam w sobie zawiera jeden z największych spoilerów w dziejach (znajdziecie go w dziale trivia na IMDb). Jak można było w ogóle wpaść na taki pomysł? Chociaż z drugiej strony oceniam, że gdyby produkcję wypuszczono w Polsce pod oryginalnym tytułem bez tłumaczenia, to niewiele osób wiedziałoby o co chodzi. "The Long Good Friday" przedstawia Londyn trzymany w garści przez potężnego gangstera. W kieszeni Shanda siedzą nie tylko lokalni politycy, ale także przedstawiciele dumnego Scotland Yardu. Jednakże wystarczy jeden niezwykle przypadkowy zbieg okoliczności by mozolnie budowane imperium zaczęło chwiać się w posadach. Film Johna Mackenzie doskonale oddaje realia metropolii z końca lat 70-tych ubiegłego stulecia i co ciekawe odważnie ukazuje homoseksualizm jednej z czołowych postaci. Wraz z bohaterami przemierzamy mniej popularne zakątki Londynu, odwiedzając między innymi legendarne Brixton utrwalone na wieki wspaniałą piosenką The Clash. Poziom przemocy, chociaż nie ma jej tak naprawdę zbyt wiele, jest momentami wprost porażający. Pomysł Harolda związany z rzeźnią to doskonałość sama przez się, ale prawdziwie imponuje jedno z morderstw dokonanych w filmie. Pod względem brutalności i naturalizmu zalicza się w pewnością do Top 10 w dziejach kinematografii.
źródło: http://www.imdb.com
"The Long Good Friday" to także galeria znakomitych postaci. Oczywiście ekran zdominował Harold Shand w wykonaniu zmarłego niestety w tym roku Boba Hoskinsa. Znakomicie napisana postać: niby wielki oraz rozsądny gangster, ale borykający się z okresowymi skłonnościami do niekontrolowanych erupcji agresji i idiotycznych zachowań w stylu rozkapryszonego dziecka. Z biegiem filmu zaślepiony wiarą we własną potegę Shand zaczyna coraz bardziej tracić kontakt z rzeczywistością, Wielkie oklaski dla brytyjskiego aktora i ogromny szacunek za tę rolę. Jeżeli chcecie docenić kunszt aktorski Boba Hopkinsa zwróćcie uwagę na ostatnią scenę filmu, która rozgrywa się praktycznie bez słów. Abstrahując od popisów aktorskich jest to jeden z najlepszych finałów, jakie miałem okazję oglądać kiedykolwiek. Victoria, jako dziewczyna gangstera, to także doskonale napisana postać. Wreszcie dostajemy piękną i jednocześnie ogarniętą życiowo kobietę będącą czymś w rodzaju głosu rozsądku dla Harolda, a nie jak to mawiają w krakowskim MPK monotematyczną, tępą niunię. A w roli Victorii…Helen Mirren! Ogromne oklaski, w duecie z Hoskinsem widać ekranową chemię w najczystszej postaci. Na drugim planie, co się rzadko zdarza, jest prawdziwie wybornie. Chciałbym na pewno wyróżnić Dereka Thompsona (Jeff) oraz Paula Freemana (Colin). Dobrą robotę zrobił również P.H. Moriarty (Razors) i bardzo charakterystyczny Eddie Constantine (Charlie). Dla współczesnych widzów niejakim zaskoczeniem może być natomiast fakt, że "The Long Good Friday" to debiut Pierce’a Brosnana na wielkim ekranie. Irlandczyk wypowiada co prawda jedną kwestię, ale każde jego pojawienie się w filmie jest znakomite.
źródło: http://www.imdb.com
"The Long Good Friday" to naprawdę znakomite kino, a za dodatkowy bonus należy uznać wybitną ścieżkę dźwiękową. Spoglądając na współczesne, miałkie produkcje zastanawiam się co poszło nie tak i dlaczego nie można w większym stopniu skorzystać z tak wspaniałego dziedzictwa? Przykładowo uważam, że "London Boulevard" będący znakomitą produkcją opartą na totalnej chujowiźnie książkowej, bardzo wiele czerpie z najlepszych tradycji angielskiego kina gangsterskiego, aczkolwiek wylano na niego hektolitry hejtingu. Jeśli macie zatem ochotę obejrzeć coś naprawdę wybitnego nie wahajcie się włączyć "The Long Good Friday".
Young & Beautiful ;)
(źródło: http://www.imdb.com)

