czwartek, 28 czerwca 2018

"Čiara"/"The Line"/"Granica" (2017)


Tym razem będzie trochę nietypowo, ponieważ poniższa recenzja będzie dotyczyć, chyba po raz pierwszy w dziejach tego bloga, filmu słowacko-ukraińskiego. Nieoczekiwany zwrot w kierunku kinematograficznych produkcji naszych sąsiadów miał bowiem miejsce w ramach znakomitego festiwalu Kino na Granicy, którego dwudziesta już edycja odbywała się na przełomie kwietnia i maja w polskim i czeskim Cieszynie. Co prawda trochę czasu upłynęło od seansu, ale najpierw musiałem zamknąć poznański etap rozwoju intelektualnego, a następnie nacieszyć się kolejnym sezonem na Wavelo i uwzględnić w  napiętym harmonogramie dnia rowerowe przejażdżki. Wracając natomiast do Kina na Granicy muszę przyznać, że jest niezwykle interesujący przegląd filmów, o których większość z Was nigdy zapewne nie słyszała, ponieważ jak łatwo zauważyć kinematografia naszych południowych i wschodnich sąsiadów raczej rzadko przebija się do wypełnionego w większości odmóżdżającą papką mainstreamu (swoją drogą wkrótce recenzja "Thor: Ragnarok"). Dodatkowe atrakcje to oczywiście możliwość żłopania hektolitrów znakomitego czeskiego piwerka po drugiej stronie Olzy lub coraz to nowszych piwek z Browaru Zamkowego w polskiej części Cieszyna (West Coast IPA spożywana wieczorem na dziedzińcu browaru była niemal doznaniem mistycznym). Kolejną atrakcję stanowią darmowe, plenerowe pokazy filmów nad Olzą oraz spotkania z twórcami i aktorami (w przypadku seansu "Granicy" w kinie pojawił się Andrej Hryc).
źródło: https://www.imdb.com
"Granica" przykuła od razu moją uwagę ponieważ był to słowacki wybór do konkursu na najlepszy film nieanglojęzyczny w ramach dziewięćdziesiątego rozdania Oscarów (jednakże nie załapał się do finałowej piątki). Film Petera Bebjaka koncentruje się na kilku ostatnich miesiącach przed przystąpieniem Słowacji do strefy Schengen. Przygraniczna słowacka społeczność obawiając się skutecznego uszczelnienia granicy z Ukrainą rozwija na szeroką skalę nielegalne, przemytnicze interesy (narkotyki, papierosy, alkohol, ludzie). Topowy, lokalny szmugler tytoniu i nielegalnych imigrantów, Adam Krajnak (Tomáš Maštalír), wskutek nieoczekiwanej wtopy musi musi sprostać wymaganiom bezlitosnego gangstera Krulla (Stanislav Boklan), nieokiełznanym ambicjom swoich podopiecznych oraz problemom rodzinnym.
źródło: https://www.imdb.com
"Granica" zaskoczyła mnie przede wszystkim nadzwyczaj sprawną realizacją oraz bardzo interesującymi ujęciami oraz pracą kamery. Zdjęcia w filmie Petera Bebjaka są naprawdę świetne i na tyle wyraziste, że do dzisiaj z łatwością mogę sobie przypomnieć kolorystykę poszczególnych scen. Pod względem fabularnym słowacko-ukraińska kooperacja w wielu aspektach przypomina twórczość Guya Ritchie’ego (najbardziej "Porachunki", "Przekręt" oraz "RocknRolla"). Po pierwsze Tomáš Maštalír wygląda niemalże jak słowacki Jason Statham, aczkolwiek jest to raczej żartobliwy argument. Niemniej obracamy się zabawnych kręgach średnio ogarniętych przestępców, którzy nie stronią od śmiesznych dialogów. Dodatkowo należy zwrócić uwagę na znakomity wątek cygański, który wbrew pozorom posiada bardzo duże znaczenie dla egzystencji filmowych postaci. Muszę jednakże przyznać, że dzieło Petera Bebjaka ma o wiele posępniejszy i momentami mroczniejszy charakter niż zabawne gangsterskie komedie Anglika. Wystarczy wspomnieć choćby bezlitosną działalność Krulla czy motyw przebywającego w ukraińskim więzieniu syna Jony (Eugen Libezniuk), zaufanego współpracownika Adama. Nie trzeba chyba dodawać, że warunki panujące w tym przybytku nie zachęcają do dłuższego pobytu.
źródło: https://www.imdb.com
Muszę jednakże przyznać, że mam trochę problem z fabułą "Granicy". Gdyby film skończył się kilka minut wcześniej z pewnością jego ocena byłaby zdecydowanie wyższa. Natomiast w obecnej postaci wydaje mi się trochę niepotrzebnie przeciągnięty. Jest to również film, w którym bohaterowie przeważnie nie potrafią udzielić normalnej odpowiedzi na zadane pytanie, w zamian najczęściej roztaczając przed rozmówcą rozległą opowieść o charakterze alegorycznym. Nie żeby mi to specjalnie przeszkadzało, ale widziałem to już zdecydowanie zbyt wiele razy i przy kolejnym mam pełne prawo poczuć się trochę znudzony. Warto również zwrócić uwagę na całkiem fajną ścieżkę dźwiękową oraz wokalne występy bohaterów filmu (Adam, jako prawdziwy przestępca o charakterze renesansowym, prowadzi również lokalny zespół muzyczny).
źródło: https://www.imdb.com
Pod względem aktorstwa jest naprawdę dobrze, a niektóre role zapadają w pamięć na długo. Z pewnością warto zwrócić uwagę na Tomáša Maštalíra, grającego Adama. Słowak świetnie sprawdził się w roli twardego gangstera, biznesmena i ojca rodziny. Na spore uznanie zasłużyła również Emília Vásáryová, wcielająca się w matkę głównego bohatera – harda kobieta o wyjątkowo tajemniczej przeszłości. Propsy należą się także odtwórczyni żony Adama - Zuzana Fialová świetnie zagrała niełatwą rolę partnerki słowackiego macho. Z ciekawszych oraz przejmujących występów na pewno muszę wskazać także Eugena Libezniuka, który zagrał po prostu wyjątkowo naturalnie i bardzo przekonująco. Także Stanislav Boklan, wcielający się w nemezis Adama, wypadł bez zbędnego przerysowania i świetnie zaprezentował się na ekranie.
źródło: https://www.imdb.com
"Granica" to niezwykle interesująca koprodukcja słowacko-ukraińska, dobitnie udowadniająca, że nasi sąsiedzi nie są wcale kinematograficzną czarną dziurą. Chociaż film Petera Bebjaka nie jest pozbawiony pewnych niedoróbek, to jednak z powodu wysokiego poziomu realizacyjnego oraz świetnej gry aktorskiej ogląda się go bardzo przyjemnie. Polecam czasem oderwać się od hollywoodzkich produkcji i sprawdzić co słychać w naszej części Europy – najlepiej oczywiście w Cieszynie!
Cichy bohater festiwalu - Radegast z tanku.
źródło: Maicon's Finest Photography
Ocena: 7/10.

sobota, 21 kwietnia 2018

"Brigsby Bear" (2017)


Everyone says they're trying to help me
but nobody can find me the new episode of Brigsby.

