sobota, 26 listopada 2016

"Jestem mordercą"



Jakiś czas temu natknąłem się na recenzję najnowszego filmu Macieja Pieprzycy. Co prawda ostatnio prawie udało mi się zaniechać czytania tego rodzaju tekstów, aby zachować neutralne nastawienie wobec recenzowanych produkcji, niemniej, nie po raz pierwszy i zapewne nie po raz ostatni, uległem silnej pokusie zapoznania się z oceną krytyka. Ponadto nie miałem w planach oglądania "Jestem mordercą", więc teoretycznie wszystko powinno być w porządku. Niestety recenzja, zawierająca niemalże same superlatywy i wychwalająca film pod niebiosa, niemalże zmusiła mnie do pójścia do kina. Oczywiście, dodatkowym atutem była tematyka – przecież wszyscy kochamy historie o seryjnych mordercach! A osadzona w głębokich, pełnych szarości realiach PRL opowieść o polowaniu na niesławnego Wampira z Zagłębia wydawała się nie lada ucztą. Warto jednakże już na wstępie zaznaczyć, że "Jestem mordercą" nie jest wierną próbą odtworzenia milicyjnego śledztwa ani wyjątkowo kontrowersyjnego procesu Zdzisława Marchwickiego, a jedynie nawiązuje do prawdziwych wydarzeń (m.in. zmieniono nazwiska bohaterów oraz wiele istotnych szczegółów).
źródło: http://www.filmweb.pl
W socjalistycznej Polszy nie było miejsca dla seryjnych morderców oraz podobnych degeneratów wychodzących się z zepsutych, imperialistycznych społeczeństw Zachodu. Jednakże, ku zgrozie najwyższych kręgów władzy ludowej na przełomie lat 60-tych oraz 70-tych w Zagłębiu Dąbrowskim zaczęto odnajdywać zamordowane kobiety. Do rozwiązania trudnej sprawy zostaje przydzielony młody, ambitny porucznik MO Janusz Jasiński (Mirosław Haniszewski), który początkowo traktuje przydział jako zło konieczne. Niemniej po odnalezieniu ciała bratanicy I sekretarza KC (w rzeczywistości Edwarda Gierka), zakończenie śledztwa staje się najwyższym priorytetem dla funkcjonariuszy podległych kapitanowi Stępskiemu (Piotr Adamczyk).
źródło: http://www.filmweb.pl
I gdy tak siedziałem sobie w wygodnym kinowym fotelu, oglądając "Jestem mordercą", zacząłem się głęboko zastanawiać kiedy film Macieja Pieprzycy wreszcie odpali i urwie mi dupę. Niestety mijały minuty, a ja jakoś nie potrafiłem dopatrzyć się rzekomej doskonałości tegoż dzieła. Bez katorgi muszę przyznać, że nie widziałem ani jednej produkcji tego reżysera, w tym również dokumentu o tym samym tytule. Od razu zdziwiło mnie natomiast, że twórcy zdecydowali się na odejście od pokazania autentycznych wydarzeń na rzecz fabuły jedynie na nich opartej (podobnie jak w "Jesteś bogiem", tylko tutaj mieli jaja, żeby o tym poinformować w napisach początkowych). Czemu ma służyć taki zabieg, jeśli parę lat wcześniej kręciło się film dokumentalny o Zdzisławie Marchwickim? Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia. Nie trudno się natomiast domyślić, po której stronie opowiada się reżyser (a zarazem scenarzysta). Generalnie niewinność Kalickiego (Arkadiusz Jakubik) przedstawiono w sposób niemal niepodważalny, obnażając fatalne metody milicyjnego śledztwa, coraz mocniejsze naciski ze szczytów władzy ludowej oraz farsę pokazowego (a na dodatek poszlakowego) procesu. Mimo to parę pytań pozostaje bez wyraźnej odpowiedzi, budząc u mnie wyraźne wątpliwości (m.in. kwestia alibi Kalickiego, który nie był w stanie przekonująco odpowiedzieć na pytanie co robił w chwili morderstwa czy też jego obecność w parku, gdzie zamordowano jedną z ofiar).
źródło: http://www.filmweb.pl
"Jestem mordercą" chwalono bardzo za rzekome znakomite przedstawienie na ekranie realiów życia początku lat 70-tych ubiegłego stulecia. No więc jest szaro, ponuro, pije się dużo wódki, a na ulicach stoją nieliczne, ówczesne samochody. Patrząc na to wszystko zadałem się sobie pytanie: i co, to tylko tyle? W niezwykle niewielkich stopniu potrafiłem odczuć klimat tamtej epoki, którym podobno epatuje film Macieja Pieprzycy. Naszła mnie natomiast refleksja, że wprost monstrualna ilość papierosów wypalanych w poszczególnych scenach nie należy do normalnych zjawisk i musiały się posypać srogie hajsy z Phillipa Morrisa lub British American Tobacco. Twórcom nie udało się również odejść od filmowych klisz typowych dla kina policyjnego (w tym przypadku milicyjnego). Luzacki partner, przełożeni zbijający polityczny kapitał na sprawie czy niedoświadczony młody w zespole są na porządku dziennym. Kompletnie zbędny wydaje mi się także epilog, rozgrywający się kilka lat po filmowych wydarzeniach. W "Jestem mordercą" urzekły mnie tak naprawdę dwie rzeczy. Pierwsza z nich to absolutnie znakomita, jazzowa ścieżka dźwiękowa, która od razu skojarzyła mi się z genialnym "Birdmanem". Wydaje mi się, że dla tak doskonałej muzyki warto było cierpieć na tym filmie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Druga, niepodważalna zaleta dzieła Macieja Pieprzycy to oczywiście aktorstwo. Niestety nie dotyczy to trochę drewnianego odtwórcy głównej roli, który dla kariery był gotów zrobić niemal wszystko – upadek moralny porucznika Jasińskiego można było napisać i zagrać o wiele lepiej. Miałem wprost nieodparte wrażenie, że wszystko to jest pozbawione wymaganej głębi psychologicznej i lepszego uzasadnienia motywacji milicjanta. Podobnie, a może nawet jeszcze gorzej, jest z Piotrem Adamczykiem, wcielającym się w przełożonego Jasińskiego, Stępskiego. Niestety odtwórca roli papieża pasuje do tego filmu jak Marianowi Dziędzielowi granie abstynenta. Pod tym względem wybór aktora wypada naprawdę fatalnie. Na szczęście można zapomnieć o tych niepowodzeniach, gdy na scenę wkracza Arkadiusz Jakubik (Wiesław Kalicki). Jest to po prostu kolejna, znakomita rola tego, nie bójmy się użyć wielkiego słowa, artysty. Kto by pomyślał, że po występach w "13 Posterunku 2" można zrobić tak epicką karierę? Aczkolwiek wszelkie zaszczyty na najlepszą rolę w filmie bezapelacyjnie należą się Agacie Kuleszy. Co prawda Lidia Kalicka to postać jedynie drugoplanowa, ale zagrana w sposób mistrzowski i totalnie zawłaszczający uwagę widza. Naprawdę warto było się wybrać do kina, żeby zobaczyć tak genialną rolę! Ponadto warto pochwalić Magdalenę Popławską (Teresa Jasińska) za niesztampową rolę żony, Michała Żurawskiego (Marek) za ciekawą kreację milicjanta w amerykańskim stylu czy Karolinę Staniec (Anka).
źródło: http://www.filmweb.pl
Pomimo powyżej wylanych hejtów muszę przyznać, że "Jestem mordercą" jest solidnie i sprawnie nakręconym filmem, aczkolwiek oczekiwałem znacznie więcej. Na pewno warto zobaczyć tę produkcję, aby pobieżnie zapoznać z mrożącą krew w żyłach historią Wampira z Zagłębia, posłuchać świetnej ścieżki dźwiękowej oraz zachwycić się rolami Agaty Kuleszy oraz Arkadiusza Jakubika. Natomiast do Macieja Pieprzycy wystosowuję apel, cytując słowa sierżanta Hartmana z "Full Metal Jacket": You ddin’t convince me!
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 6/10.

