środa, 2 listopada 2016

"A Single Man"

Sometimes awful things have their own kind of beauty.

Coraz większymi krokami zbliża się polska premiera "Nocturnal Animals" w reżyserii Toma Forda, więc z tejże wyjątkowej okazji postanowiłem zapoznać się z dotychczasową twórczością amerykańskiego reżysera. Nie było to wcale trudne ani czasochłonne zadanie, gdyż jego dotychczasowy dorobek reżyserski ogranicza się wyłącznie do jednego filmu - "A Single Man" z 2009 roku. Skromna twórczość Toma Forda nie powinna nikogo dziwić, ponieważ głównie zajmował się projektowaniem mody dla uznanych marek (m.in. Gucci czy Yves Saint Laurent), a od 2006 działa w tej branży w ramach własnego labelu. Warto dodać, że "Samotny mężczyzna" to adaptacja opublikowanej w 1964 roku powieści angielskiego pisarza i dramaturga Christophera Isherwooda, który nigdy nie wypierał się swojego homoseksualizmu.
źródło: http://www.impawards.com
Większość akcji "Samotnego mężczyzny" rozgrywa się w ciągu jednego dnia – 30 listopada 1962 roku (oczywiście z wyłączeniem licznych flashbacków). Anglik George Falconer (Colin Firth), wykładający literaturę angielską w college'u w Los Angeles, jak zwykle przygotowuje się do pracy z młodymi studentami. Niemniej bardzo szybko dowiadujemy się, że nasz bohater w dalszym ciągu mocno cierpi po stracie swojego partnera, z którym spędził ostatnie szesnaście lat. Jim (Matthew Goode) kilka miesięcy wcześniej zginął w wypadku samochodowym odwiedzając rodzinę w Denver, a George nie został nawet zaproszony na pogrzeb. Zwyczajny z pozoru dzień przyniesie jednak nieodwracalne zmiany w życiu angielskiego profesora.
źródło: http://screenmusings.org
Oczywiście w pszenno-buraczanej nadwiślańskiej rzeczywistości tematyka "Samotnego mężczyzny" może budzić kontrowersje do dzisiaj (w szczególności, gdy u koryta władzy znalazły się zwarte szeregi prawicy o zabarwieniu narodowo-socjalistycznym). Niemniej film Toma Forda przedstawia homoseksualizm niezwykle dyskretnie i z niebywałym wprost wyczuciem. Nie uświadczymy zatem żadnej zbędnej nachalności czy też promocji związków gejowskich, których tak lękają się niektórzy w Polszy. "A Single Man" to po prostu piękna wizualnie opowieść o troszkę innym wymiarze miłości oraz poszukiwaniu szczęścia rozgrywająca się w czasach, w których bycie gejem wiązało się jeszcze ze społecznym ostracyzmem. Aby zatem zwyczajnie funkcjonować w społeczeństwie nawet tak liberalnym jak na zachodnim wybrzeżu USA, bohaterowie filmu musieli nauczyć przywdziewać codzienne maski, pod którymi ukrywali swoje uczucia oraz pragnienia. Tom Ford genialnie przedstawił tego rodzaju proces na przykładzie jednego dnia z życia George'a Falconera – zwróćcie choćby uwagę na scenę, w której nasz bohater komplementuje sekretarkę lub ostentacyjnie udaje się na randkę z Charley (Julianne Moore).
źródło: http://screenmusings.org
Jak już wspomniałem w poprzednim akapicie "Samotny mężczyzna" jest filmem wizualnie pięknym. Doskonale dobrane i dopieszczone po najmniejszy detal kadry, uzupełnione przez niezwykle realistycznie odwzorowane kostiumy z początków lat 60-tych ubiegłego stulecia, sprawiają, że możemy zatopić się w klimacie ówczesnej epoki. Najlepszy przykład to chyba dom, w którym mieszka George – jest to prawdziwa rezydencja zbudowana w 1949 roku i zaprojektowana przez modernistycznego architekta Johna Lautnera. Tom Ford naprawdę postarał się, aby nakręcić wyjątkowo stylową produkcję. Wszystko co oglądamy na ekranie jest najlepszego gatunku: od alkoholu (głównie whisky) przez ubrania po wspaniałe domostwa. Glamour, szyk, styl! Warto również zwrócić uwagę na dosyć interesującą kwestię kolorystyki poszczególnych kadrów. Większość filmu nakręcono przy użyciu tego samego filtru, który sprawia, że barwy wydają się troszkę wyblakłe lub pozbawione werwy. Jednakże w momencie, gdy w naszych bohaterach rozbudzają się uczucia na ekranie natychmiast pojawią się wspaniałe, pełne życia kolory. Na pozór zabieg może niezbyt odkrywczy, ale sprawiający, że film ogląda się po prostu znakomicie.
źródło: http://screenmusings.org
Jeśli chodzi natomiast o kreacje aktorskie to po prostu nie sposób nie wychwalać pod niebiosa Colina Firtha, który za wcielenie się w George'a został uhonorowany nominacją do Oscara, Złotego Globu oraz nagrodą BAFTA za najlepszą główną rolę męską. Znakomita, przejmująca kreacja! Na wielkie brawa zasłużył również pojawiający się wyłącznie we flashbackach Matthew Goode oraz przyodziany w zabawny sweter Nicholas Hoult (Kenny). Z postaci Jima bije niebywała wprost sympatia. Jeśli chodzi natomiast o role epizodyczne to od razu przyciąga uwagę Jon Kortajarena, wcielający się w Carlosa – ogólnie rzecz biorąc scena rozgrywająca się na parkingu przed sklepem monopolowym to jedna z najlepszych w filmie. Chociaż tematyka "Samotnego mężczyzny" jest raczej mało kobieca to warto jednakże wyróżnić Julianne Moore za interesująca rolę Charley, bardzo samotnej przyjaciółki George'a.
źródło: http://screenmusings.org
“A Single Man” to jeden z najbardziej stylowych filmów, jakie miałem przyjemność oglądać w ostatnich latach. Wizualna maestria wsparta przez znakomite aktorstwo przyniosła doskonałe rezultaty. Mam nadzieję, że podobnie (albo jeszcze lepiej) będzie z najnowszą produkcją Toma Forda, której premiery po prostu nie mogę się doczekać.