Ostatnio zdecydowanie zaniedbałem prowadzenie bloga, aczkolwiek wynika to głównie z braku wolnego czasu, a nie chęci do pisania recenzji. Obecnie, oprócz zwykłej ośmiogodzinnej biurowej harówki, zostałem zmuszony do tworzenia pracy podyplomowej (którą de facto można było napisać w chujowe pod względem pogody zimowe wieczory, ale przecież lepiej zostawić wszystko na ostatnią chwilę w piękną słoneczną wiosnę), która powstaje, jak przystało na prawdziwe arcydzieło, powoli i w totalnych bólach. W zasadzie kiedy piszę te słowa to jest to jeden z niewielu weekendów, które spędzam w Krakowie, a nie w stolicy Wielkopolski albo na Śląsku Cieszyńskim albo w CK albo nigdziebądź (podróże są naprawdę fajne, ale czasem chciałoby się po prostu przysiąść na przysłowiowej dupie nic nie robiąc). Toteż będąc jeszcze wczoraj uczestnikiem srogiego melanżu (Kiedyś to były melanże, nie to co dzisiaj..; O 3 w nocy to się do Zlewu szło, a nie do domu…) i wmawiając sobie, że na lekkim kacu nie da się tworzyć poważnych tekstów, postanowiłem na chwilę oderwać się od studiów podyplomowych i napisać jakąś gorącą recenzję filmu, o którym i tak nigdy byście nie usłyszeli. Zanim przejdę do kolejnej części zrobię sobie mojito (kolekcjonowanie różnego rodzaju alkoholi ma same zalety –  sto chujów w dupę i kotwica w plecy każdemu neoprohibicjoniście), mając przy tym nadzieję, że skończę niniejszy tekst za jednym posiedzeniem.
źródło: http://www.impawards.com
Zabawne, że mimo dosyć obszernego wstępu nie wspomniałem, jakież to dzieło będzie przedmiotem dzisiejszej recenzji. "Brigsby Bear" to kolejny z tych filmów, o których nie usłyszycie, jeśli ja nie napiszę recenzji. Fabuła dzieła wyreżyserowanego przez Dave’a McCary’ego (debiut pełnometrażowy) jest naprawdę oryginalna i kompletnie nietypowa. James (Kyle Mooney) żyje wraz z rodzicami w postapokaliptycznej rzeczywistości. Z powodu skażenia środowiska naturalnego młody mężczyzna praktycznie całe swoje życie spędził w rodzinnym domu, oglądając serial science fiction "Brigsby Bear Adventures". Jednakże pewnego dnia okazuje się, że dotychczasowe życie Jamesa to kompletna fikcja. Ted (Mark Hamill) oraz April (Jane Adams) nie są prawdziwymi rodzicami mężczyzny, lecz po prostu porwali go za dzieciaka i przez kilkanaście lat wychowywali w totalnej izolacji od świata. Powrót Jamesa do prawdziwej rodziny oraz prawdziwej rzeczywistości staje się jednakże nie lada wyzwaniem.
źródło: http://www.sonyclassics.com/brigsbybear/
Muszę szczerze przyznać, że "Brigsby Bear" to film, który mnie totalnie zaskoczył (w tym momencie idę po kolejne mojito; ciekawe czy dożyję do końca recenzji?). Ponieważ nie wiedziałem czego się spodziewać, to końcowy efekt wywołał u mnie kompletne zaskoczenie. Pod względem fabularnym produkcja wydaje się być totalnie odjechana, ale przez to także zajebiście oryginalna i świeżutka niczym poranne bułki od Pawlaka (polecam tę piekarnię za friko). Całkowicie inaczej ogląda się film, który jest kalką/remake’iem/sequelem/prequelem albo rebootem, jeżeli dostajemy nagle nowy pomysł, ponieważ ktoś miał odwagę i wyszedł poza schemat. Najlepsze jest to, że chociaż porwania dzieci to jest raczej poważny temat, który nie nadaje się do żartów, to twórcom udało się niemal idealnie połączyć powagę sytuacji z humorem wynikającym z wprowadzaniem Jamesa do normalnej prozy życia. "Brigsby Bear" pod wieloma względami autentycznie bawi widza, nie idąc przy tym na łatwiznę i nie wywołując przy tym uczucia zażenowania. Warto również podkreślić emocjonalny stosunek naszego bohatera do swoich porywaczy – jeżeli spędzisz z kimś kilkanaście lat w miarę normalnych, ciepłych i rodzinnych warunkach to nie możesz tak po prostu usunąć go ze swojego życia.
http://www.sonyclassics.com/brigsbybear/
Pomysł Jamesa na sfinalizowanie "Brigsby Bear Adventures" może wydawać się dziwny, aczkolwiek jest to tak naprawdę jedyna możliwa droga na włączenie naszego bohatera do normalnej rzeczywistości. Sam proces tworzenia amatorskiego filmu jest swoistym hołdem dla kinematografii oraz procesu twórczego: nikt nie musi być wybitny, ale jeśli włoży w projekt swoje zaangażowanie oraz serce to nie sposób tego nie docenić. W przypadku kręcenia tego rodzaju filmów bardzo łatwo popaść w przerysowanie, jednakże twórcy idealnie zachowali balans między campem (zwróćcie uwagę na wybitne inaczej efekty specjalne) a przesadą. "Brigsby Bear" to dla mnie także swoisty hołd dla seriali oraz filmów science fiction z minionych dekad (m.in. oryginalny "Star Trek" czy "Space: 1999"). Pod względem realizacyjnym jest to naprawdę znakomite dzieło ukazujące doskonale wszelkie aspekty tworzenia kompletnie amatorskich produkcji z uwzględnieniem dzisiejszych technologii oraz potęgi Internetu.
http://www.sonyclassics.com/brigsbybear/
Z wyjątkiem Marka Hamilla w "Brigsby Bear" nie znajdziemy praktycznie żadnych hollywoodzkich sław. Niemniej muszę przyznać, że obsadzenie Kyle’a Mooneya w roli Jamesa było po prostu strzałem w dziesiątkę. Kalifornijski aktor idealnie nadaje się do roli pod względem fizycznym, ale także postarał się uczłowieczyć swojego bohatera doskonale oddając znaczenie "Brigsby Bear Adventures" dla jego egzystencji. Mark Hamill oczywiście świetnie sprawdził się roli ojca-porywacza – jego występ jest jednym z najjaśniejszych punktów filmu. Na drugim planie można odnaleźć całą plejadę młodzieżowych występów.: Jane Adams (April), Greg Kinnear (detektyw Vogel), Ryan Simpkins (Aubrey), Jorge Lendeborg Jr. (Spencer) czy Matt Walsh (Greg). Warto zwrócić uwagę także na niewielką rolę Claire Danes znaną ze znakomitego "Stardust".
http://www.sonyclassics.com/brigsbybear/
Podsumowując "Brigsby Bear" to całkiem fajne, młodzieżowe, a przede wszystkim świeże dzieło z dużym poczuciem humoru. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników campowego science fiction oraz amatorskiego kręcenia filmów.
http://www.sonyclassics.com/brigsbybear/
Ocena: 8/10.

