sobota, 25 października 2014

"Out of the Furnace"



Prawdopodobnie nigdy nie usłyszałbym o "Out of the Furnace", gdyby jeden z moich compañeros (zwany El Búlgaro) nie zachwalał publicznie rzekomej znakomitości tegoż filmu. Oczywiście dzieło Scotta Coopera mogłoby wypłynąć w trakcie randomowego przeszukiwania IMDb, ale po opisie fabuły nie sądzę, abym zwrócił na nie swoją uwagę. Ponadto reżyser to kompletny no name, który ma swoim dorobku jedynie trzy filmy, więc raczej jego osoba nie zachęcała do projekcji. Aczkolwiek, jak słusznie zauważył Wee-Bey z "The Wire", przecież każdy jakoś musi zacząć swoją karierę. Z drugiej strony ogromną zaletą wydawała się natomiast obsada: Christian Bale, Woody Harrelson, Willem Dafoe, Forest Whitaker, Zoe Saldana – to robi naprawdę wrażenie! Znakomita ekipa oraz akcja osadzona na amerykańskiej prowincji dawały nadzieję na prawdziwą perełkę, kompletnie pominiętą przez mainstream. Jeszcze uwaga odnośnie polskiego tytułu: "Zrodzony w ogniu" jest spoko, ale ja proponuję "Prosto z pieca".
źródło: http://www.impawards.com
"Out of the Furnace" to początkowo historia z codziennego życia na amerykańskiej prowincji. Russell Baze (Christian Bale) pracuje w lokalnej hucie i prowadzi w zasadzie nudną, szarą i niczym niewyróżniającą egzystencję w małym miasteczku położonym gdzieś w Pensylwanii. Ciężko chory ojciec oraz lekkomyślny brat czekający na kolejną turę w Iraku to jedynie zmartwienia naszego bohatera. Rodney (Casey Affleck), wyraźnie znudzony pozbawionym emocji życiem, coraz bardziej pogrąża się w hazardzie oraz nielegalnych walkach organizowanych przez miejscowego bonza, Johna Petty’ego (Willem Dafoe). W momencie gdy, jak to kiedyś rzekł Dwight McCarthy: And everything seemed to be going so well, Russell popełnia fatalny w skutkach błąd, przez co trafia na dłuższy okres do więzienia. Niestety po wyjściu z kryminału życie naszego bohatera zaczyna się kompletnie rozpadać.
źródło: http://www.fandango.com
W dużej mierze "Out of the Furnace" przedstawia prozę codziennego życia na amerykańskiej prowincji w klimacie znakomitego "Winter’s Bone" i przeraźliwie nudnego "The Place Beyond the Pines". Niestety szybko okazało się, że film Scotta Coopera zdecydowanie zmierza w stronę tego drugiego. Z uwagi na Woody’ego Harrelsona oraz amerykańską prowincję liczyłem może nawet troszkę na aurę tajemniczości z pierwszego sezonu "True Detective", ale ku mojemu rozczarowaniu nic takiego nie znalazłem. Jedyne co tak naprawdę otrzymujemy to kompletny brak perspektyw, małomiasteczkową egzystencją oraz straszliwą monotonię. Scott Cooper postawił na minimalizm dialogowy, ale kwestie wypowiadane przez bohaterów są dosyć, że tak się wyrażę życiowe (czytajcie: nic ciekawego). Przez tenże zabieg, który w normalnych okolicznościach zawsze bym pochwalił, "Out of the Furnace" zamienia się w kino obyczajowe niemal rodem ze Ślunska: ojciec dorobił się śmiertelnej choroby przez lata pracy, chcą zamknąć moją hutę, co ja biedny pocznę? Nie wierzycie? Zapoznajcie się zatem z wykazem czynności, jakim w trakcie filmu oddaje się Russell. Oglądamy zatem głównego bohatera w następujących, niezwykle pasjonujących, życiowych sytuacjach:
  • Russell posila się,
  • Russell wyrzuca resztki jedzenia do kosza (powtarzający się motyw, zapewne alegoria marności ludzkiej egzystencji)
  • Russell zdrapuje starą farbę, aby pomalować dom,
  • Russell jedzie do pracy,
  • Russell pracuje w hucie,
  • Russell wraca z pracy,
  • Russell pije w barze,
  • Russell stalkuje swoją ex na mieście,
  • Russell wzdycha egzystencjalnie (powtarzający się motyw),
  • Russell siedzi bezczynnie w domu.
źródło: http://www.fandango.com
Wszystko byłoby w porządku, gdyby "Out of the Furnace" był filmem obyczajowym poświęconym marności losu pensylwańskich hutników. Niestety jest to kurwa thriller, a więc z definicji ma budzić u widza dreszcz jebanych emocji! Nic takiego niestety nie uświadczyłem, a zatem czuję się zawiedziony dosyć bardzo. Akcja wlecze się totalnie nieśpiesznie, a oglądanie Russella wykonującego codzienne, monotonne czynności nie jest aż tak porywające jak wydaje się co niektórym. Jednakże film Scotta Coopera ma także zalety, który sprawiają, że projekcja nie mogła zostać zaliczona do kompletnie nieudanych. Po pierwsze twórcom należą się brawa za piękne zdjęcia postindustrialnych krajobrazów Pensylwanii. Pod tym względem "Out of the Furnace" może jawić się jako mistrzowskie przedsięwzięcie. Warto również zwrócić uwagę na ścieżkę dźwiękową. Chociaż muszę od razu zdementować pogłoski, iż jestem fanem Pearl Jam i podobnych zespołów, to muzyka znakomicie komponuje się z filmowymi wydarzeniami. Ponadto rozwój fabuły nosi wyjątkowo mało znamion głupawości, co w dzisiejszych czasach należy uznać za wielkie osiągnięcie.
źródło: http://www.fandango.com
Generalnie byłem bardzo blisko, aby wystawić ocenę dokładnie taką samą jak "The Place Beyond the Pines" (5/10). Ostatecznie postanowiłem jednak podnieść notę. Na moją decyzję wpływ miały dwa powody: pierwszy z nich nazywa się Woody, a drugi Casey. Russell w wykonaniu Christiana Bale nie jest zły, aczkolwiek jest to po prostu everyman tonący w szarzyźnie prozy życia. Doceniam wysiłek aktora, ale jego postać nie ma szans mi zaimponować. Tak naprawdę film kradnie Woody Harrelson do spóły z Caseyem Affleckiem. Trudno mi wskazać, który z nich jest lepszy, ale obydwaj zagrali znakomicie. Harlan to niemal postać stworzona dla Harrelsona, a wystarczy sobie przypomnieć "True Detective", żeby mieć świadomość w jakiej formie jest obecnie tenże aktor. Z kolei Affleck zaskoczył mnie wielce, ponieważ tak naprawdę o wiele więcej spodziewałem się po Willemie Dafoe czy choćby Forescie Whitakerze. Co prawda obaj wypadli poprawnie (ze zdecydowanym wskazaniem na Dafoe), ale od tak wybitnych przedstawicieli Hollywood zawsze należy wymagać więcej. Uważam natomiast, że role Zoe Saldany mogłaby zagrać dowolna, randomowa aktorka i "Out of the Furnace" nic by na tym nie straciło (a w zasadzie mogłoby trochę zaoszczędzić na budżecie).
źródło: http://www.fandango.com
"Out of the Furnace" to moim zdaniem średnie kino, które warto odpalić dla dobrze ukazanej monotonii życia w małomiasteczkowej Ameryce oraz znakomitych ról Woody’ego Harrelsona oraz Caseya Afflecka. Nie nastawiajcie się na akcję i rozpierdol, a raczej na spokojne kino obyczajowe, przerywane od czasu do czasu solidnymi mordobiciami w kręgu (walki całkiem całkiem). Nie mając większych oczekiwań co do filmu Scotta Coopera nie spotka Was rozczarowanie. Z pewnością nie będzie to produkcja, do której będę wracał co jakiś czas.
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 6/10.

