niedziela, 27 czerwca 2021

"Mare of Easttown" (2021, sezon 1)

 I always imagined I’d be a cop. 
It’s the life around me I didn’t expect to fall apartso spectacularly.

Jak to przeważnie ze mną bywa, poniższa recenzja powstaje ze sporym opóźnieniem, ponieważ ostatni, siódmy odcinek "Mare of Easttown" wyemitowano jeszcze w ubiegłym miesiącu (30 maja). Co prawda pierwsze przemyślenia i notatki do tekstu zaczęły powstawać bardzo szybko w trakcie długiego weekendu na początku czerwca, ale piękne krajobrazy zielonych łąk z kolorowymi kwiatami, typowe dla Ponidzia, zachęcały raczej do długich rowerowych wycieczek niż do pisania. Ponadto jak doskonale wiemy, każdy wiosenno-letni długi weekend w Polsce oznacza celebrację grilla, a przecież do takich smakołyków nie podaje się raczej jedynie wody mineralnej lub kompotu. Tak więc wśród śmiechu, białego wina i aromatów grillowanych potraw zacząłem tworzyć zręby niniejszego tekstu. A dlaczego akurat "Mare z Easttown" spytać możecie? Otóż zaczęliśmy oglądać serial HBO jeszcze w mroczniejszych czasach pandemii, gdy z kinami było raczej średnio, a finalnie okazał się na tyle interesujący, że postanowiłem poświęcić mu kilka akapitów. W międzyczasie przeczytałem także wiele opinii wychwalających pod niebiosa tę produkcję, z którymi nie do końca mogę się zgodzić, więc musiałem też napisać coś w delikatnej kontrze.

© 2021 Home Box Office Inc.

Akcja serialu rozgrywa się w niewielkim miasteczku w Pensylwanii. Detektyw sierżant Mare Sheehan (Kate Winslet) pracuje w lokalnej policji, aczkolwiek bez spektakularnych sukcesów. Policjantkę prześladuje nierozwiązana sprawa zaginięcia córki jej koleżanki z czasów licealnych, Dawn (Enid Graham), która trwa już ponad rok. Dodatkowo Mare przeżywa osobistą traumę wynikającą z samobójstwa jej syna. Zajmowanie się małoletnim wnukiem oraz niełatwe relacje z nastoletnią córką (Angourie Rice) oraz lubiącą zaglądać do kieliszka matką (Jean Smart) raczej nie ułatwiają egzystencji naszej bohaterki. Tymczasem Mare zostaje przydzielona do sprawy, która wstrząsnęła lokalną społecznością: zabójstwa nastoletniej matki Erin McMenamin (Cailee Spaeny), która osierociła małe dziecko.

© 2021 Home Box Office Inc.

Jak można łatwo zauważyć po opisie fabuły serialowe Easttown nie jest raczej wesołym miejscem, w którym zawsze świeci słońce, a mieszkańcy są uśmiechnięci i śpiewają razem piosenki trzymając się za ręce. Jest wręcz przeciwnie – jeśli ktoś nie wyjechał z miasta za młodu w pogoni za lepszej jakości życiem, to powoli zgnije w tej depresyjnej dziurze pozbawionej perspektyw, gdzie dodatkowo wszyscy się znają (w zasadzie zastanawia mnie czym zajmują się poszczególni bohaterowie i jakie mają źródła dochodów). Świat przedstawiony w "Mare z Easttown" jest wysoce depresyjny – przemoc, samobójstwa, narkomania, pedofilia w kościele, alkoholizm (wielu z bohaterów nosi irlandzkie imiona i nazwiska, przypadek?) są na porządku dziennym i zatruwają życie mieszkańcom nawet tak nieistotnego dla nikogo miasteczka. Po obejrzeniu pierwszego odcinka miałem wrażenie, że oto nieoczekiwanie powstał czwarty sezon "True Detective" i wyszedł po prostu pod innym szyldem. Jednakże w odróżnieniu od tej serii "Mare z Easttown" kładzie zdecydowanie mniejszy nacisk na policyjną robotę, skupiając się raczej na rodzinnych dramatach. Wielu osobom przypadło to do gustu, u mnie natomiast takie rozłożenie akcentów jest trochę rozczarowujące, gdyż całe to śledztwo zostało potraktowane trochę po macoszemu (szczególnie, że w ostatnich odcinkach dzieje się sporo różnych rzeczy). Brakuje mi również wyjaśnienia pewnych kwestii związanych z morderstwem, ale to zdecydowanie zbyt grube spoilery, żeby je tutaj opisywać.

© 2021 Home Box Office Inc.

No dobra, nie wszystko poszło może idealnie, ale przecież pamiętam doskonale z jakim nastawieniem czekaliśmy na każdy kolejny odcinek "Mare z Easttown" (nie było szans poczekać na wszystkie odcinki i zrobić binge-watching). Jednak twórcom udało się stworzyć wyjątkowy klimat fikcyjnego Easttown i poczucie lokalnej wspólnoty posługującej się dialektem Delco, charakterystycznym dla okolic, w których rozgrywa się akcja serialu. W tym kontekście zwróćmy uwagę na choćby pierwszy odcinek, w którym poznajemy sportowy sukces Mare z czasów liceum, który wywarł tak duży wpływ na społeczność, że jest celebrowany niemal jako święto, a nasza bohaterka zostaje obdarzona tytułem Lady Hawk. To co wyróżnia serial to także bezkompromisowy stosunek Mare do lokalnej społeczności. Policjantka ma totalnie wyjebane na to co mówią o niej ludzie, potrafi bez żadnej wątpliwości aresztować osoby, z którymi wieczorami żłopie browary i zasadniczo średnio przejmuje się skutkami swoich działań (często raczej nieprzemyślanych i lekkomyślnych – vide akcja z matką Drew). Początkowo spodziewałem się raczej innego schematu: Mare będzie tonęła w lokalnym koneksjach (siedź cicho kiedy trzeba) i nigdy nie wyjaśni sprawy albo zmusi ją do tego zewnętrzna pomoc w postaci detektywa Zabela (Evan Peters). Aczkolwiek podobnie jak w typowaniu wyników na Euro, zaliczyłem sromotną klęskę w przewidywaniach. Warto jeszcze zwrócić uwagę, że twórcy postawili tym razem na dosyć niestandardową liczbę odcinków: zamiast klasycznych ośmiu dostajemy jedynie siedem.

© 2021 Home Box Office Inc.

Kiedyś myśląc o Kate Winslet zawsze miałem przed oczami unoszące się na lodowatej wodzie drzwi z RMS Titanic. Dzisiaj, bogatszy w doświadczenia o filmy takie jak "Eternal Sunshine of the Spotless Mind" czy "Revolutionary Road", mam o wiele szerszą perspektywę. Nawet tym tle kreacja Mare jest po prostu epicka. To nie jest piękna pani policjantka z uśmiechem na twarzy prostu z TVNu. To totalnie zmęczona życiem, szorstka w obejściu kobieta, która nie ma czasu na makijaż, a pierwszą czynnością po przyjściu do domu jest otwarcie piwcia. Mare nie była co prawdą postacią, którą kiedykolwiek polubiłem, ale nawet mimo tego jestem w stanie docenić warsztat aktorski Kate Winslet i to co pokazała w tym serialu – klasa światowa! Po ostatnim odcinku wydawało mi się, że "Mare z Easttown" trawi brak dobrych postaci drugoplanowych. Jednakże pisząc recenzję zaczęły mi się przypominać poszczególne postacie z serialu i wyszło z tego całkiem niezłe, co ciekawe bardzo kobiece, zestawienie. Zdecydowanie moją ulubioną bohaterką została Siobhan (Angourie Rice), ale nie mogę pominąć świetnej ról Helen (Jean Smart), Lori (Julianne Nicholson) czy jednego z najsmutniejszych i depresyjnych występów w postaci Erin (Cailee Spaeny). Z kolei, gdyby ktokolwiek wpadł na pomysł zrobienia reboota nowych "Star Wars" to Jack Mulhern (Dylan) idealnie nadaje się na nowego Kylo Rena. Na koniec zadajmy sobie jeszcze pytanie po co w serialu jest Guy Pearce (Richard) i co jego postać wnosi do fabuły?