Ocena: 9/10.

sobota, 6 września 2014

"The Devil's Own"



Ponieważ ostatnio zmierzyłem się ze znakomitą książką Eda Moloneya A Secret History of the IRA postanowiłem obejrzeć parę filmów związanych z The Troubles. Zanim przejdę do właściwego tematu kilka słów o wspomnianej publikacji. Jeżeli ktokolwiek z Was, Drodzy Czytelnicy, pragnie zgłębić historię powstania i działalności Tymczasowej IRA to z pewnością niezwykle trudno będzie znaleźć lepszą pozycję. Ed Moloney zachwyca znajomością tematu oraz dogłębną analizą motywów działania republikańskich przywódców, ale prawdziwą wisienką na torcie są relacje uczestników opisywanych zdarzeń. Wybitna książka, warta każdych pieniędzy! Zakończywszy lekturę znalazłem się w wysoce prorepublikańskim nastroju, więc postanowiłem go trochę przedłużyć, tym razem przy pomocy produkcji filmowych. Niestety na "’71" przyjdzie jeszcze troszkę poczekać, więc zwróciłem się ku starociom. Na pierwszy ogień poszedł ostatni film wyreżyserowany przez Alana J. Pakulę, czyli niesławny "The Devil’s Own" (w Polszy znane jako "Zdrada"). Ponoć już w trakcie kręcenia dochodziły słuchy o poważnym konflikcie czołowych aktorów, mordobiciach na planie oraz kilkukrotnych zmianach scenariusza. Oczywiście wszystkie z powyższych czynników w negatywny sposób wpłynęły na końcowy efekt, o czym możemy przekonać się poniżej.
źródło: http://www.impawards.com
Idylliczny prolog "The Devil’s Own" rozgrywa się w Sześciu Hrabstwach w wyjątkowo niespokojnym roku 1972. Ojciec 8-letniego Francisa McGuire’a na oczach rodziny zostaje zamordowany przez lojalistyczną bojówkę za sympatyzowanie z Irlandzką Armią Republikańską. Ponad dwadzieścia lat później dorosły Frankie (Brad Pitt) jest już osławionym i wielce szanowanym członkiem Óglaigh na hÉireann. Jako doskonale wyszkolony miejski partyzant ma na swoim koncie wiele zabójstw brytyjskich żołnierzy, funkcjonariuszy RUC oraz lojalistów. Niestety Brytyjczycy dysponując ogromną dysproporcją sił zawężają pętlę wokół jednostki McGuire’a. Po nieudanej zasadzce, w trakcie której przelano hektolitry krwi rojalistycznych okupantów, Frankie by odetchnąć dostaje ważną misję w USA. Pomieszkując u Toma O’Meara (Harrison Ford), policjanta NYDP o irlandzkich korzeniach, nasz bohater ma zadanie sfinalizować transakcję zakupu Stingerów, które pozwolą IRA na skuteczniejszą walkę z brytyjskim reżimem.
źródło: http://www.rollingstone.com
Na początek kilka słów o republikańskich realiach przedstawionych w filmie. Jeżeli ktoś mi powie, że zabójstwa w stylu odpalenia ojca McGuire’a są nierealistyczne i nie mogły mieć miejsca to zapraszam do zapoznania się z historią północnoirlandzkiego konfliktu, a w szczególności z działalnością osławionego Shankill Butchers powiązanego z UVF. Fajnie, że zaznaczono podział IRA na niewielkie jednostki nazywane ASU (Active Service Units), które zaczęto wyodrębniać pod koniec lat 70-tych ubiegłego stulecia. Natomiast wysłanie do USA tak bardzo poszukiwanego Ochotnika wydaje się wyjątkowo absurdalne. W ojczyźnie Wuja Sama istniały bowiem struktury, które zajmowały się zakupem broni oraz