Ocena: 9/10.

niedziela, 30 października 2016

"Wołyń"

Ponieważ tegoroczne wakacje postanowiliśmy spędzić na dawnych, wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej zyskałem dodatkową motywację, aby zobaczyć najnowsze dzieło Wojtka Smarzowskiego. Reżyser, od lat hołubiony przez krytyków filmowych, wpadł na pomysł nakręcenia filmu o rzezi wołyńskiej na przełomie 2011 i 2012 roku. Z różnych przyczyn realizacja tego projektu rozciągnęła się w czasie na kilka ładnych lat (zdjęcia rozpoczęły się już w 2014 roku!). Oczywiście chodziło głównie o środki finansowe potrzebne na realizację tego przedsięwzięcia. Nie wydaje Wam się zatem dziwne, że tak uznany przez krytykę reżyser ma problem z zebraniem środków na nakręcenie kolejnego filmu i zostaje zmuszony do założenia Fundacji na rzecz filmu "Wołyń", aby zebrać hajs? Gdyby udzieliły mi się paranoiczno-spiskowe nastroje obecnego ministra obrony narodowej mógłbym dojść do wniosku, że wszechmocne lobby ukraińskie chciało właśnie w ten sposób zablokować produkcję na tak niewygodny temat. Jednakże Smarzowskiemu w końcu udało się zebrać brakujące monety i dlatego też w napisach początkowych możemy zobaczyć sobie kilkunastu sponsorów, dzięki którym udało się dokończyć film. Wracając do początku akapitu: Lwów okazał się pięknym miastem, w którym historia bije niemal z każdej ulicy, ale czy podobnie było z "Wołyniem"?
źródło: http://filmwolyn.org
Akcja filmu rozpoczyna się na tytułowym Wołyniu jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Starsza córka zamożnego rolnika Głowackiego (Jacek Braciak) wychodzi za mąż za Ukraińca z sąsiedniej wioski. Młodsza z rodzeństwa, Zosia (Michalina Łabacz) również marzy o ślubie z ukochanym Petro (Vasili Vasylyk). Jednakże jeszcze w trakcie wesela pazerny na ziemię ojciec postanawia wydać córkę za lokalnie bogatego sołtysa Maćka Skibę (Arkadiusz Jakubik), otrzymując w zamian kilka mórg oraz trochę żywego inwentarza. Dziewczyna fatalnie znosi decyzję rodzica, ale chociaż wypełnia jego wolę to nie przestaje darzyć uczuciem Ukraińca. Tymczasem wybucha wojna, która nieodwracalnie zmienia relacje między polską mniejszością oraz ukraińską większością zamieszkującą Wołyń.
źródło: http://filmwolyn.org
Przed seansem zadajcie sobie pytanie ile tak naprawdę wiecie o tragicznych wydarzeniach na Wołyniu. Z dzisiejszej perspektywy szczerze ubolewam, że zakres ćwiczeń z Historii Polski XX wieku prowadzonych przez dr Renatę Król-Mazur sięgał jedynie do wybuchu II wojny światowej, gdyż pewnie uczulibyśmy się imiennej listy ofiar zamordowanych przez Ukraińców. Jeżeli nie dysponujecie stosowną wiedzą o proporcjach poległych to z kina możecie wyjść z przekonaniem, że Ukraińcy zostali przedstawieni w bardzo złym świetle i być może nie ma to uzasadnienia historycznego (jak na przykład ja). Niemniej, krótka sesja pogłębiająca wiedzę w tejże kwestii rozwiała wszelkie wątpliwości – liczba osób zamordowanych bestialsko przez banderowskie bojówki oraz wiejski motłoch wielokrotnie przewyższa ofiary polskich akcji odwetowych. Warto również przypomnieć, że Ukraińcy nie skupili się wyłącznie na Polakach, ale także mordowali inne mniejszości (w szczególności Żydów), a także nie odpuścili swoim rodakom podejrzewanym o sprzyjanie Lachom lub władzy radzieckiej. Pod tym względem ostatnią godzinę "Wołynia" można uznać za prawdziwe kino gore. Często narzekam, że twórcy nie mają jaj ze stali by pokazać na ekranie odpowiedni poziom przemocy, ale wydaje się, że Smarzowski w tej kwestii nie był niczym skrępowany ani ograniczony. Sposoby, w jakie ukraiński motłoch przeprowadza czystkę etniczną, czasami zapierają dech w piersiach pod względem brutalności. Finezyjność albo pomysłowość nie są może odpowiednimi słowami na opisywanie zamieniania dzieci w żywe pochodnie lub obdzierania ludzi ze skóry na żywca...
