środa, 13 sierpnia 2014

"Get Carter" (1971)



Jakiś czas temu zrecenzowałem "Get Carter" z 2000 roku ubolewając, że nie miałem okazji oglądać oryginalnego, angielskiego klasyka z 1971 roku. Ponieważ obecnie w kinach panuje straszliwa posucha, a nowe odcinki "True Blood" pojawiają się jedynie raz w tygodniu (i powiem Wam po raz kolejny, że oglądanie siódmego sezonu sprawia tyle samo radości, co pielgrzymka do Częstochowy odbyta na kolanach po potłuczonym szkle wymieszanym z gwoździami), postanowiłem wziąć się hardo za nadrabianie zaległości i finalizowanie rozpoczętych filmowych cyklów. Jak wspominałem już przy okazji remake’u oryginalny "Get Carter" uważany jest powszechnie za jeden z najlepszych angielskich filmów kryminalnych wszech czasów. Czy jednakże po 43 latach od premiery produkcja Mike Hodgesa nadal robi aż tak wielkie wrażenie?
Znakomity plakat.
(źródło: http://www.impawards.com)
Uwzględniając dzisiejsze realia fabuła "Get Carter" nie jest specjalnie skomplikowana ani wyszukana, ale w 1971 roku było zdecydowanie inaczej. Bezwzględny londyński gangster Jack Carter (Michael Caine) po latach wraca do rodzinnego Newcastle. Powodem nagłego powrotu nie są oczywiście wspomnienia z dzieciństwa, lecz poważnie skomplikowane sprawy rodzinne. Wedle wersji lokalnej policji brat naszego bohatera, Frank, zginął po pijaku w wypadku samochodowym. Jednakże znając kompetencje miejscowych stróżów prawa Carter zdecydowanie powątpiewa w oficjalną wersję. Tym bardziej, że od samego początku jego londyńscy mocodawcy stanowczo odradzali podróż na północ, a na dodatek jego bracki był umoczony w przekręty na małą skalę.
Styl ponad wszystko.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
"Get Carter" to wyjątkowy film, który obraca się tylko i wyłącznie wokół znakomitej postaci Jacka Cartera. Reszta ukazanych bohaterów ma tak naprawdę charakter zdecydowanie drugoplanowy i w żadnej mierze nie jest w stanie przyćmić choćby na chwilę londyńskiego gangstera. Należy przy tym dodać, że nie jest to heros, którego ktokolwiek w szkolnym wypracowaniu określiłby mianem wzoru do naśladowania. Carter to jeden z pierwszych bad ass motherfuckers, których w późniejszych dekadach pokochała widownia na całym świecie. Co ciekawe Mike Hodges pozbawił swojego bohatera praktycznie jakichkolwiek cech, które mogłoby wzbudzić chociaż namiastkę sympatii u przeciętnego widza (no, ale ja przecież wybijam się ponad przeciętność!). Jack to bezlitosny i bezwzględny skurwiel owładnięty ideą odkrycia przyczyny śmierci brata, a następnie ukaraniem wszystkich winnych zgonu. W działaniu jest niezwykle bezkompromisowy – powiedzmy szczerze: Carter doesn’t give a fuck! Gangster niezwykle płynnie przechodzi z punktu A do punktu B, nie wahając się poświęcić pomagających mu osób. Dostałeś wpierdol za Cartera? Odwiedzili cię koledzy Cartera i rozjebali kwadrat? Carter ma to w dupie, a w najlepszym przypadku rzuci kilka banknotów jako zadośćuczynienie (o ile będzie w łaskawym nastroju).
Znakomita scena rozmowy telefonicznej.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
Jak na produkcję z 1971 roku "Get Carter" momentami imponuje poziomem przemocy, a w szczególności scenami erotycznymi (m.in. znakomite przebitki scen łóżkowych z dynamiczną jazdą kabrioletem) . W niektórych sekwencjach byłem naprawdę zdziwiony i powtarzałem sobie, że przecież to jest film sprzed ponad czterech dekad! Oczywiście dla kinomanów nastawionych na współczesne produkcje nie będzie to nic niezwykłego, ale wyobraźcie sobie wrażenia ludzi, którzy oglądali to dzieło w 1971 roku. Ponadto z pewnością nie jest to film dla feministek. Kobiety w "Get Carter" spełniają bowiem dwojaką rolę: albo kochają się namiętnie z Carterem albo są przez niego policzkowane (jedyny wyjątek to osierocona bratanica). Raczej nie do powtórzenia w dzisiejszych, poprawnie politycznych czasach. Na ogromny plus zasłużyły wspaniałe zdjęcia, a w szczególności plenery Newcastle upon Tyne oraz jego okolic. "Get Carter" można tym samym uznać za filmowy hołd złożony temu angielskiemu miastu.
Bezgraniczna wdzięczność Cartera.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
Jeśli chodzi o wyczyny aktorskie to odpowiedź jest tylko jedna – My Cocaine (Michael Caine uważa, że w mniej więcej taki sposób powinno się wymawiać jego nazwisko). Jack Carter w jego wykonaniu całkowicie zdominował film sprawiając, że resztę bohaterów traktujemy jak kompletnie randomowe postacie. Magnetyzm, charyzma, czarny humor, cwaniacki urok – to zdecydowanie za mało słów, aby oddać geniusz tej roli. Osobiście uważam, że "Get Carter" to najlepsza kreacja w dorobku Michaela Caine’a. Reszta bohaterów, przytłoczona wielkością Jacka Cartera, ma charakter zdecydowanie drugoplanowy. Można w tym dopatrzyć się nawet niewielkiej ułomności filmu, ponieważ można odnieść wrażenie, iż twórcy budując spiżowy monument Cartera olali trochę pozostałe postacie. Z nijakości drugiego planu wybija się z pewnością John Osborne (Cyril Kinnear), który otrzymał nawet Oscara, ale za scenariusz do "Toma Jonesa". Niestety reszta wykonawców roztapia się w szarzyźnie postindustrialnego Newcastle, więc łaskawie pominę ich w recenzji.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
A jak zatem wypada oryginał w zestawieniu z remake’iem z 2000 roku? Po projekcji muszę przyznać, że przy całej sympatii dla aktora wersja z Sylvestrem Stallone jest jebaną abominacją. Nijak ma się do oryginalnej fabuły, deszczowe Seattle nie umywa się do świetnego klimatu Newcastle, a co najważniejsze Stallone prezentuje mniej więcej 1% charyzmy Michaela Caine’a. Ponadto przy poziomie przemocy i erotyzmu oryginału produkcja z 2000 roku wydaje się być kinem familijnym. Dodajmy jeszcze, że doskonałe zakończenie zostało zamienione w monstrualnych rozmiarów stolec. Tym samym Stephen Kay udowodnił, że soczystą pomarańczę można zamienić w totalną kupę. A zatem Drogie Panie i Panowie, tylko i wyłącznie oryginał!
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
Ocena: 8/10.