zbieraniem funduszy, więc nie było potrzeby wysyłania tam ludzi, którzy wydatnie zwiększaliby ryzyko niepowodzenia misji. Motyw przewiezienia broni statkiem wyraźnie nawiązuje natomiast do współpracy Tymczasowej IRA i pułkownika Mu’ammara Kaddafiego w drugiej połowie lat 80-tych. Eksterminowanie żołnierzy ASU bez procesu również ma spore racje bytu (vide Gibraltar 1988 - Operacja Flavius). Podsumowując realizm należy stwierdzić, iż jak na ignorancję Hollywood jest w porządku, ale bez szału.
Tom O'Meara - plugawy zdrajca irlandzkiej sprawy.
(źródło: http://www.rollingstone.com)
O ile podobały mi się początkowe sceny rozgrywające w się Ulsterze, o tyle po przeniesieniu akcji za ocean pierwotny entuzjazm zaczął drastycznie opadać. Scenariusz nie trzyma napięcia i niestety jest straszliwe przewidywalny. Nie będę ukrywał, że dla mnie pozytywnym bohaterem filmu jest Frankie, zagorzały bojownik o zjednoczenie Irlandii i poprawę losu uciskanego ludu Ulsteru. Ciekawa postać i co jeszcze bardziej interesujące, mimo podążającego za nią okrucieństwa i bezwzględności, potrafiąca wywołać u widza sympatię. Ogromna w tym zasługa Brada Pitta, który naprawdę dał z siebie wszystko, abyśmy polubili Frankiego. Polecam w szczególności znakomitą scenę z monologiem głównego bohatera o śmierci ojca i sytuacji panującej w Sześciu Hrabstwach. Na przeciwnym biegunie stawiam natomiast Toma O’Meara, którego traktuję jak najprawdziwszego villaina. Nie dość, że jawnie zdradził sprawę swoich przodków to na dodatek niemal zakapował swojego kolegę policjanta. Przez większość ekranowego czasu strasznie jednowymiarowa postać – niemal stąpający po nowojorskich ulicach ideał prawa, sprawiedliwości oraz nieprzekupności, a przy tym przykładny ojciec rodziny. Jednakże gdy przychodzi co do czego O’Meara zaczyna zastraszać, oklepywać świadków oraz wymuszać zeznania, kompletnie ignorując rozkazy przełożonych. Bez przesady można stwierdzić, iż przemienia się w berserkera żądnego irlandzkiej krwi. Oczywiście Harrison Ford poszedł na łatwiznę i po raz kolejny zagrał z typową dla siebie manierą. Wszystko to sprawia, że szczerze zacząłem nienawidzić jego bohatera i życzyć mu powolnej, bolesnej śmierci. Na drugim planie nie ma większego szału ani wybitnych postaci. Z pewnością chciałbym wyróżnić Nataschę McElhone (Megan) oraz Rubéna Bladesa (Diaz), bo na przykład rola Treata Williamsa (Burke) nie wyróżnia się niczym na tle setek podobnych kreacji.
źródło: http://www.rollingstone.com
Zasadniczo "The Devil’s Own" mogę polecić jedynie osobom, które przejawiają prawdziwe zainteresowanie konfliktem w Irlandii Północnej. Pod wieloma względami film Pakuly jest momentami głupawym, hollywoodzkim widowiskiem, ale ma również swoje smaczki. Szczęśliwie stosunkowo mało jest scen, w których Harrison Ford dokonuje rzeczy niemożliwych. Niestety zakończenie nie jest, chociaż to kilkukrotnie podkreśla w filmie Frankie, typowo irlandzkie – oglądamy finał sztampowo amerykański. Mogło być zdecydowanie lepiej, ale cóż takie już widocznie irlandzkie szczęście.
źródło: http://www.rollingstone.com
Ocena: 5/10.