źródło: http://filmwolyn.org
W filmie Smarzowskiego w zasadzie żadna nacja nie jest kryształowo czysta czy niewinna. Oczywiście totalne zło reprezentują banderowcy z UPA oraz wiejski motłoch, aczkolwiek nawet wśród Ukraińców można znaleźć sprawiedliwych. Polacy, zwani najczęściej kolonistami, traktują najczęściej miejscowych po pańsku, jako ludzi gorszej kategorii, ale z drugiej strony małżeństwa mieszane nie uchodzą za mezalians. Niemcy, oprócz oczywistego faktu mordowania Żydów i Sowietów, są w sumie w porządku. Najsympatyczniej wypada natomiast radziecka partyzantka, która co prawda rabuje podróżnych z jedzenia i gorzałki, ale nikomu krzywdy nie czyni (jest to dla mnie trochę absurdalne, że taka scena znalazła się w filmie, ale cóż poradzić). Rozumiem doskonale, jaki był oryginalny zamysł Smarzowskiego. Reżyser chciał ukazać powolnie narastający konflikt z perspektywy jednostki, ale w gruncie rzeczy spór istniał od bardzo dawna, a upadek II Rzeczpospolitej posłużył jedynie jako katalizator. Może wydawać się to dziwne, ale bardzo dużo miejsca poświęcono na przedstawienie wiejskich obyczajów weselnych z Wołynia. Odbieram to jako próbę przybliżenia widzowi realiów świata, który przestał istnieć i odszedł w niemal kompletne zapomnienie. W filmie znalazło się parę znakomity scen: jak choćby targowanie się o rękę Zosi (czyż nie ironiczne teraz wydają się hejty na niżej rozwinięte ludy dotyczące sprzedawania kobiet za krowę czy kilka kóz?) lub przerażająca nocna rzeź rozgrywająca się w świetle płonącej wsi. Należy pochwalić poziom efektów specjalnych, ponieważ makabryczne mordy epatują totalnym naturalizmem, a momentami są wręcz odrażające w swej brutalności.
źródło: http://filmwolyn.org
W "Wołyniu" nie uświadczyłem aktorskiej lipy. W Zosię, wędrującą przez wołyńskie wsie niczym Dante z Wergiliuszem przez kolejne kręgi piekielne, znakomicie wcieliła się Michalina Łabacz. Jestem pełen podziwu dla tej młodej aktorki, ponieważ udźwignęła niezwykle ciężkie brzemię nie dysponując praktyczne żadnym doświadczeniem ekranowym. Równie doskonale wypada Arkadiusz Jakubik. Maciej Skiba nie jest może postacią, którą każdy polubi, ale jest bardzo wyrazisty w swojej hardości oraz przedsiębiorczości. Oczywiście Wojtek Smarzowski nie mógł odpuścić i zaangażował do filmu część swojego typowego uniwersum (m.in. Izabela Kuna, Tomasz Sapryk, Jacek Braciak, Jerzy Rogalski czy nieśmiertleny Lech Dyblik). Oczywiście są to doskonali aktorzy, ale trochę mi się już opatrzyli w jego produkcjach. Bardzo fajnie natomiast, że w filmie pojawia się Janusz Chabior (ksiądz Józef). Jako swoistą świeżą krew można potraktować natomiast aktorów wcielających się w ukraińskie postacie: Vasili Vasylyk (Petro), Zacharjasz Muszyński (Bohdan), Oleksandr Zbarazkyi.
źródło: http://filmwolyn.org
Dobrze, że we Lwowie byliśmy przed obejrzeniem "Wołynia", ponieważ ze zdecydowanie większą odrazą, a może nawet i lękiem, patrzyłbym na wciąganie banderowskiej flagi na maszt na szczycie kopca Unii Lubelskiej. Muszę jednak przyznać szczerze, że po wyjściu z kina byłem kompletnie rozbity, jeśli chodzi o ostateczną ocenę. Wyraziłem nawet pogląd, że nie jest to dobre kino, niemniej po głębszej refleksji muszę zweryfikować tę opinię. "Wołyń" z pewnością nie jest filmem, który chciałbym obejrzeć jeszcze raz. Niemniej Wojtkowi Smarzowskiemu udało się stworzyć dzieło, które naprawdę wywołuje emocje i zmusza do refleksji nad złem zakorzenionym w naturze ludzkiej. Mimo brutalności uważam, że "Wołyń" powinien być obowiązkową pozycją dla każdego kinomana. I nie dlatego, żeby nienawidzić Ukraińców, ale by przekonać się na własne oczy do czego jest zdolny, uważający się za istotę rozumną i dumnie wywyższający ponad zwierzęta, człowiek.

