środa, 7 października 2015

"Terminator Genisys"



Bez wątpienia pierwsze dwa "Terminatory" to jedne z najlepszych filmów science fiction, jakie powstały w dziejach kinematografii (przy czym część drugą zdecydowanie przedkładam nad pierwszą). Późniejsze odsłony to niestety zdecydowanie gorsze produkcje. Do dzisiaj kompletnie nie wiem co sądzić o trzeciej części z damską wersją elektronicznego mordercy oraz głupawo młodocianym Johnem Connorem. Z kolei "Terminator Salvation" w reżyserii McG całkowicie zawiódł pokładane w nim nadzieje. I kiedy pomyślałem sobie, że wreszcie Arnold Schwarzenegger będzie mógł cieszyć się zasłużoną, spokojną emeryturą, to gruchnęła wieść o kolejnej reaktywacji projektu. Tym razem na reżyserskim stolcu zasiadł Alan Taylor, odpowiedzialny za "Thor: The Dark World" oraz całą rzeszę odcinków przeróżnych seriali. Nie zwiastowało to oczywiście niczego dobrego, poza tym jak się okazało "Terminator Genisys" miał być rebootem całej serii. Jakkolwiek tego rodzaju przedsięwzięcie wydawało się być potrzebne jak kurwie deszcz to obejrzawszy wszystkie poprzednie części nie mogłem odpuścić kolejnej.
źródło: http://www.impawards.com
Z prologu filmu dowiadujemy się jak to ludzkość wiodła wesołą egzystencję, aż w 1997 roku program komputerowy Skynet, zarządzający m.in. amerykańską bronią nuklearną, uznał, że być może przedstawiciele gatunku homo sapiens nie stanowią koniecznego elementu do dalszego rozwoju planety. W efekcie tzw. Dnia Sądu gatunek ludzki został skutecznie przetrzebiony, a niedobitki toczą walkę o przetrwanie z bezwzględnymi maszynami. Gdy wydaje się, że zwycięstwo nad Skynetem jest na wyciągnięcie ręki, przywódca ruchu oporu John Connor (Jason Clarke) postanawia zabezpieczyć własną egzystencję wysyłając w przeszłość jednego ze swoich wiernych żołnierzy. Głównym zadaniem sierżanta Kyle’a Reese’a (Jai Courtney) ma być ochrona matki Connora, Sarah (Emilia Clarke) przed terminatorami wysłanymi z przyszłości. Jednakże rzeczywistość roku pańskiego 1984 totalnie zaskakuje młodego żołnierza.
źródło: http://www.terminatormovie.com
Nie da się ukryć, że niektóre rebooty mają poważne uzasadnienie i w końcowym efekcie wychodzą na dobre całej serii. Za najlepszy przykład może posłużyć solidny "Star Trek" w reżyserii J.J. Abramsa, który dzięki sprytnemu zagraniu scenariuszem otworzył całą gamę nowych możliwości – niby błaha zabawa podróżami w czasie, ale jednakże rozpoczynająca całkowicie nową linię czasową. I takie właśnie rebooty rozumiem! O ile "Star Trek" koniecznie potrzebował rewitalizacji, o tyle "Terminator", będąc klasą samą w sobie, moim zdaniem broni się do dzisiaj w pierwotnej formie. Niemniej, jak już doskonale wiemy, hajs się musi zgadzać, a przecież wykorzystanie sprawdzonej marki jest o wiele mniej ryzykowne niż lokowanie środków w nowe przedsięwzięcie (vide miliony monet utopione w "Johnie Carterze"). Jednakże w nowym "Terminatorze" ktoś widocznie zapomniał przed kręceniem sprawdzić sensowność scenariusza, bowiem w trakcie seansu widz dziwi się niczym Kyle Reese. Trudno nie wspomnieć o poważnych lukach w fabule, które nie zostają w żaden sposób uzasadnione (m.in.: Kto i kiedy wysłał T-800 do 1973 roku by chronił małą Sarah? W jaki sposób Sarah i T-800 byli w stanie zbudować wehikuł czasu w 1984 roku? Jak to się stało, że Sarah i Kyle przenieśli się do 2017 roku tuż przed premierą systemu operacyjnego?). Gdyby zastanowić się nad aktualna sytuacją bohaterów, którzy podróżują do roku 2017, to po prostu mózg rozjebany. Kolejna podróż w czasie powinna bowiem wydatnie wpłynąć na egzystencję Johna Connora, który de facto powinien przestać istnieć. Aczkolwiek w tej części logika zdarzeń nie ma większego znaczenia, gdyż liczy się jedynie wartka akcja i nachalne CGI.
źródło: http://www.terminatormovie.com
Z nieukrywanym żalem patrzyłem jak najnowsza odsłona "Terminatora" zamienia się w dzieło pokroju "The Avengers". Odkąd fabuła przestała mieć jakikolwiek sens, liczą się wyłącznie efekty specjalne, które naprawdę mogą przytłoczyć jedynie swoim bezsensem. Męczące efektownością, przegięte do granic możliwości i kompletnie nic nie wnoszące pościgi potrafią wywołać jedynie znużenie. Tsunami CGI niemal wylewa się z ekranu, wywołując dosyć smutne refleksje nad wyschniętym truchłem tradycyjnych efektów specjalnych. Do dzisiaj zadaję sobie pytanie: czy mimo upływu niemal ćwierćwiecza T-1000 naprawdę wygląda lepiej niż w 1991 roku? Ponadto w filmie takiego kalibru nie spodziewałem się tak ordynarnego product placement – co najmniej dwa, całkowicie zbędne ujęcia, wyraźnie pokazują jaką markę butów nosi Kyle Reese. Co ciekawe chociaż wraz z bohaterami podróżujemy w czasie to nie potrafiłem dostrzec praktycznie żadnych różnic między rokiem 1984, 1997 oraz 2017. Zatem wielkie brawa za tak zróżnicowaną scenografię. Naprawdę trudno wskazać mi jakiekolwiek plusy. Jedyny pozytyw nasuwający się na myśl to ścieżka dźwiękowa.
źródło: http://www.terminatormovie.com
Jakie motywy kierowały twórcami, aby w roli Kyle’a Reese’a obsadzić Jaia Courtneya? Naprawdę nie mam pojęcia. Jakież zasługi i potencjał ma aktor, który tak brawurowo wcielił się w postać Jacka MacClane’a w piątej odsłonie "Die Hard"? Serio? Widocznie pewnych rzeczy nie jestem w stanie zrozumieć. Reese w wykonaniu Australijczyka to postać wysoce irytująca z powodu permanentnego stanu zdziwienia, w którym się znajduje. Praktycznie zero aktorstwa i emocji. Kurwa, jakże tęsknię za Michaelem Biehnem! Kompletnie brakuje chemii z Sarah, w którą z kolei wciela się Daenerys Zrodzona z Burzy Emilia Clarke. Przy całej mojej sympatii dla tej aktorki muszę jednakże stwierdzić, że jest to chyba najbardziej irytująca Sarah Connor, jaką oglądałem w swoim życiu. Nieunikniony romans pary głównych bohaterów wydaje się kompletnie nierealistyczny i wymuszony przez scenariusz. Jason Clarke jako John Connor wypadł całkiem w porządku, niemniej od momentu gdy zamienił się w hybrydę człowieka i maszyny, znalazł się na wyraźniej tendencji spadkowej. Arnold Schwarzenegger po raz kolejny brawurowo wcielił się w podstarzałego Terminatora i dał radę nawet pomimo, że twórcy zrobili niemal wszystko, aby obalić spiżowy pomnik, który wystawił sobie dwoma pierwszymi częściami (m.in. poprzez nazywanie elektronicznego mordercy Dziadkiem). Z ważniejszych ról drugoplanowych warto odnotować solidny występ J.K. Simmonsa, wcielającego się w zapijaczonego policjanta.
źródło: http://www.terminatormovie.com
"Terminator Genisys" stanowiłby dla mnie jeden z największych filmowych zawodów ostatnich lat. Stanowiłby, gdybym po filmie Alana Taylora spodziewał się czegokolwiek dobrego. Niemniej, z ogromnym żalem patrzyłem na kolejną próbę zniszczenia legendy elektronicznego mordercy, tym razem mającą na celu reboot serii w stylu "Avengers". Przy okazji kasowych bohaterów Marvela należy pamiętać, że w napisach końcowych ukryta została scena, która burzy idylliczne zakończenie i potwierdza hipotezę, że przeznaczenia  jednak nie można zmienić (przynajmniej do kolejnej części). Naprawdę, dajcie wreszcie odejść Arnoldowi na zasłużoną emeryturę…
źródło: http://www.terminatormovie.com
Ocena: 3/10 (chociaż nie wiem za co tak wysoka nota).

