niedziela, 17 lutego 2013

"Conspiracy"

Na wstępie muszę przyznać, że "Ostateczne rozwiązanie" to znacznie lepszy tytuł niż oryginalne "Conspiracy". Polska wersja, co zdarza się niezwykle rzadko, znacznie lepiej oddaje tematykę telewizyjnego filmu Franka Piersona. A czegóż dotyczy ta produkcja? Otóż kwestii ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej, której szczegóły techniczne omawiano podczas jednodniowej konferencji w Wannsee 20 stycznia 1942 roku. Fajnie się złożyło, że obejrzałem ten film, gdyż byłem akurat świeżo po lekturze "Pięciu lat kacetu" Stanisława Grzesiuka. Chociaż w książce Syna Ulicy, który spędził w obozach koncentracyjnych Dachau, Mauthausen i Gusen pięć lat młodości, eksterminacja Żydów ma raczej charakter drugoplanowy, to doskonale przedstawiono mechanizmy działania nazistowskiej machiny śmierci. Jestem przekonany, że książka Grzesiuka powinna być obowiązkową pozycją dla wszystkich piewców Werhmachtu, bo przedstawia dokładnie przyszłość, o jaką walczyła niemiecka armia. Niemniej wracając do filmu przyjrzyjmy się fabule.
źródło: http://www.iceposter.com/
"Ostateczne rozwiązanie" koncentruje się jedynie na samej konferencji w Wannsee. Głównym bohaterem filmu jest SS-Obersturmbannführer Adolf Eichmann (Stanley Tucci), który odpowiada za całościowe przygotowanie spotkania ważnych notabli III Rzeszy. Z sympatią zatem oglądamy jego użeranie się z służbą oraz przyjmowanie kolejnych gości. Powszechnie wiadomo przecież, że SS lubi luksus, więc melo musi być pierwszorzędne. Jak zwykle na samym końcu przybywa najważniejszy uczestnik – Reinhard Heydrich (Kenneth Brannagh), dzięki czemu spotkanie może się rozpocząć. Reszta filmu koncentruje się na rozmowach przy konferencyjnym stole, przewijanych rzadkimi dialogami kuluarowymi.
źródło: http://stagevu.com/
Wydaje się nudne? Wprost przeciwnie! "Ostateczne rozwiązanie" to bardzo interesująca pozycja oparta głównie na dialogach i grze aktorskiej. Fanów "Transformersów" może bardzo rozczarować, bo nie ma żadnych efektów specjalnych, a 80% akcji rozgrywa się przy stole. Film Franka Piersona wypada bardzo realistycznie. Nie ma tutaj egzaltowanych przemów, a wszystko odbywa się w oparach cygar, whiskey oraz sporadycznych i niezwykle subtelnych żarcików. Generalnie dla Heydricha sprawa jest jasna i niezbyt ma ochotę z kimkolwiek dyskutować – jasno przedstawia poglądy i domaga się przyjęcia ich w drodze aklamacji. Co poniektórzy mają inne zdanie, ale zwykle dotyczy to kwestii drugorzędnych, a nie głównej idei. Przykładowo dr Wilhelm Stuckart (Colin Firth) obawia się, że nowe regulacje zniszczą największe dzieło jego życia, czyli osławione ustawy norymberskie z 1935 roku. Jedynym oponentem ostatecznego rozwiązania pozostaje dr Wilhelm Kritzinger (David Threlfall), który stara się zwrócić uwagę na nieludzkość planów Heydricha. Pojawiają się momenty naprawdę przerażające. Za najlepszy przykład może posłużyć beznamiętna wyliczanka ilu Żydów można zagazować w godzinę i entuzjastyczne reakcje na zwiększenie efektywności komór gazowych. A dla kontrastu z poważnymi tematami oglądamy walkę na śnieżki jaką urządzają sobie przed rezydencją kierowcy nazistowskich notabli. Swoją drogą doskonale wybrano plenery do "Ostatecznego rozwiązania" – piękne zdjęcia bardzo ładnej posiadłości z zimowym ogrodem zasługują na wielki plus.
źródło: http://mubi.com
Jak pisałem w poprzednim akapicie "Ostateczne rozwiązanie" opiera się głównie na grze aktorskiej. Warto zauważyć, że zgromadzono całkiem fajną ekipę, gdyż na ekranie pojawiają się Kenneth Branagh, Stanley Tucci, Colin Firth oraz spora grupka rozpoznawalnych aktorów drugoplanowych (m.in. Kevin McNally czy David Threlfall). Na mojej osobie największe wrażenie wywarły kreacje Branagha oraz Tucci'ego. Heydrich i Eichmann mają bardzo ciekawą relację, ponieważ ten pierwszy traktuje z pogardą swojego współpracownika, który mimo to sumienne wypełnia swoje obowiązki. Ostatnie miejsce na podium zdobywa Barnaby Kay, który wcielił się w SS-Sturmbannführera Rudolfa Lange. Polecam szczególnie scenę, w której Lange opowiada o ewakuacji Żydów z Rygi. Przy jego postaci chciałbym zwrócić uwagę na pewną ciekawostkę: wielu uczestników konferencji było prawnikami, a wspomniany wyżej Lange był nawet doktorem nauk prawniczych. Reszta kreacji wypada poprawnie i nie mam większych zastrzeżeń. "Ostateczne rozwiązanie" mogę śmiało polecić, ponieważ mimo bardzo kameralnej formy jest to niezwykle interesujące kino, które doskonale ukazuje dehumanizację III Rzeszy.
źródło: http://mubi.com
Ocena: 7/10.

wtorek, 12 lutego 2013

"Batman Begins"