środa, 16 listopada 2016

"Cotton Club"



- Anything you need, Dutch?
- Yeah, why don’t you bring me the moon, Frenchy?

Pomysł na napisanie recenzji "Cotton Club" zrodził się mojej głowie dawniej niż nigdy (a wiele osób uważa przecież, że krakowski Prokocim leży dalej niż Selidor, więc w sumie mógłbym użyć pełnej wersji powiedzonka z cyklu Ziemiomorze), a tak dokładniej to mniej więcej, gdy skończyłem oglądać trzeci oraz czwarty sezon "Boardwalk Empire". Chociaż wspomniane sezony nie były już tak fajne jak początkowe, to jednak roiło się w nich od postaci typu Arnold Rothstein, Charlie Lucky Luciano, Meyer Lansky, John Torrio, czy choćby Joe Massaria. Wówczas nieźle napaliłem się na kino gangsterskie i już miałem zasysać "Bugsy’ego", aby zobaczyć jak Siegel wcielił w życie pomysły Lansky'ego, gdy okazało się, że nie ma godnej wersji. Na szczęście wówczas przypomniałem sobie, iż w przedostatnim sezonie "Boardwalk Empire" kilka razy pojawiło się nazwisko Owney Madden. Gdyby ktoś nie wiedział czym zajmował się pan Madden to przypomnę jedynie, iż ten z pochodzenia Anglik zrobił zawrotną karierę w przestępczym świecie Nowego Jorku i przez pewien czas był właścicielem legendarnego Cotton Club w Harlemie. I tak się zabawnie złożyło, że w 1984 roku Francis Ford Coppola nakręcił film o tym miejscu.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu rozgrywa się na początku lat 30-tych XX wieku w nowojorskim Harlemie. Młody, utalentowany trębacz Dixie Dwyer (Richard Gere) przypadkowo ratuje życie bezwzględnemu gangsterowi. Niesławny Dutch Schultz (James Remar) potrafi odwdzięczyć się za przysługę, dlatego też kariera naszego bohatera rusza z kopyta. Występy w słynnym Cotton Club, należącym do Owneya Maddena (Bob Hoskins), stają się przepustką do filmowej kariery w Los Angeles. Jednak rosnąca sława Dixie'ego, a przede wszystkim romans z dziewczyną Dutcha Verą (Diane Lane), bardzo negatywnie wpływają na relacje z brutalnym gangsterem marzącym o zawładnięciu całym miastem. A w tle tej przestępczo-muzycznej historii oglądamy żmudne wysiłki Sandmana Williamsa (Gregory Hines) starającego się podbić serce niedostępnej Lili (Lonette McKee).
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Chociaż "Cotton Club" zanotował pokaźne straty finansowe (w czasie produkcji znacznie przekroczono budżet), miały miejsce konflikty między reżyserem i producentem, a na IMDb nie ma może najwybitniejszych ocen, to naprawdę i szczerze uwielbiam ten film Francisa Forda Coppoli. Dlaczego? Otóż ta produkcja pozwala widzowi na kompletne przeniesienie się w lata 30-te ubiegłego stulecia by rozkoszować się jazzem czy występami tanecznymi w słynnym Cotton Club. I choćby z tych właśnie powodów jestem gotów bronić filmu przed wszelką krytyką! Dodatkowo, jako swoisty bonus, Coppola umożliwił nam zatopienie się w przestępczym półświatku Nowego Jorku. Oczywiście pierwsze skrzypce gra wspomniany wyżej Dutch Schultz, ale nie mniej ważny jest Owney Madden, który dzięki licznym koneksjom z wysoko postawionymi członkami gangsterskiego syndykatu, sprawnie rozdaje karty pod stołem. Bardzo fajnie wypadł również decydujący o życiu i śmierci Charles Lucky Luciano – na ekranie jest go bardzo mało, ale gdy się już pojawia nie sposób nie zwrócić na niego uwagi. Ze sław innego kalibru, które zaszczycają Cotton Club swoją obecnością możemy zobaczyć Charlie'ego Chaplina, Duke'a Ellingtona czy Caba Callowaya.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Nie da się ukryć, że muzyka oraz taniec są równorzędnymi bohaterami "Cotton Club". Pod względem ścieżki dźwiękowej uważam film Coppoli za jeden z najlepszych w dziejach kinematografii. Bardzo rzadko zdarza się, aby soundtrack był tak bezbłędnie dopasowany do ekranowych wydarzeń. Również popisy taneczne robią niesamowite wrażenie i nie ma znaczenia czy oglądamy występy w klubie Maddena czy też popisy Sandmana i Claya przed lokalna publicznością. Moje ulubione sceny to przede wszystkim Cab Calloway wykonujący Minnie The Moocher oraz doskonała wręcz scena zwieńczająca "Cotton Club". Dodatkowo wielkie oklaski należą się za scenografię lat 30-tych ubiegłego stulecia. Z ekranu wprost wylewają się hektolitry najlepszych alkoholi (mimo, że prohibicja!), ówczesne piękne samochody, znakomicie skrojone garnitury i smokingi, a bohaterowie nader często rozwiązują problemy przy użyciu legendarnych tommy gunów. Aż trudno uwierzyć, że pod względem rozmachu i bling blingu dopiero nakręcony przeszło trzy dekady później "Wielki Gatsby" może stawać w szranki z dziełem Coppoli.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Pod względem aktorskim warto z pewnością wyróżnić Richarda Gere’a, który oprócz wcielania się w głównego bohatera musiał dodatkowo zagrać manieryczne role gangsterów w kręconych na Zachodnim Wybrzeżu filmach. Warto również docenić fakt, że aktor samodzielnie wykonywał swoje solówki na trąbce. Z kolei w głównej roli żeńskiej świetnie spisała się Diane Lane, która dodatkowo wygląda naprawdę zjawiskowo na ekranie. Z pewnością siłą "Cotton Club" są wybitne role drugoplanowe. W tej materii wyróżnili się wielce Gregory Hines (Sandman Williams), Bob Hoskins (Owney Madden), Lonette McKee (Lila) czy Fred Gwynne (Frenchy). James Remar, grający wybitnie czarny charakter, nie popadł w przesadę, dzięki czemu ekranowy Dutch Schultz jest naprawdę przyzwoity. Warto także wspomnieć o młodych gniewnych: Nicolas Cage wcielił się w młodszego brata Dixie’ego, Vincenta, natomiast Laurence Fishburne wspaniale zagrał Bumpy’ego Rhodesa (postać wzorowaną na autentycznym gangsterze Bumpy'm Johnsonie).
źródło: http://www.moviestillsdb.com
"Cotton Club" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli jazzu, lat 30-tych oraz kina gangsterskiego. Połączyć w jednym filmie muzykę, taniec i przestępczość zorganizowaną to nie lada wyzwanie, ale Francis Ford Coppola spisał się pod tym względem wprost wybornie.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Ocena: 8/10.

