wtorek, 14 marca 2017

"Doctor Strange" (2016)



We never lose our demons, we only learn to live above them.

Dzisiaj co prawda postanowiłem na chwilę wypaść z głównego nurtu tegorocznych Oscarów i skupić się na reprezentancie kina czysto rozrywkowego, pozbawionego większej ambicji. Niemniej, gwoli sprawiedliwości, muszę zaznaczyć, że także "Doctor Strange" miał szansę na wygranie jednej statuetki w kategorii najlepsze efekty wizualne (czy jak ktoś woli Best Achievement in Visual Effects), aczkolwiek przegrał z kolejną wersją "Księgi Dżungli". Przyznam szczerze, że, tak jak w większości przypadków dotyczących produkcji sygnowanych logiem Marvela czy DC Comics, nie miałem okazji zapoznać się z komiksową serią stanowiącą kanwę dla filmu (autorami pierwowzoru z 1963 roku są Stan Lee oraz Steve Ditko). Jakoś bardzo mi nie po drodze z komiksami o superbohaterach – chociaż muszę przyznać, że ostatnio zrobiłem wyjątek dla Watchmen, aczkolwiek pod tym i wieloma względami jest to wręcz unikalny przypadek. Reżyser Scott Derrickson kojarzy mi się natomiast jedynie z bardzo miałkim "The Day the Earth Stood Still" z 2008 roku, w którym nad wyraz drewnianym aktorstwem popisał się Keanu Reeves.
źródło: http://www.impawards.com
Dr Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) to światowej sławy neurochirurg, cechujący się ponadto ponadprzeciętną inteligencją. Co prawda w uniwersum Marvela pojawiło się już kilku podobnych geniuszy, niemniej nasz bohater wyróżnia się na ich tle kompletnym brakiem empatii, totalnym zadufaniem we własne umiejętności oraz po prostu byciem kutasem dla swoich współpracowników. W trakcie brawurowo lekkomyślnej jazdy sportowym samochodem (dodajmy, że hajs się zgadza bardziej niż powinien), Strange ma wypadek, przez który traci swoje niezwykłe zdolności manualne. Podczas żmudnej rehabilitacji wybitny lekarz powoli żegna się z myślą, że konwencjonalne metody pozwolą odzyskać mu pełnię władzy w rękach. Dodatkowo postępujące zgorzknienie wywołane tym faktem, niszczy obiecującą relację z koleżanką z pracy, Christine (Rachel McAdams). Usłyszawszy pogłoski o cudownym uzdrowieniu jednego z pacjentów swojego rehabilitanta, Strange postanawia postawić wszystko na jedną kartę i wyrusza do Nepalu szukać tajemniczego zakonu.
© 2016 Marvel.
Kiedy "Doctor Strange" jeszcze brylował na ekranach kinoplebsów przeczytałem dosyć pozytywną recenzję, aczkolwiek, jeśli dobrze pamiętam, wiele pisano o zmarnowanym potencjale i tym podobnych. Zasiadając do projekcji gdzieś z tyłu głowy miałem nikłą nadzieję, że być może wprowadzenie czystej magii do uniwersum Marvela będzie wyglądało trochę inaczej niż dotychczasowe produkcje o superbohaterach, z których estymą darzę praktycznie wyłącznie serię o przygodach Thora. Początek filmu wydawał się być jeszcze w miarę, gdyż dawno nie widziałem tak odpychającego protagonisty. Niemniej wraz z rozwojem (bardzo dynamicznym rozwojem) akcji produkcja Scotta Derricksona zaczęła się coraz bardziej upodabniać do typowych tworów filmowych Marvela. Któryż to już raz okaleczony w jakiś sposób geniusz musi nauczyć się panować nad nowymi, potężnymi mocami? Po raz który antagonista z bandą nijakich pomocników postanawia obalić istniejący porządek i przyzwać z innego wymiaru czy też odmętów kosmosu pradawną istotę będącą esencją zła (tym razem jest to niejaki Dormammu)? Fabularna miałkość kolejnej produkcji Marvela jest wprost porażająca – niby otoczka magii, Przedwieczny, czy nowe, potężne artefakty, ale w gruncie rzeczy jest to kolejny wtórny scenariusz oparty na tym samym schemacie. Czy naprawdę w mnogości komiksów Marvela nie można znaleźć jakiejś bardziej ambitnej i oryginalnej fabuły?
© 2016 Marvel.
O ile pod względem fabularnym można czepiać się "Doctora Strange’a" niemal w nieskończoność (polecam sprawdzić w tej kwestii niezawodne HISHE oraz Honest Trailers na YouTube), o tyle należy oddać Marvelowi, że pod względem realizacyjnym po raz kolejny dopracowano film niemal w najmniejszym detalu. Efekty specjalne, na które wyłożono grube miliony imperialistycznych dolarów (budżet szacuje się na 165 milionów USD), prezentują na ekranie po prostu znakomicie. W szczególności zaskoczyło mnie naginanie rzeczywistości, które trochę przypomina mi zabawy miejską architekturą z "Incepcji" Christophera Nolana. Ponadto scenografia, kostium oraz artefakty trzymają wysoki poziom, do którego przyzwyczaiły widzów ostatnie produkcje osadzone w uniwersum Marvela. Czuję jednak pewien niedosyt, gdyż na kluczowe punkty ziemskiego systemu obrony wybrano tak mało egzotyczne miejscówki jak Londyn, Hong Kong oraz Nowy Jork, ale cóż poradzić. Bardzo średnio wypadła natomiast ścieżka dźwiękowa, ponieważ jej kompletnie nie pamiętam, mimo, że Strange jawi się jako chodząca muzyczna Wikipedia. Nieoczekiwanie "Doctor Strange" zaskoczył mnie kilkoma autentycznie zabawnymi i niegłupawymi scenami humorystycznymi (przy czym nie zaliczam do nich na pewno sceny rozgrywającej się po napisach końcowych).
© 2016 Marvel.
Benedict Cumberbatch wcielający się w skrzyżowanie doktora House’a oraz współczesnego, serialowego Sherlocka Holmesa (pod względem aspołeczności) wypada całkiem naturalnie, przez co dosyć przyjemnie ogląda się ekranowe poczynania Brytyjczyka. I w zasadzie tyle pozytywne można napisać o popisach aktorskich w produkcji Marvela. Zaskakujące, że wśród wielu pozostałych postaci pojawiających się w filmie praktycznie nikt nie był w stanie wyjść ponad przeciętność i wtórność. Chiwetel Ejiofor, wcielający się w Mordo, niezwykle prawego i sprawiedliwego kompana Doktora Strange’a, to rola do zapomnienia zaraz po napisach końcowych z powodu wybujałego, wręcz nienaturalnego poczucia sprawiedliwości. Tilda Swinton jako Przedwieczna również doskonale wpisuje się w konwencję przeciętności. Po raz kolejny brakuje także interesującego przeciwnika. Mads Mikkelsen (Kaecilius) udowodnił choćby w "Casino Royale", że w tej kwestii ma spory potencjał, ale w tym przypadku scenariuszowe ograniczenia jego postaci są nie do przezwyciężenia. Warto jednakże podkreślić całkiem sympatyczne występy Rachel McAdams oraz Benedicta Wonga (Wong).
© 2016 Marvel.
Wbrew oczekiwaniom "Doctor Strange" to typowy wyrób filmowy ze stajni Marvela. Niestety sprawność realizacyjna oraz efekty specjalne nie są w stanie zrekompensować ewidentnych wad projektu takich jak wtórna fabuła czy niezwykle przeciętna konstrukcja postaci. Jest to idealna produkcja na niedzielny obiad albo łóżkową marnację po srogim melanżu.
© 2016 Marvel.
Ocena: 5/10.