środa, 22 października 2014

"Bogowie"



Recenzję planowałem rozpocząć od frazy: Mam dosyć mieszane uczucia odnośnie filmów i seriali medycznych. Jednakże niemal w tej samej chwili, gdy rodził się koncept początku, zdrowy rozsądek krzyknął tak mocno, że aż zatrzęsły się ściany mojego nieskromnego apartamentu na dziewiątym piętrze w bloku: Hipokryto totalny, a osiem sezonów "House M.D." obejrzało się samo? Gdzieżeś był wtedy? Mózg ci się wyłączył? Wobec potęgi i trafności tegoż argumentu ugiąłem się i postanowiłem zweryfikować zdanie otwierające. A zatem errata: mam dosyć mieszane uczucia odnośnie filmów i seriali medycznych, których głównych bohaterem nie jest aspołeczny, sarkastyczny mizantrop uzależniony od Vicodinu. Lepiej? Na pewno bardziej zgodnie z prawdą. Nie byłem nigdy zafascynowany "Ostrym Dyżurem", chociaż oglądałem go sporo w dzieciństwie (kiedyś nie było internetu i tylu kanałów, co dzisiaj – true story), a potem nie jarałem się "Grey’s Anatomy". W zasadzie jedyny, poza "House M.D.", serial rozgrywający się w szpitalu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie to genialne "Garth Marenghi’s Darkplace" – aczkolwiek jest to całkowicie inna bajka i praktycznie nie związana z medycyną w rozumieniu tradycyjnym. Z tychże powodów dosyć niemrawo zbierałem się do obejrzenia filmu "Bogowie", chociaż zewsząd dochodziły głosy jakaż to wspaniała produkcja itp. Jednakże ponieważ nie mam skłonności do ulegania masowej histerii miałem to głęboko we dupie. Czarę przepełniła dopiero odważna deklaracja mojej serdecznej koleżanki z Tarnobrzega oraz jej hipoteza, iż produkcja Łukasza Palkowskiego może urzec nawet moje wybredne gusta. Powiedziałem: zobaczymy! I oto zobaczyłem.
źródło: http://www.filmweb.pl
Jak wszyscy już pewnie wiedzą "Bogowie" to historia czołowego polskiego kardiochirurga schyłkowego okresu PRL, czyli prof. (a wtedy jeszcze docenta) Zbigniewa Religi (Tomasz Kot). Odważny, młody lekarz po stażu w USA często podejmuje ryzykowne decyzje by ratować ludzkie życie. Jednakże w czasach skostniałej, ludowej medycyny nie znajduje zrozumienie u kolegów. Marzeniem Religi jest przeprowadzenie transplantacji serca, aczkolwiek po nieudanej próbie prof. Molla (Władysław Kowalski) tego rodzaju operacja staje się tematem tabu w środowisku. Gdy przełożony naszego bohatera, prof. Sitkowski (Jan Englert) oświadcza, że dopóki jest żyw nie zezwoli na tak ryzykowną operację w jego przybytku, Religa pakuje manatki i przenosi się do Zabrza by spróbować od zera zrealizować swoje marzenie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Na seans wybrałem się w poniedziałek, w godzinach wieczornych, do krakowskiego kina Mikro. Nie spodziewałem się tłumów, licząc, że jak sala zapełni się w połowie to będzie dobrze. Rzeczywistość jednakże zweryfikowała moje oczekiwania: sala wypełniona była do ostatniego miejsca, a na dodatek obsługa sprzedała więcej biletów (czyżby lewe hajsy?) i trzeba było dostawić kilka krzeseł. Gdy światła zgasły i rozpoczęła się projekcja, zacząłem się zastanawiać czy sponsorów będzie więcej niż na "Mieście 44". O dziwo, nie! Zamiast rzeszy sponsorów wymieniono jedynie jedną firmę, będącą mecenasem produkcji (oczywiście mogę podać jej nazwę za drobną opłatą – przecież mi również hajs musi się zgadzać!). Pierwsza rzecz, jaką należy odnotować odnośnie samego filmu, to fakt, że wciąga i to bardzo. Kompletnie nie spodziewałem się, iż pomimo tak obcej z mojego punktu widzenia tematyki, zanurzę się na dwie godziny w świecie Religi. Reżyser Łukasz Palkowski (w dorobku całkiem niezły "Rezerwat") nakręcił "Bogów" bardzo nowocześnie, wyraźnie inspirując się hollywoodzkimi produkcjami. Nie mogło się oczywiście obyć bez wspólnego budowania kliniki, zabawnego rekrutowania personelu, nieoczekiwanych zbiegów okoliczności czy też muzycznych wstawek. Przeważnie ogląda się to znakomicie, akcja pędzi w zawrotnym tempie, a widz nie może narzekać na nudę. I to właśnie chodzi i w tym tkwi niemal cały przepis na sukces! Uważam, że "Bogów" można bez najmniejszego przypału eksportować by odnieśli również sukces poza granicami Polszy.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Bogowie" znakomicie oddają realia PRL – wielkie brawa za te wszystkie stare auta, meblościanki i duszne partyjne biura. Przy czym klimat poprzedniego ustroju nie przytłacza widza mentalnie. Nie szukajcie tu ciężkich motywów typu Janek Wiśniewski padł. Religa unika ówczesnej władzy, ograniczając kontakty do niezbędnego minimum (chociaż Artur Dziurman w roli zabrzańskiego dygnitarza wypada bardzo sympatycznie). Film idealnie łączy w sobie lekkość oraz humor z momentami naprawdę poważnymi. Dialogi są naprawdę doskonałe i nieraz wywoływały salwy śmiechu na widowni (mój ulubiony: A kim pan jest? Aaa, akurat tędy przechodziłem). Trudno mi powiedzieć cokolwiek o realizmie operacji, tutaj musiałbym zasięgnąć konsultacji w mieście ŁDZ, aczkolwiek po liczbie filmowych ekspertów wymienionych w napisach końcowych muszę wnioskować, że było dobrze. Oczywiście nie da się ukryć, że "Bogowie" mają także pewne wady. Momentami film wydawał mi się trochę zbytnio teledyskowy i zanadto uproszczony. Również zbieg okoliczności, który pozwolił pozyskać fundusze na działalność kliniki jest raczej mało realistyczny, aczkolwiek mało wiem o duchu tamtych czasów. Część wykorzystanych piosenek jest wprost uderzająco trywialna i naprawdę sądzę, że można było zrobić lepszą robotę przy ścieżce dźwiękowej. I na koniec jeszcze jeden, nie do końca poważny przytyk: obsada pielęgniarek jest zbyt idealna!
źródło: http://www.filmweb.pl
Przechodząc do oceny wysiłków aktorskich od razu należy stwierdzić, że "Bogowie" to teatr jednego aktora. Rola Tomasza Kota jest po prostu nie do zapomnienia! Nie dość, że aktor upodobnił się do prof. Religi fizycznie (charakterystyczne przygarbienie, fryzura oraz chód) to jeszcze znakomicie odegrał wszelkie emocje targające wybitnym chirurgiem (jak on pięknie rzuca bluzgami!). Kot udowadnia tym samym, że jeżeli nie gra w totalnym gównie i naprawdę się postara, aktorski Olimp ma na wyciągnięcie ręki. Z powodu konstrukcji scenariusza postać Religi jest najjaśniejszą gwiazdą, a Tomasz Kot dodatkowo sprawił, że jej blask przyćmiewa wszystko inne. Naprawdę, dawno nie widziałem tak wybitnej roli męskiej w polskiej kinematografii. Warto tutaj zauważyć, że "Bogowie" odchodzą od laurkowego przedstawienia profesora Religi. Nasz bohater poświęca rodzinę dla swojego marzenia, a gdy odnosi porażki chleje na umór – zaprawdę, chwała za to twórcom! Na drugim planie nie ma większego szału, bo naprawdę trudno się wyróżnić, gdy Tomasz Kot jest w tak wybornej formie. Zawsze fajnie zobaczyć reprezentantów starszego pokolenia: Jana Englerta (czemu tak rzadko?!) oraz Mariana Opanię. Młodzież także spisuje się całkiem solidnie i warto wyróżnić sympatycznego Piotra Głowackiego (Marian Zembala) czy choćby Szymona Warszawskiego (Andrzej Bochenek). Brawa należą się również Magdalenie Czerwińskiej, wcielającej się w niełatwą rolę żony herosa. Na koniec warto odnotować występ Mariana Paździocha Ryszarda Kotysa w roli naczelnego adwersarza i hejtera docenta Religi.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Bogowie" to znakomite kino i jedna z największych pozytywnych niespodzianek w tym roku. Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości by obejrzeć film Łukasza Palkowskiego to porzućcie te mrzonki i ruszajcie natychmiast do najbliższego kina. Świetny Tomasz Kot, wspinający się na aktorski Parnas oraz niezwykle wciągająca fabuła pozwolą Wam zapomnieć o rzeczywistości na bite dwie godziny. Naprawdę warto! Mam nadzieję, że dzięki takim właśnie produkcjom polska mainstreamowa kinematografia odbije się wreszcie od dna.
Słynne zdjęcie Jamesa Stanfielda dla "National Geographic"
źródło: http://ngm.nationalgeographic.com
Ocena: 8/10.