Chociaż po raz pierwszy oglądałem "Batman Begins" w odmętach czasu, to doskonale pamiętam, że było to na HBO i mniej więcej w godzinach popołudniowych. Nie interesowałem się wtedy kinem jeszcze tak mocno, jak w ostatnim czasie i nie sądziłem, że kiedykolwiek będę prowadził bloga na ten temat. Skłaniałem się raczej ku karierze naukowej, optymistycznie (i jak się okazało bardzo naiwnie) wierząc, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Abstrahując jednakże od wątków autobiograficznych nowe podejście do Batmana przypadło mi do gustu i wystawiłem dosyć solidną ocenę (7/10). Niemniej po fatalnych doświadczeniach z ostatnią częścią trylogii Christophera Nolana nadarzyła się okazja, aby jeszcze raz przyjrzeć się pierwszej odsłonie. Skwapliwie z niej skorzystałem, gdyż jak doskonale wiecie, w części trzeciej powracają echa "Batman Begins". Poza tym byłem ciekaw czy Nolan kręcąc pierwszą część miał już w głowie całą trylogię czy też "Dark Knight Rises" uzyskało ostateczny kształt dopiero w wyniku niespodziewanej śmierci Heatha Ledgera?
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Batman Begins" to opowieść o trudnych początkach Batmana, a w zasadzie o walce z własnym strachem. Poznajemy więc małoletniego Bruce'a Wayne oraz jego rodziców-miliarderów, którzy de facto poruszają się po Gotham City kolejką wybudowaną, aby ulżyć biednym mieszkańcom miasta. Thomas Wayne (Linus Roache) to prawdziwe uosobienie cnót szlachetnego kapitalisty: nie dość, że wybudował plebejuszom tani transport miejski, to na dodatek zamiast faszystowskimi metodami nadzorować ich wyzysk w swoim przedsiębiorstwie postanowił oddać się pracy w szpitalu. Będąc dzieckiem Bruce wpadł do starej studni wypełnionej nietoperzami, przez co lęka się ich będąc już dorosłym człowiekiem. Niemniej to nie jedyna trauma z dzieciństwa. Jak doskonale wiedzą wszyscy znający historię Batmana rodzice chłopca zostali zamordowani na jego oczach podczas napadu rabunkowego. Bruce pała żądzą zemsty i będąc dorosłym człowiekiem próbuje nawet wyeliminować mordercę, ale ubiega go Falcone (Tom Wilkinson), potężny gangster trzęsący całym Gotham. Jak się później okazuje, był to przełomowy moment w życiu panicza Wayne'a, który od tego momentu postanawia zwalczać wszelkie zło i występek. A jakże chce to czynić? Otóż sam stając się przestępcą chce poznać motywacje ludzi, które skłaniają ich do czynienia zła. W końcu w trzeciorzędnym więzieniu na głębokim zadupiu cywilizacji poznaje Ducarda (Liam Neeson), który pokazuje mu inną ścieżkę walki ze złem – mistyczną organizację zwaną Ligą Cieni.
źródło: http://www.starpulse.com/
Wielkim plusem "Batman Begins" są bardzo ładne krajobrazy w czasie podróży i szkolenia Bruce Wayne'a. W tej odsłonie Gotham City może nie wygląda jeszcze tak imponująco jak w kolejnych, ale trafiło się kilka niezłych ujęć. W każdym razie jako miasto pogrążające się w totalnym chaosie wypada całkiem poprawnie. Pod względem fabularnym film Nolana wypada niestety znacznie gorzej niż za pierwszym razem, gdy go oglądałem. Ciekawie wypada scena, w której Ducard opowiada o swojej przeszłości i żonie, którą mu kiedyś odebrano (o córce jakoś widocznie sobie zapomniał). Nie rozumiem za to na przykład dlaczego Liga Cieni chce zniszczyć Gotham City. Ra's Al Ghul (Ken Watanabe) i Ducard zamiast to wytłumaczyć w normalny sposób opowiadają jakieś bełkotliwe farmazony o determinizmie historycznym. Kilka motywów ma wysoce żenujący charakter. Szczególnie przoduje w tej kategorii ultra przykra śmierć Ra's Al Ghula, który pożegnał się z ziemskim padołem przygnieciony przez pięć płonących sztachetek. Równie gorszący był skill Batmana nietoperze na żądanie, z którego szczęśliwie skorzystał tylko raz. Generalnie efekty specjalne zaliczam na plus, niemniej nie są ani specjalnie porywające ani specjalnie słabe.
źródło: http://www.starpulse.com/
Kontem oka przyjrzyjmy się postaciom i aktorstwu. Panicz Wayne jest miałki, nawet nie umie stracić człowieka oskarżonego o zabójstwo i domaga się dla niego sądu w kraju trzeciego świata. No ale jak się miało tak wspaniałego ojca to postawy moralne tego rodzaju nie powinny dziwić. Christian Bale wypada nawet w porządku, potrafi być przekonujący. Niemniej świetną kreację, przykuwającą uwagę, stworzył Michael Caine, wcielający się w wiernego i niezawodnego lokaja Alfreda. Oczywiście po stronie dobra występuje również nieprzekupna i urocza asystentka prokuratora Rachel (Katie Holmes), prywatnie znajoma Bruce'a z dzieciństwa. Istna emanacja dobra. Warto zwrócić również uwagę na nieprzekupnego i prawego sierżanta Gordona (Gary Oldman), który został chyba jedynym uczciwym gliną w mieście oraz pomysłowego wynalazcę Foxa (Morgan Freeman). Pod względem zła też jest ciekawie. Fajne role Toma Wilkinsona (Falcone) oraz Cilliana Murphy (dr Crane z Arcam). Jednak najwięcej do powiedzenia na tym polu ma Liam Neesson (Ducard), którego postać wydaje mi się najbardziej interesująca w całym filmie. Oprócz tego mamy wiele ciekawych ról epizodycznych: pojawia się m.in. znany z serialu "Sons of Anarchy" Mark Boone Junior czy też Rutger Hauer. Zaiste niebywały gwiazdozbiór aktorski!
źródło: http://www.starpulse.com/
Po upływie czasu postanowiłem jednakże zredukować ocenę "Batman Begins". Mimo doborowej obsady oraz poprawnych efektów film rozczarował mnie znacznie pod względem fabularnym. Kilka lat temu wydawało się to całkiem fajne, ale patrząc z perspektywy całej trylogii Nolana czuję się troszkę rozczarowany. Mimo wszystko uważam, że jest pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów kina rozrywkowego, gdyż stoi na wysokim poziomie pod względem realizacji. Jednym zdaniem dobre, acz rzemieślnicze kino o umiarkowanych ambicjach (ach ta walka z własnymi słabościami!) i ciekawe otwarcie nowej serii o Człowieku-Nietoperzu.
źródło: http://www.starpulse.com/
Ocena: 6/10.

