piątek, 31 lipca 2026

"The Odyssey" (2026)

Łatwo bóstwom, w szerokim niebie mieszkającym,
Bądź w proch zetrzeć człowieka, bądź stawić na szczycie*.

Dzisiaj na warsztacie wylądowała "Odyseja" w reżyserii Christophera Nolana. Prawie trzygodzinny film, który rozpętał w Internetach niejedną imbę i gównoburzę zanim ktokolwiek jeszcze zdążył go obejrzeć. Nieoczekiwanie okazało się bowiem, że wśród współczesnych ludzi ujawnił się ogrom znawców greckiej kultury z epoki brązu, a także twórczości Homera: a to hełmy i zbroje nie takie, a to zdrada/uproszczenie/zmiana przesłania oryginału, a to kolory niewłaściwe, a o krytyce doboru aktorów to można napisać odrębny epos. W obliczu tejże przedwczesnej krytyki oraz mojego braku entuzjazmu wynikającego z obejrzenia trailerów (delikatnie mówiąc aparycja Toma Hollanda nie wzbudziła u mnie zachęty do śledzenia z zapartym tchem poczynań Telemacha) nie planowałem oglądania ostatniego filmu Nolana w najbliższej przyszłości. Jednak nieoczekiwany splot zdarzeń i uderzenie w kina naprawdę szerokim frontem (nawet w Wieliczce!) sprawiło, że wybraliśmy się na seans w upalny premierowy piątek 17 lipca. W poniższym tekście nie szukajcie głębokiej analizy porównawczej filmu Nolana i eposu Homera - nie pamiętam nawet czy kiedykolwiek w liceum czytałem choćby fragmenty Odysei, ale na potrzeby pisania tejże recenzji, a przede wszystkim dla własnej przyjemności (tak, pod wieloma względami była to wspaniała lektura), przeczytałem ją w całości. Nie będę też poruszał zgodności z prawdą historyczną, ponieważ po pierwsze nie czuję się wystarczająco kompetentny (niemniej widziałem w Grecji wiele różnych rzeczy, ale przecież nadal wiem, że nic nie wiem), a po drugie możemy zastanowić się nad następującym pytaniem: na ile realistyczna może być lub powinna być opowieść, w której pojawiają się Cyklopy, syreny, Scylla i Charybda, czarodziejka Kirke zamieniająca chłopów w świnie (chociaż do tej przemiany to niektórym akurat niewiele potrzeba), nimfa Kalipso, a bohaterowie rozmawiają z poległymi w boju tymczasowo wskrzeszonymi towarzyszami? Dlatego też postaram się Wam opowiedzieć o moich osobistych wrażeniach z filmu Nolana - co moim zdaniem wypadło fajnie, a co nie.
© 2026 Universal Pictures.

Fabułę znamy przecież wszyscy. Odyseusz (brodaty i smutny Matt Damon), po dziesięcioletnim pobycie na pierdolonej plaży pod Troją, wyrusza wraz ze swoją wierną załogą w drogę powrotną do wytęsknionej Itaki. W przeciwieństwie do głównych sił greckich, dowodzonych przez wyglądającego totalnie epicko króla Argolidy (zwiedzaliśmy w tym roku, bardzo polecam) Agamemnona (Benny Safdie), obiera inny kurs, co prowadzi do nieoczekiwanego wydłużenia rejsu. Tymczasem w pałacu na Itace jego żona Penelopa (Anne Hathaway) i niepełnoletni syn Telemach (Tom Holland) muszą użerać się z wyjątkowo liczną zgrają zalotników, którym przewodzi Antinoos (Robert Pattinson) oraz Polibus (Corey Hawkins), a rapsy zapodaje Bard (w tej roli Travis Scott - jak gdzieś przeczytałem, z najlepszymi wersami w karierze).
© 2026 Universal Pictures.

Może tym razem zaczniemy od tego, co mi przypadło do gustu. Bardzo spodobał mi się sposób przedstawienia historii przez Christophera Nolana. Tutaj wydarzenia nie mają porządku chronologicznego, a są przedstawiane w trakcie rozmów Odysa z Kalipso, co daje niezwykle ciekawy efekt w odbiorze (swoją drogą podobnie jest w literackim pierwowzorze, gdzie część przygód poznajemy z opowieści głównego bohatera, co może nasuwać pytania czy tak było naprawdę; a dodatkowo jak stwierdza Atena Pallas o błyszczącym oku Odys lubił kłamać już od małego dziecka). Kolejna rzecz świetnie zrealizowana to sceny rozgrywające się na morzu - tu naprawdę czuć sól w ustach i porywisty wiatr we włosach! Kostiumy przeważnie są w porządku i moim zdaniem nie trzeba się czepiać tej wizji Nolana, aczkolwiek zbroja, a przede wszystkim sposób pokazywania na ekranie Agamemnona (który pojawia się dosłownie w kilku scenach), jest naprawdę epicki. Na pewno będzie to moje najmocniejsze wspomnienie z całego filmu. Chciałbym również pochwalić ścieżkę dźwiękową, do stworzenia której wykorzystano typowe dla starożytnej Grecji instrumenty: gongi, liry oraz aulosy (coś w rodzaju piszczałki) - niemniej jak to zwykle u Nolana momentami jest naprawdę głośno. Na koniec warto zwrócić uwagę na dwie sceny: wprost niewiarygodną przemianę towarzyszy Odyseja w wieprze u Kirke (bez wykorzystania CGI - jedynie animatronika oraz sprytne ujęcia kamery) oraz wzruszającą scenę z wiernym psem króla Itaki. Ach, i niemal zapomniałbym wspomnieć o ulotności i zwiewności Ateny, w którą wciela się Zendaya (gdyby ktokolwiek z krytyków koloru skóry Zendayi przeczytał Odyseję wiedziałbym, że Pallada może przyjmować dowolną postać wedle swojego życzenia), niemniej jest to jednocześnie coś, co pozwala na płynne przejście do wad filmu.
© 2026 Universal Pictures.