niedziela, 31 sierpnia 2014

"The Running Man" (1987)



Po obejrzeniu "Cobry" postanowiłem kontynuować wyprawę w lata 80-te ubiegłego stulecia. Tym razem na warsztat musiała trafić jednakże produkcja z największym rywalem Sylvestra Stallone’a, czyli samym Arnoldem Schwarzeneggerem. Długo rozważałem czy postawić na "Commando" czy też uderzyć w "The Running Man". Ostatecznie zdecydowałem się jednakże na drugi film, ponieważ oglądałem go bardzo dawno temu i dysponuję niezwykle mglistymi wspomnieniami (to znaczy, że nie pamiętałem prawie nic). Zatem tym razem przenosimy się do roku 1987. Warto zauważyć, że "Uciekinier" oparty został na książce Stephena Kinga zatytułowanej niezwykle zaskakująco – The Running Man. A czy warto oglądać przekonacie się poniżej!
źródło: http://www.impawards.com
W 2017 roku kryzys zniszczył podstawy światowej gospodarki. W efekcie na gruzach Stanów Zjednoczonych powstało totalitarne społeczeństwo oddające się wyłącznie brutalnym, telewizyjnym rozrywkom. Porucznik Ben Richards (Arnold Schwarzenegger), dokładnie tak jak Reno Raines, zostaje skazany za zbrodnię, której nie popełnił – niemniej w tym przypadku chodziło o dokonanie masakry buntującej się ludności cywilnej. Po brawurowej ucieczce z więzienia i nieoczekiwanej zdradzie zostaje ponownie schwytany przez funkcjonariuszy opresyjnego reżimu. Tym razem potężny telewizyjny gwiazdor, Damon Kilian (Richard Dawson), zmusza Richardsa do wzięcia udziału w najpopularniejszym programie świata, tytułowym The Running Man, będącym czymś w rodzaju współczesnych walk gladiatorów.
Arnie taki doskonały!
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
Podobnie jak recenzowana niedawno "Cobra", "The Running Man" to naprawdę mocne uderzenie lat 80-tych. Jednakże tym razem na ekranie możemy podziwiać Arnolda Schwarzeneggera w szczycie formy fizycznej, z nieodłącznym cygarem i złotymi one-linerami na ustach. Pod względem fabularnym "Uciekinier" nie jest może najwybitniejszą produkcją w dziejach kinematografii, ale przynajmniej niesie jakieś przesłanie dotyczące szkodliwości telewizji i manipulacji faktami przez współczesne media. Co prawda poważny przekaz filmu to zaledwie ułamek całości, ponieważ mamy lata 80-te i liczy się prawdziwa akcja z brutalną przemocą, ale warto odnotować zaistnienie tegoż faktu. A czy jest naprawdę brutalnie? Momentami tak, na mnie największe wrażenie zrobiła brawurowa dekapitacja, której doznał jeden z osadzonych w obozie pracy. Imponujące! Oprócz tego oczywiście eksplozje, strzelaniny, rozcinanie ludzi piłami łańcuchowymi, rażenie prądem i wiele, wiele innych atrakcji! Jasne, mogłoby być jeszcze więcej krwistej posoki, ale cieszmy się z tego, co przynosi dzieło Paula Michaela Glasera.
Maria Conchita Alonso zawsze wygląda uroczo.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
Na pewno w kwestii przeciwników Richardsa można było się postarać bardziej, ponieważ są straszliwie komiksowi. Sub Zero pozostawię bez komentarza, ponieważ jest zbyt absurdalny. Buzzsaw i Fireball są jeszcze do przyjęcia, ale Dynamo to prawdziwa porażka. Postać wyglądająca jak tłusta, obleśna choinka i na dodatek poruszająca się w dziwacznym, kompletnie bezużytecznym pojeździe i wyśpiewująca operowe arie. Jak dla mnie do odstrzału. Na pewno najlepszym czarnym charakterem byłby Captain Freedom (świetny Jesse Ventura), ale twórcy zmarnowali jego potencjał nie doprowadzając do starcia z Richardsem. Co się w ogóle stało z tą postacią to nie mam nawet pojęcia! "The Running Man" bardzo dobrze oddaje za to realia telewizyjnego show z charyzmatycznym prowadzącym, który w gruncie rzeczy jest totalnym kutasem. Pod tym względem echa "Uciekiniera" z pewnością można dostrzec w wielu późniejszych produkcjach, a najbardziej oczywistym skojarzeniem są oczywiście "Igrzyska Śmierci". Niestety znowu mamy do czynienia z jakąś lewackim ruchem oporu, który planuje przeprowadzić rewolucję ku uciesze plebejuszy. Niemniej sztampowe rozwiązania fabularne szybko idą w zapomnienie, ponieważ z ust Arniego co chwilę padają znakomite one-linery z nieśmiertelnym I’ll be back na czele.
Ostatnia rola Richarda Dawsona.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
W "The Running Man" naprawdę z przyjemnością ogląda się Arnolda Schwarzeneggera, wsłuchując się w jego austriacki akcent. Co ciekawe również główna postać kobieca, grana przez uroczą Marię Conchita Alonso (Amber Mendez), mówi po angielsku z mocnym latynoskim akcentem. Potraficie wskazać drugi amerykański film, w którym para głównych bohaterów znajduje się podobnej sytuacji językowej? Niemniej należy zwrócić uwagę, że Arnie i Maria świetnie się uzupełniają na ekranie, tworząc naprawdę zgrany duet. Jako villain doskonale wypada Richard Dawson, dla którego była to niestety ostatnia rola w karierze. Jednakże moją ulubioną postacią drugoplanową jest wspomniany Captain Freedom. Bardzo dobra rola Jesse’ego Ventury, który w latach 1998 – 2003 pełnił urząd gubernatora Minnesoty. Z ciekawostek muzycznych natomiast warto wspomnieć, że w postać Mica wciela się sam Mick Fleetwood z legendarnego zespołu Fleetwood Mac.
Captain Freedom po cywilnemu.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
"Uciekinier" to momentami znakomita rozrywka, niemal filmowa esencja stylu lat 80-tych, przepełniona wprost wybornymi one-linerami. Twórcy dobrze zbilansowali brutalność i zabawowość, aczkolwiek nie wszystko poszło tak doskonale. Scenariusz mógłby być zdecydowanie lepszy, a przede wszystkim głębszy oraz poważniejszy. Na stanowisku reżysera można było posadzić prawdziwego, doświadczonego gracza, a nie telewizyjnego wyrobnika. Niemniej mimo powyższych ułomności "The Running Man" potrafi przynieść naprawdę sporo radości i dlatego właśnie otrzymał tak relatywnie wysoką ocenę.
Dynamo - jedna z najgorszych postaci ever.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)