© 2021 Home Box Office Inc.

Nie da się ukryć, że "Mare of Easttown" odniósł ogromny sukces, zarówno wśród widowni, jak i u krytyków. Słyszałem już nawet pogłoski, że HBO na fali pozytywnego oddźwięku pozostanie w uderzeniu i zrealizuje kolejny sezon serialu. Póki co zachęcam Was do zapoznania się z epicką rolą Kate Winslet i społecznością z Easttown. Jestem jakoś dziwnie przekonany, że nie będziecie zawiedzeni.

© 2021 Home Box Office Inc.

Ocena: 8/10.


niedziela, 30 maja 2021

"Perry Mason" (2020, sezon 1)

 We do what we don't like so the greater good gets served.

Ostatnio kinowych premier jak na lekarstwo, więc nieunikniona stała się kolejna wyprawa do bogatej oferty serialowego wszechświata. Ponieważ całkiem niedawno odświeżyłem sobie "Chinatown" Romana Polańskiego, zapragnąłem pozostać w stylistce kryminału noir (którą de facto i tak bardzo lubię). Akurat nadarzyła się ku temu świetna okazja w postaci serialu "Perry Mason", który oparto na twórczości amerykańskiego pisarza Earle’a Stanleya Gardnera. Ponad osiemdziesiąt powieści poświęconych temu bohaterowi zyskało dużą popularność, a latach 1957-66 emitowano serial pod tym samym tytułem, na który złożyło się aż 271 odcinków! Wynik imponujący i raczej niemożliwy w dzisiejszych czasach do powtórzenia, gdyż w premierowym sezonie nowej wersji dostaliśmy standardowe osiem epizodów. No, ale w wymagającej i trudnej rzeczywistości pandemicznej nie ma przecież co narzekać na tak błahe problemy! W szczególności, że twórcy współczesnego "Perry’ego Masona" postanowili dodać trochę bardziej mroczny i realistyczny klimat do współczesnej wersji opowieści.

© 2021 Home Box Office Inc.

Akcja serialu rozgrywa się na przełomie 1931 i 1932 roku w toczonym przez zgniliznę moralną Los Angeles. Wiecznie nieogolony i zapijaczony Perry Mason (Matthew Rhys) to drobny detektyw, wykonujący niespecjalnie ważne zlecenia (np. zdobycie zdjęcia popularnego aktora uprawiającego seks i obżerającego się, gdy szarzy ludzie głodują). Marna egzystencja naszego bohatera zmienia się, gdy zaprzyjaźniony z nim prawnik E.B. Jonathan (John Lithgow) podejmuje się sprawy dotyczącej szokującego zabójstwa kilkumiesięcznego dziecka małżeństwa Dodsonów, które zostało wcześniej porwane dla okopu. Sytuację komplikuje dodatkowo tradycyjna już nieudolność lokalnej policji oraz dziwne powiązania zbrodni z jeszcze dziwniejszą, fanatyczną wspólnotą religijną skupioną wokół charyzmatycznej Siostry Alice (Tatiana Maslany).

© 2021 Home Box Office Inc.

Ponieważ uwielbiam stylistykę kryminałów noir, byłem wręcz zachwycony, że twórcy "Perry’ego Masona" poszli właśnie w takim kierunku. Nie przypominam sobie z dzieciństwa, żebym kiedykolwiek oglądał oryginał (nie czytałem także ani jednej książki), ale chyba wcześniej Perry nie babrał się aż tak mocno w zgniliźnie moralnej Miasta Aniołów. Zabójstwa niemowląt, przekręty finansowe, alkoholizm, narkomania, rasizm, korupcja w policji, polityczne ambicje prokuratora (he, he) czy fanatyczne chrześcijańskie ruchy religijne raczej nie gościły na ekranach telewizorów na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX wieku. Także, mimo święcącego nieustannie kalifornijskiego słońca, nurzamy się wraz z głównym bohaterem w odmętach odrażającego niekiedy świata, który funkcjonuje pod kolorową fasadą Los Angeles. Pod względem fabuły, która rozwija się raczej mozolnie i bez brawury, nie mogę się naprawdę przyczepić do czegokolwiek. Co ciekawe mamy tu również do czynienia nie tylko z perypetiami prywatnego detektywa, ale wraz z rozwojem sytuacji szala przechyla się w stronę dramatu sądowego (co w tym przypadku nawet mi specjalnie nie przeszkadza, w szczególności, jeśli weźmiemy pod uwagę nie do końca uczciwe i amoralne metody działania Perry’ego).

© 2021 Home Box Office Inc.

Niezwykle spodobała mi się scenografia w serialu. Abstrahując już od kostiumów bohaterów, które wyglądają naprawdę super, to te wszystkie auta i wnętrza robią naprawdę imponującą robotę. Do tych wizualnych atrakcji twórcy zafundowali nam naprawdę ciekawe przeżycia na rewelacyjnej ścieżce dźwiękowej, a także swego rodzaju czołówkę, która również bardzo przypadła mi do gustu. Warto również zwrócić uwagę, że w serialu przenosimy się nie tylko w lata 30-te XX stulecia, ale także mamy do czynienia z przejmującą wyprawą w czasy I wojny światowej by zobaczyć schyłek kariery wojskowej Masona. Te niezbyt długie, ale wyjątkowo dramatyczne sekwencje, mogą wywołać naprawdę piorunujące wrażenie i spokojnie mogłyby się znaleźć w jakimś oscarowym filmie wojennym. Zatem podsumowując: w kwestiach realizacyjnych jest naprawdę doskonale i nie można się do niczego przyczepić. Widziałem dotychczas dwa odcinki "Króla", zrealizowanego przez Canal+, i chyba jeszcze trochę przed nami zostało pracy do wykonania (albo po prostu polskie seriale potrzebują znacznie większych budżetów niż dotychczas). We wstępie pisałem o uwspółcześnianiu serialu, co w przypadku "Perry’ego Masona" generalnie miało zdecydowanie więcej zalet niż wad, ale niestety doprowadziło także do sytuacji, które mi się średnio podobały. Rozumiem, że twórcy musieli sprostać wymogom poprawności politycznej, ale chyba jednak delikatną przesadą jest zmiana koloru skóry funkcjonariusza Drake’a, w którego wcielił się Chris Chalk (chociaż aktor poradził sobie naprawdę dobrze  tej roli). Ja rozumiem, że pierwsi czarnoskórzy funkcjonariusze służyli w LAPD już pod koniec XIX wieku, ale to spora zmiana w stosunku do pierwowzoru. Trochę inaczej wygląda orientacja seksualna jednej z głównych bohaterek, gdyż twórcy wykazali się tutaj sporą subtelnością i w zasadzie taka zmiana w stosunku to oryginału wypada po prostu znacznie ciekawiej.

© 2021 Home Box Office Inc.