środa, 22 lutego 2017

"Moonlight" (2016)



At some point, you gotta decide for yourself who you're going to be. Can't let nobody make that decision for you.

W dalszym ciągu pozostajemy w kręgu Oscarów, więc dzisiaj na warsztat trafia czwarta z dziewięciu produkcji nominowanych w kategorii najlepszy film roku. Tym razem skupimy się na przedstawicielu amerykańskiej kinematografii niezależnej (swoją drogą tak bardzo niezależnej, że niejaki Brad Pitt pełni rolę producenta wykonawczego), czyli chwalonym przez wielu i wysoko ocenionym "Moonlight" w reżyserii Barry’ego Jenkinsa. Szczerze przyznam, że po dotychczasowej przygodzie z trzema tegorocznymi nominacjami zacząłem głęboko wątpić w ideę wyróżniania tego rodzaju filmów nagrodami, ponieważ jeszcze żadna z propozycji, które obejrzałem, nie wybiła się ponad solidność, a o urwaniu dupy to mogę jedynie pomarzyć. Jednak postanowiłem nie poddawać się i mieć nadzieję, że "Manchester by the Sea" oraz "Moonlight", które zostało nominowane aż w ośmiu kategoriach, pokażą wreszcie długo wyczekiwaną klasę. Tytułem wstępu warto wspomnieć, że fabuła filmu Barry’ego Jenkinsa została oparta na sztuce In Moonlight Black Boys Look Blue autorstwa Tarrella Alvina McCraneya.
Genialny plakat.
(źródło: http://www.impawards.com)
"Moonlight" to rozgrywająca się pośród pogrążonych w nędzy i przemocy slumsach Liberty City (dzielnica Miami) historia 9-letniego Chirona (Alex R. Hibbert), zwanego przez rówieśników Małym (Little). Egzystencja czarnoskórego chłopca nie jest zbyt wesoła i godna pozazdroszczenia: regularne wpierdole od kolegów z podwórka są urozmaicane przez odpały matki uzależnionej od cracku. W trakcie jednej z ucieczek przed bandą agresywnych małolatów Little poznaje lokalnego dilera narkotyków z kubańskim rodowodem. Z nieznanych przyczyn Juan (Mahershala Ali) oraz jego piękna dziewczyna Teresa (Janelle Monáe) od czasu do czasu opiekują się chłopcem, pozwalając choć na chwilę zapomnieć o niezbyt fortunnym dzieciństwie.
źródło: http://moonlight.movie/
Obejrzawszy zapowiedź "Moonlight" spodziewałem się klimatów rodem z legendarnego "The Wire": brzydkich, zaśmieconych ulic pogrążających się w nędzy i rozpaczy, bezwzględnej walki o najlepsze miejscówki do sprzedaży anielskiego pyłu czy tak zwanych czarnuchów z charakterem (jak choćby Stringer Bell, Marlo czy Slim Charles, nie wspominając już o tak mitycznej postaci jak Omar Little). I rzeczywiście muszę przyznać, że początek filmu Barry’ego Jenkinsa spełnił moje oczekiwania. Juan sprawdza jak idzie narkobiznes niczym Stringer Bell, a Little, przemierzający szybkim tempem getto, trafia do narkomańskiej miejscówki żywcem wyjętej z "The Wire" (Chris i Snoop zapewne nie omieszkaliby zostawić w niej kilku ciał przykrytych grubą warstwą wapna). Niemniej wraz z rozwojem akcji podobieństwa do tego znakomitego serialu zaczęły tracić pierwszoplanową rolę. Chociaż akcja "Moonlight" została osadzona w obskurnym, pełnym przemocy getcie to jednak jest to bardzo osobista i delikatna, wręcz poprowadzona w poetycki sposób historia, o nieustannym poszukiwaniu własnej tożsamości. Fabuła rozciągnięta na przestrzeni kilkunastu lat pozwala na zaobserwowanie procesu dojrzewania i akceptacji samego siebie od dziecka (segment "Little"), poprzez nastolatka ("Chiron"), aż po młodego mężczyznę ("Black"). Dodatkowa zaleta to wręcz zaskakujący wątek homoseksualny skontrastowany z wyjątkowo homofobicznym środowiskiem afro-amerykańskiej społeczności zamieszkującej Liberty City. Niemniej nie trzeba mieć bogatej wyobraźni, aby przewidzieć ból dupy (dosłownie) w polskich niepokornych mediach, jeśli "Moonlight" zwycięży.
źródło: http://moonlight.movie/
Pod wieloma względami "Moonlight" może przyprawiać widza o depresję. Rzadko na ekranie mamy okazję oglądać uzależnioną od cracku matkę, która nie dość, że okrada własne dziecko z pieniędzy to jeszcze wyrzuca syna z domu, ponieważ ma randkę z przygodnym kutasem. Generalnie wygląd Liberty City może skutecznie zniechęcić do odwiedzenia Miami. Za tak dobraną do klimatu opowieści scenografię należą się twórcom wielkie brawa. Warto również zwrócić uwagę na niedopowiedzenia, gdyż w "Moonlight" zrezygnowano z łopatologicznego tłumaczenia pewnych wydarzeń, ograniczając się jedynie do krótkiej informacji podanej w dialogu (w ten sposób dowiadujemy się choćby o śmierci jednego z bohaterów, a okoliczności zejścia pozostają nieznane). Nie poznajemy także motywacji, która kierowała Juanem, gdy postanowił zaopiekować się małym chłopcem. Czyżby starając się naprawić dzieciństwo Chirona próbował odkupić swoje grzechy wynikające ze sprzedaży narkotyków czy też po prostu był dobrym, wrażliwym człowiekiem nieobojętnym na ludzką krzywdę? I najfajniejsze jest to, że sami możecie odpowiedzieć na powyżej postawione pytania, a potem kłócić się, która wersja wydarzeń jest najbardziej prawdopodobna. Pewnym mankamentem "Moonlight" jest dosyć mało wyrazista ścieżka dźwiękowa (udało mi się zapamiętać jedynie utwór o chwytliwym tytule Every Nigger is a Star Borisa Gardinera), ale historia Chirona jest na tyle wciągająca, że nie odgrywa to większego znaczenia w odbiorze filmu.
źródło: http://moonlight.movie/
Co ciekawe reżyser kręcąc film zadbał, aby odtwórcy ról Chirona oraz Kevina nie spotkali się na planie, dzięki czemu chciał sprawić, żeby każdy z aktorów stworzył oryginalne spojrzenie bez oglądania się na kolegów. W efekcie wszyscy odtwórcy głównych ról (Chiron: Alex R. Hibbert, Ashton Sanders, Trevante Rhodes; Kevin: Jaden Piner, Jharrel Jerome, André Holland) wypadli wprost znakomicie i bardzo trudno wyróżnić któregokolwiek z nich pomijając pozostałych. Do tego brawurowo w rolę Juana wcielił się Mahershala Ali, znany choćby z serii "Hunger Games". Pozostaje jedynie ubolewać, że nie ma go więcej na ekranie. Podobne odczucia mam w stosunku do Janelle Monáe, która po prostu prezentuje się w "Moonlight" jako jedna z najpiękniejszych kobiet, które miałem okazję oglądać w swoim życiu. Wielkie propsy należą się również Naomie Harris za przekonującą do bólu rolę uzależnionej od narkotyków matki Chirona.
źródło: http://moonlight.movie/
 "Moonlight" zaskakuje kameralnością, klimatem, doskonałymi zdjęciami oraz znakomitym aktorstwem. Niemniej jest to kino dosyć ciężkie pod względem tematyki i z pewnością wielu z Was nie przypadnie do gustu. Po obejrzeniu czterech z dziewięciu tegorocznych kandydatów do Oscara z całą pewnością śmiem twierdzić, że jest to póki co najciekawsza i najbardziej oryginalna pozycja w zestawieniu. Polecam gorąco, acz nie jest to łatwe i przyjemne kino.
źródło: http://moonlight.movie/
Ocena: 8/10.