"Odyseja" w wersji Nolana staje się bowiem raczej ponurym komentarzem do współczesności: Odyseusz, ewidentnie cierpiący na powojenne PTSD (post-traumatic stress disorder - zespół stresu pourazowego) niejednokrotnie powtarza, że współczesna mu cywilizacja upada, a prawdziwą motywacją potężnego Agamemnona była tak naprawdę chęć przejęcia kontroli nad nowymi szlakami handlowymi (co podobno było rzeczywistym powodem tejże wojny, jeśli kiedykolwiek się odbyła). A wracając do Ateny sowiookej to tutaj poza nią nie uświadczymy innych bogów - zresztą można się zastanawiać czy nie jest to jakaś halucynacja zmęczonego egzystencją Odysa. I dopiero przeczytawszy oryginał zrozumiałem, jak bardzo Nolan poszedł w swoją stronę w adaptowaniu tekstu Homera. Czytając bowiem tenże epos najbardziej moją uwagę przykuła zastanawiająca wręcz bliskością i bezinteresownością relacja Ateny i Odysa - bogini mądrości pomaga nie tylko królowi Itaki, ale także jego bliskim: Telemachowi oraz Penelopie, sterując ich poczynaniami lub po prostu subtelnie podsuwając im idee. Oddajmy zresztą głos samej Palladzie: Zawsześ ten sam a nie inny: Niezmienny i stateczny; dlatego przy tobie; Jestem w każdym nieszczęściu i o każdej dobie. Ponadto książkowemu Odysejowi nigdy nie mięknie faja, jest często próżny (jak w przygodzie z cyklopem Polifem) i dumny ze swoich czynów, a jedynie lamentacje odprawia nad poległymi w boju towarzyszami albo przy inwentaryzacji dobytku po nagłym pozostawieniu go przez Feaków na itackiej plaży, a nawet jak spotyka boginię to próbuje ją brać pod pic.
© 2026 Universal Pictures.

Kiedy wyszedłem z kina, pomyślałem sobie, że ok, może dupy nie urwało, ale było chociaż przyzwoicie. Niemniej po lekturze oryginału stwierdziłem, że Nolan jednak rzeczywiście wypaczył przesłanie Odysei, która jest przede wszystkim opowieścią o skutkach niepohamowanej pychy oraz brutalnej zemście (sporą część eposu zajmują planowanie oraz przygotowania do rzezi gachów umniejszających z każdym dniem majątek Odysa). Poza tym tak naprawdę bez pomocy Ateny Odyseusz nigdy nie wyszedłby z czarnej dupy, w której znalazł się na własne życzenie, a Telemach nie dożyłby upragnionego powrotu ojca. Bardzo irytowało mnie powtarzane zbyt często w filmie prawo Zeusa dotyczące gościnności (każdy przybysz zasługiwał na życzliwe przyjęcie). Ponadto przy budżecie w wysokości 250 milionów USD można się było wystarać o zdecydowanie lepsze CGI w niektórych scenach.
© 2026 Universal Pictures.

Jeśli chodzi o aktorstwo to Matt Damon sprawdza się dosyć dobrze jako zmęczony życiem Odyseusz w wizji Nolana, ale raczej średnio przystaje do mojego wyobrażenia homeryckiego herosa. Anne Hathaway wypada całkiem nieźle w roli Penelopy, w przeciwieństwie do kompletnie irytującego i nieporadnego Toma Hollanda wcielającego się w Telemacha. I tak się zastanawiam czy w pakiecie z Tomem należało zatrudnić Zendayę, w której wykonaniu Atena nijak nie przystaje do książkowej pewnej siebie Pallady, ale w pewien sposób dobrze komponuje się ze smutkiem Matta Damona? Z postaci drugoplanowych warto wyróżnić Johna Leguizamo, grającego wiernego Eumajosa oraz Benny’ego Safdie jako bezapelacyjnie epickiego Agamemnona. Jednak cały show kradnie Robert Pattinson, wcielający się w czołowego przywódcę gachów, Antinoosa, przebiegłego kutasa jakich mało. Naprawdę, wspaniała rola, przy czym warto zaznaczyć, że w poemacie Homera tenże zalotnik zostaje wyróżniony przez Odyseja i dostaje strzałę w gardło jako pierwszy.
© 2026 Universal Pictures.

Jeśli nie czytaliście Odysei, Wasze podejście do filmu Nolana może być zgoła odmienne i docenicie pewne walory tejże adaptacji. Niemniej po zapoznaniu się z oryginałem zdecydowanie bardziej zwróciłem się ku epickim wersom Homera i niebywałej relacji Odyseja i Pallas Atene:

A tak gdy przed królewski szczytny dworzec przyszli,
Atene jasnooka ozwie się w tej myśli:
“Oto, dziadku wędrowny, dwór, o który pytasz,
Masz przed sobą; tu w kole biesiadnym powitasz
Władyki tego kraju - wszystko ród Zeusowy.
Idź prosto, nie trwóż sobą i nie trać nic głowy.
Śmiały idzie przebojem i przeto wygrywa,
Mniejsza, czy cudzoziemcem do obcych przybywa".