Ocena 6/10 (przede wszystkim za wyborne one-linery).

środa, 20 sierpnia 2014

"Cobra"

Przenieśmy się dzisiaj do roku 1986. W USA rządzi Ronald Reagan, w Zjednoczonym Królestwie Margaret Thatcher cięmięży walijskich górników i północnoirlandzkich republikanów, a w Polszy... - who gives a fuck? W tymże właśnie epickim czasie pełnego rozkwitu lat 80-tych Sylvester Stallone postanowił uhonorować przyjście na świat, jak się okazało później, najwybitniejszego amatorskiego recenzenta filmowego w dziejach wszechświata. Albowiem kilka miesięcy wcześniej nad jednym z kieleckich szpitali pośród mroków nocy zabłysło dziesięć gwiazdek nieistniejącego jeszcze IMDb, zwiastujących nadejście Wybrańca. I tak właśnie wszedł on do gry. I wszyscy wiedzieli, że to było dobre. Wracając jednakże do Stallone'a muszę nadmienić, iż przez lata oglądania megahitów Polsatu i superkina TVN nigdy nie udało mi się natrafić na "Cobrę". Jestem o tym przekonany w 100%, ponieważ produkcja ze złotych lat 80-tych pozostawia niezatarte wspomnienia. Dlaczegóż? Pozwólcie, że Wam wytłumaczę!
Plakat taki bezbłędny.
( źródło: http://www.impawards.com)
Porucznik Cobra Cobretti (Sylvester Stallone) to spiżowy heros z jajami wykutymi z kryptonitu. Bezbłędna stylówa: jeans, skóra, auto w stylu retro (Mercury rocznik 1950), lotnicze okulary, wykałaczka w pysku oraz nigdy niezdejmowane skórzane rękawiczki tworzą obraz twardziela ponad twardzielami. Jak łatwo się domyślić nasz bohater jest oczywiście stróżem prawa w Mieście Aniołów. Jednakże jego pozycja jest na tyle nietypowa, iż wzywany jest jedynie do najtrudniejszych przypadków wymagających niestandardowego działania na granicy prawa (to znaczy: podejrzani rzadko dożywają do rozprawy sądowej; Cobra jawi się jako ktoś w rodzaju Sędziego Dredda). Tymczasem na ulicach L.A., niczym poważna choroba, szerzy się zbrodnia. Organizacja (sekta?), powstała wokół jegomościa zwanego Night Slasher (Brian Thompson), eksterminuje randomowe jednostki, co skutecznie utrudnia LAPD wytropienie sprawców. W końcu jednakże udaje się znaleźć świadka gotowego do złożenia zeznań. Oczywiście to właśnie Cobra otrzymuje niezwykle trudne zadanie ochrony pięknej Ingrid (Brigitte Nielsen).
Porucznik Cobretti również bezbłędny.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
"Cobra" to sztandarowy manifest lat 80-tych, ale także swoiste dzieło programowe kina policyjnego, wypełnione po brzegi różnymi kliszami. Jest ich tak wiele, że zamiast skupić się na ich opisywaniu po prostu wymienię je poniżej, abyście mogli poznać pełną skalę tegoż niezwykłego zjawiska:
  • oczywiście głównym bohaterem filmu jest biały, małomówny twardziel wykazujący wyraźną tendencję do porozumiewania się z pozostałymi postaciami za pomocą one-linerów,
  • partnerem naszego herosa jest tym razem Latynos o zabawowym usposobieniu,
  • niezmiennie Cobra działa według własnych reguł i głęboko w rzyci ma policyjne regulaminy, przepisy prawa i inne gówno warte zasady,