środa, 2 listopada 2016

"A Single Man"

Sometimes awful things have their own kind of beauty.

Coraz większymi krokami zbliża się polska premiera "Nocturnal Animals" w reżyserii Toma Forda, więc z tejże wyjątkowej okazji postanowiłem zapoznać się z dotychczasową twórczością amerykańskiego reżysera. Nie było to wcale trudne ani czasochłonne zadanie, gdyż jego dotychczasowy dorobek reżyserski ogranicza się wyłącznie do jednego filmu - "A Single Man" z 2009 roku. Skromna twórczość Toma Forda nie powinna nikogo dziwić, ponieważ głównie zajmował się projektowaniem mody dla uznanych marek (m.in. Gucci czy Yves Saint Laurent), a od 2006 działa w tej branży w ramach własnego labelu. Warto dodać, że "Samotny mężczyzna" to adaptacja opublikowanej w 1964 roku powieści angielskiego pisarza i dramaturga Christophera Isherwooda, który nigdy nie wypierał się swojego homoseksualizmu.
źródło: http://www.impawards.com
Większość akcji "Samotnego mężczyzny" rozgrywa się w ciągu jednego dnia – 30 listopada 1962 roku (oczywiście z wyłączeniem licznych flashbacków). Anglik George Falconer (Colin Firth), wykładający literaturę angielską w college'u w Los Angeles, jak zwykle przygotowuje się do pracy z młodymi studentami. Niemniej bardzo szybko dowiadujemy się, że nasz bohater w dalszym ciągu mocno cierpi po stracie swojego partnera, z którym spędził ostatnie szesnaście lat. Jim (Matthew Goode) kilka miesięcy wcześniej zginął w wypadku samochodowym odwiedzając rodzinę w Denver, a George nie został nawet zaproszony na pogrzeb. Zwyczajny z pozoru dzień przyniesie jednak nieodwracalne zmiany w życiu angielskiego profesora.
źródło: http://screenmusings.org
Oczywiście w pszenno-buraczanej nadwiślańskiej rzeczywistości tematyka "Samotnego mężczyzny" może budzić kontrowersje do dzisiaj (w szczególności, gdy u koryta władzy znalazły się zwarte szeregi prawicy o zabarwieniu narodowo-socjalistycznym). Niemniej film Toma Forda przedstawia homoseksualizm niezwykle dyskretnie i z niebywałym wprost wyczuciem. Nie uświadczymy zatem żadnej zbędnej nachalności czy też promocji związków gejowskich, których tak lękają się niektórzy w Polszy. "A Single Man" to po prostu piękna wizualnie opowieść o troszkę innym wymiarze miłości oraz poszukiwaniu szczęścia rozgrywająca się w czasach, w których bycie gejem wiązało się jeszcze ze społecznym ostracyzmem. Aby zatem zwyczajnie funkcjonować w społeczeństwie nawet tak liberalnym jak na zachodnim wybrzeżu USA, bohaterowie filmu musieli nauczyć przywdziewać codzienne maski, pod którymi ukrywali swoje uczucia oraz pragnienia. Tom Ford genialnie przedstawił tego rodzaju proces na przykładzie jednego dnia z życia George'a Falconera – zwróćcie choćby uwagę na scenę, w której nasz bohater komplementuje sekretarkę lub ostentacyjnie udaje się na randkę z Charley (Julianne Moore).
źródło: http://screenmusings.org
Jak już wspomniałem w poprzednim akapicie "Samotny mężczyzna" jest filmem wizualnie pięknym. Doskonale dobrane i dopieszczone po najmniejszy detal kadry, uzupełnione przez niezwykle realistycznie odwzorowane kostiumy z początków lat 60-tych ubiegłego stulecia, sprawiają, że możemy zatopić się w klimacie ówczesnej epoki. Najlepszy przykład to chyba dom, w którym mieszka George – jest to prawdziwa rezydencja zbudowana w 1949 roku i zaprojektowana przez modernistycznego architekta Johna Lautnera. Tom Ford naprawdę postarał się, aby nakręcić wyjątkowo stylową produkcję. Wszystko co oglądamy na ekranie jest najlepszego gatunku: od alkoholu (głównie whisky) przez ubrania po wspaniałe domostwa. Glamour, szyk, styl! Warto również zwrócić uwagę na dosyć interesującą kwestię kolorystyki poszczególnych kadrów. Większość filmu nakręcono przy użyciu tego samego filtru, który sprawia, że barwy wydają się troszkę wyblakłe lub pozbawione werwy. Jednakże w momencie, gdy w naszych bohaterach rozbudzają się uczucia na ekranie natychmiast pojawią się wspaniałe, pełne życia kolory. Na pozór zabieg może niezbyt odkrywczy, ale sprawiający, że film ogląda się po prostu znakomicie.
źródło: http://screenmusings.org
Jeśli chodzi natomiast o kreacje aktorskie to po prostu nie sposób nie wychwalać pod niebiosa Colina Firtha, który za wcielenie się w George'a został uhonorowany nominacją do Oscara, Złotego Globu oraz nagrodą BAFTA za najlepszą główną rolę męską. Znakomita, przejmująca kreacja! Na wielkie brawa zasłużył również pojawiający się wyłącznie we flashbackach Matthew Goode oraz przyodziany w zabawny sweter Nicholas Hoult (Kenny). Z postaci Jima bije niebywała wprost sympatia. Jeśli chodzi natomiast o role epizodyczne to od razu przyciąga uwagę Jon Kortajarena, wcielający się w Carlosa – ogólnie rzecz biorąc scena rozgrywająca się na parkingu przed sklepem monopolowym to jedna z najlepszych w filmie. Chociaż tematyka "Samotnego mężczyzny" jest raczej mało kobieca to warto jednakże wyróżnić Julianne Moore za interesująca rolę Charley, bardzo samotnej przyjaciółki George'a.
źródło: http://screenmusings.org
“A Single Man” to jeden z najbardziej stylowych filmów, jakie miałem przyjemność oglądać w ostatnich latach. Wizualna maestria wsparta przez znakomite aktorstwo przyniosła doskonałe rezultaty. Mam nadzieję, że podobnie (albo jeszcze lepiej) będzie z najnowszą produkcją Toma Forda, której premiery po prostu nie mogę się doczekać.