sobota, 18 lutego 2017

"Arrival" (2016)



If you could see your whole life from start to finish, would you change things?

Dzisiaj również kontynuujemy przygodę z kandydatami do tegorocznych Oscarów. Na warsztacie wylądowało zatem "Arrival" w reżyserii Denisa Villeneuve, które otrzymało zawrotną liczbę ośmiu nominacji. Dotychczasową twórczość kanadyjskiego reżysera uważam za bardzo udaną, a przede wszystkim prezentującą bardzo zbliżony do siebie, wysoki poziom. Produkcje takie jak "Prisoners", "Enemy" czy "Sicario" oglądałem z prawdziwą przyjemnością, więc cieszyłem się na myśl, że Kanadyjczyk wziął się za science fiction. Ponadto seans "Arrival" postanowiłem potraktować jako prawdziwy test przed zbliżającą się premierą "Blade Runner 2049". Jedyne, co wywołało u mnie pewien niepokój, to polskojęzyczna wersja tytułu. "Nowy początek" nadaje się tu jak, cytując Króla Szczepana Twardocha (swoja drogą polecam przeczytać, wybitna lektura), gówno na kolację. Dziwi mnie to tym bardziej, iż oryginalnie przyjmowano, że film przyjmie tytuł literackiego pierwowzoru autorstwa Teda Chianga – Story of Your Life (ostatecznie tytuł nie przypadł do gustu widowni testowej).
źródło: http://www.impawards.com
Samotna egzystencja dr Louise Banks (Amy Adams) wydaje się wyjątkowo monotonna. Poza pracą na uczelni ceniona ekspertka od lingwistyki praktycznie nie ma żadnego życia rodzinnego. Sytuacja ulega diametralnej zmianie, gdy kompletnie nieoczekiwanie w dwunastu miejscach na Ziemi pojawiają się tajemnicze pojazdy, ewidentnie należące do pozaziemskiej cywilizacji. Z powodu sławy oraz uznania na arenie międzynarodowej dr Banks zostaje zwerbowana przez pułkownika Webera (Forest Whitaker) do tajnego, rządowego zespołu, w którym ważną rolę odgrywa fizyk teoretyczny Hawkeye Ian Donnelly (Jeremy Renner). Para naukowców staje przed karkołomnym zadaniem nawiązania komunikacji z obcymi w celu jak najszybszego ustalenia ich zamiarów wobec mieszkańców Ziemi.
źródło: http://www.arrivalmovie.com/
Przyznam szczerze, że zasiadając do seansu "Arrival" spodziewałem się czegoś w rodzaju bardziej poważnego "Dnia Niepodległości" (oczywiście chodzi mi o pierwszą część). Jednakże, jak słusznie zauważył ostatnio towarzysz Otwór (co jest o tyle dziwne, iż zdarza mu się to niezwykle rzadko) w filmie Denisa Villeneuve dramat zdecydowanie zdominował science fiction. Chociaż przeważnie mocno narzekam na tego rodzaju rozwiązania to tym razem twórcom naprawdę udało się zainteresować widza flashbackami z życia prywatnego dr Banks i postawić bardzo ciekawy dylemat: co zrobilibyście wiedząc dokładnie jak potoczy się Wasza marna egzystencja na tym ziemskim łez padole? Czy próbowalibyście coś zmienić czy też postąpilibyście zgodnie z radą Jima Morrisona z The Doors: takes it easy, baby; take it as it comes? I to właśnie pytanie stanowi praktycznie esencję "Arrival" (abstrahując od jednoznacznego przesłania: jednoczcie się Ziemianie! – zastanawiam się czy przybycie obcych byłoby wystarczającym czynnikiem do zjednoczenia Polaków). Niemniej oglądając film miałem nieodparte wrażenie, że przypomina mi pod pewnymi względami trochę bardziej wysublimowaną wersję "Kontaktu" z Jodie Foster. Z tą różnicą, że nie musimy czekać do samego końca, aby zobaczyć obcych (choć tak naprawdę wszystko mogło się tam przecież nie wydarzyć).
źródło: http://www.arrivalmovie.com/
Obcy oraz pozaziemska technologia przedstawiona w filmie nie zrobiły na mnie większego wrażenia z wyjątkiem sceny, w której bohaterowie po raz pierwszy wchodzą na pokład statku kosmicznego. Widziałem już sporo produkcji science fiction, więc trudno mnie zaskoczyć czymś nowym. O ile nowości jest mało, o tyle w "Arrival", ku mojemu totalnemu zdziwieniu, pojawiło się kilka starych, wyświechtanych do bólu klisz. Pułkownik Weber chyba nie jest zbyt dobrym head hunterem, ponieważ przyjął do swojej drużyny chyba najbardziej niepokornych naukowców w USA (twarda erekcja u Jana Pospieszalskiego), którzy potrafią zignorować każdy rozkaz. Niemniej, o ile postać grana przez Foresta Whitakera nie zatraciła kompletnie umiejętności trzeźwego myślenia, o tyle reszta dzielnych wojaków wygląda jakby miała chuja zamiast głowy. Nie wspominając już o szeregowcach, nawet oficerowie pod wpływem kretyńskich programów telewizyjnych wpadają na jeszcze bardziej kretyńskie pomysły. Gdyby ode mnie zależało zarządzanie tak istotnym przybytkiem to odciąłbym go kompletnie od świata, a każda osoba przybywająca w bazie przeszłaby uprzednio testy na odporność od ogłupiającej telewizji. Ponadto również średnio odczuwam naukowość "Arrival", chociaż ponoć twórcy wiele zrobili, aby uwiarygodnić przedstawione na ekranie teorie językowe. Jako zdecydowane plusy mogę natomiast wyróżnić wyraźny klimat niepokoju potęgowany przez dobrze dobraną ścieżkę dźwiękową oraz bardzo ładne, stylowe zdjęcia. Ponadto zawsze na propsie są u mnie zabawy z czasem, oczywiście, jeżeli są zrobione w prawidłowy sposób.
źródło: http://www.arrivalmovie.com/
W kwestii aktorstwa mam natomiast zdecydowanie mieszane uczucia. Co prawda Amy Adams bardzo fajnie zagrała dr Banks, ale jeżeli osobiście uważam, że zdecydowanie lepiej wypadła w "Nocturnal Animals". Hawkeye Jeremy Renner po raz kolejny na ekranie wydaje się całkowicie zbędny, a nawet wydaje mi się, że można by śmiało usunąć jego postać z filmu. Weź się wreszcie do roboty i pozwól mi się zapamiętać z czegoś innego niż nijakość oraz bezużyteczność! Na drugim planie nie dzieje się natomiast praktycznie nic ciekawego. Forest Whitaker gra typowego wojskowego, który jednakże jeszcze umie trochę myśleć. Szansą na ciekawą postać był natomiast agent CIA Halpern, ale mimo mojego szacunku do Michaela Stuhlbarga za rolę Arnolda Rothsteina w "Boardwalk Empire" oraz znakomity występ w "A Serious Man" braci Coen, trudno ocenić ją na więcej niż przeciętną. W związku z tym nagrodę za najciekawszy występ drugoplanowy nieoczekiwanie otrzymuje Tzi Ma, wcielający się w chińskiego generała Shanga.
źródło: http://www.arrivalmovie.com/
"Arrival" jako film science fiction wypada raczej średnio, ale jako dramat sprawdza się dosyć dobrze. Niemniej, przepraszam, że się powtarzam, ale nominacja dla produkcji Denisa Villeneuve przy pominięciu "Nocturnal Animals" Toma Forda wydaje mi się kompletnym absurdem i nonsensem (pozdro Szasza, gdziekolwiek jesteś!). Mimo wszystko warto sprawdzić "Nowy początek" choćby dla ciekawego, językowego podejścia do tematu obcych, aczkolwiek nie jest to film, do którego będę wracał.
źródło: http://www.arrivalmovie.com/
Ocena: 7/10.

