Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steven Seagal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steven Seagal. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 września 2013

"Machete"


Fake'owy trailer "Machete" to jedna z najlepszych produkcji tego rodzaju w historii kinematografii. Geniusz zawarty w ponad 3-minutowym filmiku, stanowiącym integralną część "Grindhouse", jest niemal nie do opisania. Naprawdę nie wyobrażam sobie, żeby można to było zrobić lepiej! Jakież było zatem moje zdziwienie, gdy usłyszałem, że Robert Rodriguez postanowił nakręcić wersję pełnometrażową. Z drugiej strony powszechnie wiadomo, że postać Machete cieszyła się ogromną popularnością, więc próby przekucia jej sukcesu w dolary mają uzasadnienie. Ponadto według informacji z IMDb Danny Trejo niemal codziennie molestował Rodrigueza, aby wziął się wreszcie za kręcenie filmu. Jednakże obawiałem się mocno czy geniusz ukazany w 3-minutowym trailerze da się na pewno przekuć w znacznie dłuższą i równie dobrą produkcję? Z trzeciej strony uważam również, że aktor tak charakterystyczny i zasłużony dla kina jak Danny Trejo, zasłużył na choćby jedną szansę w karierze, aby zostać obsadzonym w roli głównej, a nie jak zawsze szwendać się gdzieś po drugim planie.
Zajebisty plakat!
(źródło: http://www.impawards.com)
W zasadzie jeśli znacie trailer "Machete" z "Grindhouse", to fabuła w żaden sposób Was nie zaskoczy. Meksykański Ex-Federale o pseudonimie Machete (Danny Trejo) nielegalnie dostaje się na teren USA, gdzie prowadzi marną egzystencję fizycznego robola do wszystkiego. Wkrótce nasz bohater staje przed szansą zarobienia wielkich pieniędzy. Michael Booth (Jeff Fahey) oferuje 150 tysięcy USD w gotówce za zabicie senatora McLaughlina (Robert De Niro), którego polityczna kariera opiera się w głównej mierze na walce z nielegalną imigracją. Jednakże zamach nie udaje się, a Machete zostaje wystawiony przez zleceniodawcę. Uchodząc ledwie z życiem, postanawia zemścić się na swoich oprawcach za pomocą swojej ulubionej broni – maczety. Natomiast w drugim wątku nie występującym w trailerze, Sartana (Jessica Alba), funkcjonariuszka służby imigracyjnej, próbuje rozpracować meksykańską organizację zwaną Siecią i dowiedzieć się kim jest jej tajemnicza przywódczyni znana jako She.
źródło: Hollywood.com Staff/Syndicated by: 20th Century Fox
"Machete" rozpoczyna znakomita sekwencja totalnego rozpierdolu w meksykańskiej mieścinie. Od razu w moim oku zakręciła się łezka na wspomnienie olśniewającego "Desperado". Kończyny ucinane maczetą, headshoty oraz hektolitry krwi robią niezapomniane wrażenie! Wspaniałe sceny, aczkolwiek szkoda, że takie krótkie. Potem niestety nie jest już tak dobrze, aczkolwiek wspólne dzieło Rodrigueza i Ethana Maniquisa ma genialne momenty. Warto wspomnieć choćby imponującą i niepowtarzalną akcję z jelitem w szpitalu, makabryczne ciosy zadawane maczetą (mam nadzieję, że film nie stanie się nigdy inspiracją dla krakowskich maczetników), reklamówkę Osirisa Amanpoura, czy choćby ukrzyżowanie w kościele. Do tego należy dodać momentami doskonałe dialogi (polecam w szczególności konwersacje Machete i Padre) z legendarnym