sobota, 3 października 2015

"Woman in Gold"



Oglądając "Woman in Gold" nie spodziewałem się, że napiszę recenzję. Niestety produkcja w reżyserii Simona Curtisa wywołała u mnie tak wiele negatywnych emocji i frustracji, iż pozostawienie ich wyłącznie dla siebie byłoby ogromnym marnotrawstwem. Bardzo lubię sztukę, więc obejrzenie filmu o pięknym obrazie czołowego przedstawiciela wiedeńskiego modernizmu zapowiadało się pysznie. Swoją drogą polecam Wam zapoznać się z twórczością Gustava Klimta – może czasem warto rozszerzyć horyzonty poza oglądanie obrazków na Kwejku? Wracając jednakże do "Złotej Damy" to dotychczasowe produkcje, których tematyka obracała się w kręgach sztuki wyższej były co najmniej solidne (m.in. "Dziewczyna z perłą" czy "The Best Offer") i tego też spodziewałem się po filmie Simona Curtisa. Niezaprzeczalnym plusem była obecność Helen Mirren. Niestety znakomite wrażenie już na początku filmu popsuło pojawienie się na ekranie Ryana Reynolds, któremu do dzisiaj nie wybaczyłem jeszcze haniebnego "Green Lantern".
źródło: http://www.impawards.com
"Woman in Gold" to oczywiście historia oparta na prawdziwych wydarzeniach. Maria Altmann (Helen Mirren), spadkobierczyni ongiś potężnej i wpływowej żydowskiej rodziny z Wiednia, wynajmuje niedoświadczonego prawnika Randy’ego Schoenberga (Ryan Reynolds), aby pomógł w odzyskaniu tytułowego obrazu Klimta, który w przeszłości należał do jej familii. Po Anschlussie Austrii portret wraz z innymi cennymi dziełami sztuki został zawłaszczony przez nazistów, by po latach zawisnąć w państwowej galerii jako dobro narodowe. W sądowej batalii o sprawiedliwość parę bohaterów wspiera lokalny dziennikarz śledczy, Hubertus (Daniel Brühl).
źródło: http://womaningoldmovie.com
Oglądając "Woman in Gold" nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest to film zbudowany dokładnie tak samo jak znakomita "Philomena". W zasadzie można napisać więcej: pod wieloma względami produkcję Simona Curtisa można uznać za ordynarną i bezczelną próbę skopiowania tamtej historii. Nie mam oczywiście na celu podważać autentyczności przedstawionej opowieści czy też szkalować pierwowzory ekranowych postaci, aczkolwiek są pewne granice, których nie powinno się przekraczać. "Złota Dama" opiera się bowiem na nietypowej relacji starszej pani z o wiele młodszym prawnikiem. Dodam oczywiście, że oprócz żydowskiego pochodzenia nie mają zbyt wielu cech wspólnych, dlatego też trudno czasem się im dobrze zrozumieć – a to już chyba kiedyś widzieliśmy. Ale do szczegółowego opisu pary głównych bohaterów wrócę w dalszej części recenzji. Twórcy "Philomeny" potrafili wykrzesać ze zwykłej, obyczajowej historii wciągającą i trzymającą w napięciu opowieść. Niestety w przypadku "Złotej Damy", która moim zdaniem dysponuje o wiele większym potencjałem (m.in. dzieła sztuki, międzywojenny Wiedeń, nazistowskie prześladowania Żydów czy też ciekawa postawa austriackiego rządu odnośnie zadośćuczynienia ofiarom), nie wystąpiło nic podobnego. Chociaż dzieło Curtisa trwa niecałe 110 minut to udało mi się je obejrzeć w trzech podejściach. Momentami ogarniało mnie takie znużenie, że musiałem przerwać projekcję i położyć się spać.
źródło: http://womaningoldmovie.com
Rozpatrując prawnicze aspekty "Woman in Gold" należy zadać sobie zasadnicze pytanie: dlaczego Sąd Najwyższy USA ma kompetencje do wydawania jakichkolwiek wyroków ingerujących w wewnętrzne prawodawstwo Austrii? Jakkolwiek słuszne pobudki kierują amerykańskimi sędziami to ingerencja w przepisy prawne suwerennego państwa wydaje mi się kompletnie nie na miejscu (aczkolwiek twórcy mogli po prostu zbyt uprościć formalną stronę filmu). Austria należy przecież od 1995 roku do Unii Europejskiej, która dysponuje odpowiednimi organami sądowymi do rozpatrywania tego rodzaju spraw. Wszechwładza Wuja Sama po raz kolejny mocno mnie zirytowała. Generalnie część "Złotej Damy", którą można uznać za dramat sądowy, wypada raczej słabo i straszliwie jednostronnie: szlachetni bohaterowie, wspierani przez wyjątkowo prawy, amerykański wymiar sprawiedliwości kontra bezduszni austriaccy urzędnicy, kierujący się wyłącznie egoistycznym interesem swojej ojczyzny. Moim zdaniem za najlepsze podsumowanie może posłużyć cytat Niccolo Machiavelliego z legendarnego Księcia: ludzie prędzej puszczają w niepamięć śmierć ojca niż stratę ojcowizny. Czy zatem możemy odnaleźć jakiekolwiek zalety? Generalnie flashbacki z okresu międzywojennego są w porządku, aczkolwiek daleko im do urywania czegokolwiek. Z pewnością warto docenić spory przekrój twórczości Gustava Klimta – zawsze potrafię docenić dzieła sztuki za ekranie. Dodatkowo na plus można zaliczyć Wiedeń, ale z drugiej strony miasto nad modrym Dunajem jest piękne samo w sobie. Na szczególną uwagę zasługuje natomiast piękna i poruszająca sekwencja zamykająca film – ostatnia scena robi bardzo dobre wrażenie, chociaż wygląda to tak, jakby ktoś udekorował gówno soczystą wisienką.
źródło: http://womaningoldmovie.com
Przyjrzyjmy się postaciom oraz aktorstwu. Główny bohater to wyjątkowo sztampowy typ: spłukany po nieudanym interesie rozpoczyna pracę w słynnej kancelarii prawnej, aczkolwiek w ramach przysługi podejmuje się nietypowego zlecenia, ponieważ liczy na miliony monet. Jak bardzo łatwo się domyślić wraz z rozwojem akcji Randy porzuca początkowe ekonomiczne podejście do sprawy na rzecz czystego altruizmu. Co więcej, chociaż całe życie spędził w USA, to budzi się w nim świadomość austriackiego Żyda (sic!). I być może to wszystko byłoby nawet do przełknięcia, gdyby nie jeden problem: Ryan Reynolds. Aktor po raz kolejny udowodnił, że nie jest w stanie godnie zagrać głównej roli. Jego postać to po prostu wysoce upośledzona wersja Martina Sixsmitha z "Philomeny": pozbawiona błysku, humoru, charakteryzująca się jedynie fatalnym odgrywaniem emocji. Prawdziwy dramat. Na tle tejże gównianej kreacji błyszczy natomiast Helen Mirren (w zasadzie przy takim poziomie gry Reynoldsa to nawet Michał Milowicz mógłby mieć szansę na rolę życia). Maria to niezwykle ciepła postać, aczkolwiek o wiele bardziej kapryśna, zadziorna i dystyngowana od tytułowej Philomeny. Mimo wszystko Helen Mirren jest klasą samą w sobie i z przyjemnością oglądałem ją na ekranie. Trzeci ważny bohater to Hubertus (imię niczym z "Harry’ego Pottera") – pod względem scenariusza postać może nawet bardziej żenująca niż Randy. Cóż bowiem może motywować austriackiego dziennikarza śledczego do pomocy w odzyskaniu obrazu? Oczywiście grzechy popełnione przez ojca-nazistę! Bitch, please! Uwierzcie, że patrzenie jak Daniel Brühl męczy się w okowach scenariusza naprawdę nie należy do przyjemności. Poza tym na drugim planie nie dzieje się kompletnie nic ciekawego. Totalnie bezbarwna Katie Holmes (żona Randy’ego) czy cała armia bezdusznych austriackich urzędników nie urywają dupy. Również trudno wyróżnić kogokolwiek z aktorów pojawiających się we flashbackach Marii. Niemniej, warto odnotować, że w filmie pojawia się Tywin Lannister Charles Dance.
źródło: http://womaningoldmovie.com
Mając spore oczekiwania odnośnie "Woman in Gold" jestem wysoce rozczarowany produkcją Simona Curtisa. Miałki scenariusz, ogrom zmarnowanego potencjału oraz haniebnie żenująca gra aktorska Ryana Reynoldsa przesłaniają kompletnie nieliczne zalety filmu. Film można polecić jedynie ze względu na Helen Mirren oraz dosyć często pojawianie się na ekranie tytułowego obrazu Gustava Klimta.
Tytułowy obraz Gustava Klimta.
(źródło: http://womaningoldmovie.com)
Ps.
W czerwcu 2006 roku "Złota Dama" została kupiona za 135 milionów USD przez Ronalda Laudera.