© 2026 Universal Pictures.
Ocena: 6/10.

*Wszystkie cytaty pochodzą z Odysei w przekładzie Lucjana Siemieńskiego, wydanej przez Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1992. 
W tym tekście Odyseusz występuje również jako Odys lub Odysej, a Atena jest określana także jako Atene lub Pallas/Pallada.

środa, 29 kwietnia 2026

"Caught Stealing" (2025)

Trouble is to a man like rust is to iron.

"Caught Stealing" (w polskiej wersji "Złodziej z przypadku") zapowiadał się, a przynajmniej takie były oczekiwania, jako lekki film sensacyjny z domieszką komediową, idealny na sobotni wieczór po ciężkim tygodniu. Co prawda za ekranizację wydanej w 2004 roku powieści autorstwa Charliego Hustona otwierającej trylogię o Henrym Thompsonie (oprócz Caught Stealing w jej skład wchodzą Six Bad Things z 2005 roku oraz A Dangerous Man z 2006 roku) zabrał się Darren Aronofsky, czyli reżyser lekkich i przyjemnych filmów takich jak "Requiem dla snu", "Pi", "Źródło", "Czarny łabędź" czy "Mother!" (recenzja w linku), ale był to tylko drobny, nieistotny szczegół. Przy okazji warto zwrócić uwagę na oryginalny tytuł, ponieważ jak się nieoczekiwanie okazało termin caught stealing oprócz oczywistego znaczenia ma także zastosowanie sportowe - oczywiście chodzi tu o niezwykle popularny w naszym kraju baseball (chociaż muszę przyznać, że w czasach podstawówki pod wpływem nadawanej na Polonii 1 japońskiej kreskówki "Baseballista" w mojej części osiedla powstały co najmniej dwie drużyny; prawie nikt nie znał zasad, prawdziwy sprzęt był poza naszym zasięgiem, ale i tak było fajnie). Niemniej chodzi o nieudaną próbę zdobycia kolejnej bazy, gdy piłka nie jest jeszcze w grze,  a zawodnik podejmujący wyzwanie zostaje wyeliminowany przez przeciwnika. Brzmi prosto? Zagrajcie sobie w baseball!

© 2026 Sony Pictures Digital Productions Inc.

"Caught Stealing" to historia utalentowanego zawodnika baseballa, Hanka Thompsona (Austin Butler), którego karierę na wczesnym etapie przerwał tragiczny wypadek samochodowy. Po latach Hank mieszka w Nowy Jorku i pracuje jako barman w barze, spotykając się od czasu do czasu z Yvonne (Zoë Kravitz). Wszystko zmienia się, gdy jego brytyjski sąsiad Russ (Matt Smith) prosi go o opiekę na swoim kotem (to naprawdę piękny kot syberyjski). Hank, podejmując się prostego zadania, zostaje wplątany w poważne gangsterskie porachunki, co już na samym początku przypłaca ciężkim wpierdolem.

© 2026 Sony Pictures Digital Productions Inc.

Jak wspomniałem we wstępie, spodziewałem się czegoś zdecydowanie lżejszego, chociaż jednocześnie nie można napisać, że jest to film ciężki i trudny do przyjęcia. W zasadzie fabuła nie jest skomplikowana, niemniej przytłoczył mnie trochę poziom przemocy, którego się po prostu nie spodziewałem po tym seansie. Już pierwszy, wyjątkowo ciężki wpierdol, który wyłapuje nasz bohater, kończy się dla niego śpiączką, amputacją nerki i groźbą zaprzestania spożywania alkoholu do końca życia (co w sumie przeraża Hanka tylko przez kilka godzin, a potem i tak uderza w ostry melanż). A to dopiero początek pasma kłopotów, w którego skład wejdą średnio ogarnięci gangsterzy, skorumpowana policja, beztroski bankier przestępców, handel narkotykami, zrywanie szwów, womitacje, tortury,  czy zabójstwa całkiem niewinnych osób. Darren Aronofsky w fascynujący sposób przedstawił wciąganie kompletnie niewinnego Hanka w nieustającą spiralę naprawdę brutalnej przemocy, która mogłaby doprowadzić do kompletnego załamania się psychicznego postaci. Tu nie ma żartów - jeśli znalazłeś się w złym miejscu w nieodpowiednim czasie to po prostu kończysz żywot bez mrugnięcia oka.

© 2026 Sony Pictures Digital Productions Inc.