źródło: http://filmwolyn.org
Ocena: 7/10.

poniedziałek, 24 października 2016

"The VVitch: A New-England Folktale"

Wouldst thou like to live deliciously?

"The VVitch: A New-England Folktale" to kolejny przykład interesującego filmu, który znalazłem w trakcie bezcelowego przeglądania Internetu. W tym miejscu pragnę podziękować wszystkim ludziom, którym chce się tworzyć wszelakie zestawienia ciekawych, acz kompletnie nieznanych produkcji – wielkie pozdro, nie raz na takich listach znalazłem prawdziwe perełki. Ponieważ dzisiaj będziemy obracać się w klimacie wiedźmowskim od razu przypomniały mi się czasy młodości i monstrualna (a przede wszystkim skuteczna) marketingowa akcja mająca na celu zwiększenie popularności "Blair Witch Project". Doskonale pamiętam jak bardzo jarałem się tym projektem, a potem okazało się, że i tak to wszystko chuj. Od razu pojawiły się również złowróżbne reminiscencje Nicolasa Cage'a heroicznie walczącego ze złem w tragikomicznym "Polowaniu na czarownice" ("Season of the Witch"). Pomimo tych mało chwalebnych kart kinematografii przeczuwałem wewnętrznie, iż "The VVitch" podąży całkowicie odmienną drogą...
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu została osadzona dokładnie w 1630 roku w Nowej Anglii. Bez podawania genezy czy też jakichkolwiek przyczyn zostajemy wrzuceni w końcową fazę konfliktu Williama (Ralph Ineson) z władzami lokalnej społeczności. Wskutek rozbieżności w interpretacji kwestii religijnych nasz bohater wraz ze swoją familią zostaje wygnany z osady kolonistów i skazany na pozostanie w pełnej niebezpieczeństw dziczy. Mimo tak drastycznej zmiany otoczenia Williamowi udaje się wybudować nowe gospodarstwo i zapewnić rodzinie skromny byt. Jednakże, gdy wydaje się, iż wszystko zmierza ku lepszemu najstarsza córka Thomasin (Anya Taylor-Joy) w trakcie zabawy gubi swojego maleńkiego braciszka. Poszukiwania nie przynoszą żadnego efektu, a domiar złego okazuje się, że kukurydza, która miała stanowić podstawę wyżywienia rodziny, została dotknięta przez zarazę. A to dopiero preludium prawdziwych nieszczęść...
źródło: http://thewitch-movie.com
"The VVitch” to doskonały przykład filmu nakręconego za prawdziwe grosze (jedynie 3.5 miliona USD budżetu!), który wygląda naprawdę znakomicie. A co jeszcze bardziej imponujące jest to przecież produkcja kostiumowa! Mało doświadczony reżyser Robert Eggers dobitnie udowodnił, że przy skromnych środkach finansowych oraz raczej średnio rozpoznawalnej obsadzie można stworzyć wyjątkowo interesujące dzieło. Jak się okazało do zbudowania odpowiedniego poziomu grozy nie trzeba wysublimowanych efektów specjalnych generowanych przez superkomputery. Wystarczy mieć w zanadrzu dobrze wyszkolonego zająca, psa, kruka i kozła oraz świeże pomysły. Pod względem fabularnym kameralna opowieść o angielskich osadnikach walczących z otaczającą dziczą nie pozostawia niczego do życzenia. Warto zwrócić uwagę na niezwykle wyważone, stopniowe budowanie paranoicznego nastroju u poszczególnych bohaterów oraz stawianie wielu pytań o istotę wiary oraz sens bezwzględnego podporządkowania bogu. Jednakże największe wrażenie zrobiła na mnie pewna chwila wahania tuż przed zakończeniem filmu – jakże znakomita scena, a jednocześnie pole do popisu dla twórców tworzących alternatywne zakończenia. Chociaż, jak można przeczytać na IMDb, "The VVitch" niekoniecznie należy interpretować w oczywisty sposób przedstawiony na ekranie.