czwartek, 9 lutego 2017

"La La Land" (2016)



That's LA. They worship everything and they value nothing.

Tradycyjnie już, jak to normalnie o tej porze roku, kontynuujemy przygodę z tegorocznymi kandydatami do Oscara. Po ostatniej recenzji "Hell or High Water" przyszedł czas na kolejnego rekordzistę pod względem nominacji (aż czternaście!), który pod tym względem dołączył do elitarnego grona "All About Eve" oraz "Titanica". Chociaż nie przepadam w szczególności za musicalami to jednak z uwagi na tak dużą liczbę potencjalnych statuetek oraz niezwykle pochlebne recenzje postanowiłem wybrać się do kina. Zresztą wydaje mi się, że tego typu filmy wymagają kinowej sali, aby odczuć pełnię wrażeń – trochę coś jak teatr. Dodatkowym czynnikiem zachęcającym do obejrzenia "La La Land" była osoba reżysera. Trzy lata temu Damien Chazelle kręcąc "Whiplash" udowodnił, że na ekranie całkiem dobrze radzi sobie z branżą muzyczną (acz nadmierne spusty nad tym dziełem nie powinny mieć miejsca), więc byłem ciekaw, w jaki sposób ogarnie znacznie większy budżet oraz rozmach nowego przedsięwzięcia.
© 2016 Summit Entertainment, LLC
"La La Land" to opowieść o pogoni za marzeniami. Mia (Emma Stone), początkująca aktorka o wielkich ambicjach, w przerwach między licznymi (i najczęściej kompletnie nieudanymi) przesłuchaniami, dorabia sobie w kawiarni położonej w centrum studia filmowego. Sebastian (Ryan Gosling), utalentowany pianista i prawdziwy fanatyk jazzu, nie może otrząsnąć się z nieudanego interesu, w którym utopił wszystkie oszczędności. By zarobić na życie porzuca dumę artysty chałturząc w restauracjach i na przyjęciach. Nie muszę chyba dodawać, że losy dwójki bohaterów diametralnie odmienią kolejne przypadkowe spotkania w Mieście Aniołów.
© 2016 Summit Entertainment, LLC
Otwierająca film, dosyć wesoła piosenka Another Day of Sun wywołała u mnie dosyć negatywne odczucia. Pomyślałem sobie, że jeżeli "La La Land" będzie w całości utrzymany w takiej konwencji to chyba nie wysiedzę w kinie ponad dwóch godzin. Na szczęście, jak się później okazało, wstawki taneczno-muzyczne nie są aż tak częste, a akcja nawet całkiem płynnie przechodzi w nie z normalnej fabuły. Nie miałem zatem wrażenia, że jak to często ma miejsce w przypadku rodzimej kinematografii, piosenka zostaje wpierdolona do filmu bez żadnej wazeliny, w efekcie czego wydaje się potrzebna jak kurwie deszcz. Co więcej, "La La Land" zapowiadał się jako wesoła i lekka produkcja o miłości i spełnianiu marzeń w Mieście Aniołów. Jakież było zatem moje zdziwienie, gdy wraz z rozwojem fabuły, na ekranie zaczęły dominować poważne (przynajmniej jak na musical) wątki obyczajowe, które sprawiają, że w ostatecznym rozrachunku film Damiena Chazelle’a ma niezwykle smutny wydźwięk. Abstrahując już od zakończenia i licznych nawiązań do "Casablanki" zwróćcie uwagę na wątek przemijania starych czasów wyrażony poprzez zamknięcie legendarnego klubu jazzowego czy kina, w którym bohaterowie oglądali "Buntownika bez powodu". Szczerze doceniam tę nietypową dla gatunku, smutną tonację.
© 2016 Summit Entertainment, LLC
Aczkolwiek należy pamiętać, że w musicalu wątki fabularne nie odgrywają głównej roli (co nie znaczy jednak, że można klecić stolce pozbawione kompletnie fabuły). Wrażenia audio-wizualne powinny wysuwać się zdecydowanie na pierwszy plan i pod tym względem mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony oprawa wizualna, kostiumy, zdjęcia oraz instrumentalna ścieżka dźwiękowa są super i naprawdę nie ma się do czego przyczepić, ale po prostu nie mogę przejść do porządku dziennego nad popisami wokalnymi pary głównych bohaterów. Może nie mam wykształcenia muzycznego ani nawet poczucia rytmu, ale jeśli mogę śmiało stwierdzić, że Ryan Gosling śpiewa bardzo mizernie to chyba coś poszło nie tak. Trochę lepiej pod tym względem wypada Emma Stone, ale warto zauważyć, że ostatnio grała w broadwayowskiej wersji słynnego "Kabaretu". Z tego co zapamiętałem z prozy Christophera Isherwooda (Pożegnanie z Berlinem) Sally Bowles, w którą wcieliła się Emma Stone, była raczej marną wokalistką. I tu niestety jest podobnie: zarówno Mia, jak i zdecydowanie jeszcze bardziej Sebastian, nie urywają niczego pod względem wokalnym. Na szczęście, jak już wspominałem, piosenek nie jest tak wiele, więc można to jakoś przeboleć w ogólnym rozrachunku. Warto natomiast pochwalić "La La Land" za całkiem zabawne momenty czysto humorystyczne – komiczny występ Sebastiana na przyjęciu czy śmieszki przy sesji zdjęciowej zespołu. Osobiście pragnę natomiast wyróżnić osobę odpowiedzialną za przygotowanie polskich napisów do filmu. Przetłumaczenie nazwy lokalu Seb’s na U Seba to mistrzostwo świata.
© 2016 Summit Entertainment, LLC
Jeśli chodzi o aktorstwo to poza wspomnianą ułomnością wokalną nie mogę przyczepić się pod żadnym względem do Ryana Goslinga i Emmy Stone. Między parą głównych bohaterów widać prawdziwą, ekranową chemię, ale także warto docenić bardzo realistyczne oddanie burzliwych emocji, które targają postaciami. Momentami Goslingowi udało się także wprowadzić w kreację Sebastiana luzackie podejście, które zaprezentował choćby w "The Nice Guys", dzięki czemu kilka scen jest autentycznie zabawnych. Emma Stone, podobnie jak w "Birdmanie", po raz kolejny udowadnia, że jest aktorką z hollywoodzkiej ekstraklasy. Czego natomiast brakuje mi najbardziej w "La La Land" to o wiele bardziej wyraziste postacie drugoplanowe. O ile J.K. Simmons, pojawiający się w epizodycznej, autoparodystycznej kreacji z "Whiplash" oraz John Legend (Keith) wryli się dosyć dobrze w moją pamięć, o tyle reszta obsady pozostała dla mnie kompletnie anonimowa. Trochę szkoda, ponieważ czuję pod tym względem niedosyt z powodu jawnie niewykorzystanego potencjału.
© 2016 Summit Entertainment, LLC
Osobiście nie uważam, żeby "La La Land" był aż tak wybitnym filmem, aczkolwiek mam świadomość, że kolorowa, roztańczona produkcja Damiena Chazella’a może się podobać i zgarnąć kilka statuetek. Jakby to ujął Fletcher z "Whiplash": not quite my tempo. Mimo wszystko jest to solidna produkcja, która zaskoczyła mnie przede wszystkim dosyć pesymistycznym wydźwiękiem. Warto sprawdzić choćby dla ścieżki dźwiękowej, znakomitej scenografii czy niepowtarzalnego klimatu Miasta Aniołów.
© 2016 Summit Entertainment, LLC
Ocena: 7/10.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