Akcja "Caught Stealing" została osadzona w 1998 roku i zrobiono naprawdę sporo, aby Nowy Jork przypominał miasto z tamtego okresu (a to jest jeszcze przed WTC przecież!). Lower East Side, gdzie mieszka i pracuje Hank, nie wygląda jak miejscówka z "Friends" czy jakiejś komedii romantycznej, ale zawalone jest śmieciami, brudem i bezdomnymi. Gangsterzy, których Hank spotyka na swojej drodze, również nie są tytanami intelektu czy geniuszami zbrodni, a raczej bezmyślnymi i brutalnymi wykonawcami poleceń, którym z pewnością brakuje polotu i finezji. No może z wyjątkiem Lipy (Liev Schreiber) i Shmully’ego (Vincent D'Onofrio), którzy wydają się być najbardziej ogarnięci, co jednak nie oznacza, że można ich nazwać pozytywnymi postaciami (w sumie to pasowaliby mi trochę do "Przekrętu" Guya Ritchiego). Jedyne, co tak naprawdę nie do końca pasuje do całej tej krwistej i brutalnej historii, to moim zdaniem zakończenie, ale o tym musicie przekonać się już sami (niemniej po tych wszystkich niezasłużonych cierpieniach można je zrozumieć jako pewną formę nagrody dla Hanka).

© 2026 Sony Pictures Digital Productions Inc.

Na razie widziałem Austina Butlera w zaledwie kilku filmach, ale muszę przyznać, że w każdym w nich stworzył kreację, którą trudno zapomnieć. Nie inaczej jest w przypadku "Caught Stealing" - Hank mierzący się z własnymi traumami z przeszłości w jego wykonaniu po prostu niesie na barkach ten film. Bardzo dobra rola w średniej produkcji, Butler przyćmiewa swoją gwiazdą pozostałą obsadę. Fajnie będzie mi się kojarzył Matt Smith z imponującym irokezem, wcielający się w Russa. Oklaski ode mnie także dla Zoë Kravitz za bardzo sympatyczną rolę starającej się wyciągnąć Hanka z bagna Yvonne. Nie mogę natomiast przekonać się do postaci detektyw Roman, którą zagrała laureatka Oscara Regina King. Czegoś wyjątkowego w tym przypadku po prostu zabrakło (może wiarygodności jej postaci). Świetnie natomiast w roli Bud wypadł kot Tonic. A i zawsze miło zobaczyć na ekranie Laurę Dern, choćby przez kilka sekund i wypowiadającą jedno, dosadne fuck.

© 2026 Sony Pictures Digital Productions Inc.

Podsumowując "Caught Stealing" to film całkiem wciągający, aczkolwiek brutalny i momentami wręcz absurdalny pod pewnymi względami. Warto zapoznać się z produkcją Darrena Aronofsky’ego choćby ze względu na bardzo dobrą rolę Austina Butlera czy dla obejrzenia nieoczekiwanych efektów historii wciągnięcia zwykłego człowieka w bezwzględne gangsterskie porachunki.

© 2026 Sony Pictures Digital Productions Inc.

Ocena 7/10.

Ps.

Nie czytałem powieści Charliego Hustona, która chyba nawet nie została wydana w Polsce, więc nie oceniam filmu pod względem wierności książkowemu pierwowzorowi. Kiedyś, jak może przeczytam, to napiszę parę słów o tym, ale moja lista książek wydłuża się z każdym dniem, a czasu wcale nie przybywa.


sobota, 23 sierpnia 2025

"Sicario: Day of the Soldado" (2018)

You want to be a sicario... let's talk about your future..

Tegoroczne, niezwykle kapryśnie pod względem pogody, lato zbliża się nieubłaganie ku końcowi, więc powinien, zgodnie z tradycją, napisać raczej recenzję jakiegoś filmu, który obejrzałem w ramach Letniego Taniego Kinobrania w Kinie Pod Baranami. Niemniej w tym roku zaliczyłem aż jeden (tak, naprawdę tylko jeden) seans i nie wiem jeszcze czy stworzę jakikolwiek tekst o "Przesileniu zimowym" ("The Holdovers"), chociaż bardzo mi się podobało (a Paul Giamatti i Dominic Sessa wypadli świetnie w głównych rolach). Zamiast tego proponuję coś w rodzaju niedalekiej podróży w czasie, bowiem produkcja, którą dzisiaj omówimy powstała w roku 2018, a jej pierwowzór w 2015 (moja recenzja pierwszego "Sicaro" tutaj). Nie muszę chyba pisać, że choć minęło zaledwie kilka lat, to świat zmienił się wręcz nie do poznania, a, przynajmniej z naszej perspektywy, meksykańską wojnę narkotykową przyćmiły inne problemy… Niemniej w Ameryce Środkowej i Południowej dalej jest wesoło. Weźmy choćby przykładowo prezydenta Wenezueli, Nicolasa Maduro, który na pełnym przypale sfałszował wybory prezydenckie, wladzy nie oddał, USA wyznaczyło nagrodę w wysokości 50 milionów USD za pomoc w jego aresztowaniu, a dodatkowo jest uznawany za jednego z przywódców Kartelu Słońc (Cartel de los Soles). Wracając do "Sicario: Day of Soldado" to warto wspomnieć, że za scenariusz nadal odpowiadał Taylor Sheridan, jednak na stołku reżyserskim Denis Villeneuve ustąpił miejsca Stefano Sollimie. A co w sumie najważniejsze i jednocześnie najsmutniejsze, to nie znaleziono miejsca w obsadzie dla Emily Blunt…

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

W zamachu terrorystycznym w Kansas City ginie kilkanaście osób. W trakcie śledztwa wychodzi na jaw, że terroryści pochodzili z Jemenu, dotarli statkiem do Meksyku, a następnie przedostali się do USA szlakiem kontrolowanym przez jeden z meksykańskich karteli narkotykowych. W ramach odwetu, znany z pierwszej części agent CIA Matt Graver (Josh Brolin), zostaje upoważniony przez amerykański rząd do niezwłocznego i brutalnego zakończenia tegoż niecnego procederu, a pierwszym etapem ma być wywołanie wojny pomiędzy meksykańskim kartelami. W tym celu Graver postanawia wykorzystać Alejandro (Benicio Del Toro) do uprowadzenia córki (Isabela Merced) jednego z meksykańskich bossów. W drugim wątku przyglądamy się początkom kariery dobrego chłopaka Miguela (Elijah Rodriguez), który skręca na złą drogę i stawia pierwsze nieśmiałe kroki w przemycie ludzi z Meksyku do USA.