poniedziałek, 11 lutego 2013

"Kill Switch"

"Kill Switch" (u nas znany jako "Zabójczy cel") to ciekawy przykład filmu ze Stevenem Seagalem. Niby wydawałoby się, że wszystko jest już ustawione i upadły gwiazdor kina kopanego będzie skazany na kręcenie niskobudżetowych produkcji w Europie Środkowo-Wschodniej do końca swoich dni. Wyrok zapadł, apelacje odrzucone, nie możliwości ułaskawienia. A jednak... "Zabójczy cel" w porównaniu do dotychczasowych europejskich wycieczek Seagala i Snipesa wygląda jak "Gladator" przy polskim "Quo Vadis". Budżet w wysokości 10 milionów USD? To widać na ekranie i to musi robić wrażenie! Wielu z Was może się dziwić po co oglądać tego rodzaju filmy (choć podejrzewam, że większość don't give a fuck). Odpowiedź jest prosta: lubię chujowe produkcje, a ich oglądanie sprawia mi ogromną radość oraz poprawia nastrój.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Rzut okiem na fabułę i już wiadomo, że mamy do czynienia z dziełem wybitnym. Jacob (Steven Seagal) jest policjantem, co świadczy o ogromnej odwadze i oryginalności twórców, gdyż tak mało filmów nakręcono o dzielnych stróżach prawa! Niemniej Jacob to gliniarz bardzo nietypowy, dysponujący niezwykle ciekawym warsztatem. Przykład? Proszę bardzo: na początku filmu nasz bohater brutalnie przesłuchuje podejrzanego, a zamiast aresztować go w tradycyjnym sposób, mocnym kopem z obrotu wyrzuca potencjalnego przestępcę przez okno mniej więcej z trzeciego piętra. Wspaniałe, nieprawdaż? Któż zatem jak nie Jacob może stawić czoło seryjnemu zabójcy grasującemu po mieście? Serial killa nosi ksywę Astrolog i co zaskakujące interesuje się astrologią! Zostawia także notki z tajemniczym szyfrem, co oczywiście nie wywołuje u widza uczucia wtórności i rżnięcia po całości.
źródło: http://www.imdb.com/
Postać, w którą wciela się Steven Seagal, to prawdziwy gliniarz renesansu, a jednocześnie bezlitosna maszyna do zabijania. Nie dość, że mistrzowsko wyszkolony w martial arts to na dodatek w wolnych chwilach para się kryptologią (level: master). Jacob jest tak pochłonięty pracą, że nie ma nawet czasu na seks z ponętną i napaloną Celine (Karyn Michelle Baltzer), która upija się winem na jego kwadracie. Oczywiście nie jest to postać całkowicie pozbawiona słabości, gdyż w naszym wszechświecie może istnieć tylko jeden Michael "Mike" Danton. Jacoba nawiedzają niejasne flashbacki z dzieciństwa, a poza tym nie umie powiedzieć "przepraszam". Zamiast poprosić kogoś, aby go przepuścił woli złamać mu nogę lub rękę. Na jego tle reszta postaci jawi się mało interesująco. Storm (Chris Thomas King), czarny partner naszego bohatera jest kryształowo uczciwy. Oczywiście nasi dzielni gliniarze dostają do pomocy niedoświadczoną agentkę FBI Frankie Miller (Holly Elissa). Jako typowa rookie rzyga przy sekcji zwłok i nie ma szacunku u Jacoba. Jak łatwo się domyślić udział agentów federalnych w śledztwie prowadzi do częstych utarczek z miejscową policją. Chyba jest to jakiś hollywoodzki kanon, którego nie może zabraknąć w żadnym filmie o stróżach prawa. W kwestii przeciwników Jacoba również nie ma szału, gdyż co jeden to większy pojeb i w zasadzie nikt nie może zostać uznany za normalnego geniusza zbrodni. Podsumowując jedyną fajną postacią obok Jacoba jest koroner, grany przez legendarnego i niestety nieżyjącego już Isaaca Hayesa.
źródło: http://www.imdb.com/
"Zabójczy cel" bardzo mnie zaskoczył pod względem brutalności. Od pierwszych scen z radością patrzyłem jak Jacob co rusz spuszcza przeciwnikom ciężki wpierdol. Nie ma tu litości i odpuszczania. Wymuszanie zeznań młotkiem lub poprzez metodyczne łamanie zębów? Czemu nie, jeśli tylko przynosi efekty (a uwierzcie, że przynosi). Odnośnie sceny z młotkiem chciałem początkowo użyć stwierdzenia "bije młotkiem", aczkolwiek nie oddaje ono w żaden sposób tego co dzieje się na ekranie. Znacznie trafniejsze wydaje się "napierdala młotkiem". Ponadto widać wyraźną fascynację twórców tłuczonym szkłem – w filmie naprawdę zużyto imponujące ilości tego surowca. "Zabójczy cel" powinien zatem służyć jako sztandarowy przykład ukazujący jak powinna wyglądać brutalność we współczesnym kinie. Niestety rozwój akcji nie ma praktycznie żadnego sensu, a fabuła to same klisze. Co robi Jacob gdy chce zdobyć potrzebny informacje? Otóż udaje się do miejscowej biblioteki (zapewne w USA do dzisiejszego dnia nie wynaleziono jeszcze internetu) i przesłuchuje bibliotekarkę ze znajomości współczesnej poezji oraz astrologii – szkoda, że nie młotkiem lub sekatorem! Okazuje się ponadto, że nawet jeśli ktoś jest stróżem prawa na poziomie pro, to prawdopodobieństwo trafienia przeciwnika z odległości pięciu metrów wynosi poniżej 1%. Co ciekawe dla porównania każdy strzał w randomową rurę powoduje eksplozję. Co za ironia! W kwestii montażu zastosowano ciekawy efekt: powtarzanie w slow motion kilku kolejnych ujęć. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wykorzystano tego efektu w co drugiej scenie, przez co szybko staje się nieznośnie nużący.
źródło: http://www.imdb.com/
Odrębny akapit postanowiłem poświęcić na zakończenie "Zabójczego celu". Jak żyję czegoś takiego nie widziałem. Uczuć jakie towarzyszyły mi podczas oglądania ostatnich scen filmu nie da się wyrazić w żadnym ze znanych języków ludzi, elfów czy krasnoludów. Jest to chyba najbardziej absurdalny, bezsensowny i niczym nie uzasadniony finał jaki miałem okazję oglądać. Możliwe, że twórcom się coś pomyliło i w takcie montażu wkleili do "Zabójczego celu" zakończenie z jakiejś innej produkcji. Totalnie nie wiem jak można było coś takiego zrobić! Gdyby nie wysoki poziom brutalności dałbym bez wahania 2/10, aczkolwiek postanowiłem być litościwy. Zatem trójka, ale jedna z najsłabszych w dziejach.
źródło: http://www.imdb.com/
Ocena: 3/10.