czwartek, 16 października 2014

"True Blood" (2008-2014)



24 sierpnia 2014 roku HBO wyemitowało ostatni w dziejach odcinek "True Blood". Jako, że byłem na bieżąco z siódmym sezonem, postanowiłem po jego zakończeniu pokusić się o podsumowanie wszystkich serii tegoż kiedyś genialnego serialu, który porwał mnie od pierwszego odcinka. Z uwagi na fakt, że spośród siedmiu odsłon tylko szóstej nie oglądałem w rzeczywistym czasie emisji telewizyjnej (ale za to całkiem niedawno), poniższy tekst będzie opierał się głównie na wrażeniach z dwóch ostatnich sezonów, które praktycznie zrujnowały wspaniałe wspomnienia z pięciu wcześniejszych serii. W porównaniu do innych produkcji już na samym starcie "True Blood" osiągnęło ogromną przewagę. Podczas, gdy większość pozostałych seriali musi walczyć o widza przeważnie w okresie od października do czerwca, HBO postanowiło wypuścić "Czystą Krew" w wydawałoby się na pozór martwym, wakacyjnym czasie. W latach chwały, gdy dysponowałem trzymiesięcznymi okresami nic nie robienia, "True Blood" rozbłysło niemal jak supernowa na nocnym niebie.
Mistrzowski plakat!
(źródło: http://www.impawards.com)
"Czysta Krew" została oparta na cyklu książek The Southern Vampire Mysteries autorstwa Charlaine Harris. Nie ma oczywiście żadnego sensu w streszczaniu fabuły poszczególnych sezonów. Po pierwsze od emisji pierwszego odcinka w 2008 roku minęło naprawdę sporo czasu, a po drugie nie warto psuć zabawy osobom, które nie miały jeszcze styczności z "True Blood" (a uwierzcie mi są takie). Po trzecie hardcorowi fani serii mogą zarzucić mi błędy merytoryczne, więc po co się niepotrzebnie narażać na krytykę? Z tychże powodów naszkicuję jedynie zarys fabuły, z którym mieliśmy styczność w premierowej serii. Oczywiście, jak wielu z Was wie, "True Blood" to serial o wampirach i nie tylko. Jak się później okazało w "Czystej Krwi” pojawiają się także m.i.n.: wilkołaki, panterołaki, wróżki, zmiennokształtni, istoty przekonane o swojej boskości, wiedźmy, złośliwe duchy, dobre duchy, czy choćby prastare wampirze bóstwa. Po stuleciach życia w mrokach nocy krwiożercze istoty postanowiły ujawnić światu swoje istnienie. Wszystko za sprawą syntetycznej krwi, tytułowego True Blood, które pozwoliło wampirom na spokojną egzystencję bez konieczności zabijania niewinnych ludzi. Akcja "True Blood" rozgrywa się w malowniczym miasteczku Bon Temps, położnym w Luizjanie. Swoją drogą aż do "True Detective" nie widziałem na ekranie lepszej Luizjany. Główną bohaterką jest kelnerka Sookie Stackhouse (Anna Paquin), pracująca w miejscowej restauracji, a przy okazji potrafiąca czytać ludzkie myśli. W spokojną egzystencję tejże zwyczajnej postaci brutalnie wkraczają przedstawiciele wampirzego świata: weteran wojny secesyjnej wampir Bill Compton (Stephen Moyer) oraz ponad tysiącletni nordycki heros Eric Northman (Alexander Skarsgård). Jak łatwo przewidzieć akcja niemal wszystkich odcinków będzie opierać się na perypetiach trójki wyżej wymienionych bohaterów.
Klasycznie Sookie & Bill.
(źródło: http://www.hbo.com/true-blood#/)
Niektórzy z moich znajomych twierdzą, że "True Blood" skończyło się w trzecim sezonie (pozdro Bartoszek!), aczkolwiek są to jednocześnie osoby twierdzące, że Blurred Lines Robina Thicke'a to chujowy utwór. Inni, znani z wyjątkowej konsekwencji w działaniu, po początkowych zachwytach porzucili serial w drugim sezonie, by oddać się totalnej mizoginii w oparach twardego alkoholu. Ja natomiast dzielnie wytrwałem wszystkie siedem sezonów i to pozwala mi śmiało twierdzić, iż "True Blood" tak naprawdę zaczęło podupadać dopiero w piątej serii. Szósta odsłona sprawiła (m.in. poprzez zatrudnienie upadłego Rutgera Hauera), że serial wyraźnie znalazł się równi pochyłej, a siódma dokończyła jedynie dzieła zniszczenia. Oglądając finałową serię bardzo łatwo dostrzec kompletny brak pomysłu na sensowne zakończenie serialu. Twórcy, jakby kompletnie wyprawszy mózgi z nowych rozwiązań, zaczęli serwować najtańsze i najbardziej wtórne chwyty – flashbacki. Niestety wypełniają one zdecydowanie za dużą część poszczególnych odcinków, a co jeszcze gorsze są straszliwie sentymentalne. W tychże tonach utrzymane są w szczególności historie Billa oraz Erica. Swoją drogą twórcy wiele zrobili, aby zniszczyć wspaniałą postać Northmana i muszę przyznać, że byli już niemal u kresu podróży. Comptona od zawsze miałem we dupie, więc jego los mnie szczególnie nie obchodził, podobnie było z flashbackami Sookie oraz Tary (dla fanów Tary – cieszcie się nią, bo tak szybko odchodzi). Przy tej okazji warto zwrócić uwagę jak bezmyślnie i żenująco pozbywano się ważnych postaci. Naprawdę śmierć Tary następuje tak błyskawicznie, iż nawet nie zauważyłem od czego umarła. Z kolei Alcide odnotował kompletnie bezsensowny zgon, wyssany z najczarniejszych czeluści dupy – nie był nigdy moją ulubioną postacią, ale zasłużył na zdecydowanie lepszy los.
Tara & Pam w wersji sado-maso.
(źródło: http://www.hbo.com/true-blood#/)