"Hell or High Water"



 I've been poor my whole life, like a disease passing from generation to generation.

Ponieważ wielkimi krokami zbliża się 89 ceremonia wręczenia nagród przyznawanych przez Amerykańską Akademię Wiedzy i Sztuki Filmowej wypadałoby się zapoznać z tegorocznymi kandydatami. A jest to już możliwe, gdyż gniew, frustracja oraz kompletna apatia po ogłoszeniu nominacji, które prawie kompletnie pomijają "Nocturnal Animals" Toma Forda (zaledwie jedna nominacja – sic!) należą już do przeszłości. Niemniej z każdym kolejnym rokiem dostrzegam coraz bardziej pogłębiającą się różnicę między moimi faworytami a wyborami Akademii. Dzisiaj na warsztacie znalazł się chwalony przez wielu "Hell or High Water", który w tegorocznej rozgrywce na razie zadowolił się czterema nominacjami. Nietypowy tytuł filmu wywodzi się z idiomu come hell or high water oznaczającego, że dane zadanie musi zostać wykonane bez względu na wszystko. Co ciekawe ze wspomnianego powiedzenia ukuto używaną w umowach (najczęściej) dzierżawy klauzulę hell or high water zobowiązującą dzierżawcę do uiszczania należności bez względu na zaistniałe okoliczności. Tytułem zakończenie wstępu dodam, że dotychczas nie miałem styczności z twórczością reżysera Davida Mackenzie.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Hell or High Water" (polski tytuł "Aż do piekła" – no, w miarę do przyjęcia z uwagi na nieprzetłumaczalność idiomu) rozpoczyna się od dosyć nieudolnego, wręcz amatorskiego, napadu na prowincjonalny bank w sennej, teksańskiej mieścinie. Zuchwały rabunek kończy się umiarkowanym sukcesem, a napastnicy udają się na oddalone od cywilizacji ranczo, by pozbyć się dowodów popełnionej zbrodni. Szybko okazuje się, że bracia Howard zajęli się rabowaniem banków, ponieważ wkrótce mija termin spłaty pożyczki, a hajs się mocno nie zgadza. Starszy brat Tanner (Ben Foster) niedawno wyszedł z więzienia. W czasie jego odsiadki młodszy brat Toby (Chris Pine) zajmował się umierającą matką, wskutek czego rodzinna sytuacja finansowa uległa znaczeniu pogorszeniu. Ponieważ z banku zrabowano za mało pieniędzy, by sprawa wystarczająco zainteresowała FBI, zadanie schwytania przestępców dostają dwaj Strażnicy Teksasu – zbliżający się do emerytury Marcus Hamilton (Jeff Bridges) oraz Alberto Parker (Gil Birmingham).
©2016 CBS Films Inc.
Jak już wspomniałem we wstępie, o "Hell or High Water" przeczytałem naprawdę wiele dobrego – wiecie przecież doskonale: najlepszy film roku itp. Tym samym jest to kolejny przykład produkcji, wobec której moje oczekiwania urosły do niebotycznych wręcz rozmiarów. Z tego też względu moja końcowa ocena filmu nie jest może do końca sprawiedliwa, ponieważ w gruncie rzeczy opiera się na niespełnionych nadziejach. Spodziewałem się bowiem, że "Aż do piekła" dosadnie mówiąc urwie mi dupę i mocno powalczy o laur pierwszeństwa z "Nocturnal Animals". Jednakże abstrahując od solidności tej produkcji David Mackenzie nie ma szans, aby mierzyć się z Tomem Fordem. Pod względem fabularnym "Hell or High Water" na pozór nie jest specjalnie odkrywcze: historia dwóch braci rabujących banki i ścigających ich stróżów prawa na nikim nie zrobi większego wrażenia. Niemniej, gdy przyjrzymy się okolicznościom, które zmusiły rodzeństwo do wkroczenia na drogę występku oraz końcowy cel przestępczej działalności to możemy poczuć się trochę zaskoczeni. Dodatkowy plus należy się twórcom za dosyć niebanalne zakończenie i odejście od tworzenia wyłącznie kryształowych postaci (w czasie napadów na banki zdarzają się również nagłe strzelaniny i ofiary).
©2016 CBS Films Inc.
Wielką zaletą "Hell or High Water" jest wyjątkowo leniwy klimat filmu. Chociaż produkcja dotyczy dynamicznych w swej istocie napadów rabunkowych to między kolejnymi skokami tak naprawdę niewiele się dzieje, a bohaterowie snują rozważania o prozie życia. Przy tym nie można postrzegać tego jako wady – konwencja idealnie dostosowuje się do przedstawionego miejsca akcji. Teksańskie senne miasteczka, w których nie dzieje się kompletnie nic ciekawego, zamieszkane są przez ludzi, którzy permanentnie próbują związać koniec z końcem po ostatnim kryzysie finansowym. Bez względu na to czy pracują jako kelnerki czy kowboje sytuacja finansowa jest niemalże tragiczna, a każdy przypływ gotówki pozwala na przedłużenie marnej egzystencji. Znamienne znaczenie ma scena, w której jeden z bohaterów dzięki wręczeniu kelnerce w restauracji sowitego napiwku nieoczekiwanie zapewnia sobie swoistą lojalność kobiety, która nie chce potem współpracować z policją. Świat teksańskich miasteczek przedstawiony w filmie może napawać prawdziwą depresją (niemal jak spędzenie trzech godzin w podkrakowskich Słomnikach). Co ciekawe, chociaż zdecydowana większość fabuły "Hell or High Water" rozgrywa się w Teksasie, to tak naprawdę ani jedna scena nie została nakręcona w tym ogromnym stanie. Wszystkie, swoją drogą znakomite zdjęcia, powstały bowiem w Nowym Meksyku. Na plus zaliczam również ścieżkę dźwiękową. Chociaż nie mam pick up’a to jednak piosenki country w wykonaniu głównie Nicka Cave’a i Warrena Ellisa robią dobrą robotę.
©2016 CBS Films Inc.
Do aktorstwa w "Hell or High Water" ciężko się przyczepić. Para głównych bohaterów została dobrana znakomicie. I choć w rzeczywistości Chris Pine jest nieznacznie starszy od Bena Fostera to wcale nie widać tego na ekranie. Wiem, że wielu z Was może uznać to za obrazoburcze porównanie, ale pod pewnymi względami bracia Howard przypominają mi rodzeństwo z niesławnego "Prison Break" (tam też zaczęło się od napadu na bank). Podobnie jak serialowy Michael Toby odpowiada w zespole za myślenie, przebiegłość i epatowanie smutkiem, chociaż, jeśli wymaga tego sytuacja, potrafi być równie brutalny jak starszy brat. Tanner jako odpowiednik Lincolna prezentuje na ekranie typowo siłowe aspekty z wyraźną nutką szaleństwa i skłonnościami do autodestrukcji. Obydwaj zagrali na bardzo fajnym, równym poziomie. Jeśli chodzi natomiast o ich praworządnych adwersarzy to zdecydowanie można dostrzec dominację postaci Jeffa Bridgesa nad Gilem Birminghamem. Przyglądając się Marcusowi nietrudno dostrzec, że rasistowskie żarty wobec indiańsko-meksykańskiego partnera maskują jedynie głęboki smutek i pustkę związaną z rychłym przejściem na emeryturę. Bridges zagrał to na tyle dobrze, że otrzymał w pełni zasłużoną nominację za rolę drugoplanową. I to w zasadzie tyle pod tym względem, ponieważ pozostałe występy mają wyraźnie epizodyczny charakter.
©2016 CBS Films Inc.
 "Hell or High Water" to solidne kino osadzone w znakomicie odwzorowanych realiach teksańskiej prowincji. Jednakże, jak już wspominałem we wstępie, spodziewałem się czegoś znacznie lepszego, a niestety w produkcji Davida Mackenzie’ego wyraźnie brakuje mi nieuchwytnego elementu, który wzniósłby film na wyższy poziom (jak choćby drogowa sekwencja z "Nocturnal Animals"). Niemniej "Aż do piekła" jest godne obejrzenia i zdecydowanie zasługuje na miano jednej z ciekawszych produkcji ubiegłego roku.
©2016 CBS Films Inc.
Ocena: 7/10.

sobota, 21 stycznia 2017

"Konwój"