czwartek, 7 lutego 2013

Bond No. 23: "Skyfall"

Oczekiwania odnośnie "Skyfall" były zdecydowanie większe niż w stosunku do "Quantum of Solace". Złożyło się na to wiele czynników, ale moim zdaniem najwięcej nadziei pokładano w osobie Sama Mendesa, który podjął się reżyserii 23 filmu o przygodach Jamesa Bonda. Chociaż ten angielski reżyser w późniejszej karierze nie zdołał powtórzyć sukcesu "American Beauty" to jednak kręcił niezwykle solidne produkcje. Przyznam, że osobiście liczyłem na kolejną doskonałą odsłonę, co najmniej na poziomie "Casino Royale", w końcu 50-lecie ekranowego Bonda zobowiązuje. Przed projekcją naczytałem się ponadto wielu recenzji zawodowych krytyków filmowych, którzy w większości zachwycali się cudownością nowego Bonda oraz rozbudowaną warstwą psychologiczną. W dalszej części recenzji się z wami rozprawię, kłamliwe skurwysyny! Niemniej zanim do tego dojdzie przyjrzyjmy się fabule "Skyfall".
źródło: http://www.impawards.com/index.html
W przeciwieństwie do "Quantum of Solace" najnowszy Bond nie zawiera dosłownie żadnych odwołań fabularnych do poprzedniej części. A to dziwne, ponieważ tajemnicza i potężna organizacja Quantum nie została przecież całkowicie zniszczona. Niemniej twórcy olewają te wątki i od razu rzucają nas w sam środek akcji. "Skyfall" otwiera dynamiczna sekwencja pościgu po Istambule i okolicach z wykorzystaniem wszelkich środków transportu. Odbieram to jako oczywisty ukłon ku Bondom bardziej klasycznym. 007 (Daniel Craig) ściga człowieka, który bezczelnie zrabował dysk z danymi agentów NATO zakamuflowanych we wszelakich organizacjach terrorystycznych na całym świecie. W wyniku niefortunnej walki na dachu pędzącego pociągu Bond zostaje raniony i uznany za poległego w boju. Wykorzystując uśmiech losu 007 zostaje tropikalnym bejem oddając się alkoholizmowi oraz innym przyjemnościom. Jednak gdy M (Judi Dench) nawiedzają demony przeszłości, Bond od razu porzuca idylliczne wakacje i wraca do służby JKM.
źródło: http://www.skyfall-movie.com/site/
W "Skyfall" nie mogło zabraknąć typowego dla serii zwiedzania pięknych i egzotycznych zakątków świata. Tym razem wraz z Bondem odwiedzamy Istambuł, jakieś tropiki, Szanghaj, Makao, mglisty szkocki Highland oraz klasycznie deszczowy Londyn. Dosyć nietypowym rozwiązaniem było osadzenie sporej części akcji filmu na Wyspach Brytyjskich. Same sekwencje w Londynie są dosyć długie w porównaniu do poprzednich filmów serii, ale za to zdjęcia z Chin są naprawdę imponujące! Chociaż na co dzień mam dużo styczności z chińskimi portami i lotniskami to nie spodziewałem się, że można je pokazać w tak piękny sposób. Wielkie brawa, chociaż łatwo wysunąć zarzut, że "Skyfall" to reklamówka Szanghaju i Makao (ale za to niezwykle urokliwa!). Jednak w mojej nieskromnej opinii najpiękniejsze sekwencje krajobrazowe nakręcono na szkockich wyżynach – sprawiły mi one ogromną radość i wywołały prawdziwy entuzjazm! Pod względem wizualnym "Skyfall" zasługuje na najwyższe noty. Niemniej jest to Bond wyjątkowy pod wieloma innymi aspektami. Po pierwsze wyróżnia się stosunkowo niską efektownością. Po otwierającej sekwencji myślałem, że nowy Bond będzie przeładowany efektami specjalnymi, a tu o dziwo ogromne zaskoczenie, bo ich niemal brak. Nie ma gadżetów (czyli w sumie utrzymano trend występujący od "Casino Royale"), ba nawet Q wyśmiewa oczekiwania Bonda w tej kwestii. I to mi się nawet podoba, chociaż ortodoksyjni fani serii mogą się poczuć rozczarowani.
źródło: http://www.skyfall-movie.com/site/
Jeśli chodzi o fabułę, "Skyfall" odbieram jako ogromny zawód. Upadek Bonda do wody od razu skojarzył mi się z analogiczną sceną w "Dwóch wieżach". Tyle, że Aragorn jednak postanowił nie zostać bejem i w miarę szybko się ogarnął. I tu wracamy do tak zwanej warstwy psychologicznej filmu. Jeśli zostanie bejem ma świadczyć o głębokiej psychologii postaci to ja pragnę przytoczyć przykład "Die Hard 3". Zauważmy, iż na początku zawieszony John McClane od samego rana ładuje gorzałkę i pali cygarety oglądając kreskówki. I jeśli to ma świadczyć o rozbudowanej psychologii postaci to ja twórcom "Skyfall" serdecznie dziękuję. Również rozwalanie siedziby MI6 to nie jest to coś