Ocena: 9/10.

niedziela, 30 października 2016

"Wołyń"

Ponieważ tegoroczne wakacje postanowiliśmy spędzić na dawnych, wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej zyskałem dodatkową motywację, aby zobaczyć najnowsze dzieło Wojtka Smarzowskiego. Reżyser, od lat hołubiony przez krytyków filmowych, wpadł na pomysł nakręcenia filmu o rzezi wołyńskiej na przełomie 2011 i 2012 roku. Z różnych przyczyn realizacja tego projektu rozciągnęła się w czasie na kilka ładnych lat (zdjęcia rozpoczęły się już w 2014 roku!). Oczywiście chodziło głównie o środki finansowe potrzebne na realizację tego przedsięwzięcia. Nie wydaje Wam się zatem dziwne, że tak uznany przez krytykę reżyser ma problem z zebraniem środków na nakręcenie kolejnego filmu i zostaje zmuszony do założenia Fundacji na rzecz filmu "Wołyń", aby zebrać hajs? Gdyby udzieliły mi się paranoiczno-spiskowe nastroje obecnego ministra obrony narodowej mógłbym dojść do wniosku, że wszechmocne lobby ukraińskie chciało właśnie w ten sposób zablokować produkcję na tak niewygodny temat. Jednakże Smarzowskiemu w końcu udało się zebrać brakujące monety i dlatego też w napisach początkowych możemy zobaczyć sobie kilkunastu sponsorów, dzięki którym udało się dokończyć film. Wracając do początku akapitu: Lwów okazał się pięknym miastem, w którym historia bije niemal z każdej ulicy, ale czy podobnie było z "Wołyniem"?
źródło: http://filmwolyn.org
Akcja filmu rozpoczyna się na tytułowym Wołyniu jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Starsza córka zamożnego rolnika Głowackiego (Jacek Braciak) wychodzi za mąż za Ukraińca z sąsiedniej wioski. Młodsza z rodzeństwa, Zosia (Michalina Łabacz) również marzy o ślubie z ukochanym Petro (Vasili Vasylyk). Jednakże jeszcze w trakcie wesela pazerny na ziemię ojciec postanawia wydać córkę za lokalnie bogatego sołtysa Maćka Skibę (Arkadiusz Jakubik), otrzymując w zamian kilka mórg oraz trochę żywego inwentarza. Dziewczyna fatalnie znosi decyzję rodzica, ale chociaż wypełnia jego wolę to nie przestaje darzyć uczuciem Ukraińca. Tymczasem wybucha wojna, która nieodwracalnie zmienia relacje między polską mniejszością oraz ukraińską większością zamieszkującą Wołyń.
źródło: http://filmwolyn.org
Przed seansem zadajcie sobie pytanie ile tak naprawdę wiecie o tragicznych wydarzeniach na Wołyniu. Z dzisiejszej perspektywy szczerze ubolewam, że zakres ćwiczeń z Historii Polski XX wieku prowadzonych przez dr Renatę Król-Mazur sięgał jedynie do wybuchu II wojny światowej, gdyż pewnie uczulibyśmy się imiennej listy ofiar zamordowanych przez Ukraińców. Jeżeli nie dysponujecie stosowną wiedzą o proporcjach poległych to z kina możecie wyjść z przekonaniem, że Ukraińcy zostali przedstawieni w bardzo złym świetle i być może nie ma to uzasadnienia historycznego (jak na przykład ja). Niemniej, krótka sesja pogłębiająca wiedzę w tejże kwestii rozwiała wszelkie wątpliwości – liczba osób zamordowanych bestialsko przez banderowskie bojówki oraz wiejski motłoch wielokrotnie przewyższa ofiary polskich akcji odwetowych. Warto również przypomnieć, że Ukraińcy nie skupili się wyłącznie na Polakach, ale także mordowali inne mniejszości (w szczególności Żydów), a także nie odpuścili swoim rodakom podejrzewanym o sprzyjanie Lachom lub władzy radzieckiej. Pod tym względem ostatnią godzinę "Wołynia" można uznać za prawdziwe kino gore. Często narzekam, że twórcy nie mają jaj ze stali by pokazać na ekranie odpowiedni poziom przemocy, ale wydaje się, że Smarzowski w tej kwestii nie był niczym skrępowany ani ograniczony. Sposoby, w jakie ukraiński motłoch przeprowadza czystkę etniczną, czasami zapierają dech w piersiach pod względem brutalności. Finezyjność albo pomysłowość nie są może odpowiednimi słowami na opisywanie zamieniania dzieci w żywe pochodnie lub obdzierania ludzi ze skóry na żywca...