Machete don't text na czele oraz galerię znakomitych postaci. I w zasadzie wszystko byłoby super, gdyby nagle Rodriguez nie zdecydował się wprowadzić do filmu całkiem zbędnego wątku Sartany, sieci oraz She. Cytując klasyków: potrzebne to jak kurwie deszcz! Kompletnie nie interesowały mnie perypetie Jessici Alby oraz Michelle Rodriguez (Luz). Przecież jest o film o Machete, więc chcę oglądać defragmentację przeciwników, a nie czerstwe pogadanki biednych Meksykanach.. Powyższy wątek w znaczącym stopniu zaburzył zajebistość całego przedsięwzięcia, co w efekcie doprowadziło do znacznego obniżenia oceny. Bardzo ubolewam, że Rodriguez i Maniquis nie mieli lepszego pomysłu na wypełnienie reszty filmu!
źródło: Hollywood.com Staff/Syndicated by: 20th Century Fox
Wracając do znakomitych postaci – Machete to pomysł tak doskonały i powszechnie rozpoznawalny, że trudno o nim napisać cokolwiek odkrywczego. Jak wszyscy wiemy pomysł wyewoluował z postaci Navajasa, drugoplanowego bohatera "Desperado". Warto zauważyć, że scenariusz "Machete" powstał już w 1993 roku, zaraz po tym jak Rodriguez ukończył pisać wspomniane wyżej dzieło. Oczywiście nikt inny poza Dannym Trejo nie dysponuje wystarczająco parszywą aparycją, by wcielić się w meksykańskiego siepacza w tak doskonały sposób. Trejo jest idealnym Maczetą i jest to fakt nie do podważenia. Równie doskonałe kreacje stworzyli Jeff Fahey oraz Cheech Marin. Obydwaj doskonali w swoim rzemiośle, a ich role sprawiają, że mogę oglądać "Machete" do znudzenia. Fajnie w roli epizodycznej pokazał się także znany z "Boardwalk Empire" Shea Whigham. Oprócz wymienionych wyżej w "Machete" znalazła się rzesza znanych aktorów – m.in.: Don Johnson, Steven Seagal, Robert De Niro, Jessica Alba, Lindsay Lohan, Tom Savini czy choćby wspomniana Michelle Rogriguez. Niestety z wyjątkiem ostatniej dwójki są to w dużej mierze kreacje bezbarwne i nieszczególnie zapadające w pamięć. Szkoda niewykorzystanego potencjału aktorów pokroju Johnsona czy De Niro. Twórcy chyba wyszli z założenia, że wystarczy zebrać wielkie gwiazdy i będzie fajnie. Niestety nie jest.
źródło: Hollywood.com Staff/Syndicated by: 20th Century Fox
Gdy wracam pamięcią do pierwotnego seansu "Machete" na pierwszy plan wysuwają się olbrzymie rozterki co do końcowej oceny. Z jednej strony świetny trailer, postać Maczety, doskonała gra aktorska Trejo oraz Faheya, fajny klimat oraz kilka genialnych motywów, ale poza tym wszystkim zostają miałkie wątki fabularne i cała rzesza niewykorzystanego potencjału aktorskiego. Gdyby skupić się na samej postaci Maczety, dodać więcej rozpierdolu i scen z Faheyem lub Cheech Marinem, byłbym gotów uznać film Rodrigueza i Maniquisa za dzieło ze wszechmiar wybitne. Niestety stało się inaczej, nad czym można tylko ogromnie ubolewać. Spoglądając na obsadę sequelu zatytułowanego "Machete Kills" (premiera w USA 11 października), ze smutkiem dostrzegam, iż Rodrigeuz nie wyciągnął żadnych wniosków i poszedł utartą ścieżką dokładając jeszcze więcej aktorskich sław. Jaki będzie tego efekt przekonamy się niebawem, ale wielkiego sukcesu jakoś nie wyczuwam.
źródło: Hollywood.com Staff/Syndicated by: 20th Century Fox
Ocena: 6/10.