nowego. Przypominam, że w "The World Is Not Enough" oglądaliśmy coś podobnego, aczkolwiek na mniejszą skalę. Wielu krytykowało "Prometeusza" za wykonanie skomplikowanej operacji w znacznie bardziej zaawansowanej technologicznie przyszłości, ale jakoś nikt nie czepia się, że Bond samodzielnie wyciąga sobie resztki kuli przed lustrem! Jednak prawdziwie dramatyczny spadek poziomu następuje, gdy akcja przenosi się do Szkocji. Mimo pięknych zdjęć oglądanie filmu od tego momentu przyniosło mi wiele smutku i żalu. Nie dość, że musiałem oglądać Kincade'a (Albert Finney), który stanowi jaką bondowską wersję Hagrida z "Harry'ego Pottera" to przygotowania do finałowej batalii są na poziomie średnich odncinków "Drużyny A" i "MacGyvera". Na koniec największy zarzut ode mnie: jakby na to nie patrzeć, ale przepraszam bardzo, Bond zjebał misję, a na końcu niemal całują go po rękach! Toż to absurd i nonsens w najczystszej postaci! Poza tym wszystkim dostajemy kilka ukłonów w stronę bardziej klasycznych Bondów (m.in. Aston Martin DB 5, warany w Makao), które są akceptowalne i nie wywołują uczucia żenady.
źródło: http://www.skyfall-movie.com/site/
Daniel Craig wypada w "Skyfall" przyzwoicie, aczkolwiek jako zarośnięty tropikalny bej pozbawiony wszelkiego skilla jest dla mnie obojętny. Rzeczą, którą uwielbiałem w "Casino" i "Quantum" były relacje Bonda i M. Tym razem niemalże nie miałem okazji tego uświadczyć. Chociaż Judi Dench jest świetna jak zwykle (polecam scenę, gdy stoi przy trumnach nakrytych Union Jackiem) to jakoś jej relacje z 007 nie są już tak magnetyczne jak w poprzednich odsłonach. Przepraszam za spoiler, ale jej odejście z serii mogłoby wyglądać naprawdę znacznie lepiej. Po stronie dobra występuje również prawy i sprawiedliwy Gareth Mallory. Ralph Fiennes jest w porządku, aczkolwiek jego postać jej moim zdaniem strasznie czerstwa i sztampowa. Szkoda, że będę ją musiał oglądać w kolejnych odsłonach. Zdaje się, że jedyną kwalifikacją pana Mallory'ego do bycia dobrym człowiekiem jest służba wojskowa w Irlandii Północnej. Co ciekawe w chwilach wolnych od podpalania irlandzkich domów i strzelania do uczestników pokojowych manifestacji nasz wspaniały heros dostał się do niewoli IRA. Żenua. Nowy Q (Ben Whishaw) jest bardzo młodzieżowy i niestety budzi we mnie fatalne skojarzenia z traumą "Die Hard 4.0". Dziewczyny Bonda gdzie są spytacie? Otóż i tu wprowadzono pewne novum, bo zamiast jednej są niby dwie, a faktycznie to nie ma żadnej. Naomie Harris (Eve) i Bérénice Marlohe (Sévérine) są do przyjęcia, ale jeśli miałbym wybierać to zdecydowanie stawiam na tę drugą, ponieważ coś w sobie ma. Na koniec zostaje villain Silva – świetna rola Javiera Bardem, aczkolwiek tego rodzaju postać w "Skyfall" to dla mnie zdecydowany krok w tył w stosunku do "Casino Royale". Geniusz zła z tak nieudolnym i randomowym planem? Naprawdę?
źródło: http://www.skyfall-movie.com/site/
Ewolucja dokonana w "Casino Royale" na nowo ożywiła serię i nadała jej pewne znamiona realizmu. "Quantum" było w miarę w porządku, ale zdecydowanie nie dorównywało poziomem części poprzedniej. Natomiast kierunek w jakim podąża "Skyfall" wywołuje u mnie potężny niepokój. Film Sama Mendesa mogę z pewnością zakwalifikować jako najdziwniejszego Bonda lub eksperyment, który po prostu nie wypalił. Ostateczna ocena "Skyfall" sprawiła mi wiele trudności, gdyż umiejscowienie 23 Bonda w odniesieniu do całej serii nie było łatwym wyzwaniem. Na pewno przegrywa z klasycznymi filmami z Seanem Connerym i "Casino Royale". Tu nie ma żadnych wątpliwości. Problem pojawił się jednakże w odniesieniu do "Quantum", które większość ludzi hejtuje (moim zdaniem niezasłużenie). Z pewnych względów miałem ochotę uhonorować "Skyfall" podobną oceną, choćby za piękne zdjęcia czy dobre aktorstwo. Po głębokim namyśle uznałem jednak, że 7/10 to zbyt wygórowana ocena dla produkcji Sama Mendesa. Zbyt wygórowane oczekiwania w stosunku do "Skyfall" oraz straszliwie słaby scenariusz przyniosły niespodziewanie ogromne rozczarowanie. Jeśli kiedykolwiek IMDb wprowadzi połówki, to ocena pójdzie z deczka w górę. Niemniej z ogromnym niepokojem oczekuję 24 Bonda.
źródło: http://www.skyfall-movie.com/site/

Ocena: 6/10.