Ocena: 4/10.

sobota, 19 września 2015

"Lost River"

Ostatnio pojawiły się opinie, iż na blogu występuje zdecydowanie o wiele za wiele wulgaryzmów (bluzganie mi przynosi ulgę; znaczy, że jestem chamem?), a co poniektóre czytelniczki poczuły się nawet głęboko urażone przekleństwami. W związku z tym postanowiłem udowodnić, że oprócz bycia wysublimowanym chamem, potrafię również pisać elokwentnie nie posługując się rynsztokowymi zwrotami, tak charakterystycznymi choćby dla prozy Charlesa Bukowskiego (Hank na wiecznym propsie!). W tymże zaszczytnym celu na warsztacie wylądował debiut reżyserski i scenopisarski Ryana Goslinga, czyli podobno wywołujące skrajne emocje "Lost River". Z pewnością znajdą się ludzie, którzy uznają debiutancki film za niezaprzeczalne arcydzieło, niemniej obecne oceny (IMDb – 5.8; Metascore 42/100) wykazują raczej odwrotną tendencję. Na pozór wydawałoby się, że jest to typowe hate it or love it, ale rzut okiem na rozkład not IMDb rozwiewa wszelkie wątpliwości: wyraźnie zaznacza się zdecydowana dominacja not 6/10 oraz 7/10. Ale porzućmy już suche statystyki i przejdźmy do meritum!
źródło: http://www.impawards.com
Napisać, że "Lost River" ma fabułę to tak jakby stwierdzić, iż jakakolwiek polska drużyna piłkarska jest gotowa na granie w Lidze Mistrzów. Raczej nadużycie, no ale zawsze możemy spróbować. Billy (Christina Hendricks – znana sami wiecie z czego), samotna matka wychowująca dwójkę dzieci, zamieszkuje prowincjonalne amerykańskie miasteczko. W zasadzie jest to kolejne nadużycie, ponieważ zostało tam jedynie kilka rodzin, które marzą o opuszczeniu tegoż przygnębiającego miejsca. Niestety nasza bohaterka uległa pokusie zaciągnięcia łatwego kredytu (pamiętajmy, że od właśnie takich drobnostek zaczął się ostatni światowy kryzys gospodarczy), a obecnie, pozostając bez pracy, nie ma możliwości spłaty rat, przez co utrata domostwa nabiera coraz bardziej realnych kształtów. O ile młodszy syn z powodu swojej małoletniości wykazuje dla tej kwestii niewielką atencję, o tyle Bones (Iain de Caestecker) hardo bierze się do roboty próbując podreperować rodzinny budżet zbieraniem miedzi. Niestety wskutek nieporozumień w trakcie redystrybucji tego cennego surowca popada w konflikt z Bullym (Matt Smith), miejscowym baronem surowców wtórnych. Aby dodatkowo skomplikować sytuację Billy nawiązuje dwuznaczną relację z Davem (Ben Mendelsohn), pracownikiem banku zajmującym się nie spłacanymi kredytami.
źródło: http://lostrivermovie.com/
Szczątkowa fabuła to jedna z charakterystycznych cech kategorii mystery. Niemniej relatywnie niewielka ilość ekranowych wydarzeń sprawia, że nie trwające nawet dwóch godzin "Lost River" dłuży się ponad miarę. Wielokrotnie sprawdzając postęp filmu nie mogłem uwierzyć, że minęło dopiero 40 minut – byłem szczerze przekonany, że od rozpoczęcia projekcji upłynęła cała wieczność, a wokół powstawały i upadały cywilizacje. Jest to dziwny przypadek, ponieważ produkcji Goslinga raczej trudno zarzucić monotonię. Niemniej w jakiś niewyjaśniony sposób rozwlekłość "Lost River" zagina czasoprzestrzeń. Film nie wywołuje uczucia znudzenia, ponieważ reżyser bardzo umiejętnie podkreślił aurę tajemniczości. Znakomite, często prawdziwie piękne, zdjęcia (m.in. droga prowadząca do jeziora) przy akompaniamencie niepokojącej muzyki robią naprawdę dobrą robotę. Dodatkowe wrażenie wywiera doskonale dobrana scenografia. Opuszczone i niezwykle przygnębiające przedmieścia Detroit (już po pierwszych scenach zgadłem, gdzie kręcono film) znakomicie spełniają się jako fikcyjne Lost River. Co prawda z żalem patrzy się na obecny wygląd tego miasta, aczkolwiek w tym spektakularnym upadku jest coś fascynującego.
źródło: http://lostrivermovie.com/
Oczywiście nie każdy twórca, który bierze się za tego rodzaju produkcje, staje się od razu Davidem Lynchem. Ryan Gosling nakręcił raczej solidny film, aczkolwiek trudno doszukiwać się w nim arcydzieła. Generalnie szczątkowy scenariusz pozostawia wiele do życzenia, a wiele ekranowych wydarzeń wydaje się po prostu dziwacznymi. Najlepsze przykłady to Dave organizujący w każdym mieście specyficzny klub (nie wspominam już o plastikowych kokonach i tym podobnych wynalazkach) oraz srogie kary wymierzane przez Bully’ego. Jeśli potraktować "Lost River" jako wgląd w psychikę Goslinga to trudno nie odnieść wrażenia, że ma dosyć nietypową wyobraźnię oraz pokręcone poczucie humoru. Nie sposób odmówić reżyserowi spójnej wizji oraz umiejętności budowania intrygującego klimatu, aczkolwiek te dwa czynniki nie wystarczają, aby uznać "Lost River" za dzieło wybitne. Bowiem, gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, trudno było mi wyciągnąć jakieś głębsze treści z "Lost River". W zasadzie zakończenie nie do końca jest w moim guście, aczkolwiek doskonale sprawdza się w tej baśniowej konwencji. Nie jest to oczywiście baśń w stylu Disneya, lecz oniryczna, brutalna oraz momentami wyjątkowo dziwaczna opowieść osadzona w przygnębiającej krainie.
źródło: http://lostrivermovie.com/
Nie da się ukryć, że Ryanowi Goslingowi udało się zebrać całkiem fajną obsadę jak na reżyserski debiut – wielu początkujących twórców z pewnością może mu pozazdrościć. Co więcej, ta klawa ekipa w większości wypada bardzo fajnie. Christina Hendricks w roli samotnej matki poradziła sobie bardzo dobrze i pozostaje jednie ubolewać, że nie otrzymaliśmy szansy obejrzenia jej wdzięków w pełnej krasie. Eva Mendes (Cat), Saoirse Ronan (Rat) oraz Ian De Caestecker są w porządku, aczkolwiek w mojej opinii Bones mógłby dysponować więcej niż jednym wyrazem twarzy (niestety z powodu limitów, które na siebie nałożyłem na początku recenzji nie mogę użyć słowa, które najtrafniej opisywałoby mimikę tego bohatera). W przypadku "Lost River" o wiele ciekawiej wyglądają jednakże postacie, powiedzmy, negatywne. Rola Bully’ego w wykonaniu Matta Smitha (Doctor Who!) to totalne zaskoczenie, postać niemal ze świata Mad Maxa. Jednakże film zdecydowanie kradnie Ben Mendelsohn, który nie tylko gra, ale także tańczy, a nawet śpiewa. Po prosto człowiek-orkiestra!
źródło: http://lostrivermovie.com/
"Lost River" zaliczam do filmów, które powinno się obejrzeć, aby wyrobić sobie własny pogląd. Percepcja reżyserskiego debiutu Ryana Goslinga może być bowiem skrajnie różna. Niemniej moim zdaniem mimo niezaprzeczalnych zalet (klimat, zdjęcia, aktorstwo), całokształt zdecydowanie nie zasługuje na status arcydzieła. W filmie zdecydowanie brakuje głębszej treści albo po prostu mam tyle ograniczony zakres poznania, iż nie jestem w stanie jej dostrzec. Najlepiej przekonajcie się zresztą sami.
źródło: http://lostrivermovie.com/
Ocena: 6/10.