środa, 21 marca 2018

"Phantom Thread" (2017)


The tea is going out; the interruption is staying right here with me.

Dzisiaj na warsztat trafia kolejny potencjalny oscarowy kombajn, który w tym roku zebrał aż sześć nominacji (w tym m.in. za najlepszy film, reżyserię, aktora pierwszoplanowego oraz aktorkę drugoplanową). Ostatecznie, jak już doskonale wiemy, "Phantom Thread" zgarnęło jedynie tylko jedną jedyną statuetkę za najlepsze kostiumy. Czy werdykt Akademii był słuszny spróbuję ustalić w dalszej części recenzji, opierając się na dotychczas obejrzanych produkcjach nominowanych do Oscara. Słowem wstępu muszę natomiast wspomnieć, że nie od dziś wiadomo, iż dzieła sygnowane podpisem Paula Thomasa Andersona przeważnie nie są łatwe w odbiorze. Niedowiarkom mogę polecić choćby "Magnolię", "Aż poleje się krew" czy osławionego "Mistrza". Spodziewałem się, że nie inaczej będzie w tym przypadku i o luzackim klimacie wiecznie ujaranej, lecz paranoicznej Kalifornii z "Wady ukrytej" trzeba będzie bardzo szybko zapomnieć. Tematyka związana z modą nie jest może w kręgu moich największych zainteresowań oraz pasji, ale z uwagi na szacunek jakim darzę osobę reżysera oraz tak wybitnego aktora jak Daniel Day-Lewis nie mogłem opuścić tej filmowej uczty (zważywszy, że miała być to jego ostatnia rola). Co ciekawe inspiracją dla postaci głównego bohatera był hiszpański projektant mody Cristóbal Balenciaga, którego Christian Dior określił zaszczytnym mianem mistrza nas wszystkich.
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
Akcję "Phantom Thread" osadzono w Londynie pierwszej połowy lat 50-tych ubiegłego stulecia (wedle drobnych szczegółów z filmu można przyjąć, że wszystko rozgrywa się od między majem 1953 roku a październikiem 1954 roku). Reynolds Woodcock (Daniel Day-Lewis) to uznany projektant mody ubierający nie tylko brytyjskie wyższe sfery, ale także księżniczki z europejskich monarchii (a niektóre nawet od dziecka). Prowadząc dom mody wraz z oddaną siostrą Cyril (Lesley Manville) Reynolds odnosi same sukcesy, a jego renoma sprawia, że nie każdy jest godzien nosić jego stroje, a nawet chwila rozmowy z mistrzem staje się ogromnym zaszczytem dla postronnych. Niemniej w przeciwieństwie do życia zawodowego, pod względem prywatnym egzystencja naszego bohatera nie wygląda zbyt szczęśliwie. Rozstawszy się z kolejną muzą, Reynolds wyrusza na prowincję w ramach odpoczynku od londyńskiego blichtru. Kompletnie nieoczekiwanie uwagę uznanego projektanta przykuwa Alma (Vicky Krieps), niepozorna kelnerka z lokalnej restauracji. Oczarowany skromną kobietą Woodcock postanawia odnaleźć w niej nowe źródło inspiracji dla swojej twórczości.
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
"Nić widmo" ogląda się bardzo dobrze, chociaż (a może na szczęście) nie jest to film tak ciężki w odbiorze jak trzy pozycje wymienione we wstępie. Niemniej dla osób nieznających dotychczasowej twórczości Paula Thomasa Andersona seans "Phantom Thread" może być pod pewnymi względami męczący umysłowo (na pewno nie jest to kino, którego przeznaczeniem jest beztroski niedzielny obiadek albo cięższy stan kacowy). Niemniej motyw z grzybami idealnie wpisuje się w najcięższe aspekty twórczości kalifornijskiego reżysera. Tak naprawdę w kontekście fabularnym twórcy nie bombardują widza wielością zwrotów akcji czy nawet zwyczajnych, filmowych wydarzeń. Wszystko rozwija się w bardzo powolnym, wręcz subtelnym tempie, pozwalając nacieszyć się każdym doskonale skomponowanym kadrem. Zdecydowana większość akcji to zwyczajna egzystencja wielkiego projektanta mody, który oprócz tworzenia wielkich rzeczy przywiązuje ogromną wagę do codziennych domowych rutyn oraz zwyczajów. Wszelkie naruszenia obowiązującego porządku mogą zakłócić harmonię mistrza i doprowadzić do awantur albo strzelenia typowego focha. Świetnie ukazana została zmienność natury Reynoldsa i łatwość, z jaką twórca przechodzi ze stanu kreatywnej twórczości do poczucia kompletnego wypalenia i bezczynności.
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
"Phantom Thread" stanowi z pewnością gratkę dla fanów mody. Twórcy bardzo realistycznie oddali proces tworzenia wyjątkowych strojów na specjalne okazje, zatrudniając w roli licznych filmowych krawcowych osoby, które zajmują się tego rodzaju działalnością na co dzień. Paul Thomas Anderson zdecydowanie starał się podkreślić piękno kreacji tworzonych przez Reynoldsa i muszę przyznać, że udało mu się osiągnąć zamierzony efekt. Przyznanie Oscara w kategorii najlepsze kostiumy nie pozostawia zatem żadnej wątpliwości. Pod względem wizualnym warto zwrócić jeszcze uwagę na bardzo ładne, angielskie krajobrazy, chociaż zdecydowana większość akcji rozgrywa się w zamkniętych pomieszczeniach. Niemniej nadmorskie widoki z północnego Yorkshire naprawdę przypadły mi do gustu. Wizualną maestrię podkreśla niezwykle subtelna ścieżka dźwiękowa autorstwa Johny’ego Greenwooda, który inspirował się twórczością Nelsona Riddle’a oraz Glenna Goulda z lat 50-tych ubiegłego stulecia. Oczywiście pisanie recenzji nie polega na wyłącznym chwaleniu "Phantom Thread". Niestety w pewnych momentach dane mi było odczuć znużenie wynikające ze zbytniego rozwleczenia w czasie przygód Reynoldsa, a ponadto wspomniany wyżej motyw z grzybami jest dosyć nietypowy i rzekłbym dziwny.
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
Jeśli chodzi o aktorstwo to w przypadku "Phantom Thread" jest niezwykle kameralnie. Daniel Day-Lewis jako aktor metodyczny na czas kręcenia filmu stał się po prostu swoim bohaterem (na planie zwracano się do niego per Reynolds). Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć postanowił się zaprzyjaźnić ze swoją filmową siostrą, a także poświęcił sporo czasu na zapoznanie się trendami mody w latach 40-tych oraz 50-tych XX wieku oraz dorobkiem najważniejszych projektantów. Oczywiście nabył również praktyczną umiejętność szycia (można nawet podejrzewać, że samodzielnie uszył wszystkie suknie zaprezentowane w filmie). Efekt jest jak zwykle porażający i gdyby Akademia zdecydowania się przyznać Oscara za rolę Reynoldsa nie byłbym wcale zdziwiony. Daniel Day-Lewis zagrał po prostu na poziomie, do którego przyzwyczaja nas od lat – jego przemiana w introwertycznego projektanta mody jest totalna i bezbłędna. Co ciekawe ciężar współpracy z tym tytanem aktorstwa udźwignęła wspaniale Vicky Krieps wcielająca się w Almę. Z prawdziwą przyjemnością delektowałem się jej znakomitą grą aktorską i muszę przyznać, że praktycznie nie odstaje od mistrza. Również na pochwały zasłużyła Lesley Manville, która zagrała cierpliwą i oddaną siostrę głównego bohatera. O takie właśnie role drugoplanowe walczyłem!
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
Jak na film, na który pomysł zrodził się, gdy żona obdarzyła chorującego Paula Thomasa Andersona pełnym troski spojrzeniem to muszę przyznać, iż "Phantom Thread" ogląda się nawet nieźle. Warto w szczególności zwrócić uwagę na tajniki tworzenia pięknych sukni na wyjątkowe okazje, subtelną ścieżkę dźwiękową oraz wybitne aktorstwo. Jak na pożegnanie z aktorstwem Daniel Day-Lewis zostawił po sobie piękną i przejmującą finalną rolę. Choćby z tego właśnie względu "Nić widmo" to pozycja obowiązkowa.
© 2018 Focus Features. A Comcast Company
Ocena: 8/10.