Zarówno w sezonie szóstym, jak i siódmym, gdzieś zapodział się typowy dla poprzednich serii wyjątkowo czarny humor oraz zabawne podejście do śmierci. W dwóch ostatnich seriach na palcach jednej ręki mogę zliczyć naprawdę zajebiste sceny które zapadły mi w pamięć. Z pewnością najlepszą z nich był Northman czytający książkę na waleta na szwedzkim lodowcu. Chociaż fabuła 'True Blood" nigdy nie mogła zostać zaliczona do arcydzieł gatunku to jednak ironiczne podejście z przymrużeniem oka do przedstawianych wydarzeń dawało świetny efekt. Wszystko niestety zaczęło się sypać wraz z procesem dominacji czynnika wróżkowego oraz motywem Lilith. Oczywiście zabrakło także rozmachu, żeby w pełnej krasie pokazać wampirze Zwierzchnictwo, ponieważ wyobrażałem sobie je o wiele bardziej epicko. Im głupiej rozwijała się akcja, tym ciężej oglądało się kolejne odcinki "True Blood". Momentami naprawdę miałem wrażenie, że nie dotrzymam do końca siódmego sezonu – głównie przez ckliwe dialogi i niezmiernie wkurwiającą relację Billa i Sookie. Niemniej przetrwałem tę katorgę i chyba jedynie po to by podzielić się teraz z Wami moimi wrażeniami. Warto także zauważyć, że z każdym kolejnym sezonem poziom serialowego seksu i golizny znacząco spadał, a w ostatniej serii osiągnął prawdziwe dno. Także firmowe już cliffhangery kończące niemal każdy odcinek stawały się coraz mniej emocjonujące.
Eric w najlepszym motywie z sezonu 6.
(źródło: http://www.hbo.com/true-blood#/)
Ponieważ wspominanie szóstego i siódmego sezonu przynosi wiele bólu postanowiłem w ramach bonusu przygotować ranking moich ulubionych postaci z "True Blood". Zestawienie ma niezwykle subiektywny charakter, także nie miejcie pretensji o poszczególne pozycje. Ponieważ przez siedem sezonów w serialu pojawiło się milijon postaci, postanowiłem ograniczyć się do najprawdziwszej elity. A zatem zaczynamy od najmniej najbardziej ulubionego bohatera (co za wspaniała konstrukcja słowna!) i kończymy wisienką na torcie:
  • Violet (Karolina Wydra) – jedyna w zestawieniu postać pojawiająca się dopiero w dwóch ostatnich sezonach. Wampirza femme fatale wypaczona przez trudne, średniowieczne dzieciństwo, które dodaje Violet niezwykłego humorystycznego kolorytu. Warto docenić polski akcent: bohaterkę znakomicie wykreowała Polka, Karolina Wydra. A jednak można!
  • Lafayette Reynolds (Nelson Ellis) – świetna, ciepła postać, chociaż trochę może raczej z poprawnie politycznej niż realnej Luizjany: czarnoskóry gej co się zowie, zażywający ogromne ilości wszelkiego rodzaju narkotyków, a przy okazji znakomity kucharz. Naprawdę imponująca metamorfoza Nelsona Ellisa i wybitna rola drugoplanowa. Bez Lafayette’a serial straciłby wiele uroku i humoru.
  • Pam De Beaufort (Kristin Bauer van Straten) – to dla odmiany najprawdziwsze wcielenie typowej, sarkastycznej zimnej suki, pozbawionej praktycznie wszelkich uczuć (z wyjątkiem bezgranicznej miłości do Erica). Była prostytutka i kierowniczka burdelu, przemieniona w wampira to serialowy głos rozsądku stąpającego po twardym gruncie. Po siedmiu sezonach wydaje mi się, że w roli Pam nie można było osadzić nikogo innego niż Kristin Bauer van Straten
  • Jason Stackhouse (Ryan Kwanten) – sympatyczny człowiek-debil w najczystszej formie, nieskażony choćby namiastką inteligencji. Autor miliona znakomitych motywów humorystycznych (w tym moich ulubionych z panterołakiem oraz gejowskim pociągiem do Erica), a także ultimate skilled & gifted handsome hustler, któremu nie oprze się żadna istota płci żeńskiej Zagrać idiotę o złotym sercu bez popadania w śmieszność albo skrajności to wielka sztuka, dlatego ogromne oklaski dla Ryana Kwantena!
  • Russell Edgington (Denis O’Hare) – najlepszy villain w całym serialu. Zabawny (raczej czarny humor), przewrotny, szalenie inteligentny bardzo stary wampir mający ludzki rodzaj kompletnie za nic. Znakomita rola Denisa O’Hary – wielkie brawa. Jedyny żal to fakt, że Russell pojawił się w tak skromnej liczbie odcinków.
  • Eric Northman (Alexander Skarsgård) – nordycki heros to bezapelacyjnie najlepsza postać w "True Blood". Przez większość sezonów najprawdziwszy bad ass motherfucker (tylko w jednej serii twórcy postanowili zmienić go w kompletnego leszcza), z wyraźnym zamiłowaniem do ironii i czarnego humoru. Kolejna, po "Generation Kill", znakomita serialowa rola Alexandra Skarsgårda. Nie wyobrażam sobie, że urok Erica mógł na kogokolwiek nie zadziałać!
Russell Edgington w akcji.
(źródło: http://www.hbo.com/true-blood#/)
Wiele czasu zmarnowałem na rozmyślania nad ostateczną oceną "True Blood". Gdyby serial zakończył się po piątym sezonie bez wahania wystawiłbym 8/10. Niestety dwie ostatnie, wysoce żenujące serie kompletnie zaburzyły moje odczucia. Może sprawiedliwie byłoby odjąć po jednym oczku za każdą z nich od końcowej noty, ale wtedy mielibyśmy do czynienia z oceną wyrażającą poziom delikatnie wykraczający poza zwyczajną przeciętność. Wspominając znakomite chwile spędzone przy początkowych pięciu odsłonach uznałem, że nie będzie to fair wobec całościowego dorobku "True Blood" i dlatego też ostatecznie postanowiłem przyznać siódemkę. Do końca życia zapamiętam przecież świetny motyw z wampirzymi zębami, Erica Northmana opalającego się na waleta na lodowcu oraz jedną z najlepszych dziejach czołówek (zdecydowanie lepszą od "True Detective"). Oczywiście znajdą się i tacy, którzy coming out wampirów uznają za alegorię jawnej pochwały homoseksualizmu. W końcu od pojawiającego się w czołówce "True Blood" hasła God hates fangs bardzo niedaleko do God hates fags. Cóż mogę zatem napisać? Każdy znajduje to, czego szuka. Jeżeli nie mieliście dotychczas styczności z "Czystą Krwią” to gorąco zachęcam do obejrzenia sezonów 1-5. Dwie ostatnie serie mogę polecić jedynie osobom, które czerpią masochistyczną radość z oglądania jak twórcy serialu próbują zniszczyć ich ulubione postacie.
Jason - największy dupcyngier w "True Blood".
(źródło: http://www.hbo.com/true-blood#/)
Ocena: 7/10 (za całokształt serialu).