Przechodząc do dalszej części pozwolę sobie zająć Wam chwilę poświęcając kilka słów na ważniejsze postacie oraz aktorstwo. Główny bohater z pewnością średnio nadaje się na temat szkolnych wypracować pod tytułem: postać, którą podziwiam. Perry Mason to co prawda oficer z I wojny światowej, ale w stanie kompletnego rozkładu psychicznego. Po rozwodzie z żoną raczej średnio ogarnia swoją egzystencję, popadając w alkoholizm, długi i kompletnie zapuszczając farmę oddziedziczoną po rodzicach. Życie zawodowe to też pasmo taplania się w rynsztokach L.A. i nieudolne próby zarobienia większych pieniędzy, kończące się najczęściej przysłowiowym wpierdolem. Jakkolwiek to źle zabrzmi, Matthew Rhys idealnie wpasował się w ten depresyjny obraz prywatnego detektywa, którego w zasadzie jedyną zaletą jest bezwarunkowe poszukiwanie prawdy. Ciężko mi wyobrazić sobie innego aktora, który tak dobrze wcieliłby się w wiecznie zmiętego, skacowanego i zmęczonego życiem Perry’ego. Pozostając w niewesołym klimacie warto także zwrócić uwagę na E.B. Jonathana, którego znakomicie zagrał John Lithgow. Kiedyś solidny prawnik, na stare lata uderzył raczej do świata mrzonek i fantazji na temat swoich talentów, co zresztą bardzo szybko i bardzo brutalnie weryfikuje rzeczywistość. Jest to o tyle przejmująca kreacja, że po prostu proces uświadamiania sobie przez bohatera jak kompletnie nic nie znaczy jest po prostu koszmarnie smutny. No, ale przy takich średnio ogarniętych panach, ktoś przecież musi to wszystko trzymać za jaja. I tym momencie warto poświęcić kilka słów na jedną z moich ulubionych postaci, czyli Dellę Street, brawurowo zagraną przez Juliet Rylance. To właśnie Della umożliwia działanie naszym bohaterom wykonując często tytaniczną pracę, a w nagrodę dostając jedynie pretensje i pomiatanie jej osobą. Juliet Rylance stworzyła świetną rolę pełną ciepła, a jednocześnie stanowczości i uporu w dążeniu do celu. Przy okazji Delli nie mogę nie wspomnieć o jej sympatycznej towarzyszce Hazel (Molly Ephraim), a także o ponownie brylującym na drugim planie Shea Whigham (Pete). Na koniec zostawiam ciekawą rolę Tatiany Maslany, która bardzo ciekawie zagrała na pozór charyzmatyczną Siostrę Alice, na której opiera się wspólnota chrześcijańskich fanatyków religijnych.

© 2021 Home Box Office Inc.

"Perry Mason" to bardzo udana produkcja, którą wyróżnia wysoki poziom realizacji oraz galeria interesujących i świetnie zagranych postaci. Oczywiście polecam Wam ten serial z pełną odpowiedzialności i mam nadzieję, że będziecie się bawić tak wspaniale jak ja. Na koniec pozostaje mi życzyć, aby pandemia nie pokrzyżowała planów twórcom i kolejne sezony powstawały szybko i bez straty dla jakości serialu.

© 2021 Home Box Office Inc.

Ocena: 9/10.

wtorek, 13 kwietnia 2021

"Wonder Woman 1984" (2020)

Nothing good is born from lies. And greatness is not what you think.

Kiedy zaczynam pisać niniejszą recenzję (a przecież nigdy nie wiadomo kiedy ją skończę) mamy połowę kwietnia z dramatyczną wręcz deszczo-śniegową pogodą, która ma się utrzymać przez kilka najbliższych dni. Oczywiście, jeżeli wsłuchacie się w głos starszych pokoleń, to zapewne dowiecie się, że kiedyś na weekend majowy to się raczej lepiło bałwana, a nie piło piwcio pod parasolami (jak doskonale wiemy, czasem zdarza się, iż czas zaciera realizm wspomnień i zaczynamy wierzyć we własne wersje pewnych wydarzeń). Jednak z powodu fatalnej aury oraz represyjnych, rządowych obostrzeń wymierzonych w branżę gastronomiczną (zastanawiam się kiedy zaczniemy mówić o reżimie Morawieckiego?) na razie na piwerko pod parasolkami szans żadnych na horyzoncie nie dostrzegam. Cóż zatem pozostaje, gdy nawet kina zostały zamknięte? Ano niezawodne platformy streamingowe, a tak się składa, że HBO GO wjechała niedawno kontynuacja przygód legendarnej Wonder Woman opatrzona orwellowskim podtytułem: "Wonder Woman 1984". Po doskonale przyjętej pierwszej odsłonie z 2017 roku, tym razem już od niemal od początku na film w reżyserii Patty Jenkins hejt lał się wyjątkowo szerokim strumieniem. A ja, ponieważ czasem mam tendencje do bycia przekornym, postanowiłem sprawdzić czy rzeczywiście ma to jakieś uzasadnienie.

© Warner Bros. Entertainment Inc.

Akcja filmu, jak zapewne trudno wywnioskować z tytułu, została osadzona w 1984 roku (jest to kolejny przykład nostalgicznej pogoni za latami 80-tymi ubiegłego stulecia). Diana Prince (Gal Gadot) mieszka w Waszyngtonie i spokojnie pracuje jako archeolog w muzeum wchodzący w skład Smithsonian Institution. W wolnych chwilach zaprzyjaźnia się z dosyć przypałową koleżanką z pracy, Barbarą (Kristen Wiig), która dosyć często wymaga specjalnej troski. Jednak, gdy w ręce Barbary przypadkowo trafia starożytny, wykonany z cytrynu, artefakt, który spełnia życzenia posiadacza, a na scenie pojawia się dodatkowo żądny władzy i chciwy naftowy magnat Max Lord (Pedro Pascal), sytuacja szybko wymyka się spod kontroli.

© Warner Bros. Entertainment Inc.

Ponieważ chwilowo straciłem wenę i nie za bardzo wiem od czego rozpocząć kolejny akapit niniejszej recenzji (takie są negatywne skutki pisania tekstów w trzeźwości), to pójdę chyba na łatwiznę i poświęcę kilka zdań na aspekty fabularne. W trakcie oglądania kolejnych produkcji Marvela/DC Comics najbardziej chyba wkurwia mnie totalna, fabularna powtarzalność schematów. Oto superbohater/cała zgraja superbohaterów musi uratować naszą planetę przed kompletnie nijakim najeźdźcą z kosmosu i armią jego wiernych botów. I oglądam to raz, i potem jeszcze raz, a potem znowu i tak wręcz bez końca. Naprawdę rozumiem, że są to ekranizacje raczej nieskomplikowanych komiksów, ale naprawdę można by od czasu do czasu stworzyć coś trochę bardziej oryginalnego niż kolejna inwazja z kosmosu. W przypadku "Wonder Woman 1984" scenarzyści wymyślili przynajmniej starożytny artefakt i jak najbardziej ludzkiego villaina (który de facto zasługuje na wysoką pozycję w rankingu, deklasując wielu kompletnie pozbawionych wyrazu złoczyńców). Nie chcę tutaj wystawiać jakiejś wielkiej laurki twórcom, ponieważ momentami fabuła jest bardzo niedorzeczna, ale jest to umiarkowanie przyjemne odejście od zdecydowanie zbyt mocno eksploatowanego schematu.

© Warner Bros. Entertainment Inc.