środa, 6 lutego 2013

"Groundhog Day"

Szczęśliwie "Dzień Świstaka" powstał w okresie, w którym twórcy filmów określanych mianem komedii mieli jeszcze jakiś szacunek do swojej widowni. Patrząc na komedie z dwóch ostatnich dekad na palcach jednej ręki mogę zliczyć te, który były autentycznie zabawne. Nie chcę nawet wspominać o polskich produkcjach, gdyż ostatnio rodzime filmy rozrywkowe odważnie eksplorują nieznane dotąd poziomy chujowości. Co gorsza, mimo miażdżącej krytyki, cały czas powstają nowe filmy, które są jeszcze gorsze od poprzednich. Zastanawiam się jak jest w ogóle możliwe i jak długo to jeszcze potrwa? Abstrahując od powyższych wynaturzeń dzisiaj na warsztat biorę przykładową amerykańską produkcję z ciekawym pomysłem przekutym w autentycznie zabawny i inteligentny film.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Tytułowy Dzień Świstaka to doroczne święto obchodzone w zadupnym miasteczku w Pensylwanii. Generalna idea tegoż wieśniackiego festynu to prognoza wcześniejszego nadejścia wiosny, za którą odpowiada miejscowy świstak. Sławny telewizyjny ekspert od pogody Phil (Bill Murray) każdego roku udaje się na zadupie, aby przeprowadzić relację z bezsensownych igrzysk. Dziennikarz jest coraz bardziej zdegustowany otaczającą go małomiasteczkową rzeczywistością. Z pogardą odnosi się nie tylko do miejscowych, ale i do swojej ekipy składającej się z producentki Rity (Andie MacDowell) oraz kamerzysty Larry’ego (Chris Elliott). Czara goryczy zostaje przelana, gdy wskutek śnieżycy Phil musi zostać w Pensylwanii na kolejny dzień. Co gorsza po obudzeniu odkrywa, że wpadł w pętlę czasową i nieskończoną ilość razy będzie przeżywał Dzień Świstaka.
źródło: http://www.starpulse.com/
Pomysł zabawy z czasem jest zaiste wyśmienity! Daje bowiem wiele wspaniałych możliwości i muszę przyznać, że pod tym względem rozwój fabuły mnie nie rozczarowuje. Oglądamy jak Phil powoli uczy się radzić sobie z powtarzalnością Dnia Świstaka. Początkowo jest bardzo nieporadny i zagubiony. Z czasem nasz bohater odkrywa jak w łatwy sposób może realizować partykularne interesy wykorzystując wiedzę uzyskaną dnia poprzedniego. Mimo wszystko nie jest to łatwa droga, przez co Phil ponosi wiele zabawnych porażek. Genialnie ukazano niektóre sceny powtarzane po kilka razy, a różniące się od siebie jedynie pojedynczym szczegółem. Podobny motyw powtarzającego się w kółko tego samego dnia wykorzystano między innymi w jednym z odcinków "Z archiwum X" (o ile mnie pamięć nie myli dotyczył napadu na bank). Do świetnego pomysłu fabularnego dodano niezwykle śmieszne dialogi, które nie są ani trochę żenujące nawet w dzisiejszych czasach. A że jest niemal oczywisty wątek miłosny? Co z tego, "Dzień Świstaka" to ciepła komedia, która ma cieszyć widzów i moim zdaniem tę rolę doskonale spełnia.
źródło: http://www.starpulse.com/
Największą siłą filmu Harolda Ramisa jest Bill Murray. Wprost imponujące aktorstwo! Murray stworzył postać z krwi i kości: Phil jest autentycznym i zadufanym w sobie kutasem, który fatalnie znosi małomiasteczkowe realia. Z drugiej strony wydaje mi się, że mamy wiele wspólnego, bo widziałbym u siebie podobne reakcje na tego rodzaju atrakcje. Tyluż debili wokół nas przecież! Świetna rola, naprawdę nie wyobrażam sobie aby ktokolwiek inny niż Murray mógł wypowiadać kwestie Phila. W całym swoim życiu poznałem tylko jedną osobę, która otwarcie przyznała, że nienawidzi tego aktora. Chociaż do dzisiaj nie rozumiem za co – ale cóż poradzić, takież są uroki dyskusji na melanżach. Gdybym wierzył w sens Oscarów, Murray z pewnością powinien dostać jednego za tę rolę. Na przeciwnym biegunie, w stosunku do zachowania Phila, znalazła się natomiast Rita, która świetnie bawi się w czasie Dnia Świstaka. Andie MacDowell stworzyła bardzo ciepłą i sympatyczną postać, którą większość widzów polubi natychmiast. Całkiem fajna i dosyć przekonująca rola. Również Chris Elliott zagrał bardzo dobrze, wcielając się w trochę może niezdarnego, ale wesołego kamerzystę Larry'ego. Nie zawodzi także rzesza aktorów drugoplanowych grająca małomiasteczkowych bohaterów często występujących jedynie w pojedynczych epizodach.
źródło: http://www.starpulse.com/
Jeśli macie zatem ochotę obejrzeć inteligentną (w pełnym tego słowa znaczeniu) komedię to śmiało polecam "Dzień Świstaka". Na pewno nie będziecie zażenowani poziomem żartów, gdyż filmu nie wypełniają homoseksualne odwołania bądź też kloaczne żarty typowe dla przykrej polskiej kinematografii rozrywkowej. W sumie to trudno mi sobie wyobrazić, aby ktokolwiek z Was nie oglądał jeszcze tej produkcji, gdyż puszczano ją już chyba z milijion razy w telewizji. Ale życie bywa pełne niespodzianek, więc gorąco polecam, gdyż jest to jedna z najlepszych komedii w dziejach Hollywood.
źródło: http://www.gonemovies.com/
Ocena: 8/10.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

"The Specialist"