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

Po pierwszym "Sicario" nie spodziewałem się w sumie, że kiedykolwiek ktoś pokusi się o nakręcenie kontynuacji. Z mojej perspektywy historia przedstawiona w tym filmie była kompletna i raczej zamknięta, ale wszyscy przecież wiemy co się najbardziej liczy w tym biznesie. Niemniej, o czym wspominałem już we wstępie, w drugiej odsłonie nie zobaczyliśmy już agentki FBI Kate Macer, chociaż początkowo planowano jej powrót. Finalnie postać grana przez Emily Blunt nie znalazła się w obsadzie "Sicario 2", ponieważ reprezentowała sobą swoisty moralny kompas, który nie pasował do zdecydowanie amoralnej koncepcji drugiej części. Tym razem na pierwszym planie dominują Matt Graver oraz Alejandro, a jak pamiętamy z oryginału są to ludzie nastawieni przede wszystkim na bezwzględne wykonanie powierzonego im zadania. Świat przedstawiony w "Day of Soldado" dalej epatuje realizmem, brutalnością i nieliczeniem się z życiem mało istotnych pionków na tej szachownicy (jak mawiano kiedyś w Pińczowie: takie życie, pionki, figury). Amerykańska administracja wyznacza cele (np. wywołanie wojny między meksykańskimi kartelami, ponieważ zostały uznane za organizacje terrorystyczne), które mają zostać osiągnięte bez względu na to ile osób (oczywiście nie będących obywatelami USA) poniesie śmierć w trakcie ich realizacji. A gdy coś się wysypie to oczywiście nie przyznajemy się do niczego i zacieramy ślady (likwidując dotychczasowych wiernych współpracowników).

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

Oglądając "Sicario 2" raczej trudno czuć się komfortowo czy odprężająco. Nie dość, że zewsząd otacza nas sieć powiązań i zależności, której do końca nie jesteśmy w stanie rozszyfrować, to jeszcze uczucie ciągłego niepokoju i stanu zagrożenia potęguje specyficzna ścieżka dźwiękowa. Oprócz porwań, pościgów i strzelanin, oglądamy również dosyć niebezpieczny proces nielegalnego przekraczania meksykańsko-amerykańskiej granicy, który w obszarze przygranicznym zamienił się w całkiem nieźle prosperujący biznes (oczywiście przewodnicy nie troszczą się specjalnie o swoich podopiecznych, a jedynie o to, żeby na koniec hajs się zgadzał). Ścieżka dźwiękowa to jedno, ale również muszę pochwalić bardzo fajne zdjęcia – jak choćby meksykańskich bezdroży, które przemierza z buta Alejandro wraz z Isabel. I właśnie ten wątek (a w zasadzie jego rozwiązanie) jest praktycznie jedyną rzeczą, która nie pasowała mi do całościowego, bezwzględnego klimatu drugiej odsłony. Kto pamięta rodzinną kolację z Alejandro z pierwszej części, ten wie o co dokładnie mi chodzi. Aha, i nawiązując do oryginału, to dalej nie można ufać meksykańskiej policji.

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

Josh Brolin po raz kolejny stworzył fajną kreację wracają do roli Matta Gravera. To naprawdę swój chłop, acz jednocześnie człek brutalny i pozbawiony skrupułów, chociaż z zasadami. Niemniej amerykański aktor zrobił kolejny krok w celu zniwelowania mojej nieuładnionej antypatii do jego osoby (naprawdę nie potrafię powiedzieć dlaczego kiedyś żywiłem do niego tak negatywne uczucia). Jednak dla mnie prawdziwą gwiazdą drugiego "Sicario" jest Benicio del Toro. Ileż fajnych ról zagrał w ostatnich latach! I nie mówię o hollywoodzkich hitach, a filmach trochę mniej znanych takich jak choćby "No Sudden Move" (2021) czy "Reptile" (2023). No i oczywiście czekam na jego rolę w nadchodzącym wielkimi krokami "One Battle After Another" Paula Thomasa Andersona. A oprócz tego w "Day of Soldado" pojawia się między innymi Jeffrey Donovan, Catherine Keener (pozdro za rolę bezwzględnej suki), Matthew Modine czy Shea Whigham. Warto, że zwrócić uwagę na aktorów młodego pokolenia (ja zawsze z młodzieżą, mówi Mirek Szatkowski): Isabelę Merced (Isabel) oraz Elijah Rodriguez (Miguel).

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

"Sicario: Day of Soldado" nie posiada może świeżości pierwszej części, niemniej w dalszym ciągu jest to bardzo sprawnie zrealizowane i wciągające kino sensacyjne. Jeżeli macie ochotę odczuwać niepokój i stan zagrożenia przez dwie godziny to serdecznie zapraszam na seans. Oczywiście największy minus filmu to brak Emily Blunt w obsadzie.