niedziela, 13 września 2015

"Gravity"



"Grawitacja" w reżyserii Alfonso Cuaróna to typowy przykład filmu, w stosunku do którego od samego początku odczuwałem lęk i odrazę. Produkcji nie pomogło naturalnie obdarzenie jej przez Akademię liczną pulą oscarowych nominacji (10), które ostatecznie przełożyły się na siedem statuetek (w tym najbardziej absurdalne za reżyserię, chyba dla mnie bardziej znośne byłoby już przyznanie nagrody za najlepszy film). Dodatkowo nonsensownie wysoki współczynnik Metascore (w chwili, gdy piszę te słowa, wynosi 96/100) implikował następujące pytanie: czemu, do chuja pana, wszystkim nagle popierdoliło się w głowach tak mocno? Oczywiście niektórzy mogą zarzucić mi, iż nie potrafię docenić wielkości filmu, ponieważ nie oglądałem go w 3D. Ja z kolei stoję na stanowisku, że po pierwsze film ma być dobry w 2D, a projekcja 3D może być jedynie swego rodzaju bonusem, który podkreśli i może nawet uwydatni zalety, które można dostrzec już w standardowej wersji. Poza tym pod względem fabularnym "Grawitacja" jest chujowa do bólu nawet w 7D. Ponieważ do uzmysłowienia sobie, jak głupi jest to film wymagany jest dokładny opis niektórych zdarzeń, w recenzji znajdziecie wiele spoilerów.
źródło: http://www.impawards.com
Po wstępie wypełnionym wyłącznie obiektywnymi opiniami możemy wreszcie przejść do opisu fabuły "Grawitacji". Otóż, jak łatwo się domyślić, głównym bohaterem filmu Alfonso Cuaróna jest … tak: grawitacja! Brawa dla bystrzaków! W trakcie wykonywania rutynowej misji na orbicie Ziemi dochodzi do na pozór niegroźnego wypadku. Rosjanie, jak to Rosjanie, postanowili bowiem zutylizować jednego ze swoich satelitów w niezwykle finezyjny sposób. W efekcie eksplozji na orbicie okołoziemskiej powstała masa kosmicznych śmieci, które z zawrotną prędkością co 90 minut okrążają planetę siejąc spustoszenie. Początkowo Houston bagatelizuje problem, ale gdy sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna zapada decyzja o natychmiastowym przerwaniu misji. Niestety wskutek niefortunnego zbiegu wydarzeń wahadłowiec zostaje zniszczony, a doświadczony astronauta Matt Kowalski (George Clooney) oraz kompletna rookie Ryan Stone (Sandra Bullock) pozostają w otwartej przestrzeni kosmicznej bez szans na ratunek.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Nie będę ukrywał, że mam prawdziwą ochotę przypierdolić "Grawitacji" tak mocno, żeby rozjebała się w drobny mak, tak jak w filmie Międzynarodowa Stacja Kosmiczna. Pod względem fabularnym jest to bowiem absolutne 0/10 i co gorsze, niemal nikt nie zdaje sobie z tego sprawy, a na produkcję spływają laury z nie wiadomo jakiego tytułu. Oczywiście zaraz podniosą się głosy, że jak to przecież efekty prekursorskie, urywające dupę, takie realistyczne i w ogóle mistrzostwo wszechświata itp. "Grawitacja" jest dla mnie jak "Transformers 3": zapakowanym w śliczne opakowanie workiem cuchnącego gówna, które można wyczuć na milę. I na dodatek, co warte podkreślenia, z nieznanych mi przyczyn produkcja Michaela Baya nie dostała dziesięciu nominacji! O ile początkowy opis fabuły może wydawać się w pewien sposób interesujący to reszta scenariusza składa się wyłącznie z wydarzeń o charakterze absurdalno-nonsensownym oraz farcenia na niespotykanym poziomie. Naprawdę dawno nie oglądałem filmu, w którym główna bohaterka (mówimy tu o Ryan Stone, a nie o grawitacji samej w sobie) dysponowała tak wielkim współczynnikiem szczęścia – wszystko, co tylko sobie wykoncypuje musi się przecież udać! A nawet jeżeli popadnie w chwilową depresję i zapragnie skończyć trud to z pomocą zjawi się, niczym baśniowy rycerz na białym koniu, duch zmarłego Matta Kowalskiego, który natychmiast doda otuchy i podsunie rozwiązanie problemu. Przeczytajcie sobie poprzednie zdanie kilkukrotnie, aby dotarł do Was jego sens (a raczej bezsens).
źródło: http://www.moviestillsdb.com
W zasadzie na orbicie Ziemi jest tak zajebiście, że można sobie szybować (nie jestem do końca przekonany czy to dobre słowo) od punktu do punktu bez żadnych obaw – oczywiście wyłączając niebezpieczne odłamki. Znakomitą metodą, wydatnie przyspieszającą transport głównej bohaterki, okazała się gaśnica. Jeżeli kiedykolwiek będzie wybierać się w kosmos, koniecznie pamiętajcie o zabraniu tego urządzenia – a nuż się przyda (jak pokazuje natomiast Autostopem przez galaktykę innym niesamowicie użytecznym przedmiotem w podróżach międzygwiezdnych jest ręcznik)! Ponadto na przykładzie naszej bohaterki, będącej (podobno) doskonale wytrenowaną przez NASA astronautką, warto zauważyć, że obsługa kapsuły ratunkowej na chińskiej stacji kosmicznej nie stanowi żadnego problemu. Wystarczy powciskać kilka przypadkowych przycisków i voilá – bezproblemowo lecimy na Ziemię! Niestety ponieważ kapsuła jest made in China może dosyć szybko zatonąć – niemniej dla naszej bohaterki, która przecież nie musi przyzwyczaić organizmu do ziemskiej grawitacji, wydostanie się z tonącego modułu nie stanowi żadnego problemu. Reasumując: im bliżej do końca filmu, tym większe skłonności samobójcze występują u widza.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Jak widzimy powyżej fabuła "Grawitacji" nie nadaje się kompletnie do niczego (przy tym nawet "Insterstellar" wydaje się być arcydziełem). Niemniej, skupię się teraz na owianych legendą zdjęciach oraz efektach specjalnych, które ponoć urywają dupy, odbyty i co tam jeszcze tylko można oraz często powodują publiczne brandzlowanie się nad rzekomą doskonałością filmu Alfonso Cauróna. Wyszedłbym na całkowitego ignoranta, gdybym nie docenił aspektu wizualnego "Grawitacji". Zdjęcia Ziemi są po prostu piękne! Ogromną radość sprawiało mi zgadywanie, na który fragment globu patrzymy w danej chwili – w sumie najlepiej zapamiętałem nocny Egipt. To było naprawdę znakomite – gdybym jedynie nie musiał słuchać Sandry Bullock byłoby niemal idealnie. Kosmiczne spacery, a nawet samo odtworzenie braku grawitacji, robią naprawdę dobrą robotę. Z pewnością pod względem epickości na największe oklaski zasługuje scena zniszczenia Międzynarodowej Stacji Kosmicznej – biję pokłony do podłogi! Niemniej, wszystkie zalety wizualne "Grawitacji" zostały spierdolone przez scenariusz stanowiący ułomnością nad ułomnościami – vide  wspomniane już "Transformers 3" i Michael Bay.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Od czasów żenującego "Miss Agent" Sandra Bullock stała się dla mnie jedną z najbardziej antypatycznych aktorek w Hollywood. Wyobraźcie sobie zatem jak bardzo musiałem się cieszyć z oglądania jej facjaty przez 90 minut (relatywnie krótki czas trwania filmu zaliczam również w poczet zalet). Postać doświadczonej przez życie Ryan Stone wkurwiła mnie już od pierwszej sceny – de facto gdyby nie jej głupi upór być może udałoby się przeżyć większej liczbie osób. Niemniej jest to aktorska nędza. Dlaczego zatem, do kurwy nędzy, Sandra Bullock dostała oscarową nominację za najlepszą rolę kobiecą? W którym momencie filmu wykazała się tak niebywałym warsztatem, który musiał oczarować Akademię? Może w scenie, w której udawała psa (z pewnością jeden z najbardziej żenujących obrazków mojego życia)? Albo kiedy bez żadnego ładu i składu wciskała randomowe przyciski w chińskiej kapsule? Nie, kurwa. To na pewno było w momencie, gdy scenarzyści postanowili dodać chwytający za jaja motyw ze śmiercią czteroletniej córeczki naszej bohaterki. Brawo, róbcie tak dalej! Na tle Sandry Bullock wyluzowany George Clooney wypada po prostu mistrzowsko i bezbłędnie. Wszyscy wiemy, że jest to znakomity aktor, a pomniejsza rola nawet w gównianej "Grawitacji" może dodać mu jedynie jeszcze więcej blasku.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Recenzja "Grawitacji" rozrosła się do niebywałych rozmiarów, co jest dla mnie dosyć zaskakujące, ponieważ wydawało mi się, że nie będę w stanie opisać tego gówna tak dużą ilością znaków. W trakcie pisania tekstu znalazłem idealny sposób na obejrzenie w celu minimalizacji poczucia żenady: wyłącznie fonię i napawajcie się widokiem kosmosu oraz Ziemi. Powyższy zabieg w żaden sposób nie zuboży Waszych doznań, a dodatkowo unikniecie traumy szczekającej Sandry Bullock.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Ocena: 4/10 (dwie gwiazdki za zdjęcia i efekty specjalne).