Recenzja remake’u z 2000 roku – "Get Carter" (2000).

czwartek, 7 sierpnia 2014

"Dune" (1984)



W pewne beztroskie, studenckie wakacje, gdy brzemię życia nie zdołało jeszcze przytłoczyć całkowicie mojej egzystencji, eksplorowałem zasoby Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w CK. Spośród wielu książek, które w tamtym okresie wpadły w moje ręce, doskonale zapamiętałem jedno dzieło, które swoją doskonałością zmusiło mnie do przeczytania całej serii powieści. 'Diuna" Franka Herberta, bo to o niej właśnie mowa, urzekła mnie już od pierwszy stron. Niezwykle złożone, a przede wszystkim oryginalne uniwersum s-f, wzbogacone o zaskakujące w tego typu literaturze wątki religijne oraz ekologiczne, wciągnęło mnie na długie godziny. Jeżeli macie trochę wolnego czasu to naprawdę "Diuna" jest lekturą wartą przeczytania! Po wchłonięciu całej serii książek o pustynnej planecie Arrakis zacząłem rozglądać się za ekranizacjami dorobku Franka Herberta. Pomimo ogromu doskonałości książkowego pierwowzoru pod tym względem panuje straszliwe filmowe ubóstwo. Poza mini-serialami jedyna wysoko budżetowa ekranizacja powstała w latach 80-tych. Na dodatek David Lynch uznaje "Diunę" za największą porażkę w swojej reżyserskiej karierze. Jednakże czy rzeczywiście film prezentuje się aż tak fatalnie po dokładnie trzech dekadach od powstania?
źródło: http://www.impawards.com
"Diuna" Lyncha opiera się na wydarzeniach z najdoskonalszego, pierwszego tomu serii. Z nadania Imperatora (José Ferrer) potężny ród Atrydów obejmuje pustynną planetę Arrakis, zwaną również Diuną. Owa zadupna i wyjątkowo niegościnna planeta posiada jednakże ogromne znaczenie dla całego wszechświata. Diuna jest źródłem przyprawy (tzw. melanżu), która pozwala nawigatorom i sternikom Gildii prowadzić ogromne, międzyplanetarne statki kosmiczne. Chociaż książę Leto Atryda (Jürgen Prochnow) przeczuwa spisek mający na celu eksterminację jego rodu, to ufając w siłę własnej armii obejmuje imperialne lenno. Nie spodziewa się jednakże, że wrodzy mu od wieków Harkonnenowie, którzy zarządzali poprzednio Diuną, uzyskali wsparcie samego Imperatora oraz cichą przychylność potężnej Gildii.
Lady Jessica imponuje stylem.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
Pierwsza rzecz, która przykuwa uwagę widza to charakterystyczna przypadłość większości produkcji science fiction. Po trzydziestu latach od premiery muszę przyznać, że wiele efektów specjalnych wykorzystanych w "Diunie" postarzało się znacznie. Statki kosmiczne podróżujące przez odmęty wszechświata nie wyglądają już tak imponująco jak w latach 80-tych. Jeszcze gorzej wyglądają używane przez bohaterów pola siłowe – coś w stylu przeogromnych, kanciastych, pixelowatych tworów. Również przemierzające pustynię czerwie utraciły wiele ze swojej monumentalności. Pod względem realizacyjnym wszelkie eksplozje pozostawiają bardzo wiele do życzenia. Chociaż efekty specjalne w "Diunie" współcześnie mogą budzić jedynie uśmiech politowania warto zauważyć, iż ówcześnie technologia była dopiero w powijakach. Kolejny zarzut to zdecydowany brak rozmachu w scenach batalistycznych. Finałowa bitwa wydaje się przez to zbyt mało epicka w porównaniu do książkowego pierwowzoru. Nie wspominając już, że David Lynch zmienił zakończenie "Diuny" (przynajmniej w wersji, którą oglądałem; podobno w wydłużonej director’s cut jest zgodne z powieścią)!
Niebieskie oczy to skutek zażywania melanżu.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