poniedziałek, 13 października 2014

"London Boulevard"

Doskonale pamiętam moment, gdy pierwszy raz usłyszałem o "London Boulevard". W odległych czasach, gdy miałem jeszcze w zwyczaju kupować piątkowe wydanie "Gazety Wyborczej", przeczytałem recenzję filmu Williama Monahana (scenarzysta m.in "Kingdom of Heaven"; Oscar za scenariusz adaptowany do "Infiltracji"). Co prawda wspomnień z samego tekstu niewiele zostało, natomiast jestem przekonany, że ocena wahała się w okolicach 6/10 (niemniej może być to jedynie wytwór mojej wybujałej wyobraźni). Autor nie zachęcił mnie specjalnie do obejrzenia produkcji, przez co projekcja nastąpiła dopiero po jakimś czasie od premiery. W międzyczasie wśród moich znajomych pojawiły się skrajne opinie na temat filmu Monahana. Skala ocen była diametralnie różna: od totalnych zachwytów poprzez obojętność po całościowe hejty. Szczere powiedziawszy (a raczej napisawszy) nie miałem wielkich oczekiwań odnośnie "Londyńskiego bulwaru". Jak się później okazało scenariusz filmu został bardzo luźnie oparty na powieści Kena Bruena pod tym samym tytułem. W wielu przypadkach adaptacje filmowe, charakteryzujące się tak dużym poziomem odstępstw od książkowego oryginału, wypadają wyjątkowo marnie. Co ciekawe William Monahan przerobił totalną literacką szmirę w kinematograficzne arcydzieło, czyli jak mawiają na Prokocimiu: zrobił z gówna pomarańczę.
źródło: http://www.impawards.com
Pod względem fabularnym "London Boulevard" przypomina trochę "Życie Carlita". Mitchel (Colin Farrell) wychodzi z więzienia i niemal natychmiast, za sprawą mało rozgarniętego kumpla Billy'ego (Ben Chaplin) zostaje wciągnięty w nowe, mocno kryminalne historie. Jak się szybko okazuje niezłe mieszkanie i życie na wyższym poziomie wiążą się ze współpracą z bezwzględnym londyńskim gangsterem Gantem (Ray Winstone). Jednakże ponieważ Mitchel nie zamierza wracać do kryminału postanawia znaleźć sobie legalną pracę i najmuje się jako ktoś w rodzaju złotej rączki u przeżywającej poważny kryzys emocjonalny gwiazdy filmowej (Keira Knightley). Niestety Gant nie okazuje się człowiekiem, który dobrze znosi zdecydowane odmowy i zagina parol (a może coś jeszcze) na naszego bohatera.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Dziwnym nie jest, że "London Boulevard" garściami czerpie ze znakomitych filmów gangsterskich pokroju "Get Carter", "Long Good Friday", "Życie Carlita" czy choćby "Layer Cake". Oczywiście można znaleźć opinie, iż produkcja Monahana to czyste rżnięcie z dwóch ostatnich. Jednakże uważam, że takie podejście nie jest w żaden sposób uzasadnione. Cały czas musimy bowiem pamiętać, iż scenariusz opiera się w jakiejś tam części na książce Kena Bruena. O poziomie powieści, którą miałem okazję przeczytać za jednym zamachem w trakcie podróży pociągiem, niechaj najlepiej świadczy fakt, iż kiedyś widziałem ją na wyprzedaży w Auchan (wydanie filmowe) za magiczną kwotę 2.99 PLN. Oczywiście wiedząc z jakim gównem potem musiałbym się borykać, nie skorzystałem z tak epickiej promocji. Moim skromnym zdaniem irlandzki pisarz powinien dopłacać swoim czytelnikom za czytanie takiej szmiry. Na szczęście Monahan ogarnął temat i wybrał najbardziej perspektywiczne elementy, odrzucając wszelki badziew i kompletnie zmieniając zakończenie. W zasadzie jedynym motywem, który lepiej wypadł w książce było drastyczne rozwiązanie problemu młodego, uzdolnionego piłkarza, aczkolwiek oczywistym jest, iż naruszyłoby to misterną układankę w filmie. Z pewnością wielki props za odmłodzenie bohaterów, ponieważ momentami w powieści było naprawdę niesmacznie.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
"Londyński bulwar" masakruje wprost bezbłędną ścieżką dźwiękową, która moim zdaniem jest godna samego Quentina Tarantino. Oczywiście na pierwszym planie dominuje główny motyw filmu, czyli mistrzowski utwór Heart Full of Soul The Yardbirds. De facto od momentu projekcji jest to mój dzwonek w telefonie – czasy się zmieniają, a dzwonek wciąż ten sam. Oprócz wspomnianej piosenki znakomicie wypadają utwory zespołu Kasabian – La Fee Verte, Club Foot oraz Underdog. Poza tym możemy także usłyszeć m.in. The Rolling Stones czy choćby Boba Dylana. Nawet ci, którzy wylewali największe pomyje na film, byli w stanie przyznać, iż OST urywa dupę. Dla mnie muzyka była po prostu uzupełnieniem doskonałego kina gangsterskiego. Scenariusz trzyma widzów w napięciu do ostatnich minut, a ponadto Monahan zaserwował widzom znakomite zakończenie. Finał to naprawdę mistrzowskie zwieńczenie niezwykle udanego dzieła (chociaż oczywiście niedocenionego przez krytyków). A co dostajemy jeszcze? Bardzo ładne zdjęcia, dialogi ostre jak brzytwa (w szczególności polecam opowieści o niewiernej dziewczynie) oraz galerię wprost wybornych postaci – od narko-ćpunów aktorów przez gangsterów o wyraźnych homo-skłonnościach po serbskich zbrodniarzy wojennych występujących gościnnie w Londynie. O klasycznym motywie korupcji w Scotland Yardzie nie warto nawet wspominać.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Monahan po prostu znakomicie skroił scenariusz, a następnie bezbłędnie obsadził poszczególnie role. Szczerze powiedziawszy nie wiem czy widziałem kiedykolwiek lepszego Colina Farrella. Mitchel w jego wykonaniu to tak doskonała postać, że najzwyczajniej w świecie powinna pojawiać się w każdej scenie przyodziana w znakomicie skrojony garnitur. Jednakże jeszcze lepiej wypada David Thewlis wcielający się w Jordana, szczęśliwie niewiele mającego wspólnego z książkowym pierwowzorem. Anglik, który jest jednym z moich ulubionych aktorów drugoplanowych, stworzył wspaniałą postać nadużywającą narkotyków i tym samym pokazał pełnię talentu w całej okazałości. Te wybitne dwie kreacje uzupełnia także znakomita rola Raya Winstone'a. Nie pamiętam kiedy widziałem tak przekonującego gangstera na ekranie. Również mniejsze role wypadają znakomicie – w szczególności pragnę docenić Bena Chaplina oraz Annę Friel (Briony). W zasadzie jedynym obsadowym zgrzytem mogło okazać się obsadzenie Keiry Knightley jako Charlotte. Zdecydowanie nie jestem jej fanem i bardzo obawiałem się jak wypadnie, ale na szczęście jakoś dała sobie radę, chociaż trochę burzy tę całą londyńską idyllę. Chociaż Keira mnie wyjątkowo nie wkurwia, to jednakże z chęcią zobaczyłbym kogoś innego na jej miejscu (pomarzmy choćby o Evie Green).
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Osobiście uważam "London Boulevard" za jedno z największych pozytywnych zaskoczeń filmowych mojego żywota. Gdy nie miałem praktycznie żadnej nadziei na dobre kino, William Monahan od pierwszych minut schwycił mnie za jajca stalowym uściskiem i trzymał do końcowych napisów (a w sumie to nawet dłużej, ponieważ OST jest tak dobre, iż naprawdę szkoda wyłączać film). Życiowe role Colina Farrella, Raya Winstone'a oraz Davida Thewlisa, znakomity scenariusz wykrojony z wyjątkowej szmiry oraz wybitna ścieżka dźwiękowa. Czegóż jeszcze potrzeba do szczęścia?
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Ocena: 9/10.

niedziela, 28 września 2014

"Blown Away" (1994)