Gdybym w tym momencie napisał, że na tym w zasadzie kończą się zalety "Wonder Woman 1984" to z pewnością nie odbiegałbym znacząco od rzeczywistości. Patty Jenkis zdecydowanie pozwoliła na zbyt wiele absurdalnych momentów w tej produkcji, które budziły u mnie spore zażenowanie (zresztą film trwa aż dwie i pół godziny!). Większość z nich wynika z przypałowego potencjału Barbary Minervy i totalnie przeszarżowanej gry aktorskiej Kristen Wiig, która wcieliła się w tę postać. Kolejna sprawa to bardzo istotny fabularnie, a momentami niezrozumiały przeze mnie mechanizm spełniania życzeń przez artefakt z cytrynu (serio, nie za bardzo załapałem ten koncept). Dodatkowo kolejna pogoń za nostalgią lat 80-tych wyszła raczej tak sobie i chyba można się było trochę lepiej postarać, aby oddać unikalny klimat tamtej dekady. Co mnie natomiast niezmiernie zdziwiło to zaskakująca miałkość efektów specjalnych przy tak dużym budżecie oraz średnio zapadająca w pamięć ścieżka dźwiękowa. Szanuję natomiast i doceniam zawsze przesłanie, które niesie ze sobą postać Diany.

© Warner Bros. Entertainment Inc.

Bardzo lubię rolę Diany w wykonaniu Gal Gadot, a występ w "Wonder Woman 1984" nie zachwiał mojej opinii. Przede wszystkim wynika to z jej naturalności i, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, prawdziwości oraz idealizmu w kreowaniu kobiecej superbohaterki. Odnoszę wrażenie, że obecnie nikt lepiej i bardziej szczerze niż izraelska aktorka nie zagrałby tak szlachetnie umotywowanej postaci. Kupuję również nieoczekiwany występ Chrisa Pine’a, ponownie wcielającego się w Steve’a, w dużej mierze za świetnie ukazany na ekranie entuzjazm prawdziwego fascynata aeroplanów. Na oklaski zasłużył również Pedro Pascal, który występując po ciemnej stronie mocy pokazał prawdziwą klasę i z pewnością nie odejdzie w niebyt zapomnienia jak wielu innych czarnych charakterów z uniwersum Marvela czy DC Comics. Największe rozczarowanie to natomiast występ Kristen Wiig, która zrobiła wszystko co w jej mocy, abym nie chciał kiedykolwiek wracać pamięcią do jej roli.

© Warner Bros. Entertainment Inc.

Jak to przeważnie bywa w przypadku sequeli "Wonder Woman 1984" nie uniosła na barkach niezłego dziedzictwa pierwszej odsłony. Jednakże nie uważam, aby wylewanie hektolitrów hejtu na film Patty Jenkins miało jakoś większe uzasadnienie albo sens. Czegoż się spodziewaliście od tego rodzaju kina? Czy naprawdę miało to być coś więcej niż typowa produkcja z logiem DC Comics albo Marvela? I tak DC Comics ma w dupie Wasze żale i opinie, dopóki hajs się zgadza, trzecia część i tak jest już zapowiedziana, a Wy i tak ją obejrzycie. Pozdro 600!

© Warner Bros. Entertainment Inc.
Ocena: 5/10.


środa, 31 marca 2021

"Sideways" (2004)

Only somebody who really takes the time to understand Pinot's potential can then coax it into its fullest expression. Then, I mean, oh its flavors, they're just the most haunting and brilliant and thrilling and subtle and... ancient on the planet.

Dzisiaj postanowiłem wybrać się w filmową podróż w czasie aż do roku 2004. Ostatnio staram się co prawda recenzować bardziej współczesne produkcje, ale seans "Sideways" w reżyserii Alexandra Payne’a zrobił na mnie tak duże wrażenie, że po prostu muszę poświęcić mu te kilka akapitów. Sięgając pamięcią do tak odległej epoki przypominam sobie, że po pierwsze był to rok mojej matury (pięknie zresztą zdanej), a po drugie zaliczyłem dosyć nieudane podejście na studia w Krakowie, co w kontekście wyników maturalnych i dotychczasowej kariery edukacyjnej było zaskakujące i bardzo przykre. Niemniej już wtedy przejawiałem dosyć duże zainteresowanie kinematografią, aczkolwiek jeszcze byłem bardzo daleko od jakiekolwiek koncepcji pisania recenzji czy założenia bloga. Podobnie było zresztą z piciem dobrego wina, które jest jednym z głównych tematów "Sideways" (w Polszy występujących jako "Bezdroża"). W 2004 roku raczej znacznie bliżej było mi jeszcze do tańszych, prostszych odmian niż do butelek, które teraz trzymam w barku (swoją drogą nie jestem kolekcjonerem – barek zaspokaja głównie bieżące potrzeby). A wracając do "Sideways" to film zebrał pięć oscarowych nominacji (najlepszy film, najlepsza aktorka drugoplanowa, najlepszy aktor drugoplanowy, najlepsza reżyseria i najlepszy scenariusz adaptowany), które przełożyły się na jedną statuetkę (scenariusz adaptowany). Warto wspomnieć, że jest to adaptacja powieści Rexa Picketta pod tym samym tytułem.

© 20th Century Studios.

Miles (Paul Giamatti) to niedoszły pisarz i nauczyciel angielskiego w średnim wieku, niemogący w dalszym ciągu pogodzić się z rozwodem. Zapijając smutki w licznych butelkach dobrego wina (nasz bohater posiada bardzo bogatą wiedzę z zakresu enologii), Miles prowadzi raczej smutną i żenującą egzystencję. Z okazji ślubu najlepszego kumpla Jacka (Thomas Haden Church) panowie postanawiają wyruszyć w ostatnią, kawalerską podróż po kalifornijskich winnicach.

© 20th Century Studios.

"Bezdroża" mogą wydawać się typowym filmem drogi, ale od razu zrobiły na mnie wrażenie trzy rzeczy. Po pierwsze, klimat jest po prostu rewelacyjny, mimo, że jest to przecież produkcja poświęcona bohaterom, których trudno nazwać ludźmi sukcesu. Sfrustrowany Miles uczy w szkole i nie może wydać swojej monumentalnej powieści, a Jack najlepsze lata aktorskiej kariery ma już dawno za sobą i dorabia podkładając głos albo występując w reklamach (swoją drogą jest to zabawne nawiązanie do ówczesnego etapu kariery Thomasa Hadena Churcha). Mimo to podróż dwóch przegrywów po kalifornijskich winnicach ogląda się znakomicie i nie miałem żadnego problemu, aby wniknąć w tę atmosferę. W sumie nie raz pisałem tutaj o moim stosunku do Kalifornii, więc bardzo chętnie urządziłbym sobie takie bachanalia w Golden State. Po drugie od samego początku spodobała mi się niezbyt nachalna, acz bardzo klimatyczna ścieżka dźwiękowa, która naprawdę robi dobrą robotę. A po trzecie tematyka wina na przestrzeni ostatnich lat stała się bardzo bliska memu sercu (w sumie jest to po części efekt uboczny swoistego znudzenia piwną rewolucją), a im więcej podróżujemy po winnych krajach (Portugalia, Włochy, Hiszpania – ha, nawet na Malcie i Ukrainie piłem świetne wino, nie wspominając już o wybornych czeskich winach morawskich), tym większe jest pragnienie. Moja perspektywa zmieniła się także po lekturze Kursu wiedzy o winie Kevina Zraly’ego, ale przede wszystkim to głównie podróże i smakowanie lokalnych trunków ma największe znaczenie dla potrzeby pogłębiania wiedzy. Wspomnę jedynie, że przy pisaniu recenzji pomaga mi butelka kupażu tempranillo i cabernet sauvignon z D.O.P. Valencia.