wtorek, 8 września 2015

"Ida"



Dzisiaj, z typową dla mnie nonszalancją oraz nie przywiązywaniem wagi do aktualnych wydarzeń, zajmiemy się największym, międzynarodowym sukcesem polskiej kinematografii ostatnich lat, czyli oscarową "Idą". Wiele wody w Silnicy musiało upłynąć zanim udało mi się wreszcie obejrzeć utytułowaną produkcję w reżyserii Pawła Pawlikowskiego. Z czego wynikała moja daleko posunięta indolencja? Nie mam pojęcia, pewnie jestem kompletnie leniwy, ponieważ po zdobyciu Oscara "Ida" została wznowiona w niemal każdym krakowskim kinie nie będącym kinoplebsem. Jednakże dopiero w trakcie podróży do Warszawy, z nieukrywanym zaskoczeniem, odkryłem, iż Lux Express dysponuje niezwykle aktualnym repertuarem filmowym i postanowiłem wykorzystać nadarzającą się okazję. Z tego miejsca pozdro dla przewoźnika za ofertę na czasie oraz możliwość spożywania gorących napojów bez ograniczeń.
źródło: http://www.impawards.com
Oczywiście, urodziwszy się w mieście słynnego pogromu z lipca 1946 roku, mam świadomość, iż niektóre środowiska zbojkotują "Idę" z powodu tematyki, której dotyka film. Otóż jest to bowiem historia o Żydach. Na początku lat 60-tych ubiegłego stulecia młoda nowicjuszka Anna (Agata Trzebuchowska) tuż przed złożeniem ślubów zakonnych zostaje oddelegowana na kilka dni pod opiekę jedynej żyjącej krewnej. Czas spędzony z ciotką Wandą (Agata Kulesza), byłą prokurator, a obecnie sędziną, ma pomóc dziewczynie podjąć ostateczną decyzję odnośnie pozostania w zakonie. Chociaż nie można powiedzieć, aby między obiema paniami wytworzyła się szczególna chemia to Wanda zabiera Annę w podróż w rodzinne strony, by poznała tragiczne dzieje swojej rodziny.
źródło: http://www.ida-movie.com/
Nawiązując do początku poprzedniego akapitu niektóre środowiska zapewne uznały przyznanie Oscara "Idzie" za kolejny, tym razem jawny, przejaw syjonistyczno-masońskiego spisku, którego celem ostatecznym jest zdobycie całkowitej władzy nad światem przy kompletnym wyniszczeniu narodu polskiego. Tymże paranoikom z chęcią poleciłbym lekturę Cmentarza w Pradze Umberto Eco, ale ponieważ iloraz ich inteligencji nie przekracza zwykle temperatury pokojowej, obawiam się, że wyciągnięcie właściwych wniosków nie byłoby możliwe. Zarzuty o szkalowaniu dobrego imienia narodu polskiego są również wyssane z dupy. Nie potrafię zrozumieć dlaczego niektórzy prawdziwi Polacy pragną jedynie gloryfikować, kompletnie zapominając o ciemnej stronie okupacji – szmalcownikach, kolaborantach, denuncjacjach na Gestapo, Goralenvolk (ileż jeszcze będę musiał znosić publiczne robienie laski góralom?) czy dosyć groteskowych eliminacjach politycznych przeciwników. Poza tym, skoro chcecie gloryfikować patriotyczne czyny to zamiast biadolić nad zepsuciem moralnym i szkalowaniem dobrego imienia ojczyzny weźcie dupy w troki i stwórzcie wreszcie coś konstruktywnego! No, ale dość już o fobiach narodowców (wybory tak blisko, a szwadrony kukizowców zwarte tak ciasno), skupmy się na filmie!
źródło: http://www.ida-movie.com/
Rozpoczynając seans nurtowała mnie zasadniczo jedna kwestia: czy film Pawlikowskiego rzeczywiście jest aż tak dobry, że zasłużył na Oscara? Nie ukrywajmy: pod względem fabularnym "Ida" z pewnością nie urywa niczego. Niezaprzeczalnie opowiedziana historia jest ciekawa, wciągająca i kontrowersyjna, ale w ostatnich latach spotykało się już znacznie lepsze, polskie scenariusze (vide "Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego). Nie jest to zarzut dyskwalifikujący film, o ile pozostałe elementy wykonane zostały na medal. Wracając do fabuły to warto zauważyć, że reżyser postać, w pewien sposób sympatycznej i wyraźnie hedonistycznej, Wandy Gruz oparł na niesławnej Helenie Wolińskiej (w jednej ze scen bohaterka wspomina, że kiedyś, w latach chwały, była znana jako Krwawa Wanda) Nieświadomym polecam zapoznać się z osiągnięciami oraz życiorysem pani Heleny, a także niebywałą przewrotnością losu, który ją spotkał. Oczywiście zaraz pojawią się zarzuty z prawej strony, że jak to, kłamstwo, przecież tak nie było i w ogóle same przekłamania, hańba i targowica! Przypominam zatem nadmiernie zaangażowanym, że jest to jedynie film fabularny, a nie historyczny, i scenarzysta z bohaterami mógł sobie zrobić wszystko. Zdecydowanie fabuła to najsłabszy element składowy "Idy", niemniej marzę, abym mógł częściej określać w taki sposób historie stworzone na tak wysokim poziomie.
źródło: http://www.ida-movie.com/
Pisząc o "Idzie" nie sposób pominąć klimatycznych oraz genialnych (chociaż to może za mało powiedziane, ale nie sposób oddać ich geniuszu za pomocą słów) zdjęć. Łukaszowi Żalowi oraz Ryszardowi Lenczewskiemu udało się stworzyć coś naprawdę wyjątkowego i zjawiskowego. Gdybym miał przyznać ocenę wyłącznie za zdjęcia "Ida" otrzymałaby bezapelacyjne 10/10. Czarno-białe kadry urywają po prostu dupę! Do tego dołożono przeważnie znakomitą scenografię, choć z drugiej strony trochę szkoda, że przez pewną część filmu oglądamy jedną i tę samą ulicę. Niemniej ogromne wrażenie zrobiły na mnie małe, szare, brudne miasteczka z lat 60-tych, w których prawie zatrzymał się czas. Nie wiem czemu, ale myśląc o tej dekadzie w PRL mam wyłącznie czarno-białe skojarzenia. Film Pawlikowskiego pod tym względem idealnie wpasowuje się w moje oczekiwania. Znam w sumie podobne miejsca, w których nic się nie zmieniło przez dekady, toteż mogę potraktować "Idę" jako nostalgiczną quasi-podróż. Niemoc i beznadzieja polskiej prowincji zostały przedstawione mistrzowsko i za to twórcom należą się z pewnością ogromne brawa. Na plus zaliczam również ścieżkę dźwiękową. Pod tym względem warto pochwalić wprowadzenie do filmu wątku Lisa (Dawid Ogrodnik) i jego zespołu. Chłopaki grają fajnie w klimacie lat 60-tych, a dodatkowo można usłyszeć nawet kompozycje samego Coltrane’a!
źródło: http://www.ida-movie.com/
Kolejna bezapelacyjna zaleta "Idy" to aktorstwo. Debiutująca na ekranie Agata Trzebuchowska spisała się znakomicie – wielkie propsy za tak odważne wejście do światowej kinematografii oraz piękne, głębokie oczy. Miejmy nadzieję, że nie skończy jako one-time wonder (o ile planuje oczywiście kontynuować aktorską karierę). Największe oklaski jednakże należą się Agacie Kuleszy za kolejną brawurową kreację. Wanda Gruz być może kiedyś była stalinowskim siepaczem, niemniej obecnie to wyniszczona życiem sędzina uzależniona od alkoholu i przypadkowego seksu. Jakkolwiek zabrzmi to dziwnie byłą prokurator pod wieloma względami można uznać za hedonistkę (oczywiście do pewnego momentu) – futra, auto, alkohol, mężczyźni, muzyka klasyczna. Wybitnie interesująca postać! Monstrualne propsy należą się także za stworzenie znakomitej chemii między głównymi bohaterkami. Niestety na drugim planie dzieje się stosunkowo niewiele. Warto zwrócić uwagę na kolejną fajną rolę Dawida Ogrodnika, ale w zasadzie to wszystko.
źródło: http://www.ida-movie.com/
Chociaż "Ida" z pewnością nie zasługuje na miano najlepszego filmu w dziejach polskiej kinematografii to jednak Paweł Pawlikowski w pełni zasłużył na Oscara. Może nie pod względem fabularnym, ale z pewnością za mistrzowskie zdjęcia oraz unikalną scenografię należą się twórcom najwyższe laury. W mojej opinii pozycji obowiązkowa, ale Wy i tak powiecie, że recenzja została napisana za grube hajsy przelane z syjonistyczno-masońskich kont z banków na Arubie albo w Tel Awiwie.
źródło: http://www.ida-movie.com/
Ocena: 8/10 (ocena podniesiona za znakomite zdjęcia).