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

Ocena: 7/10.


poniedziałek, 28 lipca 2025

"The Northman" (2022)

 Always live without fear, for your fate is set and you cannot escape it!

Jest lipiec (pogoda raczej deszczowa, przeplatana upalnymi przerywnikami), trwa dziewiętnaste już Letnie Tanie Kinobranie w krakowskim Kinie Pod Baranami, więc powinienem chyba napisać tekst o jakimś filmie, który zobaczyłem w ramach tegoż festiwalu, ale dzisiaj będzie coś z zupełnie innej beczki. Odkąd obejrzałem "The VVitch: A New-England Folktale" (recenzja w linku), stałem się wielkim fanem twórczości Roberta Eggersa. Późniejszy, i jeszcze lepszy, "Lighthouse" tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu, więc gdy dowiedziałem się o "The Northman" byłem po prostu zachwycony. Produkcja o wikingach w takim klimacie to musiało być coś naprawdę wyjątkowego! Oczywiście planowałem seans w czasach, gdy film był jeszcze grany w kinach, ale ponieważ w ostatnich latach nie mam już tyle wolnych chwil co w przeszłości, to wyszło jak zwykle. Niemniej teraz "Wiking" (jak to w Polszy się nazywa) jest objawił się na HBO Max (w tym miejscu gratuluję HBO pomysłowości ze zmianami nazwy serwisu i ciekaw jestem ile to kosztowało monet i jak bardzo było potrzebne?), więc czym prędzej zorganizowałem sobie czas na seans.

 © Universal Studios

"The Northman" to dosyć nieskomplikowana, wręcz prosta jak drut, historia o zemście. W roku 895 młody książę Amleth (Oscar Novak) bardzo krótko cieszy się powrotem ojca, króla Aurvandila (Ethan Hawke), z kolejnej wyprawy wojennej. Władca zostaje bowiem zdradziecko zamordowany przez własnego brata, Fjölnira (Claes Bang), który za ten bohaterski czyn dostaje nowy przydomek - Fjölnir Bez Brata. Chłopcu udaje się ujść z życiem i poprzysięga pomścić ojca, zabić wuja i uratować zniewoloną matkę (Nicole Kidman). Wiele lat później dorosły Amleth (Alexander Skarsgård), w trakcie brutalnego najazdu na jakąś randomową, zadupną osadę na Rusi dowiaduje się, że wiarołomny wuj utracił królestwo jego ojca i zbiegł z garstką zwolenników na Islandię hodować owce. Dla długo wyczekiwanej zemsty książę podstępem i incognito dostaje się na drakkar wiozący niewolników dla Fjölnira, gdzie zaprzyjaźnia się ze słowiańską czarownicą Olgą z Brzozowego Lasu (Anya Taylor-Joy), która obiecuje pomóc w realizacji życiowej misji.

 © Universal Studios

W związku z dotychczasową twórczością Eggersa podkładałem bardzo duże nadzieje w "The Northman". Seans rozpoczął się co prawda spektakularnie pod względem wizualnym, ale niestety bardzo szybko pojawiły się rozwiązania fabularne, które wydały mi się trochę nie na miejscu w filmie tak poważanego przeze mnie twórcy (jest to eufemizm – można też napisać, że są one po prostu głupawe). Ich liczba osiągnęła oszałamiającą wartość trzy, ponieważ jak wszyscy doskonale wiemy jest to doskonała i perfekcyjna cyfra: Then shalt thou count to three, no more, no less. Postaram się zatem wyjaśnić o co mi dokładnie chodzi (bez nadmiernego psucia zabawy). Pierwsza sprawa to cudowne ocalenie młodego Amletha, na którego początkowo nie zwracają uwagi wytrawni assasyni mordujący jego ojca – gdyby Fjölnir bardziej przemyślał temat albo miał profesjonalnych, proaktywnych podkomendnych film skończyłbym się po 20 minucie. Druga rzecz również dotyczy Amletha, ale już jego starszej wersji – jak mniemam nie była to jego pierwsza wyprawa na Ruś, ponadto wykazał się niezwykłą odwagą i brutalnością, a wystarczyło, że obciął włosy, wypalił sobie niewolnicze znamię na wyrzeźbionej klacie, przywdział jakiś słowiański outfit i nikt z jego z ekipy nie był już w stanie rozpoznać w nim nieustraszonego wikińskiego berserkera. Zaprawdę fantastyczne rozwiązanie. Trzecia rzecz dotyczy Olgi, ale że akcja dzieje się już na Islandii, a fabule raczej bliżej do końca niż początku, i ten akapit rozrósł się bardziej niż planowałem, to pozwolę sobie pominąć szczegóły.