Abstrahując od powyższych zarzutów i ułomności pierwsza połowa "Diuny" była dla mnie znakomitą rozrywką. Jak urzeczony wpatrywałem się w ekran, sławiąc pod niebiosa talenty reżyserskie Davida Lyncha i wyborną grę aktorską. Niestety w drugiej części poziom filmu znacznie opadł. Wygląda to tak jakby reżyser dostał przykazanie, iż produkcja nie może przekroczyć danego limitu czasowego, a pierwsza część okazała się zbyt rozwlekła. Lynch próbował upchnąć za wiele wydarzeń w drugiej połowie "Diuny", przez co większość z nich ukazano w niemal teledyskowej manierze. Tego rodzaju zabieg nie mógł oczywiście zakończyć się sukcesem i niestety wpływa negatywnie na początkowe, pozytywne wrażenia. Niemniej warto przyjrzeć się zaletom "Diuny". Lynch momentami doskonale oddaje moje książkowe wyobrażenia. Za najlepsze przykłady mogą posłużyć wysoce zmilitaryzowany ród Atrydów czy też kompletna degeneracja Harkonnenów. Bardzo ciekawie zaprezentowano Gildię oraz Bene Gesserit. Fremeni, rdzenni mieszkańcy Diuny, są w porządku, aczkolwiek spodziewałem się po ich stylówkach czegoś więcej (jak choćby kompletnego zasłonienia twarzy, skoro biega się po pustyni w temperaturach pozwalających na spożywanie płynnego asfaltu prostu z ulicy). Wielki plus należy się za wizualne zróżnicowanie sił zbrojnych wrogich sobie rodów oraz doskonałą prezencję imperialnych legionów Sardaukarów. Warto zwrócić także uwagę na wiele drobnych szczegółów. Bardzo podobały mi się choćby latające lampy, które leniwie szybowały u sufitów we wszelakich pomieszczeniach.
Czerw (sandworm) - typowy mieszkaniec Arrakis.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
Pod względem aktorstwa w "Diunie" nie uświadczymy słabizny. Debiutujący na dużym ekranie Kyle MacLachlan doskonale poradził sobie z niezwykle wymagającą rolą Paula. Z najprawdziwszą przyjemnością podziwiałem jego warsztat. Propsy należą się również Jürgenowi Prochnowowi za świetną rolą księcia Leto oraz Francesce Annis za wyborną kreację Lady Jessici. W obozie Atrydów z pewnością na słowa uznania zasłużyli także Richard Jordan (Duncan Idaho – tylko szkoda, że go tak mało!) oraz Patrick Stewart (Gurney). Natomiast po stronie zła i wszelkiej degeneracji zdecydowanie wyróżnia Kenneth McMillan, wcielający się w barona Vladimira Harkonnena. Znakomita rola, w pełni oddająca odrazę i homoerotyczne skłonności tejże postaci. Warto także odnotować bardzo dobry występ Stinga, grającego Feyda, przydupasa barona. Na drugim planie totalne bogactwo znanych i lubianych, m.in.: Virginia Madsen, Dean Stockwell, José Ferrer czy choćby Max von Sydow.
Sting jedną miną wygrał cały film.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
W mojej opinii "Diuna" nie wypada wcale tak tragicznie jak uważa David Lynch. Niemniej potrafię zrozumieć, że prawie każdy prawdziwy reżyser dążąc do ostatecznej perfekcji zalicza produkcje, które później wywołują wyłącznie traumatyczne bóle. Trochę szkoda, że Lynch tak bardzo niechętnie rozmawia na temat "Diuny" i praktycznie wyklucza jakiekolwiek projekty rewitalizacji swojego dzieła. Powieść Franka Herberta to kanon sciencie fiction zasługujący na godną, wysoko budżetową i epicką ekranizację. Ze smutkiem patrzę zatem na współczesne produkcje, w których zamiast ważnego czy choćby jakiegokolwiek przesłania dominuje jedynie CGI. Jednakże mam nadzieję, że jak to mawiają w Irlandii: Tiocfaidh ár lá! Oby wkrótce, ponieważ z każdym dniem odczuwam coraz większy głód nowej "Diuny"!
Solo na noże pod czujnym okiem Jean-Luc Picarda.
(źródło: http://www.moviestillsdb.com)
Ocena: 6/10.