źródło: http://thewitch-movie.com
Pod względem wizualnym film prezentuje się naprawdę znakomicie. Piękne krajobrazy oraz tajemnicza leśna głusza doskonale spełniają swoją rolę (zdjęcia kręcono nieopodal Kiosk w Ontario). XVII-wieczna osada oraz rekwizyty wyglądają bardzo dobrze, podobnie zresztą jak i kostiumy bohaterów. Jedyna rzecz do której mogę się przyczepić to muszkiet, którego William używa do polowań na zwierzynę. Wydaje mi się, że przy dosyć sporej wadze ówczesnej broni małoletni chłopiec nie byłby w stanie zbyt długo jej nosić, a co dopiero używać. Niemniej ta drobna szpileczka nie ma większego wpływu na znakomity odbiór całokształtu. Idealnie dobrana muzyka świetnie wpasowuje się w klimat "The VVitch", budząc poczucie niepewności kiedy wymaga tego sytuacja. Warto zwrócić również uwagę na dialogi, które w zdecydowanej większości zostały oparte na zachowanych z tego okresu źródłach. A jako swoisty bonus możemy także usłyszeć kwestie wypowiadane w tajemniczym języku enochiańskim (język okultystyczny spopularyzowany przez parających się astrologią i alchemią Johna Dee oraz Edwarda Kellera, rzekomo przekazany im przez anioły).
źródło: http://thewitch-movie.com
Ponieważ "The VVitch" ma dosyć kameralny charakter, skupimy się jedynie na szóstce bohaterów, których widzimy na ekranie najczęściej. Ponieważ przeważnie oglądamy akcję z perspektywy Thomasin to właśnie jej przypadnie palma pierwszeństwa. Mimo niezbyt bogatej dotychczasowej kariery aktorskiej Anya Taylor-Joy wypadła imponująco. Z przyjemnością ogląda się tak znakomite występy. Żywię nadzieję, że rola Thomasin będzie zaczątkiem pięknej kariery dla młodej Amerykanki. Kate Dickie, wcielająca się w Katherine, nie jest anonimową postacią dla fanów "Gry o tron" (Lysa Arryn) i ma doświadczenie w produkcjach kostiumowych, niemniej należy pochwalić ją w trud włożony w wykreowanie bogobojnej Xvii-wiecznej purytanki marzącej o powrocie do Anglii. Podobnie jest również z Ralphem Inesonem, który w serialu grał Dagmera z Żelaznych Wysp. Świetne wrażenie zostało spotęgowane przez imponujący głos, którym został obdarzony ten angielski aktor. Harvey Scrimshaw zagrał Caleba tak dobrze, że mógłby spokojnie rywalizować z Haley Joelem Osmontem z "Szóstego zmysłu". Miejmy nadzieję, że jego kariera potoczy się o wiele lepiej. Oklaski dla również dla małoletnich: Ellie Grainger (Mercy) oraz Lucas Dawson (Jonas) mimo młodego wieku wypadli naprawdę młodzieżowo. Brawa należą się także cichym bohaterom tegoż spektaklu: psu, kozłowi, zającowi oraz krukowi.
źródło: http://thewitch-movie.com
Chciałbym, aby pewnego dnia w Polsce zaczęło powstawać zdecydowanie więcej filmów grozy opartych na lokalnych wierzeniach (jak choćby "Demon" - znakomity przykład tradycji żydowskiej). Słowiański bestiariusz oraz demonologia są przecież niezwykle bogate i interesujące (mój odwieczny faworyt to Bełt), a niestety jednocześnie kompletnie nieznane dla przeciętnego zjadacza chleba. Jak pokazuje przykład "The VVitch" nie trzeba naprawdę dużo pieniędzy, aby nakręcić wyborny film z fajnymi efektami specjalnymi, który na długo zapada w pamięć.
źródło: http://thewitch-movie.com
Ocena: 8/10.

czwartek, 6 października 2016

"Ostatnia rodzina"