 © Universal Studios

Dobra, żale zostały wylane, więc możemy płynnie przejść do zalet, które "The Northman" niewątpliwie posiada. Film Eggersa zaimponował mi pod względem wizualnym – piękne plenery (film kręcono na Islandii, ale jednak głównie w Irlandii z powodu mniejszych kosztów), dbałość o wiarygodne przedstawienie wikińskiej architektury oraz doskonałe kostiumy to z pewnością rzeczy, na które trzeba zwrócić uwagę w trakcie seansu. Znakomite wizualia dopełnia świetna ścieżka dźwiękowa. Ponadto twórcy bardzo mocno starali się realistycznie oddać ducha epoki, sięgając po pomoc historyków. Dlatego też "The Norhman" wypełniony jest po brzegi nawiązaniami do nordyckiej mitologii (ha, przecież już w pierwszej scenie oglądamy dwa kruki) oraz różnego rodzaju podań (główny wątek Amletha zaczerpnięto ze średniowiecznej skandynawskiej legendy, która de facto stanowiła inspirację dla Hamleta William Shakespeara – albo jak ktoś preferuje Edwarda de Vere, siedemnastego earla Oxford). A ponieważ były to czasy bardzo brutalne to krwi, walki i mordowania na ekranie wcale nie brakuje. Wielki plus należy się także za fajne przedstawienie nordyckich wierzeń i obrzędów, ale także słowiańskiej magii, której dumnymi reprezentantkami są wspomniana wcześniej Olga i Seeress, w którą brawurowo wcieliła się Björk.

 © Universal Studios

Kolejna rzecz na plus to aktorstwo – tutaj po prostu nie ma lipy. Ethan Hawke bardzo fajnie wciela się w króla Aurvandila, szkoda tylko, że na ekranie oglądamy go tak krótko. Nicole Kidman jest po prostu idealna jako jego małżonka i trudno mi wyobrazić sobie inną aktorkę na jej miejscu. Alexander Skarsgård to klasa sama w sobie, ale musimy przecież przypomnieć, że grał już wikinga (acz wąpierza) Erica Northmana w "True Blood". Świetnie wypadł także Cleas Bang i naprawdę ciężko było mi uwierzyć, że grał on główną rolę w "The Square". Miło zobaczyć ponownie u Eggersa Anyę Taylor-Joy, której Olga automatycznie wzbudza sympatię widza. Z drugiego planu muszę natomiast wyróżnić dwie bardzo fajne kreacje. Pierwsza to dosyć krótki, ale zapadający mocno w pamięć, występ Björk, wcielającej się w słowiańską wiedźmę. Natomiast druga to rola Willema Dafoe, grającego królewskiego błazna Heimira – po prostu nie mogę zapomnieć tego charakterystycznego uśmiechu!

 © Universal Studios

Chociaż miałem o wiele większe oczekiwania, to muszę przyznać, że "The Northman" bardzo dobrze balansuje pomiędzy realizmem epoki a elementem mistyczno-magicznym, nie przychylając się zbytnio w żadną stronę. Jest to prosta opowieść o brutalnych czasach, w których świat duchów i magii odgrywał bardzo dużą rolę w codziennym życiu. Warto to docenić i zobaczyć film choćby tylko dla charakterystycznie uśmiechniętej twarzy Heimira, którą naprawdę ciężko potem zapomnieć.

 © Universal Studios

Ocena: 7/10.


środa, 30 kwietnia 2025

"Parthenope" (2024)

When you know everything, you die early and alone.
Get acquainted with the unspeakable.

Chociaż w Krakowie jestem już prawie od dwóch dekad (w sumie to od paru lat już nie do końca jestem w Krakowie, co raczej bywam, aczkolwiek nie wiem czy ma to dla Was jakiekolwiek znaczenie, ponieważ niektórzy twierdzą, że nie, ale dla innych z kolei wszystko ma znaczenie), to nadal, jak się okazuje ku mojemu ignoranckiemu zaskoczeniu, istnieją miejsca, w których nie stanęła jeszcze moja stopa. Co prawda z każdym rokiem ubywa ich coraz bardziej, niemniej na liście pozostaje jeszcze parę punktów do odhaczenia. Tym razem udało się zaliczyć legendarną kinokawiarnę KIKA, położoną niemalże na styku Ludwinowa i starego Podgórza. I naprawdę fajnie, że przed seansem można wychylić lampkę wina z Moraw albo kufelek czeskiego piwcia (pozdro Natalia za stare czasy Zielonego Kontrabasu), to możliwość wnoszenia tychże trunków na kinową salę nie jest już taka kolorowa w praktyce. Okazało się bowiem, że jest coś jeszcze bardziej wkurwiającego niż spóźnianie się na seans i przepychanie między fotelami do swojego miejsca (czego to najbardziej nienawidzę w kinie): otóż wyłażenie z sali w trakcie filmu po uzupełnienie alko-płynów. Naprawdę, trochę kurwa kultury, a przede wszystkim poszanowania dla pozostałych uczestników seansu. No, ale czas przejść do meritum, ponieważ ten przydługi (albo też przygłupi) wstęp może w zasadzie bardziej zniechęcać niż zachęcać do przeczytania reszty.
A24 Films LLC