poniedziałek, 11 lutego 2013

"Kill Switch"

"Kill Switch" (u nas znany jako "Zabójczy cel") to ciekawy przykład filmu ze Stevenem Seagalem. Niby wydawałoby się, że wszystko jest już ustawione i upadły gwiazdor kina kopanego będzie skazany na kręcenie niskobudżetowych produkcji w Europie Środkowo-Wschodniej do końca swoich dni. Wyrok zapadł, apelacje odrzucone, nie możliwości ułaskawienia. A jednak... "Zabójczy cel" w porównaniu do dotychczasowych europejskich wycieczek Seagala i Snipesa wygląda jak "Gladator" przy polskim "Quo Vadis". Budżet w wysokości 10 milionów USD? To widać na ekranie i to musi robić wrażenie! Wielu z Was może się dziwić po co oglądać tego rodzaju filmy (choć podejrzewam, że większość don't give a fuck). Odpowiedź jest prosta: lubię chujowe produkcje, a ich oglądanie sprawia mi ogromną radość oraz poprawia nastrój.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Rzut okiem na fabułę i już wiadomo, że mamy do czynienia z dziełem wybitnym. Jacob (Steven Seagal) jest policjantem, co świadczy o ogromnej odwadze i oryginalności twórców, gdyż tak mało filmów nakręcono o dzielnych stróżach prawa! Niemniej Jacob to gliniarz bardzo nietypowy, dysponujący niezwykle ciekawym warsztatem. Przykład? Proszę bardzo: na początku filmu nasz bohater brutalnie przesłuchuje podejrzanego, a zamiast aresztować go w tradycyjnym sposób, mocnym kopem z obrotu wyrzuca potencjalnego przestępcę przez okno mniej więcej z trzeciego piętra. Wspaniałe, nieprawdaż? Któż zatem jak nie Jacob może stawić czoło seryjnemu zabójcy grasującemu po mieście? Serial killa nosi ksywę Astrolog i co zaskakujące interesuje się astrologią! Zostawia także notki z tajemniczym szyfrem, co oczywiście nie wywołuje u widza uczucia wtórności i rżnięcia po całości.
źródło: http://www.imdb.com/
Postać, w którą wciela się Steven Seagal, to prawdziwy gliniarz renesansu, a jednocześnie bezlitosna maszyna do zabijania. Nie dość, że mistrzowsko wyszkolony w martial arts to na dodatek w wolnych chwilach para się kryptologią (level: master). Jacob jest tak pochłonięty pracą, że nie ma nawet czasu na seks z ponętną i napaloną Celine (Karyn Michelle Baltzer), która upija się winem na jego kwadracie. Oczywiście nie jest to postać całkowicie pozbawiona słabości, gdyż w naszym wszechświecie może istnieć tylko jeden Michael "Mike" Danton. Jacoba nawiedzają niejasne flashbacki z dzieciństwa, a poza tym nie umie powiedzieć "przepraszam". Zamiast poprosić kogoś, aby go przepuścił woli złamać mu nogę lub rękę. Na jego tle reszta postaci jawi się mało interesująco. Storm (Chris Thomas King), czarny partner naszego bohatera jest kryształowo uczciwy. Oczywiście nasi dzielni gliniarze dostają do pomocy niedoświadczoną agentkę FBI Frankie Miller (Holly Elissa). Jako typowa rookie rzyga przy sekcji zwłok i nie ma szacunku u Jacoba. Jak łatwo się domyślić udział agentów federalnych w śledztwie prowadzi do częstych utarczek z miejscową policją. Chyba jest to jakiś hollywoodzki kanon, którego nie może zabraknąć w żadnym filmie o stróżach prawa. W kwestii przeciwników Jacoba również nie ma szału, gdyż co jeden to większy pojeb i w zasadzie nikt nie może zostać uznany za normalnego geniusza zbrodni. Podsumowując jedyną fajną postacią obok Jacoba jest koroner, grany przez legendarnego i niestety nieżyjącego już Isaaca Hayesa.
źródło: http://www.imdb.com/
"Zabójczy cel" bardzo mnie zaskoczył pod względem brutalności. Od pierwszych scen z radością patrzyłem jak Jacob co rusz spuszcza przeciwnikom ciężki wpierdol. Nie ma tu litości i odpuszczania. Wymuszanie zeznań młotkiem lub poprzez metodyczne łamanie zębów? Czemu nie, jeśli tylko przynosi efekty (a uwierzcie, że przynosi). Odnośnie sceny z młotkiem chciałem początkowo użyć stwierdzenia "bije młotkiem", aczkolwiek nie oddaje ono w żaden sposób tego co dzieje się na ekranie. Znacznie trafniejsze wydaje się "napierdala młotkiem". Ponadto widać wyraźną fascynację twórców tłuczonym szkłem – w filmie naprawdę zużyto imponujące ilości tego surowca. "Zabójczy cel" powinien zatem służyć jako sztandarowy przykład ukazujący jak powinna wyglądać brutalność we współczesnym kinie. Niestety rozwój akcji nie ma praktycznie żadnego sensu, a fabuła to same klisze. Co robi Jacob gdy chce zdobyć potrzebny informacje? Otóż udaje się do miejscowej biblioteki (zapewne w USA do dzisiejszego dnia nie wynaleziono jeszcze internetu) i przesłuchuje bibliotekarkę ze znajomości współczesnej poezji oraz astrologii – szkoda, że nie młotkiem lub sekatorem! Okazuje się ponadto, że nawet jeśli ktoś jest stróżem prawa na poziomie pro, to prawdopodobieństwo trafienia przeciwnika z odległości pięciu metrów wynosi poniżej 1%. Co ciekawe dla porównania każdy strzał w randomową rurę powoduje eksplozję. Co za ironia! W kwestii montażu zastosowano ciekawy efekt: powtarzanie w slow motion kilku kolejnych ujęć. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wykorzystano tego efektu w co drugiej scenie, przez co szybko staje się nieznośnie nużący.
źródło: http://www.imdb.com/
Odrębny akapit postanowiłem poświęcić na zakończenie "Zabójczego celu". Jak żyję czegoś takiego nie widziałem. Uczuć jakie towarzyszyły mi podczas oglądania ostatnich scen filmu nie da się wyrazić w żadnym ze znanych języków ludzi, elfów czy krasnoludów. Jest to chyba najbardziej absurdalny, bezsensowny i niczym nie uzasadniony finał jaki miałem okazję oglądać. Możliwe, że twórcom się coś pomyliło i w takcie montażu wkleili do "Zabójczego celu" zakończenie z jakiejś innej produkcji. Totalnie nie wiem jak można było coś takiego zrobić! Gdyby nie wysoki poziom brutalności dałbym bez wahania 2/10, aczkolwiek postanowiłem być litościwy. Zatem trójka, ale jedna z najsłabszych w dziejach.
źródło: http://www.imdb.com/
Ocena: 3/10.