Po przerwie na "Miasto 44" kontynuujemy przegląd kina związanego z szeroko pojętą kwestią irlandzką. W zasadzie to pauza mogłaby być nawet dłuższa, ale lenistwo intelektualne w dalszym ciągu nie pozwala mi skończyć podsumowania "True Blood". Pomysł na obejrzenie "Blown Away" zrodził się przy okazji poszukiwań "The Devil’s Own" na IMDb. W trakcie mozolnego przeglądania tejże zacnej strony natknąłem się bowiem na produkcję, której opis fabuły rozpoczynał się od słów: An Irish bomber escapes from prison and… Brzmi znakomicie, nieprawdaż? Film reżyserowany przez Stephena Hopkinsa (m.in. "Predator 2", "Lost in Space" – typowy wyrobnik) wpasowywał się ponadto idealnie do mojego cyklu recenzji wiekopomnych dzieł związanych w jakiś sposób ze Szmaragdową Wyspą. Trzecim powodem zachęcającym do obejrzenia była natomiast obsada. Jeff Bridges, Tommy Lee Jones oraz Forest Whitaker występując nawet pojedynczo są wystarczająco w pytę, a więc spodziewałem się, że potrójne combo może nieźle namieszać w moim rankingu.
źródło: http://www.impawards.com
Jak się błyskawicznie okazało "Blown Away" to tak naprawdę kino policyjne z lekko zarysowanym północnoirlandzkim tłem – a więc podobnie jak w "The Devil’s Own" (aczkolwiek tam było o wiele więcej Irlandii). Jimmy Dove (Jeff Bridges) to jeden z najlepszych saperów w bostońskiej policji. Na pierwszy rzut oka kochający ryzyko heros pozbawiony choćby jednej, najmniejszej wizerunkowej rysy. Jednakże zewnętrzny obraz Jimmy’ego nijak ma się do jego wnętrza. Nasz bohater po każdej akcji oddaje się womitacji, a w nocy nie może zmrużyć oka z powodu demonów przeszłości. Oczywiście, jak się bardzo łatwo domyślić, owe zmory wiążą się z Sześcioma Hrabstwami. Niemniej życie Jimmy’ego zaczyna się powoli stabilizować, ponieważ postanawia odejść z czynnej służby i związać się z Kate (Suzy Amis). Tymczasem w odległym Ulsterze z brytyjskiego więzienia ucieka owiany złą sławą irlandzki specjalista od bomb Ryan Gaerity (Tommy Lee Jones). Po przybyciu do USA Ryan postanawia wyrównać stare rachunki i zamienić nowe, idylliczne życie Jimmy’ego w najgorszy koszmar.
Wczesny Big Lebowski.
(© 1994 Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc. All Rights Reserved.)
Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu "Blown Away" to wyjątkowo marne kino, nawet jeśli spojrzeć na nie wyłącznie przez pryzmat kina policyjnego. O wątku północnoirlandzkim wspominam z wielkim bólem. Po pierwsze pod tym względem panuje niemalże totalne ubóstwo, a po drugie momentami jest naprawdę głupawo. Najlepszy przykład to oczywiście ucieczka Gaerity’ego z pilnie strzeżonego, brytyjskiego więzienia. Końcowy efekt jest tak wysoce upośledzony, że od razu kojarzy się z kreskówkami, w których wszystkie produkty mają logo ACME. Swoją drogą, gdy kiedyś ktoś z Was zastanawiał się co znaczy ta nazwa to jest akronim od A Company that Makes Everything. Z Sześciu Hrabstw dostajemy tylko skąpe flashbacki, które od czasu do czasu nawiedzają Jimmy’ego oraz informację, że Gaerity ze swoimi bombowymi pomysłami był zbyt hardcore’owy nawet dla Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Jestem przekonany, że w rzeczywistości, po tym co próbował zrobić w Ulsterze, Armia podjęłaby po prostu decyzję o eliminacji i o uroczym pogrzebie w południowym Armagh. "Blown Away" ponadto udowadnia, że nawet poszukiwani irlandzcy terroryści mogą zbiec do ojczyzny Wuja Sama by rozpocząć nowe życie w szeregach bostońskiej policji. No cóż, widocznie Ameryka to naprawdę kraj ogromnych możliwości!
© 1994 Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc. All Rights Reserved.
Po stronie prawości i sprawiedliwości tli się oczywiście konflikt między doświadczonym i utytułowanym pro (Dove) oraz żądnym chwały i fame’u pretendentem (Franklin). Jeśli znacie choćby średnio współczesne kino amerykańskie to widzieliście takie motywy już tysiące razy. Inna oklepana klisza wykorzystana w filmie to oczywiście odejście na emeryturę i błyskawiczny powrót do pracy po śmierci kolegi. Ponadto czarny charakter zamiast po prostu szybko wybić wszystkich bliskich głównego bohatera, pozwolić mu cierpieć, a następnie zadać mu śmierć, bawi się w wyjątkowo misterne plany, które jak łatwo przewidzieć doprowadzą do jego ostatecznej klęski. Na plus można zaliczyć efekty specjalne oraz ścieżkę dźwiękową, o ile oczywiście ktoś uważa, że wszystkie piosenki U2 nie brzmią tak samo. Kule ognia są przyzwoite i wyglądają naprawdę dobrze, aczkolwiek szkoda, iż aby uchronić się przed eksplozją wystarczy rzucić się na ziemię albo po prostu odwrócić. Metody rozbrajania bomb również mogą być uwłaczające dla prawdziwych saperów. W "Blown Away" wystarczy przeciąć jeden z dwóch różnokolorowych kabli (ja na miejscu Gaerity’ego zrobiłbym dwa takie same) albo wyrwać na pałę dowolny element i wszystko będzie git.
© 1994 Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc. All Rights Reserved.
Spodziewałem się, że jeśli nawet "Blown Away" nie będzie dobrym filmem, to trójka utytułowanych i poważanych aktorów wystarczy by zapewnić dobre wrażenia końcowe. Niestety przy całej mojej sympatii dla Jeffa Bridgesa muszę napisać, że zawiódł moje oczekiwania. Najgorzej przedstawiał się jako Dove upadły: sceny pijaństwa w jacuzzi wypadły wysoce żenująco. W wersji sympatycznej nie był nawet najgorszy, ale jest to aktor, po którym spodziewałem się o wiele więcej. Forest Whitaker gra dosyć sztampową postać i nie za bardzo postarał się, aby była do kreacja pamiętana przez lata. Ot, klawo, że jest, ale nic więcej. Natomiast to co zrobił ze swoją postacią Tommy Lee Jones to już prawdziwa rozpacz. Liczyłem na zimnego profesjonalistę z Ulsteru, a otrzymałem co prawda pro, ale przy okazji również kompletnego pojeba – najlepsze przykłady to scena z nagraniem i krabami. Nie da się na to patrzeć! Dodatkowo na drugim planie prawie nic się nie dzieje. Suzi Amis snuje się gdzieś w tle, od czasu do czasu robiąc małżeńskie wyrzuty. Jedyna fajna postać (w zasadzie może nawet najlepsza w filmie) to wujek Dove’a, Max O’Bannon. Wielkie brawa dla nieżyjącego już niestety Lloyda Bridgesa!
© 1994 Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc. All Rights Reserved.
Po raz kolejny zatem szara rzeczywistość brutalne zweryfikowała wybujałe oczekiwania. Głupawość, sztampowy scenariusz i przeszarżowanie kreacji Tommy’ego Lee Jonesa skutecznie zniechęcają do ponownego obejrzenia "Blown Away". Ocena nie może być zatem wyższa niż poniżej. W zasadzie film mogę polecić jedynie osobom, które pewnego pięknego dnia obudzą się opętane ideą stworzenia rankingu filmów związanych z szeroko pojętą kwestią irlandzką i nie spoczną póki lista nie będzie kompletna albo trud nie będzie skończony.
© 1994 Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc. All Rights Reserved.
Ocena: 4/10.

wtorek, 23 września 2014

"Miasto 44"