środa, 14 marca 2018

"Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" (2017)



Cause there ain't no God and the whole world's empty,
and it doesn't matter what we do to each other?

Ponieważ jesteśmy już świeżo po tegorocznej gali oscarowej wracamy do omawiania najważniejszych filmów nominowanych w tym roku do najbardziej prestiżowej nagrody przemysłu filmowego. Po niedawnej recenzji "Get Out" nadszedł najwyższy czas na murowanego faworyta do rozbicia puli, czyli nominowanego w siedmiu kategoriach "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri". Produkcja wyreżyserowana przez Martina McDonagha zebrała przecież pięć cennych nagród BAFTA (w tym za najlepszy film i scenariusz oryginalny) mając łącznie dziewięć nominacji oraz cztery Złote Globy (w tym za najlepszy film i scenariusz oryginalny) przy sześciu nominacjach. Ostatecznie udało się zebrać jedynie dwie statuetki (główna rola damska oraz drugoplanowa rola męska), przegrywając najlepszy film roku z "The Shape of Water", którego jeszcze nie widziałem.  Natomiast kompletnie dla mnie niezrozumiałą decyzją jest wybór "Get Out" w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny. No cóż, nie od dzisiaj decyzje Akademii wywołują wiele kontrowersji… Niemniej muszę przyznać, że wybierając się na seans nie usłyszałem złego słowa o "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri". Wszystkie recenzje były pozytywne, a film wychwalono niemalże pod niebiosa. Automatycznie postawiło mnie to trochę w opozycji, ale ponieważ "In Bruges" Martina McDonagha było całkiem w pytę, a "Seven Psychopaths" miało swoje momenty, żywiłem nadzieję na świetne kino.
W niewielkim miasteczku Ebbing (które nie istnieje naprawdę) Mildred (Frances McDormand) wiedzie przerażająco smutną egzystencję. Kilka miesięcy wcześniej jej córka została zgwałcona i brutalnie zamordowana. Ponieważ sprawa w dalszym ciągu pozostaje nierozwiązana przez lokalnych stróżów prawa, kobieta decyduje się desperacki krok. Wykupiwszy tytułowe trzy bilbordy położone za miasteczkiem, Mildred umieszcza na nich bezpardonową krytykę oraz bezpośredni apel skierowany do szefa policji Willoughby’ego (Woody Harrelson). Niekonwencjonalne zachowanie naszej bohaterki dzieli lokalną społeczność, ale równocześnie staje się jedyną szansą na ujęcie mordercy.
We wstępie wspominałem, że "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" zbierało wyłącznie więcej niż pozytywne, wręcz entuzjastyczne recenzje. Po seansie muszę przyznać, że w tym przypadku pompowanie balonika miało solidne uzasadnienie. Film Martina McDonagha ogląda się po prostu świetnie, chociaż porusza dosyć depresyjne i poważne tematy. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się cierpienie matki po stracie swojego dziecka, chociaż relacje Mildred z córką pozostawiały sporo do życzenia. Drugi ważny temat to bezczynność lokalnej policji, która zamiast skupiać się na rozwiązaniu śledztwa, torturuje czarnuchów kolorowych. Leniwe, rasistowskie, nieudolne świnie, wywodzące się często z patologicznych rodzin typowych White trash (vide Dixon) pożytkują służbę na walenie gorzeliny oraz dręczenie mniejszości etnicznych. Oczywiście nie każdy policjant w Ebbing zalicza się do tego szacownego grona. Willoughby sprawia wrażenie sympatycznego i ogarniętego gościa, który doskonale zna intelektualne możliwości swoich podopiecznych i wie, że pewnych spraw przy ograniczonym zakresie środków po prostu rozwiązać się nie da. Niemniej nawet przy swoim wieloletnim doświadczeniu nie może zignorować bezczelnej wiadomości Mildred umieszczonej na bilbordach. W tym właśnie momencie "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" doskonale przedstawia sieć powiązań małomiasteczkowej Ameryki i ogólnospołeczne wsparcie dla szefa policji mimo, że sprawa pozostaje w dalszym ciągu nierozwiązana (zwolenników zuchwałej akcji naszej bohaterki można policzyć na palcach jednej ręki).
Jak już wspomniałem "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" ogląda się po prostu świetnie. Film posiada multum scen o wyjątkowym ładunku emocjonalnym. Najlepszy przykład to flashback ostatniej kłótni Mildred z córką, w której zostały wypowiedziane słowa, których cofnąć się już nie da. Podobnie jest w przypadku rodzinnej sprzeczki z byłym mężem Charlie’m, która przyjmuje kompletnie nieoczekiwany efekt. A wątek randkowania z sympatycznym Jamesem może naprawdę wywołać łezkę współczucia. Pod względem fabularnym nie jestem w stanie wykazać praktycznie żadnych słabości (może z wyjątkiem dziwnej sceny rozgrywającej się w sklepie, w którym pracuje Mildred). Co więcej, dodam, że  jest to imponujące, niemal idealne połączenie całkowitej powagi z nieoczekiwanymi przejawami humoru, przeważnie bardzo czarnego. Muszę natomiast przyznać, że zdecydowanie zaskoczył mnie monolog wygłoszony przez Mildred do jelenia – byłem przekonany, że zwierzak to wytwór CGI, ale okazało się, iż jest rzeczywisty i ma nawet imię (Becca). W zasadzie był to precyzyjne ujmując mulak białoogonowy, znany też jako jeleń wirginijski lub jeleń wirgiński (Odocoileus virginianus). W ramach ciekawostki warto napisać, że filmowcy nawet nie liznęli Missouri, ponieważ praktycznie cały film nakręcono w Karolinie Północnej (tytułowe Ebbing udaje miasteczko Sylva).
Zaczynając omawianie aktorstwa oraz postaci muszę przyznać, że Frances McDormand otrzymała w pełni zasłużonego Oscara za swoją imponującą rolę. Mildred emanuje po prostu ledwie hamowanymi pokładami gniewu oraz determinacji, będąc wysoce niestabilnym wulkanem emocji. Aby zmusić lokalna policję do rozwiązania śledztwa zdeterminowana matka cierpiąca po stracie córki nie cofnie się przed niczym. Owacja na stojąco! Na podobne laury zasłużył również kolejny oscarowy triumfator, czyli Sam Rockwell. W jego wykonaniu Dixon przechodzi prawdziwą i co najważniejsze szczerą ewolucję od kompletnego, rasistowskiego dupka do bohatera kierującego się wysoce szlachetnymi pobudkami. A wszystko podlane zostało sporą dozą humoru. Na trzecie miejsce podium wskakuje tym razem nominowany do Oscara w tej samej kategorii Woody Harrelson. Willoughby to naprawdę zacny koleś, z którym chętnie obaliłbym niejedno piwcio (pozdro Natalia!), niemniej pod pewnymi względami przypomina mi Marty’ego z "True Detective". W tle również jest całkiem młodzieżowo. Warto w szczególności zwrócić uwagę na genialną rolę Johna Hawkesa wcielającego się w byłego męża Mildred (Charlie), przejmujący występ Petera Dinklage’a (James – udowadnia, że istnieje życie po "Grze o tron"), poruszającą kreację Sandy Martin (matka Dixona) oraz kolejne świetne wejście Lucasa Hedgesa (Robbie).
"Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" to na razie najlepszy film, jaki obejrzałem w tym roku. Po trochę słabszych "Seven Psychopaths" Martin McDonagh powrócił w wielkim stylu do wybitnej formy i szczerze powiedziawszy chyba przyćmił swoje największe dotychczasowe osiągnięcie ("In Bruges"). Świetne kino, pozycja obowiązkowa z względu na wyjątkowe połączenie śmiertelnie poważnych kwestii z humorem, intrygującą fabułę oraz wyborne aktorstwo.
Ocena: 9/10.