niedziela, 3 sierpnia 2014

"Colors"



"Colors" znalazłem całkowicie przypadkowo w czasie rutynowego przeglądania IMDb. Wcześniej nigdy nie miałem okazji oglądać filmu Dennisa Hoppera. Co więcej, chociaż w uważam się za znawcę kina w jakimś tam stopniu (przynajmniej amerykańskiego), to powyższy tytuł był dla mnie kompletnie obcy. To dziwne, ponieważ tematyka produkcji wydaje mi się bardzo bliska. Gliniarze, bezwzględne wojny gangów oraz słoneczne Miasto Aniołów wyglądają na tyle zachęcająco, że "Colors" powinno zostać przeze mnie obejrzane kilka ładnych lat temu. Tak się jednakże nie stało, więc wreszcie przyszła dobra okazja by nadrobić zaległości.
źródło: http://www.impawards.com
"Colors" to oczywiście kino policyjne, w którego tle toczy się krwawy konflikt pomiędzy największymi ówczesnymi gangami L.A. – Crips oraz Bloods. Jeśli ktokolwiek z Was, Drodzy Czytelnicy, liznął kiedykolwiek gangsta rapu z West Coast (lub poczytał sobie Wikipedię), będzie miał choćby blade pojęcie, jakich problemów Miasta Aniołów dotyka film Hoppera. Jak przystało na standardowe kino policyjne mamy oczywiście do czynienia z duetem bohaterów. Starszy z nich, Bob Hodges (Robert Duvall), to doświadczony i roztropny gliniarz, który szuka zrozumienia na ulicach Los Angeles. Posiadłszy tzw. miejską mądrość ma świadomość, że nie zawsze brutalne metody policji muszą przynieść zamierzony efekt, a czasem trzeba po prostu wybrać mniejsze zło i przybić piątkę z jakimś homie albo ese. Młodziutki Danny McGavin (Sean Penn) to z kolei całkowite przeciwieństwo starszego kolegi. Narwany, niespokojny i epatujący skłonnością do przemocy pragnie dorwać każdego przestępcę w Mieście Aniołów. Warto dodać, że obaj funkcjonariusze LAPD pracują w CRASH (Community Resources Against Street Hoodlums), specjalnej jednostce powołanej do zwalczania gangów, która pod koniec lat 90-tych ubiegłego stulecia poważnie umoczyła w tzw. aferze Rampart.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Tytuł filmu (tym razem bardzo zgrabnie przetłumaczony na polski – "Barwy") nawiązuje oczywiście do kolorów określających przynależność do gangów Crips oraz Bloods. Trzeba jednakże przyznać, że pojawiają się teorie, iż w szczytowym okresie wojny tak naprawdę brały w niej udział trzy organizacje. Oprócz wspomnianych Crips oraz Bloods największym i najpotężniejszym gangiem Miasta Aniołów miał być … LAPD. Zważywszy na późniejsze liczne skandale nie jest to do końca aż tak absurdalna teoria, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Niemniej w "Colors" gliniarze w większości epatują prawością oraz sprawiedliwością, a zjawisko korupcji nie występuje w ogóle. Pod względem fabularnym tak naprawdę nie dzieje się zbyt wiele. Nasi bohaterowie patrolują ulice L.A., na których rozgrywa się totalny Armagedon. Crips eksterminują Bloods, potem następuje oczywiście krwawy odwet, który nakręca niekończącą się spiralę przemocy. Cała akcja toczy się wokół relacji doświadczonego pro i wyjątkowo narwanego rookie, który wkrótce zyskuje znakomitą uliczną ksywkę Pacmana. Jeżeli oglądaliście dużo tego rodzaju filmów, to nie będziecie mieć żadnego problemu, żeby przewidzieć zakończenie. Tu niestety Dennis Hopper poszedł wyraźnie na łatwiznę i nie sądzę by ktokolwiek mógł być zaskoczony finałem. Nie można oczywiście zapomnieć o starej zasadzie kina policyjnego: im bliżej emerytury, tym bardziej wzrasta śmiertelność wśród stróżów prawa.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Wydaje mi się, że "Colors" stoi troszkę w rozkroku, ponieważ twórcy nie byli do końca zdecydowani czy chcą zrobić film o policjantach czy o gangach. Ostatecznie szala przechyliła się bardziej na stronę LAPD, aczkolwiek nie jest to produkcja ukazująca nieznane dotąd aspekty policyjnej pracy. Z kolei członkowie Crips i Bloods zostali ukazani jako narkopojeby o ogromnych skłonnościach do przemocy. Eksterminacja nie ma tutaj żadnego sensu ani widocznego celu (jak choćby zdobycia nowego terytorium dla gangu czy też wyeliminowania konkurencji handlującej anielskim pyłem). Najzwyczajniej w świecie randomowi członkowie jednego gangu dla rozrywki wykańczają randomowych gangsterów noszących inne barwy. Żadne morderstwo nie może pozostać bez odpowiedzi, więc tworzą się wielostopniowe vendetty, w których tak naprawdę nie wiadomo o co chodzi, ponieważ większość zainteresowanych nie żyje. Pod względem realizacyjnym prawie nie uświadczyłem żenady. Co więcej podobał mi się nawet jeden dynamiczny pościg, niemniej jego zakończenie było sztampowo tragiczne (w USA samochody wybuchają od uderzeń w różne, dziwne rzeczy). Na pewno na ogromny plus zasługuje ścieżka dźwiękowa, którą wypełniają utwory znakomitych artystów takich jak Ice-T (tytułowe Colors), Eric B. & Rakim, Kool G. Rap czy choćby Salt-n-Pepa.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
"Colors" opiera się na zderzeniu trudnych charakterów głównych bohaterów, więc do ich ról potrzebni byli znakomici aktorzy. Zarówno Robert Duvall, jak i Sean Penn, świetnie wywiązali się z zadania, które postawił przed nimi Dennis Hopper. Duet takich znakomitych wykonawców ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Prawdziwa klasa i wielkie brawa za tak udany casting! Niestety na drugim planie niewiele jest postaci, które zwróciłyby uwagę przeciętnego widza. Z pewnością wyróżnia się niezwykle małomówny Don Cheadle (Rocket), którego można by bez przypału umieścić w "The Wire". Na oklaski zasłużył także Trinidad Silva (Frog), który zginął w wypadku kilka miesięcy po premierze filmu. And last but not least: zawsze fajnie popatrzeć na Marię Conchita Alonso (Loisa) i posłuchać jej angielskiego wzbogaconego o mocny latynoski akcent. Pozostałe postacie w "Colors" to randomowi gliniarze i członkowie gangów, którzy praktycznie niczym się nie wyróżniają i przeważnie bardzo szybko znikają z ekranu.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Jestem przekonany, że bez "Colors" nie powstałoby nigdy arcydzieło pokroju "End of Watch". Pod względem tematyki dzieło Davida Ayera czerpie z produkcji Dennisa Hoppera, aczkolwiek jest nieporównywalnie doskonalsze. Trzeba jednakże przyznać, że "Colors" to zdecydowanie solidne kino policyjne, które nie dostarcza widzowi zbyt wielu powodów do zażenowania. Obowiązkowa pozycja dla fanów Seana Penna oraz Roberta Duvalla, ale również miłośników Miasta Aniołów i gangsta rapu.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Ocena: 6/10.