Z okazji dwusetnej recenzji postanowiłem przygotować coś ekstra, a jako, że od "Edge of Tomorrow" nie byłem w kinie, nadarzyła się wyśmienita okazja, aby wybrać się do Mikro, obejrzeć i zrecenzować "Miasto 44". O filmie Jana Komasy zrobiło się już głośno w fazie produkcji. Powodem medialnej zawieruchy były bowiem protesty powstańców zatrudnionych w roli konsultantów, którym nie podobały się sceny erotyczne oraz wulgaryzmy. Kiedy przeczytałem o tym po raz pierwszy, niemal w kieszeni otworzył mi się sekator, którego używam w swojej codziennej, kryminalnej działalności. Pierdolenie (wybaczcie Moi Drodzy, ale tego nie da się nazwać inaczej) o seksualnej wstrzemięźliwości i nie używaniu słownictwa uznanego za nieparlamentarne w trakcie Powstania Warszawskiego wydaje mi się już totalnie absurdalnym zabiegiem, o którym naprawdę żal pisać. Aż tak bardzo chcecie podtrzymywać mit nieskalanego nieczystą chucią, złotoustego powstańca katolika-intelektualisty? Szkoda zatem, że bohaterowie "Miasta 44" nie deklamują kwestii trzynastozgłoskowcem! Patrząc na tę sytuację z drugiej strony, szum medialny z pewnością przysporzył projektowi sporo fame'u i sprawił, że wiele osób tak naprawdę zaczęło interesować się filmem. Jeśli była to jedynie akcja marketingowa (a po projekcji utwierdzam się w tym przekonaniu coraz mocniej) to oceniając jej skuteczność należy pochwalić pomysłodawcę. Wstęp się troszkę rozrósł, ale muszę wspomnieć o jeszcze dwóch ważnych kwestiach. Niniejszy tekst dotyczy wyłącznie filmu i ewentualnie, gdy trzeba, wydarzeń związanych z Powstaniem Warszawskim. Nie mam zamiaru oceniać czy było one słuszne czy też nie. Po pierwsze nie czuję wystarczająco kompetentny, choć kiedyś o tym wiele czytałem, a po drugie nie da się odtworzyć ducha tamtego lata i emocji, które wypełniały Warszawę. Natomiast jeżeli "Miasto 44" miało być hołdem dla Powstania to powinno mieć premierę 1 sierpnia, a nie 19 września. Nie możemy jednak zapomnieć, że gimbazy są zamknięte w wakacje, a hajs się musi zgadzać.
źródło: http://miasto44.pl/
Zasiadając w kinowym fotelu miałem naprawdę spore oczekiwania. Liczyłem wreszcie na produkcję, która ukaże wojnę epicko i jednocześnie mądrze, bez niepotrzebnego patosu, z całym brudem, syfem i cierpieniem, które niesie. Pierwsze rozczarowanie przyszło już na samym początku. Z żenujących faktów dowiadujemy się m.in., że nie było hajsu na produkcję, ponieważ zbierano go aż osiem lat, że zmarnowano 71 kilometrów taśmy na nakręcenie filmu, że efekty specjalne to 30 tysięcy godzin pracy (mogło chodzić też o tony gruzu), a konkluzja jest jedna: jeśli widzisz, że ktoś nagrywa film w kinie to zakapuj go jak szmalcownik na Gestapo. Hola! Co mnie to do chuja obchodzi? Skąd mam wiedzieć czy 71 kilometrów taśmy to dużo czy mało – przecież nie siedzę w filmowym biznesie pod takim względem! No, ale myślę: dobra, chłopaki chcą się pochwalić, a statystyki zawsze robią dobre wrażenie na plebejuszach, ekran zweryfikuje wszystko. Jednakże zanim "Miasto 44" zaczęło się na dobre pojawiła się niekończąca wyliczanka sponsorów – jak żyję czegoś takiego nie widziałem! Rzadko chodzę do kina na polskie filmy, ale podejrzewam, że jest to nagminny proceder.
źródło: http://miasto44.pl/
Byłem więc już z deczka poirytowany, gdy zobaczyłem pierwsze napisy. Niestety powiększyły one niemiłosiernie moje wkurwienie. Wyjątkowo czerstwe plansze z jakimiś banałami to można sobie wyświetlać w reszcie świata, a nie w Polszy, w której każden jeden ma historię w jednym palcu. No, ale dobra czas zarysować fabułę. "Miasto 44" to historia grupy przyjaciół, młodych warszawiaków, którzy latem 1944 roku brutalnie wkraczają w dorosłe życie. Oś fabularna obraca się wokół perypetii świeżo zwerbowanych żołnierzy AK Stefana (Józef Pawłowski) oraz Biedronki (Zofia Wichłacz). Razem z parą głównych bohaterów przemierzamy najbardziej znane miejscówki powstańczej Warszawy: zaczynając od Woli (Pałacyk Michla, Żytnia, Wola; bronią jej chłopcy od Parasola), poprzez Stare Miasto, ewakuację kanałami na Śródmieście, by wreszcie skończyć przygodę na Czerniakowie.
źródło: http://miasto44.pl/
Nawiązując do zarzutów ze strony powstańców w "Mieście 44" bluzgi można zliczyć na palcach obu rąk, a sceny erotyczne są może ze trzy i to jeszcze w wersji soft. Gross wulgaryzmów pada zresztą z ust niedobrych nazistowskich (co się tu podkreśla – what the fuck?!) Niemców. Mimo, że erotyka jest uboga, można się spodziewać oskarżeń ze strony prawdziwych polskich nacjonalistów, dla których największym przejawem miłości do ojczyzny jest podpalanie różnych rzeczy, iż Jan Komasa próbował przerobić piękny patriotyczny zryw na dubstepowy porno teledysk. Nie da się ukryć, że "Miasto 44" nakręcono w niezwykle nowoczesny sposób, który o lata świetlne wyprzeda współczesne polskie kino wojenne. Teledyskowa maniera, slow motion czy wykorzystanie słynnych przebojów mogą być szokujące w odbiorze, jeśli tkwimy w zaściankowości. Na mnie największe wrażenie zrobiła sekwencja składająca się z przebitek sceny erotycznej oraz szturmu na kamienicę, do której za ścieżkę dźwiękową posłużyły ciężkie dubstepowe bity. Zaprawdę powiadam Wam: ogląda się to WYKURWIŚCIE!!! Niestety tak doskonałych scen jest niewiele i co może wydać się dziwne przypominają mi … "Sucker Punch".  Co prawda Warszawa wygląda w filmie znakomicie, ale same efekty pozostawiają wiele do życzenia. Gdzie te 30 tysięcy godzin pracy? Wybuchy granatów są okrutnie słabe, tak samo jak śmigające zewsząd pociski (wyglądające zresztą jak świetliki). W zasadzie doskonale imponująco wypadła jedynie fala uderzeniowa po wybuchu tzw. czołgu pułapki 13 sierpnia 1944 roku na ulicy Kilińskiego (zginęło wówczas ponad 300 osób, a kilkaset zostało rannych).
źródło: http://miasto44.pl/
A co zostanie, gdy odrzucimy formę i skupimy się na treści? "Miasto 44" to raczej nijaka historia, niemalże klasyczny romansowy trójkąt opierający się na różnicach klasowych. Swoją drogą większość ukazanych w filmie powstańców to przedstawiciele zamożnych rodzin inteligenckich. A ja się pytam zatem czy w Powstaniu nie walczyli aby także dumni synowie robotniczego Czerniakowa? Z tego powodu na ekranie słyszy się relatywnie mało starej, znakomitej warszawskiej gwary. Pod tym względem na pewno nie jest morowo. W fabule niestety dużo wyświechtanych klisz (np. skoro o warszawskiego urwisa walczą dwie klawe panny to od razu wiadomo, że jedna polegnie na polu chwały) i łatwo w poszczególnych scenach przewidzieć kto zginie. A śmierci jest sporo i zdarzają się naprawdę brutalne. Fajnie ukazano początkowy entuzjazm bohaterów, którzy wybuch Powstania traktują jako zabawę, ale już po pierwszej akcji nastroje ulegają diametralnym zmianom. Dobrze, że Komasa zwraca uwagę na prosty, ale często zapominany fakt: spora część uczestników Powstania nie była żołnierzami, a ich wyszkolenie trudno określić nawet jako podstawowe. Stąd też nie może dziwić cała masa idiotycznych zgonów, aczkolwiek z oceną AK należy się wstrzymać do frontalnego ataku berlingowców na Czerniakowie, który dowodzi, że ówczesna radziecka myśl nie była przodująca w dziedzinie urban warfare. Co ciekawe ostatnia scena filmu to oczywiste nawiązanie do "Gangów Nowego Jorku", z tą różnicą, że NY wyglądał zajebiście, a Warszawa chujowo.
źródło: http://miasto44.pl/
Generalnie "Miasto 44" rozczarowuje pod względem aktorskim. Z pewnością ogromne oklaski należą się uroczej Zosi Wichłacz za znakomitą rolę Biedronki (w szczególności za scenę Nie zostawiaj mnie nigdy więcej!). Jest to bardzo dobrze napisana postać, bez nachalnego heroizmu i momentami działająca w dwuznaczny sposób. Niestety partnerujący jej Józef Pawłowski przez większą część filmu jest warzywem, co sprawia, że jego postać mógłby zagrać Channing Tatum, ale wyszłoby znacznie drożej. Moim skromnym zdaniem Stefan mógłby zginąć w pierwszym szturmie bez straty dla produkcji, a przecież atak legendarny łopatą mógłby wykonać zawsze ktoś inny. W zasadzie poza dwójką głównych bohaterów brakuje ciekawych postaci, które przeciętny widz mógłby zapamiętać. Anna Próchniak (Kama) gra sztampową postać, podobnie jak Maurycy Popiel (Góral). W zasadzie mogę wyróżnić Antoniego Królikowskiego za rolę sympatycznego Beksy oraz Tomasza Schuchardta za stanowczego Kobrę.
źródło: http://miasto44.pl/
Czytając recenzję może wydawać się, że "Miasto 44" jest kompletnie nieudaną produkcją. Nie byłbym jednakże fair wobec Janka Komasy, gdybym tak twierdził. Oczywiście, pod wieloma względami film stanowi dla mnie rozczarowanie (ach, znowu te wybujałe oczekiwania!), ale produkcja jest naprawdę solidna i daje radę. Potrafię docenić nowatorskie podejście do skostniałego polskiego kina wojennego, dużą dozę nowoczesności oraz odwagę reżysera by zrobić to w ten, a nie inny sposób. Gość pokazał, że ma jaja, ale póki co nie są one jeszcze ze stali. Pamiętajcie jednak, że to moja, niezwykle subiektywna opinia. Uważam, że warto się wybrać do kina by wyrobić sobie własne zdanie na temat "Miasta 44", albowiem cytując klasyka: racja jest jak dupa - każdy ma swoją.
źródło: http://miasto44.pl/
Ocena: 6/10.