© 20th Century Studios.

"Bezdroża" przedstawiają raczej średnio optymistyczne historie. Miles, mimo ogromnej wiedzy o winie, wykonuje pracę, która raczej nie przynosi mu żadnej satysfakcji, a dodatkowo wskutek ciągłych rozmyślań o byłej żonie bardzo ciężko nawiązuje relacje z innymi ludźmi. Wizyta u matki głównego bohatera to jedna z bardziej smutnych scen w całym filmie (od razu przypomina się wers z WWO: to do wszystkich, co okradają swoje matki; przypomnij sobie kto kupował ci zabawki). Dodatkowo Miles ma wyraźny problem z alkoholem i raczej średnio idzie mu realizacja znanej zasady piłeś – nie dzwoń/nie pisz. Z kolei Jack w przededniu swojego ślubu rzuca się w wir romansów, które sprawiają, że w pewnym momencie jest gotów osiedlić się w winiarskim regionie i zakupić winnicę, by za chwilę jednak znaleźć nowy obiekt chwilowych uniesień. Mimo wszystko stara się jednak pocieszyć starego kumpla bolejącego nad stratą żony i sprawić, żeby znowu poczuł się szczęśliwy.

© 20th Century Studios.

Nie rozumiem dlaczego Paul Giamatti nie dostał choćby oscarowej nominacji, ale Akademia zawiodła mnie już tak wiele razy, że odczuwam jedynie obojętność. Miles w jego wykonaniu to przegryw co się zowie, tak naturalnie zagrany, że aż zacząłem się zastanawiać czy aktor nie włożył w tę postać samego siebie. Wielkie brawa, jestem pod wrażeniem tego występu! Na drugim planie nie jest wcale gorzej. Thomas Haden Church to po prostu idealny Jack, charakteryzujący się podwójną moralnością i łasy na kobiece wdzięki. Jednakże chociaż w recenzji było niewiele o kobietach to moją prawdziwą faworytką jest Virginia Madsen, wcielająca się w uroczą Mayę – kelnerkę w lokalnej restauracji, która ma znacznie większe ambicje. Jej monolog o winie to zdecydowanie najdoskonalsza scena w "Bezdrożach". Na koniec zostawiam występ Sandry Oh, który jest sympatycznych dopełnieniem kwartetu naszych bohaterów zwiedzających kalifornijskie winnice.

© 20th Century Studios.

Jeżeli lubicie wino i Kalifornię, to nie znajdziecie lepszego filmu niż "Bezdroża". Od razu jednak ostrzegam, że jest to kino nieśpieszne i przede wszystkim bardzo smutne w swoim wydźwięku. Polecam zaopatrzyć się do seansu w butelkę (lub parę) dobrego wina i wyruszyć z Milesem i Jackiem na podbój kalifornijskich winnic.

© 20th Century Studios.

Ocena: 8/10.


środa, 24 lutego 2021

"Palm Springs" (2020)

Today, tomorrow, yesterday, it's all the same.

W połowie lutego doszło do bezprecedensowego wydarzenia. Jaśnie oświeceni rządzący, którzy po wsze czasy będą słynąć ze sprawnego inaczej (żeby nie powiedzieć upośledzonego) sposobu radzenia sobie z pandemią, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w akcie swojego bezgranicznego miłosierdzia postanowili otworzyć zamknięte od miesięcy kina. Zaskoczony wielce postanowiłem niezwłocznie wykorzystać ten niezwykły dar od losu, gdyż jak głosi stara, acz wyjątkowo prawdziwa maksyma: łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Doskonale przy tym pamiętam jaką chujozą skończyło się zamknięcie barów i restauracji ogłoszone w październiku tuż przed moją długo wyczekiwaną wizytą w cieszyńskim Kornelu (swoją drogą gorąco polecam tę miejscówkę, która nawet teraz funkcjonuje jako księgarnia/antykwariat z pyszną kawą i jeszcze pyszniejszymi ciastami na wynos), a przecież kiedy zaczynam pisać tę recenzję naciera podobno czternasta fala zarazy. W ramach pierwszego w 2021 roku wyjścia do kina postanowiliśmy wesprzeć krakowskie kino Mikro, które przez rządowe obostrzenia znalazło się w bardzo trudnej sytuacji finansowej, a na seans wybraliśmy zeszłoroczny hit z festiwalu w Sundance, czyli "Palm Springs" w reżyserii Maxa Barbakowa (o którym pewnie nie słyszeliście wcześniej, jak i zresztą ja).

© 2021 Hulu, LLC

Od razu muszę wspomnieć, że "Palm Springs" opowiada o pętli czasowej (w stylu "Dnia świstaka" albo "Edge of Tomorrow"). Sympatyczny Nyles (Andy Samberg) wraz ze swoją dziewczyną Misty (Meredith Hagner) bierze udział w weselu odbywającym się w tytułowym Palm Springs w Kalifornii. Jak się dosyć szybko okazuje nasz bohater przeżywa ten sam dzień niezliczoną ilość razy, skupiając się na dobrej zabawie i bezstresowym podejściu do problemu. W całkowicie przypadkowy sposób Niles wprowadza do swojej zapętlonej rzeczywistości siostrę panny młodej, Sarah (Cristin Milioti) uważaną za puszczalską alkoholiczkę i ogólnie czarną owcę w rodzinie. Dotychczasowa luzacka egzystencja naszego bohatera ulega natychmiast diametralnej zmianie, a gdzieś na horyzoncie majaczy widno złowieszczego Roya (J.K. Simmons).

© 2021 Hulu, LLC

"Palm Springs" zaskoczyło mnie pozytywnie pod wieloma względami. Po pierwsze film ma zajebiście lekki i pozytywny klimat, co należy docenić wyjątkowo w tych smutnych jak pizda czasach srogiej pandemii. Nie wiem czy to wynika z kalifornijskiego słońca (co zabawne twórców nie było stać na kręcenie w tytułowym Palm Springs, więc film powstawał w Palmdale i Santa Clarita) czy po prostu z dobrego scenariusza, ale tę produkcję naprawdę chce się oglądać. I zapomnijmy na chwilę, że nie dostaniemy żadnego naukowego wyjaśnienia w jaki sposób powstała pętla czasowa, w której egzystuje Niles, bo czy tak naprawdę kogokolwiek obchodzą w tym przypadku takie szczegóły? Dodam jedynie, że Sarah poświęci wiele swojego zapętlonego czasu na rozwikłanie tejże zagadki. I nie zaobserwowałem tutaj jakiegoś przegięcia w kreowaniu tegoż luzu czy nadmiernego do bólu przeszarżowania z tworzeniem imprezowego klimatu jak się to często zdarza, ale wszystko wypada po prostu naturalnie (o ile w filmie o pętli czasowej można przyjmować takie założenia). Oglądając "Palm Springs" miałem szczerą ochotę dołączyć do Nilesa żłopiącego browar za browarem w hotelowym basenie lub spędzić trochę czasu z Sarah na robieniu kompletnych głupot, które i tak nie mają większego znaczenia – to właśnie mogę zdefiniować jako magię kina w tych trudnych czasach. Zastanówcie się zatem, czysto teoretycznie, w jaki sposób Wy spędzilibyście wiecznie zapętlony jeden dzień z Waszego żywota? Melanż ostateczny, niczym nieograniczony rozwój osobisty czy pogrążanie się w pogłębiającej się depresji?