Nie da się ukryć, że od pewnego czasu moja przygoda z polską kinematografią zalicza się do bardzo udanych przedsięwzięć. Trafnie dobierając filmy do oglądania przekonałem się, że rodzimy biznes potrafi stworzyć całkiem interesujące produkcje na zaskakująco wysokim poziomie. Gdy zobaczyłem wielgachny billboard reklamujący "Konwój", pomyślałem sobie, że dzieło wyreżyserowane przez Macieja Żaka (jak dla mnie kompletny no name, ale jednocześnie muszę przyznać, że na polu krajowym jestem w ignorancji podobny do brzasku) podtrzyma doskonałą passę. Oczywiście swoje zrobiły nazwiska: Janusz Gajos, Robert Więckiewicz, Przemysław Bluszcz – każdego z wymienionych aktorów niezwykle szanuję. Dodatkowo obsadę uzupełnili starzy znajomi z "Demona" (Agnieszka Żulewska oraz Tomasz Ziętek), więc widowisko zapowiadało się wprost znakomicie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Nowacki (Janusz Gajos), dyrektor więzienia, wyciąga z kompletnego, narkotykowego niebytu sierżanta Zawadę (Robert Więckiewicz). Wierny sprawie funkcjonariusz Służby Więziennej dostaje od swojego przełożonego misję przetransportowania niebezpiecznego przestępcy (Ireneusz Czop) do zakładu psychiatrycznego. Skład ochrony konwoju uzupełniają doświadczony sierżant Berg (Przemysław Bluszcz), kompletnie niedoświadczony rookie i przy okazji zięć dyrektora Nowackiego Feliks (Tomasz Ziętek) oraz nieznany nikomu funkcjonariusz Grup Interwencyjnych Służby Więziennej (Łukasz Simlat), zwany pieszczotliwie czarnuchem. Już od samego początku misji z powodu wyjątkowo ciężkiego narkotykowego zjazdu sierżanta Zawady nic nie idzie po myśli konwojentów, ale jak się szybko okazuje jest to dopiero kropla w bezdennym oceanie problemów.
źródło: http://www.filmweb.pl
Pierwsze sceny "Konwoju" do złudzenia przypominają trochę inny film z Robertem Więckiewiczem. Jednakże w przeciwieństwie do głównego bohatera "Pod Mocnym Aniołem" sierżant Zawada szprycuje się narkotykami zamiast wlewać w siebie monstrualne ilości gorzeliny. Otwierająca scena niemalże wygląda jakby nakręcił ją Wojtek Smarzowski, chociaż do pełni szczęścia brakuje ukazania jakichś fekaliów rozmazanych po ścianach. Jednakże zanim miałem okazję pierwszy raz zobaczyć bohaterów filmu, zostałem zmuszony do zapoznania się z mniej więcej 60 nazwami organizacji, instytucji oraz wszelakich sponsorów, którzy przyczynili się do powstania produkcji. Jakież było moje zdziwienie (szczególnie w kontekście jakości), gdy na tej długiej liście objawił się nagle Polski Instytut Sztuki Filmowej! Czy ktoś tam naprawdę czyta albo chociaż przegląda te scenariusze czy dotacje są przyznawane na podstawie kulek z maszyny losującej? Stwierdzić, że scenariusz "Konwoju" jest głupawy to tak jakby napisać w szkolnym wypracowaniu, że Józef Stalin raczej nie jest postacią godną do naśladowania. Kurwa, ten scenariusz jest po prostu kuriozalny, a im bliżej końca tym mniejsze są powiązania przyczyno-skutkowe między poszczególnymi wydarzeniami na ekranie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Przykłady? Oczywiście, chętnie służę pomocą. Abstrahując już od jeżdżenia więźniarką gdzie tylko się komu podoba (na przykład, żeby zakupić prochy), strzelaniu do siebie na parkingu pod restauracją (nikt nie dzwoni na policję oczywiście) czy mordobiciach w konwojenckiej drużynie to najbardziej absurdalna i idiotyczna wydaje się być konfrontacja pod szpitalem psychiatrycznym. Co ciekawe, wspomniana instytucja wydaje się być dla bohaterów czymś w rodzaju Mekki lub ziemi obiecanej pod względem bezpieczeństwa – nikt nie zakłada bowiem, że eskortowanemu więźniowi może się w tym przybytku przydarzyć jakiś nieszczęśliwy wypadek. Jest to tym bardziej dziwne, że skoro jeden z bohaterów ma do dyspozycji własny oddział S.W.A.T. to czemu nie może mieć na usługach jakiegoś przekupnego pielęgniarza zarabiającego najniższą krajową? Chyba prościej o nieszczęśliwy wypadek typu pośliznął się na mokrej posadzce i uderzył w głowę niż totalną konfrontację z niepewnym wynikiem, która na 100% przyciągnie uwagę postronnych?