"The Specialist" pamiętam doskonale z odmętów mojego dzieciństwa. Pod wieloma względami jest to dla mnie niezwykle wyjątkowy film, gdyż to właśnie od produkcji Luisa Llosy z 1994 roku zaczęła się moja wybitna kariera recenzencka. W zamierzchłych czasach podstawówki dostaliśmy na polskim zadanie napisania recenzji. Początkowo planowałem opisać jakiś odcinek "Z archiwum X", aczkolwiek ostatecznie zrezygnowałem z tego pomysłu skupiając się na "Specjaliście". Nie sposób dzisiaj ustalić czy ówczesna recenzja była czerstwa czy nie. Pamiętam natomiast, że zawierała megaspoilery, ale mimo to przyniosła mi wieczną i nieśmiertelną chwałę. Po wielu latach ponownie stanąłem przed dziełem, które stanowi kamień węgielny moich sukcesów.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Specjalista" to opowieść o zemście, która najlepiej smakuje serwowana na zimno. Wiele lat temu rodzina May Munro (Sharon Stone) została brutalnie zamordowana przez bezlitosny kartel. Mimo upływu czasu nadal największym pragnieniem tej uroczej kobiety jest pomszczenie swoich bliskich. Dlatego też podejmuje niebezpieczną grę stając się kochanką Tomasa Leona (Eric Roberts), syna bossa kartelu. Jednakże May nie ma talentu do mordowania i potrzebuje kogoś kto odwali za nią brudną robotę. Postanawia zatem skorzystać z usług byłego agenta CIA, a obecnie najlepszego najemnego pirotechnika na rynku. Chociaż Ray Quick (Sylvester Stallone) długo waha się czy przyjąć zlecenie, w końcu ulega czarowi May i przystępuje do eksterminacji bezwzględnych oprawców. Wszystko byłoby super gdyby na scenę nie wkroczył Ned Trent (James Woods), również były agent CIA, a obecnie przydupas kartelu, opętany chęcią schwytania Raya.
źródło: http://www.hotflick.net/
Jeśli chodzi o fabułę w "Specjaliście" to rozwija się co najmniej dziwnie, a i główny pomysł fabularny pozostawia wiele wątpliwości. W retrospekcjach oglądamy bowiem małą May przyglądającą się eksterminacji jej bliskich z szafy. Co ciekawe cała trójka oprawców wygląda po latach dokładnie tak samo jak w przeszłości! Mniej więcej od połowy filmu pod względem fabularnym zaczyna być niemal tragicznie i z bólem musiałem na to patrzeć. Nad finałem natomiast pastwić się nie mam zamiaru, gdyż pragnę wymazać go na zawsze z pamięci. Generalnie cały film jest tak jakby osadzony w latach 80-tych, chociaż nakręcono go w 1994 roku. Moim zdaniem idealnie wpasowałby się w lata 80-te, ale niestety powstał o wiele za późno. W innym przypadku mógłbym wybaczyć wiele ułomności, ale w połowie lat 90-tych sadzić takich rozwiązań po prostu nie wypada. Poza tym mam ogromny żal do twórców za efekty specjalne. Jak można dopuścić by w filmie, którego główny bohater zajmuje się zawodowo robieniem bomb, zabrakło epickich eksplozji urywających dupę? Co gorsza wybuchy w "Specjaliście" wyglądają straszliwie miernie (zdecydowanie najgorszy w hotelu) – jedynie jakoś fajnie wygląda finałowa sekwencja, ale i tu pozostaje niedosyt. No jak tak można przy budżecie wynoszącym 45 milionów USD? Poza tym oczywiście wpleciono trochę schematycznych rozwiązań typu przygarnięcie bezdomnego kota czy też obowiązkowa walka w hotelowej kuchni.
źródło: http://www.hotflick.net/
Czas na ocenę popisów aktorskich. Ray Quick to zjebana postać od samego początku: jeździ autobusem, ma kota, naparza oprychów w środkach komunikacji miejskiej, a w wolnych chwilach uprawia stalking. Doceniam, że Sylvester Stallone naprawdę starał się żeby nie była aż tak czerstwa, jak zamierzyli scenarzyści. W zasadzie trudno powiedzieć, żeby Ray był głównym bohaterem filmu, gdyż w początkowej fazie jest go strasznie mało na ekranie. Najwięcej uwagi skupia się na May – Sharon Stone momentami wygląda w "Specjaliście" zjawiskowo, w szczególności nago. Świetnie zagrana postać ze zmysłowym głosem, chciałem ją oglądać w każdej scenie filmu. Podsumowując parę głównych bohaterów muszę nadmienić, że "Specjalista" zawiera legendarną scenę seksu pod prysznicem. Mimo zachwytów Sharon Stone nie dostanie ode mnie jednak nagrody za najlepszą rolę w tej produkcji. Palmę pierwszeństwa przekazuję bowiem Ericowi Robertsowi, który stworzył kreację o magnetycznej sile. Imponujące aktorstwo, Tomas robi ogromne wrażenie jako ultimate hustla i natychmiast uwierzyłem, że jest to postać z krwi i kości, a nie czerstwy wytwór scenariusza jak Ray. Świetnie rozpisano relację Tomasa i Neda, dzięki czemu powstała genialna scena z fakolcem. Niestety do aktorstwa Jamesa Woodsa mam parę zarzutów, bo wygląda w "Specjaliście" jak inspiracja dla demonicznego warsztatu Cage’a. Na szczęście pozostali aktorzy wypadają bardzo dobrze. W szczególności Rod Steiger (Joe Leon) oraz Mario Ernesto Sánchez (Charlie) zasługują na oklaski.
źródło: http://www.hotflick.net/
Czy warto zatem obejrzeć "Specjalistę"? Jeśli pominiemy momentami koszmarną fabułę i skupimy się na podziwianiu upalnego Miami w wersji bling bling, to można się nawet dobrze bawić. Posiadłości z MTV Cribs, szybkie auta i piękne kobiety zawsze mogą znacznie polepszyć nastrój i pozwolić zapomnieć o reprezentowaniu biedy w szarej polskiej rzeczywistości. Klimat z lat 80-tych nadal dominuje w filmie, więc jeśli ktoś z Was lubi tego rodzaju zabawy to się na pewno nie zawiedzie. Z oceną mam pewien problem, bo normalnie powinienem postawić na zdecydowanie większy hejting, ale z powodów wymienionych we wstępie czuję pewien sentyment do "Specjalisty". Dlatego też, i honorując kreację Erica Robertsa, końcowa ocena została podwyższona z deczka. Zrozumiem, jeśli ktoś wystawi dużo niższą notę.
źródło: http://www.hotflick.net/
Ocena: 6/10 (głównie za Erica Robertsa).