niedziela, 14 września 2014

"The Long Good Friday"



Ostatnimi czasy miałem zamiar po cichu kontynuować przegląd kinematografii związanej z szeroko pojętą kwestią irlandzką, aczkolwiek postanowiłem nie afiszować się z tym faktem, gdyż moje plany często są brutalnie weryfikowane przez szarą, codzienną rzeczywistość. I w tym przypadku wydawało się, że będzie podobnie, gdyż po przeczytaniu recenzji "The Long Good Friday" na portalu film.org.pl zapałałem ogromną ochotą by obejrzeć film Johna Mackenzie. Jak słusznie zauważył autor tekstu, w Polszy wspomniana produkcja cieszy się dosyć niewielką popularnością. Co więcej, muszę przyznać, że do momentu lektury nigdy nie słyszałem o tym filmie. W totalnym zalewie hollywoodzkiej tandety można przeoczyć najprawdziwsze perełki prosto z Wysp Brytyjskich. Jednakże zanim przejdziemy do zachwytów nad "The Long Good Friday" jeszcze jedna uwaga. Tym razem los okazał się dosyć przewrotny, bowiem gdy wydawało się, że przegląd produkcji związanych z Irlandią zatrzyma się na magicznej cyfrze jeden, okazało się, że "Długi Wielki Piątek" idealnie wpasowuje się do rankingu najlepszych filmów dotyczących szeroko pojętej kwestii irlandzkiej.
źródło: http://www.impawards.com
Harold Shand (Bob Hoskins) to znakomicie prosperujący gangster, który karierę zaczynał na samym dole przestępczej hierarchii. Po latach wytrwałej pracy wspiął się na londyński kryminalny Olimp. Dzięki wyeliminowaniu najgroźniejszych przeciwników zapewnił miastu dekadę spokoju oraz przyczynił się do prosperity półświatka. Jednakże ambicje Harolda sięgają znacznie dalej. Pod koniec lat 70-tych Londyn jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do Igrzysk Olimpijskich ’88. Shand postanawia wykorzystać nadarzającą się okazję i dzięki wsparciu finansowemu ze strony amerykańskiej mafii pragnie przejąć grunty pod najbardziej intratne inwestycje. Jednakże w momencie, gdy finalizacja transakcji wydaje się być na wyciągnięcie ręki, a gangsterzy z USA bawią z wizytą w Londynie, misterny plan zaczyna się sypać. Z nieznanych przyczyn zaczynają ginąć najbardziej zaufani ludzie Harolda, a on sam ledwie uchodzi z życiem z zamachu bombowego.
źródło: http://www.imdb.com
Na początku muszę pochwalić "The Long Good Friday" za znakomity scenariusz, który trzyma widza w napięciu aż do napisów końcowych. Naprawdę, w porównaniu do współczesnego filmowego gunwa, warto czasem sięgnąć po nieznane szerzej klasyki gatunku. Niestety z powodu konstrukcji fabularnej tak naprawdę niewiele można zdradzić na temat rozwoju akcji. Nie mogę nawet podać pierwotnego tytułu filmu, ponieważ sam w sobie zawiera jeden z największych spoilerów w dziejach (znajdziecie go w dziale trivia na IMDb). Jak można było w ogóle wpaść na taki pomysł? Chociaż z drugiej strony oceniam, że gdyby produkcję wypuszczono w Polsce pod oryginalnym tytułem bez tłumaczenia, to niewiele osób wiedziałoby o co chodzi. "The Long Good Friday" przedstawia Londyn trzymany w garści przez potężnego gangstera. W kieszeni Shanda siedzą nie tylko lokalni politycy, ale także przedstawiciele dumnego Scotland Yardu. Jednakże wystarczy jeden niezwykle przypadkowy zbieg okoliczności by mozolnie budowane imperium zaczęło chwiać się w posadach. Film Johna Mackenzie doskonale oddaje realia metropolii z końca lat 70-tych ubiegłego stulecia i co ciekawe odważnie ukazuje homoseksualizm jednej z czołowych postaci. Wraz z bohaterami przemierzamy mniej popularne zakątki Londynu, odwiedzając między innymi legendarne Brixton utrwalone na wieki wspaniałą piosenką The Clash. Poziom przemocy, chociaż nie ma jej tak naprawdę zbyt wiele, jest momentami wprost porażający. Pomysł Harolda związany z rzeźnią to doskonałość sama przez się, ale prawdziwie imponuje jedno z morderstw dokonanych w filmie. Pod względem brutalności i naturalizmu zalicza się w pewnością do Top 10 w dziejach kinematografii.
źródło: http://www.imdb.com
"The Long Good Friday" to także galeria znakomitych postaci. Oczywiście ekran zdominował Harold Shand w wykonaniu zmarłego niestety w tym roku Boba Hoskinsa. Znakomicie napisana postać: niby wielki oraz rozsądny gangster, ale borykający się z okresowymi skłonnościami do niekontrolowanych erupcji agresji i idiotycznych zachowań w stylu rozkapryszonego dziecka. Z biegiem filmu zaślepiony wiarą we własną potegę Shand zaczyna coraz bardziej tracić kontakt z rzeczywistością, Wielkie oklaski dla brytyjskiego aktora i ogromny szacunek za tę rolę. Jeżeli chcecie docenić kunszt aktorski Boba Hopkinsa zwróćcie uwagę na ostatnią scenę filmu, która rozgrywa się praktycznie bez słów. Abstrahując od popisów aktorskich jest to jeden z najlepszych finałów, jakie miałem okazję oglądać kiedykolwiek. Victoria, jako dziewczyna gangstera, to także doskonale napisana postać. Wreszcie dostajemy piękną i jednocześnie ogarniętą życiowo kobietę będącą czymś w rodzaju głosu rozsądku dla Harolda, a nie jak to mawiają w krakowskim MPK monotematyczną, tępą niunię. A w roli Victorii…Helen Mirren! Ogromne oklaski, w duecie z Hoskinsem widać ekranową chemię w najczystszej postaci. Na drugim planie, co się rzadko zdarza, jest prawdziwie wybornie. Chciałbym na pewno wyróżnić Dereka Thompsona (Jeff) oraz Paula Freemana (Colin). Dobrą robotę zrobił również P.H. Moriarty (Razors) i bardzo charakterystyczny Eddie Constantine (Charlie). Dla współczesnych widzów niejakim zaskoczeniem może być natomiast fakt, że "The Long Good Friday" to debiut Pierce’a Brosnana na wielkim ekranie. Irlandczyk wypowiada co prawda jedną kwestię, ale każde jego pojawienie się w filmie jest znakomite.
źródło: http://www.imdb.com
"The Long Good Friday" to naprawdę znakomite kino, a za dodatkowy bonus należy uznać wybitną ścieżkę dźwiękową. Spoglądając na współczesne, miałkie produkcje zastanawiam się co poszło nie tak i dlaczego nie można w większym stopniu skorzystać z tak wspaniałego dziedzictwa? Przykładowo uważam, że "London Boulevard" będący znakomitą produkcją opartą na totalnej chujowiźnie książkowej, bardzo wiele czerpie z najlepszych tradycji angielskiego kina gangsterskiego, aczkolwiek wylano na niego hektolitry hejtingu. Jeśli macie zatem ochotę obejrzeć coś naprawdę wybitnego nie wahajcie się włączyć "The Long Good Friday".
Young & Beautiful ;)
(źródło: http://www.imdb.com)

Ocena: 9/10.