 Dzisiaj zapraszam Was na danie prawie pierwszej świeżości, ponieważ premiera "Ostatniej rodziny" miała miejsce 30 września, a ja zabieram się do pisania recenzji z kieliszkiem mołdawskiego merlota już w dzień po obejrzeniu filmu (seans 3 października). Co prawda byłem do żywego przekonany, że film Jana P. Matuszyńskiego hulał już w kinowych salach od co najmniej dwóch tygodni, dlatego też nie byłem szczególnie zaskoczony, że niewielka sala w Mikro nie została wypełniona po brzegi (a zdarzało się przecież, że dostawiali krzesła). Niemniej kiedy zdałem sobie sprawę, że od oficjalnej premiery minęło zaledwie trzy dni to jednak poczułem troszkę frekwencyjny niedosyt. Chociaż trzeba przyznać, że pod względem pogody krakowski październik na razie nie rozpieszcza, przez co najmilszą opcją wydaje się najebanie się w Starym Porcie jak za starych, dobrych, studenckich czasów... A wspomnienia wczesnopaździernikowych posiedzeń pod słonecznymi, zawsze wesołymi parasolami Rotundy odeszły w mglistą otchłań przeszłości.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Ostatnia rodzina" to opowieść o sławnej, ba legendarnej rodzinie Beksińskich. Zdzisława (Andrzej Seweryn), słynnego inżyniera, malarza, rzeźbiarza czy fotografa, raczej nikomu nie trzeba przedstawiać, ponieważ do dzisiaj jego prace cieszą się zasłużoną sławą. O wiele mniej znaną postacią (przynajmniej z mojej perspektywy) był natomiast syn Tomasz, który zajmował się głównie dziennikarstwem muzycznym oraz tłumaczeniami z języka angielskiego. Nietypową familię uzupełniała żona Zdzisława, Zofia (Aleksandra Konieczna) oraz dwie babcie w bardzo podeszłym wieku. Historia rozgrywająca się na przestrzeni niemal trzech dekad rozpoczyna się w 1977 roku, gdy Beksińscy opuszczają rodzinny Sanok, aby zamieszkać na jednym z niewykończonych jeszcze warszawskich osiedli z wielkiej płyty.
źródło: http://www.filmweb.pl
Często narzekam, że filmy biograficzne z powodu próby ogarnięcia rozległego okresu, charakteryzują się przeważnie irytującą epizodycznością. W przypadku "Ostatniej rodziny" oczywiście skaczemy po kolejnych etapach życia naszych bohaterów (jak inaczej pokazać 28 lat w dwie godziny?), niemniej poszczególne przeskoki wydają się być o wiele łagodniejsze oraz gładsze niż zwykle, a przedstawione sceny nie wydają się być od siebie oderwane. Może wynika to również z faktu, iż przedstawiona historia ma zdecydowanie kameralny charakter i w przytłaczającej większości rozgrywa się w zaledwie dwóch mieszkaniach. Liczba bohaterów również nie jest powalająca, ponieważ w zasadzie skupiamy się na relacjach Zdzisława, Tomasza oraz Zofii, a reszta postaci stanowi jedynie tło. Jeżeli liczycie, że dowiecie się skąd u słynnego artysty brały się pomysły na tak mroczne i niezwykłe malowidła to niestety w filmie Matuszyńskiego jej nie odnajdziecie. Ale w zamian możecie za to sprawdzić jak wyglądało domowe ognisko Beksińskich oraz ich codzienne stosunki międzyludzkie. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że nie była to do końca normalna (żeby nie użyć bardziej poetyckiego sformułowania: popierdolona) rodzina, ale z drugiej strony trudno dopatrzeć się rzekomego fatum. Po prostu życie i śmierć...
źródło: http://www.filmweb.pl