niedziela, 27 lipca 2014

"Veronica Mars: The Movie"



"Veronica Mars" to jeden z moich ulubionych seriali. Idealnie zbalansowane połączenie kalifornijskiego stylu życia, przepychu 09ners, biedy Latynosów i białych śmieci oraz zaskakujących niekiedy historii kryminalnych. Dzieło Roba Thomasa porwało mnie od pierwszego odcinka. Pod względem poziomu poszczególnych sezonów "Veronicę Mars" należy z pewnością zaliczyć do kategorii najbardziej wyrównanych. W dzisiejszych czasach jest to naprawdę spore osiągnięcie. Z jednej strony każdy pragnie, aby jego ukochany serial trwał w nieskończoność, ale z drugiej strony patrząc obecnie na casus "True Blood" zdecydowanie wolałbym, aby serial zakończył się po piątej serii. Dlatego też, gdy podjęto decyzję o zamknięciu "Veronici Mars" po trzech sezonach potrafiłem się wziąć w garść i zrozumieć tę decyzję. Dzięki temu nie doszło do pohańbienia bohaterów, a ja do dzisiaj wspominam serial jako znakomitą rozrywkę i wzór do naśladowania pod względem popkulturowych odwołań. Niemniej fani w USA nie pogodzili się tak łatwo z kancelacją. Dzięki sporemu poparciu dla projektu oraz platformie Kickstater Rob Thomas zdołał uciułać budżet na film, będący swoistym epilogiem serialu. A więc, drodzy Panie i Panowie, przed Wami "Veronica Mars: The Movie"!
źródło: http://www.impawards.com
"Veronica Mars" rozgrywa się w mniej więcej dekadę po wydarzeniach z trzeciego sezonu serialu. Wbrew oczekiwaniom, wyrwawszy się wreszcie z Neptune, Veronica (Kristen Bell) nie wybrała kariery w Quantico, lecz postawiła na prawo w Stanford. Będąc u progu poważnej kariery była detektyw stara się o pracę w największych kancelariach prawniczych Nowego Jorku. Jednakże wkrótce nadarza się okazja do powrotu do rodzinnej Kalifornii. Sławna piosenkarka zostaje zamordowana, a podejrzenie pada oczywiście na jej chłopaka bananowca Logana (Jason Dohring). Z uwagi na starą znajomość serialowy bad boy prosi Veronicę o pomoc w wyborze adwokata. Ale jak wiemy nałóg to nałóg, a starego psa trudno nauczyć nowych sztuczek.
źródło: http://theveronicamarsmovie.com
Na początek pragnę pozdrowić fakolcami polskich dystrybutorów. Dedykuję Wam scenę z "The Wire", w której Rawls rozmawiając z McNulty'm mówi: You see these, McNulty? These are for you McNulty. Żaden z tychże ograniczonych intelektualnie pacyfonów nie zdecydował się wprowadzić filmu do polskich kin. Brawo, bardzo odważna i rozsądna decyzja! Z uwagi na to, że "Veronica Mars" nie śmigała w kinoplebsach nikomu nie chciało się nawet zrobić napisów. Ale dość już żalów i hejtów! Oglądając "Veronicę Mars" poczułem się tak, jakbym spotkał starych, dobrych znajomych, których nie widziałem od wielu lat. Z pewnością twórcom należą się ogromne brawa za zebranie niemal całej serialowej ekipy w oryginalnym składzie po tylu latach. Za fabułę już mniejsze, ponieważ mając tyle lat na dopracowanie scenariusza Rob Thomas i Diane Ruggerio mogli wysmażyć coś naprawdę wyjątkowego. Pod tym względem można raczej odczuć poziom intrygi z randomowego odcinka i w pewnych względach oczywiste zagrania pod publikę. Za najlepszy przykład może posłużyć ostateczne rozwiązanie trójkąta miłosnego Veronica – Logan – Piz, które w filmie kompletnie utraciło serialową głębię. Również prawnicza kariera panny Mars wydawała mi się wymyślona z deczka na siłę. Rozumiem, że Rob Thomas mógł się wkurwić, gdy po zapowiedziach czwartego sezonu podjęto decyzję o zakończeniu serialu, ale jakoś trudno mi uwierzyć by Veronica mogła wybrać Stanford zamiast Quantico.
źródło: http://theveronicamarsmovie.com
Nie zrozumcie mnie przy tym opacznie. "Veronica Mars" bardzo mi się podobała, niemniej jako die hard fan serialu mam obowiązek wytknąć pewne szczegóły, które nie przypadły mi do gustu. Powrót do słonecznej Kalifornii przyniósł tak naprawdę multum radości. Usłyszeć ponownie piosenkę We Used to Be Friends, która była motywem przewodnim serialu, to zaiste wspaniałe uczucie. Jeszcze lepiej poczułem się oglądając na ekranie tak znakomitych bohaterów. W mojej nieskromnej opinii postać Veronici Mars to życiowa rola Kristen Bell. Niezwykle inteligenta, zabawna, ciężko doświadczona przez życie dziewczyna-detektyw zawsze będzie mi się kojarzyć z tą uroczą amerykańską aktorką. Podobnie w przypadku Jasona Dohringa, wcielającego się w Logana Echollsa, bad boya bananowca. Zarówno w serialu, jak i w filmie, między dwójką głównych wykonawców zaistniała najprawdziwsza ekranowa chemia, dzięki czemu z przyjemnością ogląda się ich razem. Na drugim planie zawsze było znakomicie i nie inaczej jest w kinowej wersji. Jak zawsze świetni Enrico Colantoni (Keith Mars), Percy Daggs III (Wallace) czy choćby Tina Majorino (Mac) znacząco podnoszą poziom produkcji Roba Thomasa. Z postaci drugoplanowych zawsze najbardziej lubiłem dwóch zawodników. Pierwszy z nich to oczywiście przywódca lokalnego latynoskiego gangu motocyklowego – Weevil. Znakomita rola Francisa Capry, aktora, który ma w dorobku choćby doskonałe "Prawo Bronxu". Druga postać, którą zawsze darzyłem prawdziwą sympatią (i to może być zaskoczenie), to Dick Casablancas. Ryan Hansen stworzył wyborną kreację, odpychającego na pierwszy rzut oka, bananowca dupcyngiera. Niemniej w swej istocie jest to postać doskonała i totalnie bezbłędna. Fajnie było zobaczyć także Darrana Norrisa (Cliff), którego w serialu zawsze odczuwałem spory niedosyt. Bardzo szkoda natomiast, że w filmie nie pojawia się Amanda Seyfried, aczkolwiek mam świadomość jak trudno byłoby sensownie uzasadnić jej występ. Chociaż w serialowej "Veronice Mars" była już tylko wspomnieniem, to jednak dysponowała magnetyczną siłą przyciągania.
źródło: http://theveronicamarsmovie.com
"Veronica Mars" to niezwykle sympatyczny film, aczkolwiek przeznaczony raczej dla fanów serialu, którzy będą potrafili wyłapać wszystkie smaczki i nawiązania. Dla zwykłych śmiertelników, którzy nie są jeszcze godni określać się zaszczytnym mianem marshmallow, mam zatem prostą radę: napierdalać trzy sezony serialu i dopiero zabierać się za wersję kinową! Rob Thomas wraz ze swoją wierną ekipą nakręcił godny epilog do wspaniałego serialu i muszę przyznać, że oglądałem to z najprawdziwszą przyjemnością. Na sam koniec oczywiście w oku pojawiła się łezka, iż jest to już true death. Zarówno serialowa, jak i kinowa, "Veronica Mars" zawsze będzie kojarzyć mi się z rozrywką na najwyższym poziomie i słoneczną Kalifornią. Zatem nie ma lipy i California Love!
źródło: http://theveronicamarsmovie.com
Ocena: 7/10.

środa, 23 lipca 2014

"Elysium"