czwartek, 27 sierpnia 2015

"True Detective" (sezon 2)



Publiczne, jak to mawiał Hank (i to nie Moody Moi Drodzy, lecz Chinasky – poczytajcie od czasu do czasu), brandzlowanie nad pierwszym sezonem "True Detective" zdecydowanie przerosło moje oczekiwania. Dlaczego nie uważam tegoż serialu za arcydzieło nad arcydziełami napisałem już w zeszłym roku – recenzję znajdziecie tutaj: "True Detective" (sezon 1). Oczywiście nie miałem wtedy i nie mam teraz zamiaru umniejszać doskonałości postaci Rusta Cohle’a, którego przecież zaliczyłem w poczet największych serialowych bohaterów. Niemniej, jak wspominałem w poprzedniej recenzji, nakręcenie drugiej odsłony było tylko kwestią czasu. Pamiętam doskonale, ileż emocji wzbudziło podanie nazwisk odtwórców głównych ról męskich. O ile trochę upadły Colin Farrell wydał mi się całkiem na miejscu, o tyle Vince Vaughn to już lekka kontrowersja, a angaż drewnianego dotychczas Taylora Kitscha można było rozpatrywać w kategorii chorego żartu. W sumie jednak pomyślałem, że każdy zasługuje na szansę by zabłysnąć, więc nie miałem zamiaru skreślić nikogo już na samym starcie. Podobnie było z umiejscowieniem akcji drugiego sezonu. Tym razem zamiast przedziwnej i niemal mistycznej, ale za to najlepszej ekranowej Luizjany, wraz z bohaterami przemierzamy, wydawałoby się, nadmiernie eksploatowaną Kalifornię. Jak napisał kiedyś wieszcz: to lubię! – aczkolwiek wysłuchiwanie lamentacji oraz utyskiwań znajomych było wysoce frustrujące.
źródło: http://www.impawards.com
W przeciwieństwie do pierwszej odsłony liczba głównych bohaterów uległa wyraźnej multiplikacji. Trudno wskazać, kto gra pierwsze skrzypce, mamy do czynienia raczej z równorzędnymi członkami kwartetu. Pozwólcie zatem, że zacznę od moim zdaniem najciekawszych i najbardziej złożonych postaci. Detektyw Ray Velcoro (Colin Farrell) to degenerat, alkoholik, narkoman oraz brudny gliniarz, walczący z byłą żoną o opiekę na swoim rudym synem. Zmagając się z demonami przeszłości zostaje sługusem kliki rządzącej kalifornijskim miastem Vinci. Jednocześnie, grając na dwa fronty, wspomaga lokalnego, niezwykle ambitnego gangstera Franka (Vince Vaughn). Idylliczna egzystencja naszych bohaterów kończy się, gdy w tajemniczych okolicznościach zostaje zamordowana lokalna szycha – Ben Casper. Na wyjaśnieniu zbrodni bardzo zależy Frankowi, który z nieboszczykiem przeprowadzał intratne interesy. Władze dosyć średnio interesują się zgonem, ale mimo to powołują zespół śledczych, w którego skład oprócz wspomnianego detektywa Velcoro wchodzą niepokorna detektyw Ani Bezzerides (Rachel McAdams) oraz zwyczajny funkcjonariusz drogówki Paul Woodrugh (Taylor Kitsch).
Ray.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Usłyszałem kiedyś opinię, że drugi sezon "True Detective" to już nie będzie to samo. Oczywiście, kurwa, że to nie było to samo! Chwała twórcom za to, że nie poszli na łatwiznę kręcąc kolejne przygody Rusta i Marty’ego, ale pokazali jaja ze stali i zaserwowali widzom coś zupełnie nowego. Niestety, jak się szybko okazało, sama odwaga i tupet nie wystarczą do stworzenia dobrego serialu. Nie ukrywajmy: pod względem fabularnym jest to kompletna i bezapelacyjna porażka. Zamiast wątku mistycznego mamy do czynienia z kwestiami ekonomicznymi, które niestety nie wzbudzają aż tylu emocji i odzierają serial z tajemniczej otoczki. Niemniej, niektóre rozwiązania fabularne zakrawają na albo najbardziej oklepane motywy (najlepszy przykład to przypadkowe podsłuchanie tajnej narady złych bohaterów) albo najprawdziwszy dramat. Zanotować taki zjazd na przestrzeni jedynie dwóch sezonów? Niebywałe! Chociaż aż troje z czwórki głównych bohaterów serialu pracuje w policji to nie ma co liczyć na mozolną pracę śledczych, znaną choćby z "The Wire". Zaiste, śledztwo toczy się mozolnie, ale wynika to raczej z faktu, iż niemal kompletnie nikomu nie zależy na jego rozwiązaniu. Kolejne wątki dochodzenia nie są odkrywane w logiczny, przyczynowo-skutkowy sposób, lecz na zasadzie całkowitego przypadku (przykład: w jednym z odcinków bohaterowie udają się do domku w górach, a nieopodal akurat przypadkowo kręci się pełno padlinożernych ptaków).
Frank.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Ogólnie rzecz biorąc w drugim sezonie twórcy postanowili porzucić minimalizm pierwszej odsłony i zaserwować widzom mnogość wątków, głównie obyczajowych (tzw. proza życia). Niestety, praktycznie 90% z nich nie wzbudziło u mnie jakichkolwiek emocji. Do najgorszych zaliczam z pewnością walkę Velcoro o opiekę na synem, epicką batalię z własną gejozą Woodrugha (vide Maverick z "Top Gun") oraz życie uczuciowe Bezzerides. W zasadzie to można się jeszcze przyczepić do żenującej relacji Woodrugha z matką oraz równie ułomnego motywu ze służbą w Black Mountain (jakby ktoś nie wiedział o co chodzi to jest to dosyć nachalne odniesienie to najsłynniejszego PMC świata, czyli niesławnej Blackwater). Zrezygnowano również z jednoczesnego prowadzenia akcji w kilku planach czasowych. Jedyną tego rodzaju zabawą jest linearny przeskok dwa miesiące w przód. Twórcy zdecydowanie odcięli się również od filozoficznych monologów Rusta, które stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów pierwszego sezonu. W drugiej odsłonie rozważania i dialogi bohaterów dotyczą o wiele bardziej prozaicznych aspektów życia. Ponadto serial jest kompletnie nierówny. Za najlepszy przykład może posłużyć odcinek numer sześć, w którym znalazła się genialna scena śniadaniowa Raya i Franka. Niestety w dalszej części nastąpił tak dramatyczny zjazd, że zacząłem uważać go za najgorszy odcinek w całej serii. Warto poruszyć także kwestię zakończenia. Już finał pierwszego sezonu pozostawiał wiele do życzenia, ale tym razem jest naprawdę słabo. Po obejrzeniu ostatniego odcinka zanotowałem sobie, że było chujowo, ale zawsze mogło być gorzej. Dosyć marne pocieszenie, nieprawdaż?