źródło: http://filmwolyn.org
W filmie Smarzowskiego w zasadzie żadna nacja nie jest kryształowo czysta czy niewinna. Oczywiście totalne zło reprezentują banderowcy z UPA oraz wiejski motłoch, aczkolwiek nawet wśród Ukraińców można znaleźć sprawiedliwych. Polacy, zwani najczęściej kolonistami, traktują najczęściej miejscowych po pańsku, jako ludzi gorszej kategorii, ale z drugiej strony małżeństwa mieszane nie uchodzą za mezalians. Niemcy, oprócz oczywistego faktu mordowania Żydów i Sowietów, są w sumie w porządku. Najsympatyczniej wypada natomiast radziecka partyzantka, która co prawda rabuje podróżnych z jedzenia i gorzałki, ale nikomu krzywdy nie czyni (jest to dla mnie trochę absurdalne, że taka scena znalazła się w filmie, ale cóż poradzić). Rozumiem doskonale, jaki był oryginalny zamysł Smarzowskiego. Reżyser chciał ukazać powolnie narastający konflikt z perspektywy jednostki, ale w gruncie rzeczy spór istniał od bardzo dawna, a upadek II Rzeczpospolitej posłużył jedynie jako katalizator. Może wydawać się to dziwne, ale bardzo dużo miejsca poświęcono na przedstawienie wiejskich obyczajów weselnych z Wołynia. Odbieram to jako próbę przybliżenia widzowi realiów świata, który przestał istnieć i odszedł w niemal kompletne zapomnienie. W filmie znalazło się parę znakomity scen: jak choćby targowanie się o rękę Zosi (czyż nie ironiczne teraz wydają się hejty na niżej rozwinięte ludy dotyczące sprzedawania kobiet za krowę czy kilka kóz?) lub przerażająca nocna rzeź rozgrywająca się w świetle płonącej wsi. Należy pochwalić poziom efektów specjalnych, ponieważ makabryczne mordy epatują totalnym naturalizmem, a momentami są wręcz odrażające w swej brutalności.
źródło: http://filmwolyn.org
W "Wołyniu" nie uświadczyłem aktorskiej lipy. W Zosię, wędrującą przez wołyńskie wsie niczym Dante z Wergiliuszem przez kolejne kręgi piekielne, znakomicie wcieliła się Michalina Łabacz. Jestem pełen podziwu dla tej młodej aktorki, ponieważ udźwignęła niezwykle ciężkie brzemię nie dysponując praktyczne żadnym doświadczeniem ekranowym. Równie doskonale wypada Arkadiusz Jakubik. Maciej Skiba nie jest może postacią, którą każdy polubi, ale jest bardzo wyrazisty w swojej hardości oraz przedsiębiorczości. Oczywiście Wojtek Smarzowski nie mógł odpuścić i zaangażował do filmu część swojego typowego uniwersum (m.in. Izabela Kuna, Tomasz Sapryk, Jacek Braciak, Jerzy Rogalski czy nieśmiertleny Lech Dyblik). Oczywiście są to doskonali aktorzy, ale trochę mi się już opatrzyli w jego produkcjach. Bardzo fajnie natomiast, że w filmie pojawia się Janusz Chabior (ksiądz Józef). Jako swoistą świeżą krew można potraktować natomiast aktorów wcielających się w ukraińskie postacie: Vasili Vasylyk (Petro), Zacharjasz Muszyński (Bohdan), Oleksandr Zbarazkyi.
źródło: http://filmwolyn.org
Dobrze, że we Lwowie byliśmy przed obejrzeniem "Wołynia", ponieważ ze zdecydowanie większą odrazą, a może nawet i lękiem, patrzyłbym na wciąganie banderowskiej flagi na maszt na szczycie kopca Unii Lubelskiej. Muszę jednak przyznać szczerze, że po wyjściu z kina byłem kompletnie rozbity, jeśli chodzi o ostateczną ocenę. Wyraziłem nawet pogląd, że nie jest to dobre kino, niemniej po głębszej refleksji muszę zweryfikować tę opinię. "Wołyń" z pewnością nie jest filmem, który chciałbym obejrzeć jeszcze raz. Niemniej Wojtkowi Smarzowskiemu udało się stworzyć dzieło, które naprawdę wywołuje emocje i zmusza do refleksji nad złem zakorzenionym w naturze ludzkiej. Mimo brutalności uważam, że "Wołyń" powinien być obowiązkową pozycją dla każdego kinomana. I nie dlatego, żeby nienawidzić Ukraińców, ale by przekonać się na własne oczy do czego jest zdolny, uważający się za istotę rozumną i dumnie wywyższający ponad zwierzęta, człowiek.