Po obejrzeniu trailera "Elysium" postanowiłem, że nie wydam ani jednej monety na wsparcie kolejnej hollywoodzkiej produkcji hołdującej lewackim ideom. Zapowiedź filmu Neilla Blomkampa wywołała u mnie niezwykle negatywne wrażenia. Spodziewałem się totalnej ofensywy lewactwa, Jodie Foster w roli bezdusznego, okrutnego, kapitalistycznego oprawcy uciśnionego, biednego ludu oraz Matta Damona jako futurystycznego Lenina albo Che prowadzącego proletariat na barykady socjalistycznej rewolucji. Film oczywiście miałby zakończyć się obaleniem establishmentu i zaprowadzeniem nowej, w pełni demokratycznej władzy, która ulitowałaby się od razu nad losem najbiedniejszych i najbardziej pokrzywdzonych. Szkoda, że większość hollywoodzkich produkcji kończy się zaraz po zwycięstwie sił rewolucyjnych i nie pokazuje anarchii i chaosu, które nieuchronnie musiałyby zapanować po przewrocie. Niemniej wracając do tematu w przeciwieństwie do wielu, nie napalałem się na "Elysium" nawet z powodu osoby reżysera, ponieważ nie potrafię dostrzec niczego unikalnego w "Dystrykcie 9".
źródło: http://www.impawards.com
"Elysium" to historia byłego przestępcy, który wstąpił na ścieżkę prawości. Trzeba przyznać, że jest to wyjątkowo oryginalny pomysł, tak rzadko wykorzystywany w kinowych produkcjach. Max (Matt Damon) porzuciwszy fame oraz karierę O.G. całymi dniami tyra w lokalnej fabryce za marne grosze. A trzeba Wam wiedzieć drodzy czytelnicy, iż przeżycie na Ziemi w roku 2154 nie należy do najłatwiejszych zadań. Najbogatsze i najważniejsze jednostki zamieszkują tytułowe Elysium – bling blingową stację kosmiczną orbitującą wokół naszej planety. Plebejska większość pozostała na skażonej powierzchni, harując na dobrobyt nielicznych, pławiących się w luksusach wśród gwiazd. Ironicznie zatem rzec można: per aspera ad astra! Elysium stało się obiektem pożądania niemal wszystkich plebejuszy – głównie z powodu wspaniale rozwiniętej technologii medycznej, praktycznie zapewniającej nieśmiertelność. Jak łatwo przewidzieć drogi Maxa i orbitalnej stacji bardzo szybko się krzyżują. Wskutek fatalnego wypadku nasz bohater dostaje śmiertelną dawkę promieniowania skracającą jego marną egzystencję do pięciu dni. Nie mając nic do stracenia Max postanawia za wszelką cenę dostać się do Elysium i skorzystać z usług tamtejszego, mitycznego NFZ.
źródło: http://www.elysium2013-movie.com
Muszę pochwalić Neilla Blomkampa, ponieważ jego produkcja przez pierwsze 95% projekcji nie schodziła poniżej pewnego poziomu. Na nieszczęście dla mojej osoby był to poziom mniej więcej 3/10. Nie ukrywajmy – "Elysium" jest fatalne w odbiorze. Niemal wszystko to wyświechtane klisze, które oglądałem już setki razy. Wspomnijmy choćby kryminalną przeszłość Maxa, śmiertelnie chore dziecko, bezduszne maszyny katujące ziemskich plebejuszy czy też żenujące, trwające od dzieciństwa love story. Jedyny plus fabularny to fakt, że nasz heros nie rusza na orbitę by zbawiać ludzkość od kapitalistycznego ucisku, ale by wyleczyć się ze śmiertelnej choroby popromiennej. Wizja Ziemi roku pańskiego 2154 nie zwala z nóg. Można opisać ją następująco: na powierzchni jest chujowo, a na orbicie luksusowo. Jedyna rzecz, która naprawdę mnie zaskoczyła to wspomniana wyżej niezwykła technologia lecznicza. W wyglądzie oraz działaniu bardzo przypomina sarkofagi Goa’uld z "Gwiezdnych Wrót". Na mały plusik mogę również zaliczyć niektóre z futurystycznych broni, kojarzące się z Fallout Tactics: Brotherhood of Steel (głównie z M72 Gauss rifle) oraz energetyczne tarcze Krugera. Pod każdym innym względem "Elysium" to niczym niewyróżniające się, sztampowe science fiction z łatwo przewidywalnym tokiem zdarzeń.
źródło: http://www.elysium2013-movie.com
Większość postaci, które oglądamy na ekranie, jest po prostu nie do przyjęcia. Matt Damon wciela się w całkowicie sztampowego bohatera, kiedyś bad guya, a dziś wzór prawości i wszelkiej cnoty. Dołóżcie do tego jego drewnianą grę aktorską, a dostaniecie postać, której nikt nie chce oglądać, gdyż jej los spoczywa w najgłębszych zakamarkach rzyci. Naprawdę z bólem patrzyłem na ekranowe wyczyny Maxa. Ponadto nie potrafię zrozumieć dlaczego człowiek wychowany przez hiszpańskie zakonnice tak ładnie mówi po angielsku. Również Alice Braga (Angélica z "Miasta Boga"!!!) kreuje straszliwie miałką postać. W przeciwieństwie do Maxa, Frey nie posiada kryminalnej przeszłości, ale za to została obdarzona wyciskającym łzy balastem w postaci śmiertelnie chorej córeczki. Najtańszy chwyt w dziejach kinematografii! Z przykrością oglądałem także główny czarny charakter. Już samo obsadzenie w roli Delacourt Jodie Foster było strzałem we własne kolano. Z nie do końca jasnych przyczyn jest to dla mnie jedna z najbardziej antypatycznych hollywoodzkich aktorek, aczkolwiek w tejże kategorii pozycję numer jeden od czasów "Miss Agent" niezachwianie dzierży Sandra Bullock. Ponadto Jodie Foster wydaje się zdecydowanie za miętka, by udźwignąć ciężar bezdusznej i bezwzględnej postaci. Na drugim planie jest trochę lepiej, ale z przykrością oglądałem upadek Wagnera Moura (pułkownik Nascimento z legendarnego "Tropa de Elite") wcielającego się w niejakiego Spidera. Na szczęście bardzo fajnie pokazał się po raz kolejny William Fichtner (Carlyle). Mam nadzieję, że kiedyś dostanie poważną szansę, aby zabłysnąć w roli głównej. Jednakże największe oklaski należą się dla Sharlto Copleya. Postać Krugera to naprawdę jedyny powód, dla którego mógłbym komukolwiek polecić "Elysium". Z pewnością jest to jeden z najlepszych czarnych charakterów ostatnich lat.
źródło: http://www.elysium2013-movie.com
I kiedy "Elysium" mozolnie zbliżało się do upragnionego końca byłem przekonany, że wystawię solidne 3/10. Niemniej, gdy Max postanowił zabawić się w lewackiego zbawcę uciśnionych plebejuszy z moich trzewi wyrwało się gromkie What the fuck?! W ułamku sekundy zapadła decyzja o obniżeniu oceny i nawet znakomita postać Krugera nie miała na to wpływu. W ostatnich scenach filmu na wierzch wypłynęło całe lewactwo współczesnego świata, w końcu zaczęło wylewać się z ekranu i wypełniać mój apartament hołdujący szczytnej idei jebać biedę! O nie, panie Blomkamp, nie ze mną te numery!
źródło: http://www.elysium2013-movie.com
Ocena: 2/10.

niedziela, 13 lipca 2014

"After Earth"