Woodrugh.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Czy zatem "True Detective" posiada jakiekolwiek jasne strony? Z pewnością jako niewielki plus można zaliczyć ukazanie mechanizmów oraz zależności rządzących miastem Vinci, ale także policją czy prokuraturą (w Polszy powiedzielibyśmy: układ). Generalnie nic nie jest proste, jeżeli nie masz mocnych pleców albo nie jesteś rezydentem rosyjskiej mafii. Wielki props należy się za intro oraz piosenkę Nevermind Leonarda Cohena, które po prostu deklasują czołówkę z pierwszego sezonu. Jednakże największą zaletą drugiej odsłony są bezapelacyjnie piękne i doskonałe zdjęcia. To nie jest wesoła, plażowa Kalifornia znana z dotychczasowych seriali. Epicka sieć autostrad stanowiąca swego rodzaju układ krwionośny stanu, gigantyczne zakłady przemysłowe czy obskurne mordownie (w szczególności ulubione miejsce spotkań Franka i Raya) wywarły na mnie ogromne wrażenie. Gdybym miał przyznać ocenę wyłącznie w tej kategorii to z pewnością wystawiłbym notę 10/10 (szczególnie piękna jest panorama Los Angeles z piątego odcinka). Sam wygląd fikcyjnego miasta Vinci zdecydowanie odbiega od typowego wyobrażenia kalifornijskiej, spokojnej mieściny. Za przekształcenie Słonecznego Stanu w totalnie depresyjną i odbierającą chęć do życia miejscówkę należą się wielkie brawa. Pragnę również zwrócić Waszą uwagę na masakrę, która ma miejsce w jednym z odcinków. Epicka rzeź, przypominająca rozmachem bitwy meksykańskich karteli rozgrywające się na ulicach Mexico City albo Ciudad Juárez, również przypadła mi do gustu (aczkolwiek główni bohaterowie byli oczywiście nieśmiertelni i fragowali jak über pro). Mimo wszystko warto podkreślić, że w serialu znalazło się przynajmniej kilka znakomitych scen (m.in. wspomniana wyżej rozmowa Franka i Raya), aczkolwiek w porównaniu do pierwszego sezonu ich ilość nie powala na kolana.
Bezzerides.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Jeśli chodzi o postacie i aktorstwo to pozwólcie, że zacznę od tych, którzy zasługują na brawa. Jak już wspominałem najbardziej złożonym bohaterem jest Ray Velcoro, w którego świetnie wcielił się Colin Farrell. Wieści o upadku tego aktora wydają się być przesadzone, ponieważ jeżeli tylko dostanie do zagrania ciekawą postać zazwyczaj wypada znakomicie. Ray w jego wykonaniu jest naprawdę w porządku, a ponadto widać prawdziwą chemię między nim a Frankiem. Ambitny, kalifornijski gangster również zaskarbił moją sympatię, chociaż trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do facjaty Vaughna. Oczywiście nie sposób ukryć, że zdarzały mi się momenty kompletnej irytacji wywołanej działaniami Franka, ale w ogólnym rozrachunku zaliczam go na plus. Bardzo cieszyłem się z angażu Kelly Reilly i jak zwykle nie zawiodłem się. Jordan w jej wykonaniu nie tylko wygląda zjawiskowo (chociaż są tacy, który nie doceniają jej urody - brzydka, bo ruda), ale także staje się postacią z krwi i kości, która wydatnie przyciąga uwagę widza. Z pewnością nie można tego samego powiedzieć o Ani Bezzerides. Nie mogę odmówić Rachel McAdams jej wysiłków, ale jak to mawiano w "Whiplash": not quite my tempo. Ogólnie rzecz biorąc oceniam tę postać neutralnie z lekkim negatywnym odcieniem. I w ten oto sposób możemy płynnie przejść do kompletnych rozczarowań. Nie ukrywajmy: Taylor Kitsch to dramat. Nie dość, że otrzymał najgorszą i najbardziej sztampową postać (dramatyczna walka z własnym homoseksualizmem oraz psychiczny uraz po służbie w Iraku), to jego drewniany warsztat aktorski tylko pogarsza zaistniałą sytuację. Woodrugh został wrzucony przez scenarzystów do oceanu gówna, z którego mało który aktor byłby się w stanie wygrzebać. No ale i tak powiecie, że jest przecież przystojny! David Morse, typowy bad ass motherfucker, obsadzony w roli Eliota, pociesznego hipisa i jednocześnie religijnego guru? Beztroska postać ojca detektyw Bezzerides pasuje raczej do lekkostrawnego serialu pokroju "Californication", a nie do spuścizny Rusta oraz Marty’ego! Chociaż tym razem bohaterów drugoplanowych jest cała masa to naprawdę z trudem muszę przyznać, że nikt nie zrobił na mnie większego wrażenia – de facto wielu z nich zapomniałem od razu po odcinku, w którym się pojawili.
Jordan.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Recenzja rozciągnęła się ponad miarę, więc przydałoby się jakieś podsumowanie. Drugi sezon "True Detective" to niestety kompletna porażka, która ani przez chwilę nie była w stanie udźwignąć dziedzictwa pierwszej odsłony. Nieliczne przebłyski geniuszy nie mogą bowiem wpłynąć na ostateczną ocenę tego nieciekawego i nakręconego bez pomysłu przedsięwzięcia. Warto polecić jedynie ze względu na postacie Raya, Jordan i Franka, piosenkę Nevermind otwierającą każdy odcinek oraz piękne zdjęcia przemysłowej Kalifornii, za które podnoszę ocenę o jedną gwiazdkę.
Ukochana mordownia Franka i Raya.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Ocena: 5/10.