© 2021 Hulu, LLC

Druga sprawa, która zrobiła na mnie spore wrażenie, to niezwykle sprawne i umiejętne prowadzenie fabuły, a przede wszystkim wplatanie we wspomniany luźny klimat przykrych i poważnych życiowych problemów. O ile Niles, pogodziwszy się z nieuchronną powtarzalnością dnia, poświęcił się wiecznemu melanżowi, o tyle inni uczestnicy wesela zapętleni w czasie raczej średnio znoszą tę sytuację. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na niezwykle ciekawą postać Sarah, która początkowo wydaje się dosyć jednowymiarową, typową bohaterką komediową, ale z czasem nabiera dramatycznej głębi, która powtarzana dzień w dzień może prowadzić do kompletnej depresji. Warto także docenić kreatywność twórców dotyczącą rozwiązań fabularnych na spędzenie w kółko tego samego dnia. Naprawdę rodzinne, weselne dramaty oraz wspólne perypetie Nilesa i Sarah (dinozaury!) przedstawione na ekranie są absolutnie zabawne. Do tego otrzymujemy świetnie napisany, a przede wszystkim naturalne dialogi, imponujące falshbacki oraz bardzo fajną i pasującą do filmu ścieżkę dźwiękową. Czegóż chcieć zatem więcej?

© 2021 Hulu, LLC

Jeśli chodzi o aktorstwo to dawno nie wiedziałem tak doskonałej ekranowej chemii. Andy Samberg i Cristin Milioti są po prostu stworzeni do tych ról i tworzą świetną ekranową parę bohaterów. W zasadzie jest to aż tak dobre, że chętnie obejrzałbym ich razem w jakimś następnym filmie. A na drugim planie też dzieje się wiele dobrego. J.K. Simmons wcielający się w charyzmatycznego Roya zawłaszcza co prawda samolubnie większość ekranu, ale warto zwrócić uwagę choćby na występ Dale Dickey (Darla), okupującej lokalną mordownię czy posiadającego mały arsenał Briana Duffy’ego (Spuds). Nie sposób przejść obojętnie obok roli Camili Mendes (Tala), która wcieliła się w pannę młodą, a przy okazji siostrę Sarah. Zawsze fajnie zobaczyć na ekranie znanego z serialu "The O.C." (w Polszy "Życie na fali") Petera Gallaghera (Howard). Ogólnie pod tym względem jest naprawdę bardzo dobrze.

© 2021 Hulu, LLC

Na razie "Palm Springs" uważam za najbardziej pozytywne zaskoczenie 2021 roku (chociaż zbliża się dopiero koniec lutego). Jest to świetny film, aby trochę odpocząć od zimowego, męczącego ponurego nastroju i poczuć znacznie luźniejszy i wiele bardziej optymistyczny wakacyjny klimat. Polecam bezapelacyjnie na smutne dni bez słońca!

© 2021 Hulu, LLC

Ocena: 8/10.


sobota, 30 stycznia 2021

"Motherless Brooklyn"/"Osierocony Brooklyn" (2019)

 Sometimes you do everything you’re supposed to, and it all still goes to shit.

Wraz z kolejnym rokiem pojawia się wiele nowych projektów i koncepcji, ale brutalna prawda jest taka, że nie zamknąłem jeszcze nawet wszystkich filmowych i serialowych spraw z 2020. Solennie przyrzekam (ta, jasne, jakiego frajera chcesz jeszcze na to naciągnąć?), że postaram się ogarnąć te tematy jak najszybciej, żeby ku Waszej radości powstało parę fajnych tekstów. Na szczęście w tej kwestii pandemia jest moim nieoczekiwanym sojusznikiem, gdyż obecnie pojawia się stosunkowo niewiele nowości, które wypadałoby obejrzeć, więc mogę skupić się na odrabianiu zaległości. Początek roku (LOL, jest koniec stycznia) postanowiłem przywitać drugim podejściem Edwarda Nortona do reżyserii (pierwsze to "Keeping the Faith" z 2000 roku). "Motherless Brooklyn" (w Polszy "Osierocony Brooklyn") to luźna adaptacja książki Jonathana Lethema wydanej pod tym samym tytułem w 1999 roku. Co ciekawe, w oryginale akcja powieści rozgrywa się pod koniec XX wieku, ale Norton uznał, że o wiele lepiej będzie przesunąć fabułę w koniec lat 50-tych ubiegłego stulecia by stworzyć kryminał w stylu neo-noir. A ponieważ w obsadzie znaleźli się wybitni aktorzy tacy jak Alec Baldwin, Willem Dafoe, Bruce Willis czy Michael Kenneth Williams (Omar Little zawsze na propsie, nawet gdy brakuje nam cracku!), nie wspominając już o samym reżyserze, to zapowiadała się przednia zabawa.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Jak już wspominałem w poprzednim akapicie, akcja "Motherless Brooklyn" została osadzona w Nowym Yorku końca lat 50-tych XX wieku. Cierpiący na zespół Tourette’a, raczej średnio rozgarnięty, choć dysponujący niezwykłą pamięcią Lionel Essrog (Edward Norton), pracuje w agencji detektywistycznej, której właścicielem jest jego mentor Frank Minna (Bruce Willis). W trakcie rutynowej akcji wszystko idzie jednakże fatalnie, w efekcie czego szef firmy zostaje zastrzelony na oczach pracowników, którzy mieli stanowić jego obstawę. Zrozpaczony Lionel postanawia za wszelką cenę odnaleźć sprawców i wymierzyć sprawiedliwość.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Uwielbiam kryminały w stylu noir, o czym wielokrotnie już wspominałem na tym blogu (a przynajmniej tak mi się wydaje). Od razu przyznam, że "Motherless Brooklyn" miał pewne predyspozycje by osiągnąć w tym gatunku znacznie wyższą pozycję. Dbałość o scenografię, klimat czy zgromadzenie tak znakomitej obsady nie zdarza się przecież każdego dnia. A jednak mimo wszystko po projekcji uznałem, że jest to solidna produkcja, która jednak nie przeskoczy nigdy pewnego poziomu. Od razu zadałem sobie pytanie: z czego to wynika? Otóż zdaje się, że moim największym problemem z "Osieroconym Brooklynem" jest brak protagonisty, którego można polubić, utożsamiać się z nim lub chociaż podziwiać nawet w negatywnym sensie. Nie mam zamiaru w żaden sposób wyśmiewać czy dyskryminować osób cierpiących na zespół Tourette’a, ale ekranowy Lionel jest po prostu totalnie wkurwiającą postacią. Rozumiem, że wiele, w zasadzie wszystko, zawdzięczał Frankowi, który wyciągnął go z totalnego gówna, ale jego mentalne frajerstwo oraz choroba psychiczna są na dłuższą metę wyczerpujące. Nie umniejszam przy tym wysiłków aktorskich Edwarda Nortona, ale po prostu tego rodzaju bohater nie pasuje mi do stylistyki noir (jakkolwiek konserwatywnie to zabrzmi). Zwróćcie również uwagę, że pod koniec lat 50-tych, gdy nie było jeszcze Internetu, zespół Tourette’a raczej nie był powszechnie znaną w społeczeństwie przypadłością. Natomiast pozostali bohaterowie filmu nie wyśmiewają nawet Lionela ani jego przypadłości, lecz traktują go jako nieszkodliwego dziwaka. Mam wrażenie, że ten aspekt przeniesienia fabuły w przeszłość wypadł rażąco mało realistycznie.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Mój drugi problem z "Motherless Brooklyn" dotyczy natomiast samej fabuły. Otóż doskonale rozumiem motywacje ubogich mieszkańców slumsów, ale jednak to koncepcje urbanistycznego rozwoju miasta Mosesa Randolpha (Alec Baldwin) doprowadziły Nowy Jork do stanu, w którym znajduje się dzisiaj (zwróćcie uwagę na kwestię mostów i parków, którą podnosi ten bohater w filmie), chociaż oczywiście nie można pochwalać tak brutalnych metod realizacji nawet najlepszych planów. Co ciekawe postać grana przez Aleca Baldwina została oparta na prawdziwym człowieku, który przez dekady odgrywał niebagatelną rolę w Wielkim Jabłku – Robercie Mosesie. Nasz historyczny bohater zrobił co prawda bardzo dużo dla rozwoju Nowego Jorku, ale był także oskarżany o żądzę władzy, działanie z wyjątkowo wątpliwych pobudek etycznych, mściwość czy rasizm. No cóż, z takim bagażem z pewnością nie była to postać godna naśladowania wedle standardów szkolnych wypracowań. Po trzecie w zasadzie dopiero pisząc recenzję uświadomiłem sobie, że w tym filmie policja nie odgrywa praktycznie żadnej roli. Szanowany, biały bohater wojenny zostaje zastrzelony w biały dzień na ulicy? No trudno, niech jego koledzy z agencji detektywistycznej wyjaśnią sprawę we własnym zakresie, a my pójdziemy na kawę i pączki (no chyba, że wpływu Mosesa są aż tak nieograniczone).