Zeszły rok przyniósł całkiem pokaźną dawkę science fiction. Niemniej z wyjątkiem nowego "Riddicka" w niczym nie pokładałem większej nadziei. Podróżując przez Kraków biernie obserwowałem, jak zmieniają się monumentalne billboardy na kamienicy przy skrzyżowaniu ulicy Piłsudskiego z aleją Krasińskiego. Długo tę topową miejscówkę okupował "Oblivion", ale jak się później okazało była to niezwykle mizerna i wtórna produkcja. Potem nastał czas "After Earth", który natychmiast zakwalifikowałem do kategorii gunwo. Dlaczegóż? Otóż śpieszę z wyjaśnieniami: ostatecznie upadły M. Night Shyamalan, mistrz niedorozwiniętego twistu, powraca w produkcji z budżetem w wysokości 130 milionów! I to na dodatek na osobiste życzenie samego Willa Smitha, który planował stworzyć z "After Earth" monumentalną platformę do zarabiania monet (książki, gry, komiksy, zabawki itp.). Oczywistym jest, że mając w drużynie Shyamalana przedsięwzięcie nie mogło się udać. No, ale cóż, jak to mawiają na Prokocimiu: każdy z nas musi w życiu spróbować zrobić z gówna pomarańczę.
źródło: http://www.impawards.com/
"After Earth" to tak naprawdę film o trudnej relacji ojca z synem przykryty grubą warstwą science fiction. Ludzkość po raz kolejny opuściła Ziemię (nie dowiemy się oczywiście dlaczego) i wyruszyła na podbój kosmosu. W trakcie eksploracji rodzaj ludzki dowiedział się, że nie jest we wszechświecie sam. Szybko okazało się, że obcy (nawet nie wymyślono im nazwy) nie są nastawieni zbytnio pokojowo, a wolnych chwilach masowo produkują twory zwane ursa, których jedynym celem jest eksterminacja ludzkości. W krwawym konflikcie, w którym stopniowo szala zwycięstwa przesunęła się na stronę Ziemian, wieczną chwałę zdobył generał Cypher Raige (Will Smith), czempion tzw. maskowania. Tuż przed odejściem na zasłużoną emeryturę nasz dzielny bohater postanawia zabrać swego pierworodnego na misję szkoleniową. Jednakże wskutek kosmicznej katastrofy statek wiozący naszych bohaterów rozbija się na niegościnnej planecie, którą okazuje się oczywiście Ziemia! Ponieważ Cypher odnosi ciężkie obrażenia, jedyną nadzieją na przeżycie pozostaje młodociany Kitai (Jaden Smith).
© 2013 Columbia Pictures Industries, Inc. All Rights Reserved.
W przeciwieństwie do "Oblivion" najnowsza produkcja Shyamalana ssie już od samego początku. I pomyśleć, że pierwotny pomysł na film miał dotyczyć zwykłego wypadu na camping! Niestety Will Smith dostrzegł, że konwencja s-f może mieć o wiele większy potencjał (czytaj: zarobić więcej monet). Pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to oczywiście efekty specjalne. Moim zdaniem przy budżecie w wysokości 130 milionów USD powinny wyglądać o wiele lepiej, zważywszy, iż po raz kolejny oglądamy przyszłość, w której nikt nie reprezentuje biedy. Pod tym względem "After Earth" nie urwie niczyjej dupy. Ursa to totalna pokraka, a na dodatek wygląda jak gówno. Gratuluję również bezimiennym kosmitom wyprodukowania z niewiadomych przyczyn stworzenia pozbawionego wzroku. Możliwe po prostu, że maszyna do eksterminowania ludzkości obdarzona oczami byłaby zbytnio niezwyciężona. Generalnie rzecz ujmując fabuła "After Earth" wystarczyłaby na jeden odcinek "Star Trek". Z tego powodu film jest żenująco krótki – zaledwie 100 minut! Ponadto upośledzone rozwiązania fabularne stawiają przed widzem wiele pytań, na które nie sposób znaleźć odpowiedzi:
  • Dlaczego ktokolwiek przeżył katastrofę statku kosmicznego?
  • Dlaczego na planecie pokrytej tropikalną roślinnością temperatura w nocy spada grubo poniżej zera?
  • Dlaczego spadek temperatury nie ma żadnego wpływu na tropikalną florę oraz faunę?
  • Dlaczego na planecie, na której przez tysiące lat mieszkali ludzie, nie ma żadnych śladów ich obecności?
  • Dlaczego znowu muszę oglądać na ekranie zabójcze małpy?
  • Na podstawie jakich motywów wielki ptak popełnił samobójstwo?
© 2013 Columbia Pictures Industries, Inc. All Rights Reserved.
Po obejrzeniu "Gangster Squad" wydawało mi się, że nie można już stworzyć mniej charyzmatycznej postaci niż Josh Brolin. Jak zwykle rzeczywistość zweryfikowała moje oczekiwania w przewrotny sposób. Will Smith zrobił niemal wszystko by pozbawić się jakichkolwiek przejawów charyzmy. Jestem przekonany, że gdyby przyznawano Oscary w kategorii najmniej charyzmatyczna rola główna Brolin i Smith odebrali by wspólną statuetkę. Niestety nie lepiej jest z Jadenem Smithem, którego podobno w tejże materii prowadził za rączkę ojciec. Wyszło naprawdę fatalnie. Na dodatek przez niemal 95% filmu na ekranie oglądamy jedynie obu Smithów, więc wyobraźnie jakież to musi być traumatyczne przeżycie! Na drugim planie nie ma dosłownie nikogo wartego uwagi. W "After Earth" reszta postaci pojawia się na mniej więcej minutę, by zaraz umrzeć, więc jesteśmy skazani na katorgę z Willem i Jadenem. W sumie to może nawet lepiej, że film jest taki krótki…
© 2013 Columbia Pictures Industries, Inc. All Rights Reserved.
Szczerze powiedziawszy nie jestem w stanie wskazać ani jednej zalety "After Earth". Film wypełniają znane schematy typu nadajnik nie działa – wejdź na górę albo nadajnik zepsuty – zapierdalaj hektariony przez dżunglę do drugiej części wraku. W zasadzie jako coś pozytywnego mogę wskazać brak twistu, bo jest to chyba pierwsza produkcja Shyamalana, w której nie dokonał idiotycznej wolty. Należy jednakże przyznać, iż tym w przypadku miał w pewien sposób ograniczony wpływ na scenariusz i reżyserię, więc nie można wykluczyć, że gdy tylko odzyska pełnię władzy wróci do starych schematów. Początkowo planowałem przyznać "After Earth" godne 3/10, ale przypomniałem sobie, że dokładnie taką samą notę otrzymał "Oblivion". Przy tej katordze oglądanie Toma Cruise’a było prawdziwą radością, a więc ocena odpowiednio zredukowana!
© 2013 Columbia Pictures Industries, Inc. All Rights Reserved.
Ocena: 2/10.

niedziela, 6 lipca 2014

"Gangster Squad"