źródło: http://filmwolyn.org
Ocena: 7/10.

poniedziałek, 24 października 2016

"The VVitch: A New-England Folktale"

Wouldst thou like to live deliciously?

"The VVitch: A New-England Folktale" to kolejny przykład interesującego filmu, który znalazłem w trakcie bezcelowego przeglądania Internetu. W tym miejscu pragnę podziękować wszystkim ludziom, którym chce się tworzyć wszelakie zestawienia ciekawych, acz kompletnie nieznanych produkcji – wielkie pozdro, nie raz na takich listach znalazłem prawdziwe perełki. Ponieważ dzisiaj będziemy obracać się w klimacie wiedźmowskim od razu przypomniały mi się czasy młodości i monstrualna (a przede wszystkim skuteczna) marketingowa akcja mająca na celu zwiększenie popularności "Blair Witch Project". Doskonale pamiętam jak bardzo jarałem się tym projektem, a potem okazało się, że i tak to wszystko chuj. Od razu pojawiły się również złowróżbne reminiscencje Nicolasa Cage'a heroicznie walczącego ze złem w tragikomicznym "Polowaniu na czarownice" ("Season of the Witch"). Pomimo tych mało chwalebnych kart kinematografii przeczuwałem wewnętrznie, iż "The VVitch" podąży całkowicie odmienną drogą...
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu została osadzona dokładnie w 1630 roku w Nowej Anglii. Bez podawania genezy czy też jakichkolwiek przyczyn zostajemy wrzuceni w końcową fazę konfliktu Williama (Ralph Ineson) z władzami lokalnej społeczności. Wskutek rozbieżności w interpretacji kwestii religijnych nasz bohater wraz ze swoją familią zostaje wygnany z osady kolonistów i skazany na pozostanie w pełnej niebezpieczeństw dziczy. Mimo tak drastycznej zmiany otoczenia Williamowi udaje się wybudować nowe gospodarstwo i zapewnić rodzinie skromny byt. Jednakże, gdy wydaje się, iż wszystko zmierza ku lepszemu najstarsza córka Thomasin (Anya Taylor-Joy) w trakcie zabawy gubi swojego maleńkiego braciszka. Poszukiwania nie przynoszą żadnego efektu, a domiar złego okazuje się, że kukurydza, która miała stanowić podstawę wyżywienia rodziny, została dotknięta przez zarazę. A to dopiero preludium prawdziwych nieszczęść...
źródło: http://thewitch-movie.com
"The VVitch” to doskonały przykład filmu nakręconego za prawdziwe grosze (jedynie 3.5 miliona USD budżetu!), który wygląda naprawdę znakomicie. A co jeszcze bardziej imponujące jest to przecież produkcja kostiumowa! Mało doświadczony reżyser Robert Eggers dobitnie udowodnił, że przy skromnych środkach finansowych oraz raczej średnio rozpoznawalnej obsadzie można stworzyć wyjątkowo interesujące dzieło. Jak się okazało do zbudowania odpowiedniego poziomu grozy nie trzeba wysublimowanych efektów specjalnych generowanych przez superkomputery. Wystarczy mieć w zanadrzu dobrze wyszkolonego zająca, psa, kruka i kozła oraz świeże pomysły. Pod względem fabularnym kameralna opowieść o angielskich osadnikach walczących z otaczającą dziczą nie pozostawia niczego do życzenia. Warto zwrócić uwagę na niezwykle wyważone, stopniowe budowanie paranoicznego nastroju u poszczególnych bohaterów oraz stawianie wielu pytań o istotę wiary oraz sens bezwzględnego podporządkowania bogu. Jednakże największe wrażenie zrobiła na mnie pewna chwila wahania tuż przed zakończeniem filmu – jakże znakomita scena, a jednocześnie pole do popisu dla twórców tworzących alternatywne zakończenia. Chociaż, jak można przeczytać na IMDb, "The VVitch" niekoniecznie należy interpretować w oczywisty sposób przedstawiony na ekranie.
źródło: http://thewitch-movie.com
Pod względem wizualnym film prezentuje się naprawdę znakomicie. Piękne krajobrazy oraz tajemnicza leśna głusza doskonale spełniają swoją rolę (zdjęcia kręcono nieopodal Kiosk w Ontario). XVII-wieczna osada oraz rekwizyty wyglądają bardzo dobrze, podobnie zresztą jak i kostiumy bohaterów. Jedyna rzecz do której mogę się przyczepić to muszkiet, którego William używa do polowań na zwierzynę. Wydaje mi się, że przy dosyć sporej wadze ówczesnej broni małoletni chłopiec nie byłby w stanie zbyt długo jej nosić, a co dopiero używać. Niemniej ta drobna szpileczka nie ma większego wpływu na znakomity odbiór całokształtu. Idealnie dobrana muzyka świetnie wpasowuje się w klimat "The VVitch", budząc poczucie niepewności kiedy wymaga tego sytuacja. Warto zwrócić również uwagę na dialogi, które w zdecydowanej większości zostały oparte na zachowanych z tego okresu źródłach. A jako swoisty bonus możemy także usłyszeć kwestie wypowiadane w tajemniczym języku enochiańskim (język okultystyczny spopularyzowany przez parających się astrologią i alchemią Johna Dee oraz Edwarda Kellera, rzekomo przekazany im przez anioły).
źródło: http://thewitch-movie.com
Ponieważ "The VVitch" ma dosyć kameralny charakter, skupimy się jedynie na szóstce bohaterów, których widzimy na ekranie najczęściej. Ponieważ przeważnie oglądamy akcję z perspektywy Thomasin to właśnie jej przypadnie palma pierwszeństwa. Mimo niezbyt bogatej dotychczasowej kariery aktorskiej Anya Taylor-Joy wypadła imponująco. Z przyjemnością ogląda się tak znakomite występy. Żywię nadzieję, że rola Thomasin będzie zaczątkiem pięknej kariery dla młodej Amerykanki. Kate Dickie, wcielająca się w Katherine, nie jest anonimową postacią dla fanów "Gry o tron" (Lysa Arryn) i ma doświadczenie w produkcjach kostiumowych, niemniej należy pochwalić ją w trud włożony w wykreowanie bogobojnej Xvii-wiecznej purytanki marzącej o powrocie do Anglii. Podobnie jest również z Ralphem Inesonem, który w serialu grał Dagmera z Żelaznych Wysp. Świetne wrażenie zostało spotęgowane przez imponujący głos, którym został obdarzony ten angielski aktor. Harvey Scrimshaw zagrał Caleba tak dobrze, że mógłby spokojnie rywalizować z Haley Joelem Osmontem z "Szóstego zmysłu". Miejmy nadzieję, że jego kariera potoczy się o wiele lepiej. Oklaski dla również dla małoletnich: Ellie Grainger (Mercy) oraz Lucas Dawson (Jonas) mimo młodego wieku wypadli naprawdę młodzieżowo. Brawa należą się także cichym bohaterom tegoż spektaklu: psu, kozłowi, zającowi oraz krukowi.
źródło: http://thewitch-movie.com
Chciałbym, aby pewnego dnia w Polsce zaczęło powstawać zdecydowanie więcej filmów grozy opartych na lokalnych wierzeniach (jak choćby "Demon" - znakomity przykład tradycji żydowskiej). Słowiański bestiariusz oraz demonologia są przecież niezwykle bogate i interesujące (mój odwieczny faworyt to Bełt), a niestety jednocześnie kompletnie nieznane dla przeciętnego zjadacza chleba. Jak pokazuje przykład "The VVitch" nie trzeba naprawdę dużo pieniędzy, aby nakręcić wyborny film z fajnymi efektami specjalnymi, który na długo zapada w pamięć.
źródło: http://thewitch-movie.com
Ocena: 8/10.

czwartek, 6 października 2016

"Ostatnia rodzina"