środa, 28 lutego 2018

"Mother!" (2017)



You give, and you give, and you give. It's just never enough.

Darren Aronofsky nigdy nie należał do moich ulubionych reżyserów, niemniej szanuję oczywiście jego dorobek artystyczny. Nigdy również przesadnie nie jarałem się "Requiem dla snu" i jakoś od zawsze miałem trudności z docenieniem klasy tego filmu (ot, nie zrobił na mnie wrażenia). Jego ostatnie dzieło zainteresowało mnie natomiast z powodu całkowicie skrajnych opinii – w szczególności mających miejsce na pokazie "Mother!" w trakcie ubiegłorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji (najłatwiej byłoby zatem napisać, że idealnie wpisuje się kategorię hate it or love it). W każdym razie obejrzawszy trailer spodziewałem się filmu zbliżonego klimatem do niedawno recenzowanego "Get Out" i muszę już na wstępie przyznać, że efekt końcowy kompletnie przerósł moje oczekiwania.
© 2018 Paramount Pictures.
Pośród oddalonych od cywilizacji lasów, na kwiecistej polanie znajduje się stary, dosyć przestronny dom, zamieszkany przez dosyć nietypowe małżeństwo. On (Javier Bardem) to utalentowany poeta czy też pisarz, który obecnie przeżywa poważny kryzys twórczy. Ona (Jennifer Lawrence) starając się za wszelką cenę pomóc ukochanemu w odzyskaniu weny, skupia się renowacji domostwa, które niedawno strawił okrutny pożar. Ich idylliczna wręcz egzystencja zostaje zakłócona, gdy do drzwi zapuka nieoczekiwany gość. Trochę dziwny przybysz (Ed Harris) okazuje się być śmiertelnie chorym fanem twórczości poety, który przed rychłą śmiercią postanowił poznać osobiście swojego mistrza. Sytuacja zdecydowanie pogarsza się, gdy na miejsce przybywa małżonka miłośnika poezji (Michelle Pfeiffer), wszędobylska, ciekawska i momentami bezczelna kobieta.
© 2018 Paramount Pictures.
Tak jak już wspominałem we wstępie recenzji, spodziewałem się całkowicie innego filmu. W błędnym przekonaniu dodatkowo utwierdził mnie pierwszy akt. Gęstniejąca z każdą minutą atmosfera wydawała się przypominać znakomity klimat z "Get Out". Jednak to w jaką stronę ostatecznie skierował się "Mother!" było dla mnie kompletną niespodzianką, a nawet szokiem. Ostatnia część produkcji Darrena Aronofsky’ego to chyba najbardziej epicko ukazany chaos w dziejach całej kinematografii. Liczba wydarzeń rozgrywających się na ekranie po prostu przerasta percepcję widza. Jeżeli zastanawiacie się do czego odnosi się wykrzyknik w tytule filmu to powiem Wam, że właśnie do ostatnich 30 minut, w których wszystko co wiecie o bohaterach wywraca się do góry nogami (chociaż twórcy pokusili się wcześniej o kilka subtelnych wskazówek). Pod względem realizacyjnym końcówka filmu to absolutne arcydzieło. Jak na produkcję, która rozgrywa się wyłącznie w jednym domu, efekt jest po prostu porażający – ciężko mi nawet dokładnie opisać moje wrażenia, ponieważ to po prostu trzeba zobaczyć. Piorunujące wrażenie sprawia także ścieżka dźwiękowa, która tak naprawdę przez większość filmu jest kompletnie nieobecna i eksploduje dopiero w ostatnim akcie.
© 2018 Paramount Pictures.
Z pewnością największa zaleta "Mother!" to emocje oraz wątpliwości, które film wzbudza po zakończeniu projekcji. Czy film Wam się podobał czy też nie po prostu musicie o nim rozmawiać i szukać jego sensu (lub bezsensu). Osobiście, gdy zobaczyłem napisy końcowe, to pomyślałem, że tym razem Darren Aronofsky wjechał jak Conrado i od razu sprawdziłem czy jestem cały. Słowo klucz dla zrozumienia intencji reżysera to alegoria. Jeżeli spojrzycie na filmowe wydarzenia z alegorycznej perspektywy to otrzymacie wręcz przerażająco trafny proces rozwoju ludzkości i religii, z wszystkimi formami kompletnego wypaczenia dobrych intencji twórcy (poety) oraz totalnego nie zrozumienia przekazywanych idei. W szczególności dotyczy to dzielenia się Ziemią oraz podejścia do jego pierworodnego syna (zaręczam, że jest to scena o poziomie brutalności nie spotykanym we współczesnym kinie mainstreamowym). Po tego rodzaju sekwencjach można przeżyć prawdziwe załamanie nerwowe i zastanowić się jak bardzo niewesoła przyszłość nas czeka. Oczywiście "Mother!" niekoniecznie należy rozpatrywać pod kątem religii. Dowolność interpretacji może ukazać tę opowieść jako historię procesu twórczego oraz nieoczekiwanej, rujnującej spokojną egzystencję sławy (aczkolwiek z wywiadów z reżyserem wynika, że udało się to zrobić raczej przypadkowo i nie taka była jego pierwotna intencja).