źródło: http://www.filmweb.pl
W pewnym momencie pomyślałem sobie: oka, to już koniec, czas się zwijać z kina, zło zatryumfowało, więc dam jedną gwiazdkę więcej. I gdy w zniecierpliwieniu czekałem na napisy końcowe moim oczom zaczęły się ukazywać kolejne sceny, a po nich następne. Co gorsze, każda kolejna była jeszcze głupsza i bardziej zbędna od poprzedniej. Moim zdaniem zdecydowanie lepiej byłoby pozostawić scenę masakry bohaterów pod szpitalem psychiatrycznym bez jej ukazywania, aby widz mógł sam sobie wyimaginować jej przebieg (w ostatecznym rozrachunku wyszłoby też taniej). Natomiast po tym co zobaczyłem na ekranie, nie jestem w stanie uwierzyć, aby normalna osoba przyjęła przebieg wydarzeń zaprezentowany w raporcie dyrektora Nowackiego. Kolejny problem to działalność pana prokuratora, który kompletnie z dupy nagle wszystko odkrywa w magiczny sposób (oczywiście na ekranie nie uświadczyłem, w jaki sposób tenże niepozorny tytan dedukcji doszedł do swoich wniosków). Następna porażka to dialogi opierające się na pierdolnięciu co jakiś czas soczystym bluzgiem – jak dla mnie na dłuższą metę dosyć męczące i wtórne. Jeżeli miałbym natomiast wskazać jakiekolwiek zalety tego dzieła to mogę pochwalić kilka naprawdę ładnych ujęć (m.in. zdjęcia kompleksu więziennego filmowane z powietrza).
źródło: http://www.filmweb.pl
Kiedy w obsadzie jest tylu znakomitych aktorów można mieć naprawdę spore oczekiwania. Niestety chujowy scenariusz oraz nieudolnie rozpisani bohaterowie w znaczący sposób wpłynęli na ograniczenie ich możliwości. Janusz Gajos kreację komendanta Nowackiego oparł chyba na słynnej scenie z "Psów" – Chemik ma być wolny! Skurwysynu! (zauważcie jak cedzi bluzgi). Robert Więckiewicz z kolei stworzył niezwykle oryginalną upadłego twardziela z problemami narkotykowymi, który jednak na koniec okazuje się być gościem z zasadami. Naprawdę odkrywcze! Nie lepiej jest z Tomaszem Ziętkiem, który dostał do zagrania sztampową rolę świeżaka z krystaliczną moralnością i nie jest jeszcze blatny. Aktor znakomicie wpisał się w tę wtórną konwencję, nie dokładając kompletnie nic od siebie. Łukasz Simlat, wcielający się w bezimiennego, małomównego funkcjonariusza GISW, byłby w zasadzie spoko postacią, gdyby scenariusz nie zmuszał go do bycia brutalnym, nieprzewidywalnym pojebem. Na tym tle Przemysław Bluszcz, którego bardzo lubię oglądać na ekranie, wypadł chyba najbardziej przekonująco unikając przerysowania – sierżant Berg to wydaje się najbardziej realistyczną postacią w całym filmie. Postacie kobiece to natomiast dramat, ale nie ma w tym żadnej winy aktorek, tylko wynika to z nieudolności reżysera. Jedynym zadaniem Doroty Kolak (żona Nowackiego) jest pytanie czy mąż przyjdzie na obiad, natomiast Agnieszka Żulewska (żona Feliksa) jest w filmie tylko po to, by się rozebrać w scenie łóżkowej.
źródło: http://www.filmweb.pl
Niestety przypadkowo zauważyłem wiele pozytywnych komentarzy zamieszczonych przez użytkowników Filmweb.pl odnośnie 'Konwoju". I tak się zastanawiam jakie gówno muszą na co dzień oglądać ludzie, żeby wypisywać takie rzeczy bez wstydu? Na szczęście nie mam podłączonej telewizji, więc koncentruję się wyłącznie na tym co dobieram sobie wedle własnego uznania. Filmu Macieja Żaka nie polecam, ponieważ nie jest nawet na tyle chujowy, żeby można było toczyć z niego bekę przy oglądaniu ze znajomymi lub pod wpływem substancji odurzających.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 3//10 (chociaż w sumie za co?).

czwartek, 12 stycznia 2017

"Melancholia"



The earth is evil. We don’t need to grieve for it.