Muszę przyznać, że kiedy "Gangster Squad" wchodziło na ekrany kin nie przejawiałem większego zainteresowania produkcją Rubena Fleischera. Chociaż reżyser tegoż dzieła nakręcił kiedyś znakomity "Zombieland" to niemal od razu wykluczyłem możliwość kinowego seansu. Trudno definiowalne przeczucie wskazywało, że "Gangster Squad" to totalne gunwo, niewarte ani chwili mojej uwagi. Niemniej po obejrzeniu dwóch ostatnich sezonów "Boardwalk Empire" z wielką siła powróciły gangsterskie fascynacje i pragnienie obejrzenia doskonałego filmu noir. Los Angeles końca lat 40-tych, gangsterzy, piękne kobiety, brudni gliniarze – tematycznie niemal jak doskonałe "Tajemnice Los Angeles"! Przekonajmy się zatem w jaki sposób Ruben Fleischer postanowił wszystko spierdolić.
źródło: http://www.impawards.com
"Gangster Squad" opowiada oczywiście o prawym i sprawiedliwym gliniarzu. Sierżant John O’Mara (Josh Brolin) to bohater wojenny, który postanowił zaprowadzić porządek na niebezpiecznych ulicach Miasta Aniołów. Szkopuł w tym, że w L.A. rządzi potężny gangster Mickey Cohen (Sean Penn), który ma w kieszeni połowę LAPD oraz niezwykle ambitne plany rozwoju swojej organizacji. Jednakże mimo przestróg przełożonych O’Mara często wchodzi w drogę Cohenowi. W końcu działalność ambitnego gliniarza zauważa komendant Parker (Nick Nolte), który zleca mu nietypowe zadanie. O’Mara ma stworzyć team gotowych na wszystko i nieprzekupnych gliniarzy, a następnie działając poza prawem zniszczyć organizację Cohena.
© 2012 Warner Bros. Ent. All Rights Reserved
Jak wspominałem we wstępie, po "Gangster Squad" nie spodziewałem się kompletnie niczego i po projekcji muszę przyznać, że się nie zawiodłem. Jak na film osadzony w Los Angeles ’49 produkcja Fleischera charakteryzuje się kompletnie zerowym klimatem noir. Śmiem twierdzić, że w zasadzie to nie charakteryzuje się żadnym klimatem! Oczywiście przedstawiona historia jest based on true story, ale wystarczył rzut oka na biografię Cohena, aby przekonać się, iż jest to opowieść zbudowana z przekłamań, uproszczeń oraz wypaczeń. Przedstawione poczynania doświadczonych stróżów prawa wydają się niekiedy straszliwie infantylne i wprost głupawe. Najlepsze przykłady to idiotycznie zaplanowany napad na kasyno oraz finałowa strzelanina, która jest po prostu doskonałym wcieleniem w życie idei działania na pałę. Warto przy tym zwrócić uwagę, że sierżant O’Mara fraguje w finale o wiele lepiej niż Richard Harrow w jednym z odcinków "Boardwalk Empire". Na dodatek "Gangster Squad" zbudowane zostało z najbardziej wyświechtanych, niemal prehistorycznych schematów. Główny bohater to oczywiście kryształowy wzór cnót policyjnych z kochającą małżonką spodziewającą się dziecka (ach ten dramatyczny konflikt na linii poczucie obowiązku a rodzina!). Jego najlepszy kumpel stwierdził w pewnym momencie życia, iż ma wszystko w dupie i poświęca się obecnie byciu dupcyngierem oraz chlaniu whiskey. Niemniej wystarczy śmierć randomowego pucybuta by przyłączył się do krucjaty wymierzonej w Cohena (ironicznie zgon dobrego kompaniona nie wywiera na nim większego wrażenia). Oglądamy oczywiście także etap rekrutacji do politycznie poprawnej drużyny zwalczającej zło: czarnoskóry pro, latynoski rookie z komediowym potencjałem, zmęczony życiem pro oraz wrażliwy nerd, który nie do końca pochwala brutalne metody grupy. Nie mogło również zabraknąć motywu odbijania dziewczyny gangstera!
© 2012 Warner Bros. Ent. All Rights Reserved
Wszystkie wymienione klisze oraz momentami głupawy scenariusz sprawiają, że oglądanie "Gangster Squad" sprawia ogarniętemu widzowi prawdziwy ból. Część rozwiązań fabularnych można by jeszcze może przeboleć, gdyby na ekranie dominowało wybitne aktorstwo. Niestety Josh Brolin stworzył postać prawdopodobnie mniej charyzmatyczną niż Nelson Van Alden z "Boardwalk Empire". O’Mara w jego wykonaniu kompletnie nie potrafi samodzielnie pociągnąć filmu – wyraźnie widać, że aktor nie udźwignął ciężaru głównej roli. Oczywiście swoją cegiełkę dołożyli również scenarzyści tworząc nijaką, jednowymiarową postać, która w żadnym aspekcie nie potrafi przyciągnąć uwagi. Równie słabo jest po stronie zła, co tym bardziej zaskakuje, ponieważ w rolę Mickey’ego Cohena wcielił się sam Sean Penn. Żydowski gangster w jego wykonaniu wydaje się zbyt przegięty i zdecydowanie nie pozostawia wrażenia człowieka, który mógłby zarządzać czymś więcej niż własną dupą (a już na pewno nie potężną organizacją władającą całym L.A.). Ekipa O’Mary nie wyróżnia się niczym na tle setek podobnych filmów. Warto zwrócić uwagę jedynie na Ryana Goslinga (Jerry), który całkiem nieźle prezentuje się w roli miejscowego dupcyngiera (bo jako ćma barowa się nie sprawdza wcale). Natomiast na drugim planie całkiem nieźle dawał sobie radę Sullivan Stapleton (Jack Whalen), ale ponieważ wybijał się znacznie ponad poziom filmu twórcy postawili zakończyć jego żywot. Pięknych kobiet niestety o wiele za mało. Emma Stone (Grace) nie stworzyła co prawda porywającej kreacji, niemniej nie miałem także ochoty wydłubać sobie oczu mikserem, gdy ją oglądałem na ekranie.
© 2012 Warner Bros. Ent. All Rights Reserved
Gdy "Gangster Squad" dobiegało wreszcie upragnionego końca ja coraz bardziej cieszyłem się, że będę mógł kompletnie pojechać dzieło Fleischera w recenzji. Jednakże tuż przed napisami końcowymi twórcy zaserwowali jeden z najgorszych tricków w historii: wyjątkowo marny voice-over w wykonaniu sierżanta O’Mary. Każde słowo tegoż żenującego, wypełnionego najtańszym patosem monologu sprawiało taką samą radość jak kij bilardowy wbity w oko. Przestrzegam zatem: jeśli nie oglądaliście jeszcze tego gunwa to wyłączcie zaraz po finałowym rozpierdolu. A może będzie nawet lepiej, jeśli nigdy nie włączycie tej jebanej abominacji, którą w Polszy opatrzono dodatkowo podtytułem "Pogromcy Mafii".
© 2012 Warner Bros. Ent. All Rights Reserved
Ocena: 3/10.