© 2018 Paramount Pictures.
Aktorstwo. Tym razem jest naprawdę grubo. Jennifer Lawrence zagrała prawdopodobnie najlepszą rolę w dotychczasowej karierze i nie dostała nawet nominacji do Oscara (w sumie "Mother!" nie dostało ani jednej). Tytułowa Matka to postać starannie dbająca o dom i swojego małżonka z pełnym poświęceniem oraz miłością. Kompletnie nie rozumiejąc zamiłowania Poety/Twórcy do niespodziewanych gości stara się zachować kompletny spokój wybuchając dopiero w ostateczności. Genialna rola, zważywszy, że film oglądamy praktycznie z matczynej perspektywy (bardzo wiele ujęć twarzy aktorki, podkreślających poczucie bliskości). Z kolei Javier Bardem został idealnie obsadzony w roli Poety – jego uśmiech jest po prostu czymś, co zawsze będzie mi się kojarzyło z "Mother!". Aktor świetnie przedstawił swoją, zdawałoby się nieomylną i dysponującą gotowym planem działania, postać jako swoistego eksperymentatora, który nie ma żadnego pojęcia, jakie skutki przyniosą jego doświadczenia i czy będzie to dobre dla domostwa. Na drugim planie również dzieje się wiele dobrego. Ed Harris, Michelle Pfeiffer oraz bracia Brian i Domhnall Gleeson doskonale wypadli jako przedziwna rodzina, borykająca się z poważnymi problemami. Bardzo dobrze zapamiętałem również jedną z niewielu poważnych ról w karierze Kristen Wiig (Herald).
© 2018 Paramount Pictures.
"Mother!" to znakomite kino, które wbija widza w fotel. Ostatnie trzydzieści minut to jedna z najlepszych sekwencji, jakie widziałem w życiu. Przesłanie filmu z pewnością nie napawa optymizmem, ale nie jestem w stanie odmówić mu racji. Kompletnie natomiast nie rozumiem z jakiego powodu Akademia kompletnie pominęła produkcję Aronofsky’ego nominując do najlepszego filmu choćby "Get Out" (nie umniejszając oczywiście jego twórcom, ciężar filozoficzny jest całkowicie inny). "Mother!" to pozycja absolutnie obowiązkowa! Nieważne czy Wam się spodoba czy nie – z pewnością wzbudzi emocje i zmusi Was do myślenia (a tego chyba w naszych czasach brakuje najbardziej).
© 2018 Paramount Pictures.
Ocena: 9/10.

wtorek, 20 lutego 2018

Ingrid Goes West (2017)



Talk about something cool, like food or clothes or Joan Didion!

"Ingrid Goes West" to kolejny przykład interesującego filmu wygrzebanego gdzieś na jakiejś śmietnikowej liście podsumowującej zeszłoroczne dokonania kinematograficzne. W tym miejscu po raz kolejny przesyłam wielkie propsy dla wszystkich twórców tego rodzaju zestawień - bez Was ominęłoby mnie tyle znakomitych produkcji! Oprócz tego, że akcja została osadzona w mojej ukochanej Kalifornii, to film Matta Spicera dotyka bowiem bardzo aktualnego tematu: znaczenia mediów społecznościowych dla egzystencji współczesnej młodzieży. Osobiście wywodzę się ze starych, mrocznych czasów, gdy szybki Internet nie był ogólnodostępny, a pierwszą komórkę dostałem po skończeniu czteroletniego liceum, a nie na komunię, dlatego też czasem jestem po prostu przerażony zachodzącymi zmianami. Niemniej bardzo martwi mnie fakt, że coraz więcej imprez w gronie znajomych polega po prostu na grupowym scrollowaniu Facebooka albo nieustannym wpatrywaniu się w świecący zimnym blaskiem ekran smartphone’a. Jeśli miałbym wskazać Wam idealną piosenkę do czytania recenzji to bez wahania polecam Świecące prostokąty Taco Hemingwaya (ogólnie doradzam zapoznać się z jego twórczością, chociaż Szprycer nie jest w moim stylu).
Znakomity plakat!
© 2017 NEON