Co prawda dosyć długo zabierałem się do "Melancholii" wyreżyserowanej przez Larsa von Triera, aczkolwiek wreszcie udało się zaliczyć seans. Przygodę z twórczością kontrowersyjnego (warto dodać, że za żartobliwe uwagi o rozumieniu Hitlera i nazizmie został usunięty z festiwalu filmowego w Cannes) duńskiego reżyseria rozpocząłem już wieki temu przy okazji serialu "Królestwo". Oczywiście potem bywało różnie, niemniej trudno zaprzeczyć, że Duńczyk jest niezwykle oryginalnym i charakterystycznym twórcą. Wspomniana "Melancholia" z 2011 roku zaliczana jest do tzw. trylogii depresji, w skład której wchodzą również "Antychryst" oraz obie części "Nimfomanki" traktowane jako całość. Wedle samego Larsa von Triera scenariusz filmu powstał pod niezwykle silnym wpływem alkoholu oraz narkotyków, co jednocześnie może stanowić wodę na młyn dla krytyków oraz hejterów tejże produkcji (a wydaje się, że ich nie brakuje).
źródło: http://www.impawards.com
"Melancholia" to opowieść o wiecznie niezadowolonej z własnej egzystencji Justine (Kirsten Dunst). Nawet w dniu własnego, hucznego wesela zorganizowanego przez siostrę Claire (Charlotte Gainsbourg) oraz jej męża Johna (Kiefer Sutherland), młoda kobieta musi nieustannie walczyć, by choć na pozór wydawać się szczęśliwą. Niestety nadludzkie, wręcz tytaniczne, wysiłki naszej bohaterki kończą się spektakularną klęską, w efekcie której jej świeżo poślubiony małżonek Michael (Alexander Skarsgård) postanawia porzucić swoją drugą połówkę niemalże na ślubnym kobiercu. Jednakże rodzinny dramat rozgrywający się w pięknej posiadłości wydaje się niczym w obliczu globalnego problemu, który stawia pod znakiem zapytania dalszą egzystencję rodzaju ludzkiego. Niedawno odkryta, tajemnicza planeta Melancholia niebezpiecznie zbliża się do Ziemi i choć prognozy przewidują, że nie dojdzie do epickiej, kosmicznej katastrofy to jednakże ludzie z niepokojem oczekują krytycznego momentu.
źródło: http://www.melancholiathemovie.com
Pod wieloma względami "Melancholia" wydaje się być niezwykle oryginalnym przedsięwzięciem, gdyż łączy w sobie kameralny dramat rodzinny z potencjalną, kosmiczną katastrofą mogącą unicestwić rodzaj ludzki. Niemniej zasiadając do seansu nie należy się spodziewać kina w rodzaju "Armageddona", gdyż wątek katastroficzny rozgrywa się przeważnie w dalekim tle (chociaż im bliżej końca filmu, tym bardziej wzrasta jego znaczenie dla bohaterów). A zatem przez większość projekcji twórcy postanowili się skupić na trudnych relacjach dosyć ekscentrycznej matki (Charlotte Rampling) z dwiema córkami oraz na niełatwych stosunkach między całkowicie różniącymi się psychicznie siostrami. O ile przy tym Claire można uznać za raczej typową i średnio wyróżniającą się postać, o tyle konstrukcja Justine to prawdziwy majstersztyk. Trudno przypomnieć mi sobie podobną tak odpychającą, ale jednocześnie niezwykle fascynującą główną bohaterkę. Wiecznie niezadowolona z życia, niemalże pozbawiona wszelkiej empatii osoba dysponująca ponadto wysoce depresyjnymi skłonnościami oraz przejawiająca tendencje do bycia prawdziwym kutasem dla swoich najbliższych. No, to jest właśnie postać, którą można zapamiętać na całe życie!
źródło: http://www.melancholiathemovie.com
Nie da się ukryć, że ten filmowy eksperyment ogląda się naprawdę znakomicie i to nie tylko dlatego, że widzowie chcą się przekonać czy Melancholia rozpierdoli Ziemię w drobny mak czy też rodzaj ludzki przetrwa niewzruszony kosmicznym niebezpieczeństwem. Jest o tyle dziwne, że w filmie tak naprawdę nie dzieje się zbyt wiele, a akcja toczy się nieśpiesznie od jednego depresyjnego epizodu Justine do kolejnego. Dodatkowo osadzenie akcji pośród pałacowej, nad wyraz zamożniej scenerii, gdzie nikt nie musi się martwić czy hajs się zgadza, ma dla trochę bajkowy, odrealniony charakter. Lars von Trier świetnie ukazał narastający niepokój wynikający z nieznanego zagrożenia o totalnym charakterze, przed którym tak naprawdę nie istnieje żadna forma ratunku. Co zatem robią bogacze w obliczu całkowitej anihilacji? Dziwią się, że kamerdyner nie przyszedł do pracy. Wiele scen można odebrać dosyć dziwnie – najlepsze przykłady to limuzyna nie mogąca zmieścić się w zakręcie czy też zuchwała kradzież sztućców dokonana przez ojca panny młodej (John Hurt). Niemniej całokształt zaliczam na plus, uznając za niezaprzeczalne zalety solidną ścieżkę dźwiękową oraz piękne plenery wokół pałacyku Tjolöholm położonego w szwedzkim Fjärås.
źródło: http://www.melancholiathemovie.com
Kolejne niezaprzeczalne atuty "Melancholii" to oczywiście prawdziwie gwiazdorska obsada oraz znakomita gra aktorska. A kogóż tu nie ma! Kirsten Dunst, Alexander oraz Stellan Skarsgård, John Hurt, Kiefer Sutherland, Udo Kier - nawet pojedynczo każde z tych nazwisk robi na mnie spore wrażenie. Oczywiście najwięcej na ekranie oglądamy Kirsten Dunst, która znakomicie wcieliła się w wysoce antypatyczną Justine – wielkie brawa za tak zapadającą w pamięć rolę. Oklaski należą się również jej filmowej siostrze – kreacja Charlotte Gainsbourg, chociaż całkowicie różna, potrafi także zaimponować. Wśród postaci drugoplanowych z pewnością na wyróżnienie zasłużyła Charlotte Rampling, wcielająca się w matkę sióstr oraz John Hurt  w sposób wybitny grający ich ojca. Trochę szkoda, że nie do końca udało się wykorzystać ogromny potencjał Alexandra Skarsgårda, ale fajnie czasem zobaczyć tego aktora w roli odbiegającej od typowego wizerunku icemana.
źródło: http://www.melancholiathemovie.com
"Melancholia" to bardzo ciekawy projekt, aczkolwiek jednocześnie film dosyć dziwny i raczej mało przystępny dla przeciętnego widza (pod względem przystępności oraz klimatu dostrzegam niezwykłe podobieństwo z "Lobsterem"). Niemniej, jeśli pozostały w Was resztki młodzieńczej ambicji, a od kina wymagacie coś więcej niż oferuje Marvel, to zachęcam do zmierzenia się z tym dziełem Larsa von Triera.
źródło: http://www.melancholiathemovie.com
Ocena: 7/10.