 Dzisiaj zapraszam Was na danie prawie pierwszej świeżości, ponieważ premiera "Ostatniej rodziny" miała miejsce 30 września, a ja zabieram się do pisania recenzji z kieliszkiem mołdawskiego merlota już w dzień po obejrzeniu filmu (seans 3 października). Co prawda byłem do żywego przekonany, że film Jana P. Matuszyńskiego hulał już w kinowych salach od co najmniej dwóch tygodni, dlatego też nie byłem szczególnie zaskoczony, że niewielka sala w Mikro nie została wypełniona po brzegi (a zdarzało się przecież, że dostawiali krzesła). Niemniej kiedy zdałem sobie sprawę, że od oficjalnej premiery minęło zaledwie trzy dni to jednak poczułem troszkę frekwencyjny niedosyt. Chociaż trzeba przyznać, że pod względem pogody krakowski październik na razie nie rozpieszcza, przez co najmilszą opcją wydaje się najebanie się w Starym Porcie jak za starych, dobrych, studenckich czasów... A wspomnienia wczesnopaździernikowych posiedzeń pod słonecznymi, zawsze wesołymi parasolami Rotundy odeszły w mglistą otchłań przeszłości.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Ostatnia rodzina" to opowieść o sławnej, ba legendarnej rodzinie Beksińskich. Zdzisława (Andrzej Seweryn), słynnego inżyniera, malarza, rzeźbiarza czy fotografa, raczej nikomu nie trzeba przedstawiać, ponieważ do dzisiaj jego prace cieszą się zasłużoną sławą. O wiele mniej znaną postacią (przynajmniej z mojej perspektywy) był natomiast syn Tomasz, który zajmował się głównie dziennikarstwem muzycznym oraz tłumaczeniami z języka angielskiego. Nietypową familię uzupełniała żona Zdzisława, Zofia (Aleksandra Konieczna) oraz dwie babcie w bardzo podeszłym wieku. Historia rozgrywająca się na przestrzeni niemal trzech dekad rozpoczyna się w 1977 roku, gdy Beksińscy opuszczają rodzinny Sanok, aby zamieszkać na jednym z niewykończonych jeszcze warszawskich osiedli z wielkiej płyty.
źródło: http://www.filmweb.pl
Często narzekam, że filmy biograficzne z powodu próby ogarnięcia rozległego okresu, charakteryzują się przeważnie irytującą epizodycznością. W przypadku "Ostatniej rodziny" oczywiście skaczemy po kolejnych etapach życia naszych bohaterów (jak inaczej pokazać 28 lat w dwie godziny?), niemniej poszczególne przeskoki wydają się być o wiele łagodniejsze oraz gładsze niż zwykle, a przedstawione sceny nie wydają się być od siebie oderwane. Może wynika to również z faktu, iż przedstawiona historia ma zdecydowanie kameralny charakter i w przytłaczającej większości rozgrywa się w zaledwie dwóch mieszkaniach. Liczba bohaterów również nie jest powalająca, ponieważ w zasadzie skupiamy się na relacjach Zdzisława, Tomasza oraz Zofii, a reszta postaci stanowi jedynie tło. Jeżeli liczycie, że dowiecie się skąd u słynnego artysty brały się pomysły na tak mroczne i niezwykłe malowidła to niestety w filmie Matuszyńskiego jej nie odnajdziecie. Ale w zamian możecie za to sprawdzić jak wyglądało domowe ognisko Beksińskich oraz ich codzienne stosunki międzyludzkie. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że nie była to do końca normalna (żeby nie użyć bardziej poetyckiego sformułowania: popierdolona) rodzina, ale z drugiej strony trudno dopatrzeć się rzekomego fatum. Po prostu życie i śmierć...
źródło: http://www.filmweb.pl
Nie będę ładował ściemy, że obejrzałem wszystkie wcześniejsze produkcje sygnowane nazwiskiem Jana P. Matuszyńskiego. Będąc totalnie szczery mogę za to napisać, że nie widziałem żadnej. Niemniej po seansie “Ostatniej rodziny” muszę przyznać, że reżyser, mimo młodego wieku, ma pojęcie oraz rzemiosło w rękach i mam nadzieję, że nie okaże się jedynie kolejnym one time wonder, który na stare lata zacznie kręcić odcinki "Klanu" albo "M jak miłość". Mimo wyraźnie domowego charakteru film ogląda się naprawdę świetnie, a usnąć można jedynie z powodu wyczerpania organizmu. Historia jest naprawdę wciągająca, dialogi znakomicie oddają sposób wysławiania się poszczególnych bohaterów, a aktorzy zostali mistrzowsko poprowadzeni. Pod względem realizatorskim nie ma się naprawdę do czego przyczepić. Cieszę się, że jest to kolejny polski film, o którym mogę wyrazić taką opinię. Co więcej, mistrzowska charakteryzacja oraz niektóre kadry zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Zdzisław Beksiński idący przez betonowe osiedle wśród płatków śniegu czy też tankowanie samochodu na niezwykle ubogiej stacji paliw to prawdziwa maestria! Klimat filmu bardzo fajnie uzupełnia ścieżka dźwiękowa (nie można zapominać, że Tomasz był przecież dziennikarzem muzycznym), ale muszę przyznać, że niezbyt podobała mi się piosenka dobrana pod napisy końcowe.
źródło: http://www.filmweb.pl
Aktorstwo. Andrzej Seweryn – klasa światowa! Aktor znakomicie wcielił się w Zdzisława Beksińskiego, w pełni oddając jego sposób zachowania się czy wypowiedzi (jeśli nie wierzycie możecie zawsze pooglądać filmiki na YouTube). Ujęło mnie natomiast niezwykle, że artysta tworzący tak mroczne obrazy na co dzień był uśmiechniętym gościem, który lubił dokumentować swoją codzienność i reprezentował oryginalne podejście do śmierci. Wielkie brawa należą się również Aleksandrze Koniecznej za wybitną rolę mocno stąpającej po ziemi małżonki naszego bohatera. Jeśli chodzi natomiast o ostatnią postać z wielkiej trójki to muszę się podzielić z Wami pewnymi wątpliwościami. O ile po wyjściu z kina byłem pod wrażeniem kolejnej świetnej roli Dawida Ogrodnika, który znakomicie wyraził ból istnienia trawiący Tomasza, o tyle po obejrzeniu paru wywiadów oraz filmików z prawdziwym Beksińskim zacząłem się zastanawiać czy aktor nie popadł trochę w przesadę. Oczywiście, jest to świetna i dosyć konsekwentnie zagrana rola, ale czy aby nie nazbyt histeryczna i przesadzona? Odnośnie Tomasza jeszcze mała uwaga: czytałem ostatnio wywiad, w którym jeden z jego znajomych twierdził, że chłopak nie przejawiał skłonności samobójczych i kochał życie, a przedstawiona w filmie postać to jakaś parodia. Osobiście trudno mi się wypowiedzieć w tym temacie, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś podejmuje kilka prób samobójczych, a następnie odbiera sobie życie to chyba jednak coś jest na rzeczy. Odnośnie drugiego planu napiszę jedynie, że skoro Andrzej Chyra stanowi jedynie tło, to jakiż musi być poziom aktorstwa?
źródło: http://www.filmweb.pl
Muszę przyznać, że po latach srogich porażek polska kinematografia coraz częściej zaskakuje mnie kompletnie pozytywnie. "Ostatnia rodzina" to znakomity przykład świetnie nakręconego filmu o zwykłym życiu niezwykłych bohaterów. Moim zdaniem naprawdę warto wybrać się do kina, choćby dla świetnego aktorstwa czy przeglądu prac Zdzisława Beksińskiego.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 8/10.