Tytułowa Ingrid (Aubrey Plaza) to typowy, współczesny nolife żyjący wyłącznie mediami społecznościowymi. Po dosyć niefortunnym występie na weselu instagramowej koleżanki dziewczyna postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie i wyruszyć na Zachód (The west is the best; Get here, and we'll do the rest) za ciężkie hajsy otrzymane w spadku po śmierci matki. Po dotarciu do Los Angeles Ingrid postanawia za wszelką cenę zaprzyjaźnić się z popularną blogerką Taylor Sloane (Elizabeth Olsen). Realizacja tego ambitnego celu wymaga wielu poświęceń, ale obsesja naszej bohaterki przyjmuje na tyle potężne rozmiary, że dziewczyna jest dosłownie gotowa na wszystko.
© 2017 NEON
"Ingrid Goes West" charakteryzuje się znakomitym klimatem. Zresztą nie mogłoby być inaczej, skoro akcja filmu została osadzona w gorącej Kalifornii (to jak wiadomo dla mnie już na samym wstępie stanowi ogromną zaletę). Kontrast między nudą i monotonią rodzinnego miasteczka Ingrid a możliwościami oferowanymi przez Miasto Aniołów wydaje się być wprost porażający. Niemniej choć w produkcji wyreżyserowanej przez Matta Spicera nie brakuje luzackich imprez i melanży, to jednak nie sposób nie dostrzec wyraźnego nacisku na poważne problemy współczesnej młodzieży (czytaj: uzależnienie od wszelkiej maści portali społecznościowych). Przyglądając się uważnie życiu prowadzonemu przez główną bohaterkę w L.A. łatwo można zauważyć, że nie wnosi ono kompletnie niczego i w zasadzie można je określić jako bezsensownie pustą egzystencję. Wszystkie działania podejmowane przez Ingrid mają bowiem na celu jak największe zbliżenie się do Taylor i opływanie w wypracowany w pocie czoła internetowy fame. Nawet romans z sympatycznym sąsiadem Danem (O’Shea Jackson Jr.) nie wynika ze szczerego uczucia, a raczej z wyrachowania i nieodpartej konieczności przypodobania się powszechnie znanej blogerce, a co za tym idzie zdobycia większej ilości polubień. Jakże smutny jest fakt, że rzesze ludzi wolą żyć czyimś życiem, niż postarać się zmienić własną egzystencję na lepsze.
© 2017 NEON
Skoro już w dzisiejszych czasach dla wielu ludzi głównym życiowym celem jest zdobywanie jak największej liczby de facto bezwartościowych polubień na Facebooku albo Instagramie to czy nasza cywilizacja chyli się ku spektakularnemu upadkowi? "Ingrid Goes West" porusza również problem drugiej strony barykady, czyli tzw. idoli opływających w internetowy fame. Dla nich lajki mają akurat często znaczenie finansowe, więc trzeba bujać się wyłącznie po modnych knajpach, oglądać gorące filmy i znać ostatnie bestsellery. Twórcy świetnie wykorzystali w tym celu postać Taylor. W gruncie rzeczy to sympatyczna dziewczyna, która przeszła podobną jak Ingrid drogę przybywając do Los Angeles z małego miasteczka. Niemniej, niemalże na plecach swojego chłopaka Ezry (Wyatt Russell) i jego wyjątkowo szerokich horyzontach, udało jej się wykreować na przyjazną intelektualistkę o niebanalnych pasjach. Tworząc do tego wyidealizowaną egzystencję w Mieście Aniołów, której zazdroszczą jej setki, jeśli nie tysiące internetowych fanek. "Ingrid Goes West" stawia również istotne pytanie: ile jesteście w stanie poświęcić, aby osiągnąć fame? Odpowiedź niestety nie jest zbyt optymistyczna… Nie dołujmy się jednak kompletnie przekazem filmu i zwróćmy jeszcze uwagę na kilka istotnych zalet. Po pierwsze znakomite zdjęcia: Kalifornia wygląda po prostu znakomicie! Świetne miejscówki ukazano z należną im klasą. Po drugie dzieło Matta Spicera niesie ze sobą ogromne pokłady autentycznie zabawnych wydarzeń, które mogą wydawać się głupawe, ale idealnie wpisują się w logikę działania głównej bohaterki. Trzecia sprawa to oczywiście fajny soundtrack, podkreślający unikalny klimat Złotego Stanu.
© 2017 NEON
Przechodząc do postaci oraz aktorstwa zdecydowanie pozostajemy w kręgu zalet filmu. Oczywiście na pierwszym planie niezaprzeczalnie bryluje Aubrey Plaza. Ingrid to świetnie zagrana, wysoce emocjonalnie niestabilna postać, co znakomicie uwidacznia się w scenie nagrywania wiadomości na pocztę głosową Taylor. Amerykanka genialne oddała na ekranie pełnię obsesyjnej psychiki swojej bohaterki, która nawet w obliczu poważnego zagrożenia własnego życia skupia się na zdobywaniu kolejnych lajków. Również niczego sobie wypada wspomniana wyżej Taylor, w którą wcieliła się Elizabeth Olsen (kolejna po "Wind River" bardzo fajna kreacja). Sławna blogerka to sympatyczna i otwarta osoba, która mógłby tak naprawdę polubić każdy z nas. Przechodząc natomiast do panów warto zwrócić uwagę przede wszystkich na odtwórcę Dana. Naprawdę ciężko uwierzyć, że dla O’Shea Jacksona Jr. jest to dopiero druga produkcja w życiu (debiutował bezbłędnie wcielając się w swojego ojca Ice Cube’a w "Straight Outta Compton"). Dan to naprawdę klawy i poczciwy chłopak, z który miałbym ochotę wyżłopać kilka piwerek. Podobnie sprawa wygląda w przypadku filmowego partnera Taylor – Ezry. Wyatt Russell zaprezentował się już całkiem młodzieżowo w "Everybody Wants Some!!", ale tutaj wprost idealnie roztapia się w kalifornijskim klimacie (zresztą urodził się w L.A.).
© 2017 NEON
"Ingrid Goes West" to bardzo ciekawa produkcja, o której większość z Was nawet by nie usłyszała, gdybym nie napisał tej recenzji (nawet nikomu się nie chciało zrobić polskich napisów). Bardzo boleję nad faktem, że film poruszający tak aktualne i ważne tematy, a przede wszystkim znakomicie zagrany, ginie w oceanie popkulturowego stolca. Zatem naprawdę zachęcam Was do obejrzenia produkcji wyreżyserowanej przez Matta Spicera. A jeśli film zyska uznanie to zróbcie mu solidną reklamę u znajomych.
© 2017 NEON
Ocena: 8/10 (za Kalifornię ocena idzie w górę).

wtorek, 30 stycznia 2018

"Get Out" (2017)