Przechodząc do konkretów to wybraliśmy się kinokawiarni KIKA, żeby obejrzeć najnowszy film Paolo Sorrentino, czyli "Parthenope" (w Polszy "Bogini Partenope"). Ponieważ każdy w szkole zapoznał się doskonale z grecką mitologią (oczywiście czytając ją w grece), to nie muszę chyba przypominać, że Parthenope była syreną, której nie udało się uwieść swoim śpiewem Odyseusza, w efekcie czego popełniła samobójstwo, a morze wyrzuciło jej ciało na wyspę Megaride, gdzie dziś wznosi się Castel dell’Ovo (istnieje też alternatywna rzymska wersja legendy z Wezuwiuszem). Greccy kolonizatorzy Italii nazwali miasto założone w tymże miejscu na jej cześć, a dzisiaj znamy je pod inną nazwą – Neapol. I w zasadzie to bohaterka filmu jest właśnie kimś uosabiającym współczesne dzieje tego miasta. Parthenope (Celeste Dalla Porta) przychodzi na świat latem 1950 roku wśród morskich fal małej zatoczki nieopodal jej rodzinnej rezydencji. Dziewczynka od najmłodszych lat sypia w karocy ufundowanej przez bogatego biznesmena zatrudniającego jej ojca, wychowując się razem z podkochującymi się w niej chłopcami: starszym bratem Raimondo (Daniele Rienzo) oraz Sandrino (Dario Aita), synem służącej.
A24 Films LLC

Wychodząc z seansu, jeszcze na schodach kina, usłyszałem pierwsze zachwyty nad zdjęciami – że są wręcz OSZAŁAMIAJĄCE powiedziała pewna pani swojej koleżance, przy czym użycie słowa pani mogłoby sugerować wiek starszy, niemniej zapewne był on zbliżony do mojego (czyli już dawno po latach chrystusowych albo, jeśli preferujecie Dantego, po połowie czasu)! Trudno się nie zgodzić z wyrażoną w ten nad wyraz ekspresyjny sposób opinią – "Parthenope" jest nakręcona po prostu przepięknie, ze zwróceniem uwagi na najmniejsze detale scenografii. Jednak w tych wizualiach jest ukryte coś jeszcze, coś co sprawia, że film Paolo Sorrentino odebrałem w sposób naprawdę wyjątkowy. Bowiem, jak już wspominałem akapit wyżej, jest to swoista opowieść o dziejach Neapolu (gdzie rozgrywała się również bardzo osobista dla reżysera "To była ręka Boga") ukazana przez pryzmat życia Parthenope, to jednak przedstawienie na ekranie tej uroczej dziewczyny ma w sobie coś naprawdę magicznego. Nie chodzi tylko o to, że Celeste Dalla Porta jest (i nie bójmy się tego podkreślić w tych dziwnych czasach!) piękną, zmysłową kobietą i kamera doskonale oddaje jej wdzięki, ale o coś tak nieuchwytnego jak magnetyczny wręcz blask w oczach czy niezwykłą aurę dobroci w najczystszej postaci, która sprawia, że chcielibyśmy z nią kroczyć po najciemniejszych ulicach Neapolu.
A24 Films LLC

I właściwie chociaż fabuła filmu opiera się w dużej mierze na Parthenope przemierzającej ulice rodzinnego miasta to wcale nie jest nudno. Na ekranie oglądamy bowiem wiele dziwnych czy wręcz mistycznych rzeczy – jak choćby epidemię cholery, raczej żałosny występ Grety Cool (Luisa Ranieri) opluwającej mieszkańców Neapolu, połączenie dwóch rodzin Camorry czy doroczny cud krwi świętego Januarego (fiolka z krwią świętego zmienia stan skupienia ze stałego na płynny, ale nie zawsze się udaje) i związaną z nim zabawną i pełną obłudy postać kardynała Vescovo (Peppe Lanzetta). Galeria postaci przewijających się w filmie jest bardzo nietypowa, ale moimi faworytami oprócz wspomnianego hierarchy kościelnego są nieprzystępny profesor Marrotta (Silvio Orlando), pełniący rolę mentora naszej bohaterki w zakresie antropologii oraz autentyczny amerykański pisarz John Cheever (Gary Oldman), którego Parthenope poznaje w trakcie krótkiego wypadu na Capri. Swoją drogą uwielbiam, gdy kino inspiruje mnie do poszerzenia horyzontów, więc właśnie czytam sobie zbiór opowiadań Wizja świata jego autorstwa (i dodam, że jestem zachwycony na tyle, że zakupiłem sobie egzemplarz).
A24 Films LLC

Jeśli chodzi o aktorstwo to Celeste Dalla Porta jest tutaj po prostu numerem jeden pod każdym względem. Jej postać jest ukazana na ekranie w sposób autentycznie zjawiskowy i naprawdę trudno oderwać od niej wzrok, a także przejść obojętnie obok ciętych ripost. Wielkie oklaski należą się również Danielowi Rienzo za fascynującą, przejmującą i przede wszystkim tragiczną rolę brata zakochanego w Parthenope. Warto także wyróżnić Silvio Orlando za przejmującą rolę profesora Marotta, a także Peppe Lanzetta za wybitne wcielenie się w wyjątkowo zdegenerowanego (a może tak naprawdę po prostu zwyczajnego dla tej profesji) kardynała Vescovo. Oczywiście Gary Oldman to jak zawsze klasa sama w sobie, więc jego interpretacja amerykańskiego pisarza Johna Cheevera to również pozycja godna naszej uwagi.
A24 Films LLC

Nie mam najmniejszych złudzeń, że ta recenzja może w jakimkolwiek stopniu oddać złożoność wrażeń z seansu „Parthenope”, niemniej I did my best. Paolo Sorrentino po raz kolejny wzniósł się na boski poziom kinematografii i jedyne co mogę zrobić to zachęcić Was jak najmocniej to obejrzenia tego pięknego filmu poświęconego Neapolowi!
A24 Films LLC

Ocena: 10/10 (chociaż Celeste Dalla Porta zasługuje na 11/10).