Nie będę ładował ściemy, że obejrzałem wszystkie wcześniejsze produkcje sygnowane nazwiskiem Jana P. Matuszyńskiego. Będąc totalnie szczery mogę za to napisać, że nie widziałem żadnej. Niemniej po seansie “Ostatniej rodziny” muszę przyznać, że reżyser, mimo młodego wieku, ma pojęcie oraz rzemiosło w rękach i mam nadzieję, że nie okaże się jedynie kolejnym one time wonder, który na stare lata zacznie kręcić odcinki "Klanu" albo "M jak miłość". Mimo wyraźnie domowego charakteru film ogląda się naprawdę świetnie, a usnąć można jedynie z powodu wyczerpania organizmu. Historia jest naprawdę wciągająca, dialogi znakomicie oddają sposób wysławiania się poszczególnych bohaterów, a aktorzy zostali mistrzowsko poprowadzeni. Pod względem realizatorskim nie ma się naprawdę do czego przyczepić. Cieszę się, że jest to kolejny polski film, o którym mogę wyrazić taką opinię. Co więcej, mistrzowska charakteryzacja oraz niektóre kadry zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Zdzisław Beksiński idący przez betonowe osiedle wśród płatków śniegu czy też tankowanie samochodu na niezwykle ubogiej stacji paliw to prawdziwa maestria! Klimat filmu bardzo fajnie uzupełnia ścieżka dźwiękowa (nie można zapominać, że Tomasz był przecież dziennikarzem muzycznym), ale muszę przyznać, że niezbyt podobała mi się piosenka dobrana pod napisy końcowe.
źródło: http://www.filmweb.pl
Aktorstwo. Andrzej Seweryn – klasa światowa! Aktor znakomicie wcielił się w Zdzisława Beksińskiego, w pełni oddając jego sposób zachowania się czy wypowiedzi (jeśli nie wierzycie możecie zawsze pooglądać filmiki na YouTube). Ujęło mnie natomiast niezwykle, że artysta tworzący tak mroczne obrazy na co dzień był uśmiechniętym gościem, który lubił dokumentować swoją codzienność i reprezentował oryginalne podejście do śmierci. Wielkie brawa należą się również Aleksandrze Koniecznej za wybitną rolę mocno stąpającej po ziemi małżonki naszego bohatera. Jeśli chodzi natomiast o ostatnią postać z wielkiej trójki to muszę się podzielić z Wami pewnymi wątpliwościami. O ile po wyjściu z kina byłem pod wrażeniem kolejnej świetnej roli Dawida Ogrodnika, który znakomicie wyraził ból istnienia trawiący Tomasza, o tyle po obejrzeniu paru wywiadów oraz filmików z prawdziwym Beksińskim zacząłem się zastanawiać czy aktor nie popadł trochę w przesadę. Oczywiście, jest to świetna i dosyć konsekwentnie zagrana rola, ale czy aby nie nazbyt histeryczna i przesadzona? Odnośnie Tomasza jeszcze mała uwaga: czytałem ostatnio wywiad, w którym jeden z jego znajomych twierdził, że chłopak nie przejawiał skłonności samobójczych i kochał życie, a przedstawiona w filmie postać to jakaś parodia. Osobiście trudno mi się wypowiedzieć w tym temacie, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś podejmuje kilka prób samobójczych, a następnie odbiera sobie życie to chyba jednak coś jest na rzeczy. Odnośnie drugiego planu napiszę jedynie, że skoro Andrzej Chyra stanowi jedynie tło, to jakiż musi być poziom aktorstwa?
źródło: http://www.filmweb.pl
Muszę przyznać, że po latach srogich porażek polska kinematografia coraz częściej zaskakuje mnie kompletnie pozytywnie. "Ostatnia rodzina" to znakomity przykład świetnie nakręconego filmu o zwykłym życiu niezwykłych bohaterów. Moim zdaniem naprawdę warto wybrać się do kina, choćby dla świetnego aktorstwa czy przeglądu prac Zdzisława Beksińskiego.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 8/10.