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Chociaż w dwóch poprzednich akapitach skupiłem się raczej na wadach "Motherless Brooklyn" to jednak w dalszym ciągu podtrzymuję opinię, że jest to solidne kino. Twórcy postarali się o bardzo dobre odwzorowanie realiów epoki końca lat 50-tych ubiegłego stulecia i na ekranie naprawdę nie uświadczymy biedy pod tym względem (zawsze się zastanawiam skąd się bierze tyle aut z tamtych czasów?). Pod względem realizacyjnym jest naprawdę spoko, fabuła potrafi ponadto naprawdę zainteresować widza i mamy naprawdę niewiele głupawych scen. Natomiast najbardziej urzekł mnie motyw bezimiennego Trębacza (Michael Kenneth Williams), który wraz ze swoim bandem bezgranicznie poświęca się tworzeniu cool jazzu. Nie muszę chyba dodawać, że oczywistą inspiracją tej postaci jest sam Miles Davis (na ścianie mojego pokoju zwisał kiedyś jego fotos, zrabowany z jednego ze studenckich, krakowskich barów, z tego miejsca pozdrawiam wszystkich wspólników tegoż zuchwałego czynu!). Sceny z występów zespołu, wplecione w akcję filmu, to prawdziwa maestria. Nie muszę zatem chyba dodawać mojej opinii o ścieżce dźwiękowej.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Kolejną niezaprzeczalną zaletą "Motherless Brooklyn" jest aktorstwo. Postać Lionela opisałem już wcześniej, dlatego też nie chcę się powtarzać. Jest to naprawdę dobry (acz irytujący) występ, który po raz kolejny udowadnia, że Edward Norton jest jednym z najlepszych współczesnych aktorów. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie dwie role drugoplanowe. Zabrzmi to może dziwnie, ale tym razem nie jest to Willem Dafoe, wcielający się w Paula Randolpha, brata antagonisty, gdyż uważam, że stać go na o wiele lepsze występy (a ten sam w sobie nie jest zły, ale mnie nie porwał). Po pierwsze chciałbym zwrócić uwagę na Aleca Baldwina. Moses Randolph w jego wykonaniu to bezwzględny skurwysyn nie cofający się przed niczym, aby osiągnąć upragniony cel. Mimo wszystkich swoich wad Moses nie jest jednak tylko skurwiałym egoistą żądnym władzy dla wyłącznego jej posiadania, ale jednak w swoim postępowaniu kieruje się pewnymi zasadami (mimo wszystko doceniając dobre projekty autorstwa jego brata) i naprawdę chce coś zmienić. Marvel i DC Comics mogłyby się nauczyć bardzo wiele w kreowaniu antagonistów, gdyby tylko zwróciły uwagę na tę świetną rolę Aleca Baldwina. Po drugie Michael Kenneth Williams w roli bezimiennego Trębacza. Boże, ile w tym człowieku jest charyzmy! Legendarny Omar z "The Wire", potem Chalky White z "Boardwalk Empire", a teraz po prostu wysoce charyzmatyczny koleś grający po prostu na trąbce! Z ról mniejszych warto wyróżnić także Bruce’a Willisa wcielającego się we Franka Minnę, za krótki, acz bardzo pozostający w pamięci występ.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

W pierwszym moim odczuciu "Motherless Brooklyn" miał wszystko, aby pozamiatać scenę kryminałów w stylu neo-noir: klimat, realizację i przede wszystkim aktorstwo. Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem, dokładnie tak jak w cytacie otwierającym tę recenzję. Mimo wszystko polecam Wam tę solidną produkcję, żywiąc nadzieję, że może Wy spojrzycie na nią bardziej przychylnym okiem niż ja. Pozdro 600!

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Ocena: 7/10.


czwartek, 31 grudnia 2020

"Raised by Wolves" (2020)

It was belief in the unreal that destroyed the Earth.

Ostatnie niesławne fantastyczno-naukowe wyczyny Ridleya Scotta (recenzje "Prometeusza" i "Alien: Covenant" w linkach) zachwiały poważnie moim zaufaniem do tego niegdyś uznanego angielskiego wizjonera i reżysera. W szczególności zapowiedzi nakręcenia osiemdziesięciu siedmiu sequelów po fatalnie przyjętej odsłonie "Obcego" z 2017 roku, skutecznie zniechęciły mnie do twórczości sygnowanej nazwiskiem Ridleya. Dlatego też do "Raised by Wolves", które zasadniczo stworzył Aaron Guzikowski, ale Ridley wyreżyserował dwa odcinki i pełnił funkcję jednego z producentów wykonawczych, podchodziłem z ogromną rezerwą (na domiar złego Ridley wciągnął w projekt swojego syna, Luke’a, który wyreżyserował trzy epizody). Dodatkowo, pierwsze recenzje nie były zbyt zachęcające (chociaż z tym jak doskonale wiecie to bywa czasem różnie), ale ponieważ kina są zamknięte od dłuższego czasu, a i nowości na platformy streamingowe nie skapują oszałamiająco często, w końcu postanowiłem dać szansę projektowi określanemu czasem jako postprodukcyjnego odpadu z "Prometeusza". Dodam jeszcze, że wskutek specyficznego odbioru całości 10-odcinkowego serialu, w recenzji mogą pojawić się spoilery, ponieważ trudno bez nich opisać to, co się tam podziało, jak to mawia Grażka.

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Mniej więcej w połowie XXII wieku Ziemia została (prawdopodobnie) zniszczona wskutek bezwzględnej wojny Zakonu Polsatu mitranów wyznających solarny kult Solorza-Żaka Sola Invictusa z bliżej nieokreślonymi ateistami (w sumie niewiele się o nich dowiemy z serialu). Uzdolnieni bezbożni programiści zdołali jednakże przeprogramować mitrańskie androidy i wysłać je na planetę Kepler-22b z ludzkimi zarodkami, aby stworzyć ateistyczną idyllę w nowym świecie. Jednakże mimo szczerych chęci Matka (Amanda Collin) i Ojciec (Abubakar Salim) radzą sobie z wychowaniem ludzkiego potomstwa raczej mocno średnio, a sytuację dodatkowo pogarsza przybycie na Keplera kosmicznej arki z tysiącami mitrańskich osadników.