Od razu przyznaję się, że z "Get Out" było prawie tak samo jak w przypadku "Baby Driver" – do seansu zachęciły mnie wysokie oceny oraz dosyć entuzjastyczne recenzje. I przyznaję również, że film w reżyserii debiutującego Jordana Peele’a obejrzałem jeszcze przed ogłoszeniem nominacji do tegorocznych Oscarów, nie spodziewając się, że Akademia Filmowa będzie aż tak łaskawa. Wyróżnienie w kategorii najlepszy film, najlepszy aktor pierwszoplanowy, najlepszy reżyser oraz najlepszy scenariusz oryginalny – to musi robić wrażenie, w szczególności, że "Get Out" najczęściej klasyfikuje się jako horror (chociaż po seansie muszę przyznać, że postawiłbym zdecydowanie bardziej na thriller). I naprawdę chciałbym mieć nadzieję, że szczodre nominacje w aż czterech, ważnych kategoriach, nie są wynikiem wypaczonej poprawności politycznej członków Akademii, lecz docenieniem niezaprzeczalnej klasy filmu Jordana Peele’a. Dla kontrastu sprawdźcie w jakich kategoriach nominacje otrzymał przykładowo "Blade Runner 2049" (i nie Was nie zwiedzie magiczna liczba pięć). Ale ponieważ nie ma tutaj miejsca na racial bigotry i wszystkie filmy mogą okazać się equally worthless przejdę do opisu fabuły.
http://www.impawards.com
Jak to zwykle bywa w tego rodzaju filmach wszystko zaczyna się całkowicie niewinnie. Chris (Daniel Kaluuya) młody, zdolny, czarnoskóry fotograf wybiera się ze swoją dziewczyną Rose (Allison Williams) na weekendową wycieczkę do jej rodziców. Z powodu odmiennego koloru skóry oraz zakorzenionych w podświadomości rasistowskich uprzedzeń chłopak nie czuje się do końca komfortowo. Chociaż Missy (Catherine Keener) oraz Dean (Bradley Whitford) starają się miło ugościć Chrisa to jednak z łatwością można wyczuć swoisty dystans do jego osoby, co dodatkowo pogłębia czarnoskóra służba. Z każdą kolejną godziną sytuacja w rodzinnym domostwie Armitage’ów przybiera coraz dziwniejszy obrót, a wzrastające od samego początku napięcia zaczyna wspinać się na niebezpieczne poziomy.
© 2018 Universal Pictures Home Entertainment
Oglądając film wyreżyserowany przez Jordana Peele’a naprawdę ciężko uwierzyć, że jest to jego reżyserski debiut. Stopniowania napięcia oraz poczucia permanentnego zagrożenia mogliby spokojnie uczyć się z tej produkcji o wiele bardziej doświadczeni twórcy. Pod tym względem "Get Out" uważam za wzorcowy, niemal doskonały film. Co prawda niezbyt często mam okazję oglądać horrory, ale w tym przypadku budowanie napięcia jest na najwyższym możliwym poziomie (czego kompletnie nie spodziewałem się po typowym, horrorowym początku). Zrobiono to w tak doskonały i bezbłędny sposób, że widz nawet nie zastanawia się nad kompletnie absurdalną motywacją bohaterów oraz metodami ich działania – w tym przypadku odnoszę się oczywiście do antagonistów, ponieważ w przeciwieństwie do wielu innych dzieł z tego gatunku, bohater pozytywny działa w miarę rozważnie (spore zaskoczenie, aczkolwiek warto pamiętać, że jedynie w miarę rozważnie). Wspominając może o nie najmądrzejszej i nie najbardziej oryginalnej fabule, warto zwrócić uwagę na rasistowskie smaczki, od których "Get Out" aż ocieka. Od banalnego spotkania z policjantem po przypadkowym potrąceniu sarny, przez wszelkiej maści niezliczone gry słowne i aluzje, po dosłowne zbieranie bawełny – jest tego cała masa i mogę jedynie ubolewać, że Jordan Peele nie zdecydował się postawić na inne zakończenie, które wprost idealnie wpisywałaby się w rasistowską konwencję. Na pochwałę zasłużyły także świetnie zdjęcia oraz bardzo dobry montaż, podkreślające stan ciągłego zagrożenia.
© 2018 Universal Pictures Home Entertainment
Po lizaniu fiutów czas przejść do konstruktywnej krytyki. O ile "Get Out" momentami niesie ze sobą dramatyczny przekaz odnośnie współczesnej Ameryki, która pod maską poprawności politycznej, w głębi serca pozostała totalnie rasistowska, to Jordan Peele nie mógł uwolnić się od pewnych ograniczeń. Jakkolwiek źle to zabrzmi to jestem gotów napisać, że wątek najlepszego kumpla Chrisa, Roda (LilRel Howery) jest jakby rodem wyjęty z jakiejś głupawej, afroamerykańskiej komedyjki, których w swoim życiu miałem przyjemność obejrzeć chyba zdecydowanie zbyt wiele. Postać Roda uosabia niemal wszystkie stereotypy odnośnie drugoplanowego, czarnego, poczciwego kumpla i nijak nie przystaje do reszty produkcji. Ponadto pod pewnymi względami fabuła nie może wyzwolić się z ograniczeń typowych dla kina grozy. Jak już wspomniałem w poprzednim akapicie, motywy kierujące poczynaniami filmowych złoczyńców są totalnie absurdalne i w zasadzie tego rodzaju działania lepiej pasowałaby choćby do Piany złudzeń (nie podoba mi się tytuł Piana dni) Borisa Viana, którą miałem okazję ostatnio przeczytać. Poza tym strasznie dużo tutaj przypadku: wystarczy wspomnieć choćby scenę z przypadkowo znalezionymi zdjęciami czy postać Andre (Lakeith Stanfield).
© 2018 Universal Pictures Home Entertainment
Pod względem aktorstwa zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Daniel Kaluuya zagrał znakomicie i chociaż może nominacja za najlepszą rolę pierwszoplanową wydaje się być troszkę na wyrost, to jednak nie sposób nie docenić tej kreacji. Chris to zwyczajny, sympatyczny chłopak z talentem fotograficznym, który nie posiada praktycznie żadnych niezwykłych umiejętności – dlatego tak łatwo postawić się na jego miejscu i zastanowić się, jakbyście się zachowali (no chyba, że jesteście rasistowskimi świniami). Wielkie propsy należą się również Allison Williams za znakomitą, wręcz podwójną, rolę Rose. Tak doskonałe występy chciałbym oglądać w każdym filmie. Z postaci drugoplanowych warto zwrócić uwagę na Bradleya Whitforda oraz Catherine Keener, wcielających się w rodziców dziewczyny Chrisa. Specjalne wyróżnienie za bycie całkowicie creepy wędruje natomiast to trójki aktorów: Marcus Henderson (Walter), Betty Gabriel (Georgina) oraz Lakeith Stanfield (Andre). Jedyne rozczarowujące role to w zasadzie Caleb Landry Jones, wcielający się Jeremy’ego, niestabilnego psychicznie brata Rose, oraz wspomniany wielokrotnie wyżej LilRel Howery. Na koniec malutkie wyróżnienie dla zapadającej w pamięć niewielkiej roli Stephena Roota (Jim Hudson).
© 2018 Universal Pictures Home Entertainment
"Get Out" na pewno nie jest filmem aż tak wybitnym, jak twierdzą niektórzy recenzenci. Niemniej nie sposób nie docenić znakomicie zbudowanej atmosfery ciągłego zagrożenia i niepewności oraz oceanu rasistowskich aluzji i smaczków. Polecam Wam z pełną odpowiedzialnością.
© 2018 Universal Pictures Home Entertainment
Ocena: 7/10.