  • nietypowe metody działania porucznika Cobretti nie przynoszą żadnych sankcji; co więcej większość jego przełożonych darzy go szacunkiem,
  • oczywiście wśród przełożonych Cobry musi znaleźć się choćby jeden kutas hejtujący poczynania głównego bohatera – detektyw Monte,
  • w filmie znalazło się wiele muzycznych wstawek z przebojami lat 80-tych,
  • łatwo domyślić się, że między parą głównych bohaterów wywiąże się soczysty romans,
  • obowiązkowy zamach na świadka przebywającego w szpitalu,
  • randomowi pomocnicy Night Slashera giną w ogromnych ilościach,
  • Cobra nie kłania się kulom,
  • obowiązkowo finałowy pojedynek między protagonistą oraz antagonistą rozgrywa się w fabryce.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Mimo, że od premiery "Cobry" minęły trzy dekady to dzieło George'a P. Cosmatosa może przynieść sporo radości (o ile oczywiście przed seansem przygotujemy się do mocnego uderzenia w lata 80-te). Na pewno do zalet filmu należy zaliczyć wspaniałą stylówkę głównego bohatera oraz dobrą przemoc w starym stylu. Trochę rozczarowujące okazały się dialogi, a w zasadzie one-linery. Generalnie po seansie zapamiętałem tylko tekst dotyczący imienia głównego bohatera, który zresztą nie był nawet wybitny. Pod tym względem muszę odnotować zatem spory zawód. Scenariusz, który opiera się na powieści Fair Game autorstwa Pauli Gosling, wysmażył sam Sylvester Stallone. Niemniej trudno tak naprawdę ocenić jego oryginalne wysiłki, ponieważ z pierwotnie nakręconego materiału wytwórnia postanowiła wykroić prawdziwy hit i skróciła "Cobrę" do zaledwie 87 minut. Na pewno pod względem aktorskim para głównych bohaterów broni się znakomicie. Sylvester Stallone jako porucznik Cobretti wypada bardzo dobrze, a partnerująca mu Brigitte Nielsen dotrzymuje mu kroku, a ponadto świetnie prezentuje się na ekranie. Niestety na drugim planie brakuje wyrazistych postaci. Z pewnością warto zwrócić uwagę na Andrew Robinsona (najprawdziwszy kutasiarz Monte), Arta LaFleura (kapitan Sears) czy choćby Reni'ego Santoni (sierżant Gonzales). Poza wymienioną trójką naprawdę trudno kogokolwiek zapamiętać. Brian Thompson miał idealną facjatę do zagrania roli Night Slashera, ale poza wyglądem tak naprawdę niewiele wnosi do tej postaci. Villain zapada w pamięć tylko z jednego powodu, bowiem ponosi dosyć niezwykłą śmierć – warto zobaczyć dla niej cały film.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
"Cobra" to idealna produkcja do przeniesienia się w klimaty lat 80-tych. Znakomite outfity (chociaż czemu wszyscy biali chodzą po Los Angeles w płaszczach?), brutalna przemoc i ówczesne przeboje zapewniają rozrywkę na solidnym poziomie przez niecałe 90 minut. Nie da się jednakże ukryć, że z dzisiejszej perspektywy sztandarowe dzieło Stallone'a ma wiele wad, przez które wydaje się zbytnio przerysowane i sztampowe – stąd też zmuszony jestem wystawić relatywnie niską ocenę. Niemniej uważam, że jest to obowiązkowa pozycja dla każdego szanującego się kinomana.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Ocena: 5/10.