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Od czego by tu zacząć? Świat przedstawiony w "Wychowanych przez wilki" rzeczywiście po trosze przypomina jakieś odpady z "Prometeusza", ale flashbacki z Ziemi kojarzą mi się zdecydowanie bardziej z "Terminatorami", zapewne przez to jaką rzeź urządzają potężne Necromancery ateistom. Z kolei te zaawansowane technologicznie androidy, określane przez bohaterów jako broń masowej zagłady, przypominają mi wyglądem postać z okładki na płycie In Utero Nirvany. No ale mniejsza o to, skupmy się może na Keplerze-22b, którego udają okolice Cape Town w RPA. Na początku wydawało mi się, że rozmach produkcyjny jest naprawdę spory, ale po 10 odcinkach muszę stwierdzić, że jednak twórcy scenografii ograniczyli się do zaledwie kilku lokalizacji (np. baza androidów i dzieci, dziura na pustyni, dziura w lesie, świątynia na pustyni, wrak arki), co powoduje wyraźne ograniczenie akcji i swoiste znużenie tymi samymi lokacjami. Muszę natomiast zdecydowanie pochwalić kostiumy, ponieważ mitrańskie stroje wyglądają bardzo fajnie i przede wszystkim konsekwentnie. Spodziewałem się prawdziwego science fiction, ale niestety im dalej w serial tym więcej wątków mistycznych, normalnie niczym w "Lost". Rozumiem, że jest to serial także, a może przede wszystkim, o zgubnym wpływie religii na społeczeństwo, ale chyba zdecydowanie bardziej chciałbym, aby twórcy odpuścili sobie przypisywanie magicznych mocy planecie lub jej wymarłym mieszkańcom (o chuj chodzi z tymi szkieletami ogromnych węży i monstrualnymi dziurami w ziemi?).

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Co ciekawe, mitraizm jako religia nie jest wymysłem scenarzystów. Solarny kult Mitry szerzył się w Azji Mniejszej już w XIV wieku p.n.e., ale dopiero w II-III wieku n.e. zyskał popularność w Cesarstwie Rzymskim, przyjmując postać Sola Invictusa (Słońce Niezwyciężone). Niestety wraz z rozwojem chrześcijaństwa z czasem mitraizm popadł w całkowite zapomnienie. Serialowi mitranie to głupawi fanatycy religijni, bezlitośni i nie okazujący litości ateistom (stworzone przez nich androidy zaprogramowano do zabijania nawet bezbożnych noworodków), którzy posiedli zaawansowaną technologię ciemnej materii dzięki cudownie odnalezionym zwojom Sola. Oczywiście, jak to przystało na religijnych fanatyków, nie potrafią oni zrozumieć technologii tworzenia Necromancerów, ale uskutecznili ją, aby pozbyć się ateistycznego plugastwa. Obawiam się, że bez tych potężnych androidów mitranie raczej ponieśliby sromotną klęskę, ponieważ charakteryzują się podejmowaniem zdecydowanie kretyńskich decyzji i tendencjami do umierania jak debile. Z drugiej strony bardzo niewiele dowiadujemy się o ich przeciwnikach. Poznajemy lepiej bowiem zaledwie troje ateistów (Marcus, Sue i Campion Sturges), a na dodatek dwójka z nich postanowiła przywdziać mitrańskie zbroje, aby przedłużyć swoją egzystencję. Trudno powiedzieć, kto dowodzi tym ruchem, jakie ma struktury oraz realną siłę. Wiemy natomiast, że ateiści to nie są rycerze w lśniących zbrojach, gdyż wykorzystują do walki dzieci (dosyć brutalne szkolenie małego Marcusa), mordują bez wahania i przeprowadzają samobójcze ataki terrorystyczne. Ciężko zatem jednoznacznie opowiedzieć się po którejś ze stron konfliktu, choć oczywiście ateiści wydają się naturalnie bardziej przystępną opcją.

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Początek serialu nie wywołał u mnie większego entuzjazmu (warto jednak zwrócić uwagę na bardzo fajną czołówkę). Dopiero, gdy na scenie pojawili się Marcus (Travis Fimmel), Sue (Niamh Algar) i wspomnienia z Ziemi, moje zainteresowanie zdecydowanie wzrosło. Niestety wraz z kolejnymi odcinkami czystą fantastykę naukową zaczęły zastępować wątki mistyczno-religijne, które w pewnym momencie zdominowały wszystkie pozostałe. Działania poszczególnych bohaterów stały się nonsensowne i absurdalne, a zwyczajny świat Keplera 22-b wypełniła mgiełka jakiejś religijnej fantastyki, która nijak nie pasuje do wcześniejszej konwencji. Dziwaczne stwory zamieszkujące planetę (kilka rodzajów), głosy Sola słyszane w głowach, niewyjaśnione zdarzenia, duchy czy latające węże to nie są rzeczy, których miałem prawa się spodziewać. Wszystko to sprawiło, że z solidnego serialu s-f "Wychowane przez wilki" na przestrzeni zaledwie dziesięciu odcinków zmieniły się w kompletnie nie wiadomo co i szczerze nie mam pojęcia co może przynieść drugi sezon (a znając życie zapewne nic dobrego).

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Jeśli chodzi o główne postacie to warto zwrócić uwagę na znakomitą grę aktorską Amandy Collin i Abubakara Salima. Matka i Ojciec w ich wykonaniu to niezwykle połączenie różnego stopnia zaawansowanych technologicznie androidów, które potrafią kłócić się ze sobą niczym stare małżeństwo, ale przede wszystkim starają się jak najlepiej opiekować powierzonymi im dziećmi. W mojej opinii Travis Fimmel, wcielający się Marcusa, miał o wiele większy potencjał na fajną i złożoną rolę, ale postanowił po raz kolejny zagrać Ragnara Lothbroka z "Wikingów" i kompletnie przeszarżował swoje mistyczne odchylenie. Swoją drogą do tej postaci idealnie pasują mi pierwsze wersy z Lithium Nirvany: I’m so happy; ‘Cause today I found my friends; They’re in my head. Jak zdecydowanie najlepszą rolę i przy okazji moją ulubioną bohaterkę zagrała Niamh Algar. Sue to w zasadzie jedyna postać, którą polubiłem bezwarunkowo i od razu (chociaż ma raczej zwichrowaną moralność). Twarda kobieta, która potrafi dostosować się do nowych warunków i wykrzesać miłość dla Paula (Felix Jamieson). Ogólnie rzecz biorąc role dziecięce są zagrane bardzo fajnie. Oprócz wspomnianego Felixa Jamiesona z pewnością wyróżnia się Winta McGrath, wcielający się w idealistyczno-frajerskiego Campiona.

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Tym razem naprawdę ciężko mi sprawiedliwie ocenić „Wychowane przez wilki”. Serial Aarona Guzikowskiego potrafił niezwykle mocno wciągnąć mnie w swoją fabułę, ale im bliżej było końca i następowała eskalacja, nazwijmy to, magiczno-mistycznych wątków, tym bardziej byłem sceptyczny czy prowadzi to do czegokolwiek sensownego. Ostatni odcinek (dla którego wymyśliłem o wiele lepszy tytuł niż twórcy – „Latający wunsz”) to prawdziwe kuriozum, nawet jak na ostatnią działalność Ridleya Scotta. Mimo wszystko mam w pamięci przeważnie bardzo dobre aktorstwo oraz ciekawą (przynajmniej na początku) koncepcję. Zatem, aby nie wkurwić niepotrzebnie Sola Invictusa, postanowiłem okazać łaskę i oczekiwać na drugi sezon.

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Ocena: 6/10.