sobota, 26 stycznia 2013

"Whiteout"


"Whiteout" zalicza się do niewielkiego grona filmów, o których nie słyszałem nic a nic przed projekcją. W zasadzie fajnie czasem zasiąść przed telewizorem bez żadnych uprzedzeń i gotowej opinii wyrobionej pod wpływem czytania recenzji. Zważywszy, że za reżyserię odpowiadał Dominic Sena – autor legendarnych hitów pokroju "60 sekund", "Kodu dostępu" czy też "Polowania na czarownice". Na szczęście w "Zamieci" (jak zgrabnie przetłumaczono tytuł) nie ma demonicznego Cage’a. I jest to pierwsze zaskoczenie. Kolejne to umiejscowienie akcji filmu na dalekiej i wyjątkowo mroźnej Antarktydzie. Sprawia to, że w obecnych warunkach atmosferycznych możemy wyjść na dwór i poczuć się niemal jak bohaterowie "Whiteout". Trzeci bonus to obsada głównej roli – Kate Beckinsale.
Bardzo klawy plakat swoją drogą
(źródło: http://www.impawards.com/index.html)
"Whiteout" rozpoczyna się od mocnej sceny katastrofy samolotu gdzieś na Antarktydzie. Chwilę potem poznajemy główną bohaterkę filmu – szeryf federalną Carrie Stetko (Kate Beckinsale). Przy okazji zapoznajcie się z ideą U.S. Marshal Service, bo nie każdy rozumie czym zajmują się ci funkcjonariusze, a szeryf federalny to nie to samo co zwykły szeryf. Na co dzień Stetko pilnuje porządku w amerykańskiej stacji badawczej. Właśnie zbliża się półroczny okres ciemności, gdy jeden z naukowców zostaje zamordowany. Sprawa jest bardzo tajemnicza, gdyż ciało zostaje znalezione daleko od bazy i nikt nie wie w jaki sposób się tam znalazło. Dodatkowym utrudnieniem dla śledztwa jest zbliżająca się nieuchronnie zimowa ewakuacja większości personelu stacji.
źródło: http://www.fandango.com
Osadzenie akcji "Whiteout" na Antarktydzie uważam za świetny pomysł, gdyż obszar ten jest zdecydowanie za mało eksplorowany we współczesnej kinematografii. Doskonale oddano realia panujące w tej lodowej krainie. Bohaterowie ulegają wychłodzeniu i odmrożeniom – widzieliście żeby kiedykolwiek główny bohater filmu stracił palce w wyniku odmrożenia? Naprawdę mocna scena i muszę przyznać, że tego rodzaju obrażenia przedstawiono wyjątkowo naturalistycznie. Momentami oglądałem niezwykle urokliwe krajobrazy i tutaj należą się spore brawa za zdjęcia. Na pewno ogromną zaletą filmu jest sekwencja w której Kate Beckinsale paraduje przez dłuższą chwilę w samej bieliźnie, a następnie bierze prysznic. Niestety, jak to często bywa we współczesnej kinematografii, po raz kolejny zmarnowano spory potencjał leżący w tejże scenie. Powyższe stwierdzenie można zasadniczo odnieść do całości – chociaż dostrzegałem pewien potencjał, to twórcy zdecydowanie go nie wykorzystali. Momentami "Whiteout" przypomina amerykańskie horrory najgorszego sortu. Wszyscy znamy wspaniałe sekwencje, gdy bohaterka nieudolnie ucieka przed zamaskowanym napastnikiem z nietypowym narzędziem zbrodni, potykając się co chwila lub natykając się na zamknięte drzwi. Naprawdę można mi było tego oszczędzić tym razem. Mam również zarzuty co do rozwoju fabuły, gdyż pojechano wyjątkowo sztampowo i przewidywalnie. Generalnie rozwiązanie mocno przypomina pierwszą część "Krzyku" Wesa Cravena i dlatego nie stanowiło dla mnie żadnego zaskoczenia.
źródło: http://www.fandango.com
W kwestii popisów aktorskich nie ma żenady, ale jakichś specjalnie rewelacyjnych kreacji również nie uświadczyłem. Kate Beckinsale bardzo fajnie, a przede wszystkim naturalnie, wpasowała się w swoją rolę. Jej Stetko jest wiecznie niezadowolona i nie liczcie, że nagle promienny uśmiech spłynie na jej twarz. Dosyć przekonywująca rola, do której prawie nie mam żadnych zarzutów (wyłączając sekwencje ucieczki przed mordercą, ale za to winię genialnych scenarzystów). Z pozostałych wykonawców najlepiej prezentuje się z pewnością Tom Skerritt (dr Fury), a ale zaraz zanim plasują się Gabriel Macht (Pryce) oraz Columbus Short (Delfi). Wystawiając ocenę końcową dla "Whiteout" miałem poważny problem. Z jednej strony jest to przeraźliwie wtórne i przewidywalne kino, aczkolwiek doskonale odwzorowano warunki klimatyczne na Antarktydzie. Poza tym twórcy nie upchnęli w filmie żadnego chujowego wątku romantycznego, za co zyskują u mnie wielki plus. Przemoc na wysokim poziomie oraz sporo krwi świetnie wyglądającej na śniegu sprawiają, że "Whiteout" ogląda się bardzo dobrze. Jednak nie na tyle dobrze, by zapomnieć o oczywistych wadach filmu.
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 5/10.