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Disco Polo"



W tegorocznej edycji Letniego Taniego Kinobrania postanowiłem się skupić na polskich produkcjach, ponieważ uznałem, iż dla przeciętnego człowieka nie dysponującego dostępem do Canal+, a także mającego w głębokiej pogardzie oglądanie filmów on-line w marnej, pikselotycznej jakości, bycie na czasie bez regularnego chodzenia do kina jest niemal niemożliwe do wykonania (właśnie napisałem pięcolinijkowe zdanie wielokrotnie złożone!). Recenzję "Służb Specjalnych" mieliście okazję czytać całkiem niedawno, a dzisiaj przyszedł czas na "Disco Polo". Gwoli wyjaśnienia muszę przyznać, że zdecydowanie daleko mi do fascynacji tym kiedyś powszechnie wyszydzanym gatunkiem muzycznym, który mimo przeciwności losu zdołał podbić serca Januszów całego świata, a obecnie zdaje się przeżywać kolejny już renesans. Zatem, jak zarymował kiedyś Wojtek Sokół - wróćmy teraz na boisko podstawówki. W nostalgicznych latach 90-tych, spędzając corocznie większość wakacji na wsi, gdzie liczba kanałów telewizyjnych ograniczała się w porywach do pięciu (jeśli mieliśmy dobry sygnał), zostałem skazany na coniedzielne oglądanie legendarnego, polsatowskiego Disco Relaxu. Sięgając pamięcią do lat młodości, wspominam, iż były to seanse raczej radosne i tegoż właśnie oczekiwałem od "Disco Polo".
Kwintesencja przaśności plakatu.
( źródło: http://www.filmweb.pl)
Tak naprawdę trudno określić kiedy dokładnie rozgrywa się akcja "Disco Polo". W zasadzie nie ma to większego znaczenia dla fabuły, więc przyjmijmy, iż jest to jeden z okresów disco-polowego boomu. Młody gniewny Tomek (Dawid Ogrodnik), egzystując na jakimś polskim zadupiu, marzy o muzycznej karierze, górach hajsu i pięknych kobietach. W końcu, w akcie totalnej desperacji, stawia wszystko na jedną kartę: wraz z utalentowanym muzycznie Rudym (Piotr Głowacki) oraz techniczną o wdzięcznej ksywie Mikser (Aleksandra Hamkało) tworzy zespół Laser. Droga na disco-polowy Parnas nie jest jednakże usłana różami, a wszystko w garści trzyma szef topowej wytwórni muzycznej, Daniel Polak (Tomasz Kot).
źródło: http://www.filmweb.pl
Szczere powiedziawszy (a raczej napisawszy) spodziewałem się, że "Disco Polo" będzie całkowicie innym filmem: typową historią od zera do bohatera, tyle że tym razem w disco-polowej tonacji. Abstrahując jednakże od trochę czerstwego westernowego wstępu (chociaż Tomasz Knapik na wiecznym propsie), produkcję Macieja Bochniaka należy uznać za jeden z najbardziej oryginalnych projektów w dziejach polskiej kinematografii. Pierdolnięcie, z jakim na ekranie pojawia się fikcyjny zespół Atomic wykonujący prawdziwy utwór Cztery osiemnastki, oraz epickość teledysku trudno oddać słowami. Nie przypominam sobie kiedy ostatnio widziałem polski film, z którego hektolitrami tryskałaby fascynacja najbardziej tandetną, lunaparkową Ameryką. Za kostiumy oraz scenografię należą się ogromne oklaski, bowiem nawet Warszawę niemal udało się przerobić na pełne neonów Las Vegas. Show jest totalny i obejmuje również zdjęcia, montaż oraz użyte w filmie rekwizyty (sprawdźcie choćby wystrój przyczepy kempingowej babci Rudego, mundury klawiszów czy choćby auta, którymi przemieszczają się bohaterowie). Nie przypominam sobie również, kiedy ostatnio widziałem polski film napakowany tak bezpośrednimi, a jednocześnie znakomitymi nawiązaniami do zagranicznej produkcji (pytanie o jajka wywołało salwy śmiechu u uświadomionej filmowo części widowni). Jeśli zastanawiacie się dlaczego w "Disco Polo" pojawiają się dwie przyodziane w biel postacie, dzierżące w rękach kije golfowe, to odpowiedź na powyższe pytanie znajdziecie oglądając "Funny Games".
źródło: http://www.filmweb.pl
Nie da się ukryć, że "Disco Polo' to spiżowy pomnik wystawiony tytułowemu gatunkowi muzycznemu. Czas i miejsce akcji nie mają większego znaczenia, przede wszystkim liczy się bowiem muzyka. W filmie można nie tylko usłyszeć największe przeboje disco polo, ale także zobaczyć czołowych wykonawców (m.in. Tomasz Niecik czy Radosław Liszewski z Weekendu) w autoironicznych epizodach. Zrobiono to na tyle dobrze, że muzyka naprawdę nie żenuje, a co po niektórzy zaczęli się nawet bujać w jej rytmie, uparcie twierdząc, iż to właśnie gra się na weselach (w tym miejscu gorące pozdro dla mojej towarzyszki!). De gustibus non est disputandum. Fabuła nie jest niestety aż tak kolorowa jak scenografia, chociaż pojawia się kilka smaczków (m.in. kameralny występ w więzieniu czy też propozycja zaśpiewania piosenki dla kandydata na prezydenta RP). "Disco Polo" to niemalże bajkowa opowieść o zawrotnej karierze zespołu muzycznego ze wszystkimi typowymi elementami, przewidywalnym love story oraz obowiązkowym morałem. Jednakże w tym przypadku sztampowość opowieści została zbilansowana przez pozostałe składowe i nie wywołuje u widza uczucia żenady. Akcja napiera naprawdę w zawrotnym tempie, a także wyeliminowano mielizny fabularne, dzięki czemu nie ma czasu na nudę. Jak na kompletnie no name’owego reżysera (przynajmniej dla mnie) Maciej Bochniak odwalił kawał solidnej roboty.
źródło: http://www.filmweb.pl
Aktorstwo to niezaprzeczalna zaleta "Disco Polo". Z mojej perspektywy dopiero w tym filmie w pełni rozbłysła gwiazda Dawida Ogrodnika, kompletnie nijakiego Rahima z "Jesteś bogiem". Aktor, niczym mityczny Atlas, wziął na swoje bary niemal cały ciężar produkcji. Niemal, ponieważ nie sposób nie docenić kolejnej znakomitej roli Tomasza Kota. Postać Daniela Polaka po prostu urywa dupę! Trzecie miejsce na podium otrzymuje natomiast Mariusz Drężek, wcielający się w przerysowanego do bólu, ale jednocześnie pełnego zajebistości Rolanda, prowadzącego disco-polowy show. Reszta wykonawców nie zrobiła na mnie niestety większego wrażenia. Joanna Kulig (Anka) gra raczej typową rolę pozornie zimnego wampa, który w rzeczywistości skrywa głęboko nieprzebrane pokłady wrażliwości. Nie specjalnie wyróżniają się również postali członkowie zespołu Laser – Piotr Głowacki oraz Aleksandra Hamkało (w jej przypadku jest to już jazda po bandzie). Na małe propsiki zasłużyli natomiast Juliusz Chrząstowski (ojciec Tomka), Iwona Bielska (babcia Rudego) oraz niezawodny Janusz Chabior.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Disco Polo" to dla mnie jedno z największych pozytywnych zaskoczeń polskiej kinematografii ostatnich lat. Mimo, że spodziewałem się całkowicie innego kalibru, to film no name’owego reżysera dysponuje takim początkowym pierdolnięciem i tempem, iż nie sposób wystawić niską notę. Dodatkowe zalety to oczywiście jawna inspiracja Ameryką oraz znakomite kostiumy i scenografia (dla fanów tej muzyki niezaprzeczalnym atutem będą największe klasyki gatunku). A że wszystko dotyczy disco polo? W zasadzie nie ma to dla mnie znaczenia – opowieść o Tomku i jego marzeniach można potraktować jako uniwersalną przypowiastkę. Sprawdźcie sami!
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 7/10.