środa, 28 września 2016

"Amy" (2015)



Jules, this is so boring without drugs.

Dzisiaj będzie troszkę nietypowo i mocno wyjątkowo, ponieważ po raz pierwszy w historii mojej działalności postanowiłem napisać recenzję filmu dokumentalnego. Kompletnie nie mam pojęcia jak mi to wyjdzie, ale z powodu nieubłaganie zbliżającego się końca miesiąca zostałem postawiony niemalże pod ścianą, gdyż nie dysponuję żadnym innym, wystarczająco odpowiednim, materiałem na tekst. Oczywiście oglądam również chętnie dokumenty, ale zawsze przedkładałem ponad nie produkcje fabularne. Ponadto wydawało mi się dotychczas, że napisanie mniej więcej półtorej strony sensownego i spełniającego funkcję rozrywkową eseju w przypadku filmu dokumentalnego będzie nie lada wyzwaniem (tj. nie chciało mi się nigdy spróbować). Niemniej nadeszła wreszcie wiekopomna chwila, a zatem przed Wami laureat tegorocznego Oscara za najlepszy dokument – "Amy".
źródło: http://www.impawards.com
Jak wskazuje tytuł filmu (i nietrudno się jednocześnie domyślić) reżyser Asif Kapadia postanowił tym razem opowiedzieć historię Amy Winehouse, białej piosenkarki obdarzonej nieziemsko czarnym głosem, która mniej więcej dekadę temu osiągnęła niebywały sukces artystyczny. Ponad dwugodzinna produkcja przedstawia historię naszej bohaterki od dzieciństwa aż po tragiczną śmierć wokalistki 23 lipca 2011 roku. Wraz z niepokorną Amy (na szczęście nie mającą nic wspólnego z polskimi niepokornymi) wspinamy się stopniowo po szczeblach kariery wokalistki jazzowej, która w pewnym momencie działalności stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów światowego show-biznesu, by sięgnąć gwiazd (per aspera ad astra), a następnie zaliczyć spektakularną glebę.
źródło: http://www.amy-movie.com
Nie ulega wątpliwości, że twórcom "Amy" udało się niezaprzeczalnie osiągnąć w szczególności jedną rzecz: ponad dwugodzinny dokument ogląda się po prostu znakomicie. Film wciąga naprawdę mocno i bardzo trudno oderwać się od ekranu, by zrobić cokolwiek innego. Dzięki nawiązaniu współpracy z rodziną Amy udało się zebrać sporo materiałów pokazujących wokalistkę z bardziej prywatnej strony (jak choćby popisy wokalne z dzieciństwa czy multum naprawdę niezwykłych nagrań oraz zdjęć). Dla fanów wokalistki jest prawdziwa uczta, ale również widzowie niezaangażowani emocjonalnie nie powinni nudzić się oglądając co ciekawsze kąski z domowego archiwum. Niemniej należy zauważyć, że niektóre fotografie ukazujące naszą bohaterkę na późniejszym etapie kariery mogą zostać odebrane jako dosyć szokujące – w szczególności chodzi o zdjęcia będące efektem wyraźnego nadużywania alkoholu oraz wszelkiej maści narkotyków. Druga, wielka zaleta "Amy" to oczywiście wspaniała muzyka. Oczywiście, istnieją ludzie, którzy pogrążając się w ignorancji potrafią nazwać Amy jedynie narkomanką, ale moim zdaniem nie sposób odmówić tej niestabilnej psychicznie dziewczynie ogromnego talentu, z którego potrafiła zrobić naprawdę dobry użytek (Back to Black znają wszyscy, ale sprawdźcie wcześniejszy, wybitny album – Frank). Co więcej, film przedstawia okoliczności powstania poszczególnych piosenek, dzięki czemu możemy się przekonać, że teksty dotyczą konkretnych sytuacji oraz osób, a nie są w pełni abstrakcyjnymi tworami.
źródło: http://www.amy-movie.com
Jako trzecia zaletę "Amy" należałoby wskazać dogłębną anatomię upadku utalentowanej wokalistki, która przewija się na drugim planie już od pierwszych scen filmu (bulimia, skłonności do depresji, rozbita rodzina czy wczesne przygody z narkotykami oraz alkoholem). Do tego ogromny sukces oraz wynikająca z niego presja psychiczna, z którą Amy nie potrafiła sobie kompletnie poradzić. I tym momencie możemy w zasadzie przejść do kontrowersji. Mimo, iż jest to film dokumentalny tak naprawdę trudno stwierdzić, ile jest prawdy w ukazaniu poszczególnych bohaterów. Mitch Winehouse, ojciec Amy, określił produkcję jako niedorzeczną (preposterous – cytując za IMDb). Takie stanowisko nie może oczywiście dziwić, ponieważ został przedstawiony w wyjątkowo niekorzystnym świetle jako człowiek, który postanowił jedynie nabijać własną kieszeń na sukcesach córki. Równie srogie hejty spadły na męża Amy, Blake'a Fieldera-Civila, ale akurat w tym przypadku trudno mieć wątpliwości jak degenerującym i toksycznym czynnikiem w życiu wokalistki był jej małżonek. Oczywiście obaj panowie otrzymali możliwość wypowiedzenia się w filmie, niemniej odnośnie Mitcha Winehouse’a niesmak pozostał. Wracając do zalet "Amy" warto pochwalić dotarcie do całej rzeszy bliższych oraz dalszych znajomych naszej bohaterki. Kompletnie nieoczekiwanie dla mnie sporo do powiedzenia na temat wokalistki miał znany amerykański raper oraz aktor Mos Def Yasiin Bey.
źródło: http://www.amy-movie.com
"Amy" charakteryzuje się naprawdę bardzo smutnym czy wręcz depresyjnym wydźwiękiem, którego poziom wzrasta w szczególności pod koniec filmu. Niemniej jest to solidna oraz niezwykle interesująca produkcja ukazująca wiele nieznanych wcześniej szerokiej publiczności aspektów życia brytyjskiej wokalistki. W tym przypadku trudno nie zgodzić się z werdyktem Akademii.
źródło: http://www.amy-movie.com
Ocena: 8/10.