środa, 28 września 2016

"Amy" (2015)



Jules, this is so boring without drugs.

Dzisiaj będzie troszkę nietypowo i mocno wyjątkowo, ponieważ po raz pierwszy w historii mojej działalności postanowiłem napisać recenzję filmu dokumentalnego. Kompletnie nie mam pojęcia jak mi to wyjdzie, ale z powodu nieubłaganie zbliżającego się końca miesiąca zostałem postawiony niemalże pod ścianą, gdyż nie dysponuję żadnym innym, wystarczająco odpowiednim, materiałem na tekst. Oczywiście oglądam również chętnie dokumenty, ale zawsze przedkładałem ponad nie produkcje fabularne. Ponadto wydawało mi się dotychczas, że napisanie mniej więcej półtorej strony sensownego i spełniającego funkcję rozrywkową eseju w przypadku filmu dokumentalnego będzie nie lada wyzwaniem (tj. nie chciało mi się nigdy spróbować). Niemniej nadeszła wreszcie wiekopomna chwila, a zatem przed Wami laureat tegorocznego Oscara za najlepszy dokument – "Amy".
źródło: http://www.impawards.com
Jak wskazuje tytuł filmu (i nietrudno się jednocześnie domyślić) reżyser Asif Kapadia postanowił tym razem opowiedzieć historię Amy Winehouse, białej piosenkarki obdarzonej nieziemsko czarnym głosem, która mniej więcej dekadę temu osiągnęła niebywały sukces artystyczny. Ponad dwugodzinna produkcja przedstawia historię naszej bohaterki od dzieciństwa aż po tragiczną śmierć wokalistki 23 lipca 2011 roku. Wraz z niepokorną Amy (na szczęście nie mającą nic wspólnego z polskimi niepokornymi) wspinamy się stopniowo po szczeblach kariery wokalistki jazzowej, która w pewnym momencie działalności stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów światowego show-biznesu, by sięgnąć gwiazd (per aspera ad astra), a następnie zaliczyć spektakularną glebę.
źródło: http://www.amy-movie.com
Nie ulega wątpliwości, że twórcom "Amy" udało się niezaprzeczalnie osiągnąć w szczególności jedną rzecz: ponad dwugodzinny dokument ogląda się po prostu znakomicie. Film wciąga naprawdę mocno i bardzo trudno oderwać się od ekranu, by zrobić cokolwiek innego. Dzięki nawiązaniu współpracy z rodziną Amy udało się zebrać sporo materiałów pokazujących wokalistkę z bardziej prywatnej strony (jak choćby popisy wokalne z dzieciństwa czy multum naprawdę niezwykłych nagrań oraz zdjęć). Dla fanów wokalistki jest prawdziwa uczta, ale również widzowie niezaangażowani emocjonalnie nie powinni nudzić się oglądając co ciekawsze kąski z domowego archiwum. Niemniej należy zauważyć, że niektóre fotografie ukazujące naszą bohaterkę na późniejszym etapie kariery mogą zostać odebrane jako dosyć szokujące – w szczególności chodzi o zdjęcia będące efektem wyraźnego nadużywania alkoholu oraz wszelkiej maści narkotyków. Druga, wielka zaleta "Amy" to oczywiście wspaniała muzyka. Oczywiście, istnieją ludzie, którzy pogrążając się w ignorancji potrafią nazwać Amy jedynie narkomanką, ale moim zdaniem nie sposób odmówić tej niestabilnej psychicznie dziewczynie ogromnego talentu, z którego potrafiła zrobić naprawdę dobry użytek (Back to Black znają wszyscy, ale sprawdźcie wcześniejszy, wybitny album – Frank). Co więcej, film przedstawia okoliczności powstania poszczególnych piosenek, dzięki czemu możemy się przekonać, że teksty dotyczą konkretnych sytuacji oraz osób, a nie są w pełni abstrakcyjnymi tworami.
źródło: http://www.amy-movie.com
Jako trzecia zaletę "Amy" należałoby wskazać dogłębną anatomię upadku utalentowanej wokalistki, która przewija się na drugim planie już od pierwszych scen filmu (bulimia, skłonności do depresji, rozbita rodzina czy wczesne przygody z narkotykami oraz alkoholem). Do tego ogromny sukces oraz wynikająca z niego presja psychiczna, z którą Amy nie potrafiła sobie kompletnie poradzić. I tym momencie możemy w zasadzie przejść do kontrowersji. Mimo, iż jest to film dokumentalny tak naprawdę trudno stwierdzić, ile jest prawdy w ukazaniu poszczególnych bohaterów. Mitch Winehouse, ojciec Amy, określił produkcję jako niedorzeczną (preposterous – cytując za IMDb). Takie stanowisko nie może oczywiście dziwić, ponieważ został przedstawiony w wyjątkowo niekorzystnym świetle jako człowiek, który postanowił jedynie nabijać własną kieszeń na sukcesach córki. Równie srogie hejty spadły na męża Amy, Blake'a Fieldera-Civila, ale akurat w tym przypadku trudno mieć wątpliwości jak degenerującym i toksycznym czynnikiem w życiu wokalistki był jej małżonek. Oczywiście obaj panowie otrzymali możliwość wypowiedzenia się w filmie, niemniej odnośnie Mitcha Winehouse’a niesmak pozostał. Wracając do zalet "Amy" warto pochwalić dotarcie do całej rzeszy bliższych oraz dalszych znajomych naszej bohaterki. Kompletnie nieoczekiwanie dla mnie sporo do powiedzenia na temat wokalistki miał znany amerykański raper oraz aktor Mos Def Yasiin Bey.
źródło: http://www.amy-movie.com
"Amy" charakteryzuje się naprawdę bardzo smutnym czy wręcz depresyjnym wydźwiękiem, którego poziom wzrasta w szczególności pod koniec filmu. Niemniej jest to solidna oraz niezwykle interesująca produkcja ukazująca wiele nieznanych wcześniej szerokiej publiczności aspektów życia brytyjskiej wokalistki. W tym przypadku trudno nie zgodzić się z werdyktem Akademii.
źródło: http://www.amy-movie.com
Ocena: 8/10.

wtorek, 20 września 2016

"Narc"



It's impossible you're this dumb.

Od czasu do czasu przeglądam Internet w poszukiwaniu mniej mainstreamowych, acz równie interesujących produkcji, które z różnych względów nie przebiły się do szerszej publiki. Nie muszę chyba dodawać, że jest to nad wyraz żmudne zajęcie, które często kończy się spektakularnymi porażkami. Niemniej znalezienie prawdziwej perełki, o której nie słyszał nikt ze znajomych, przynosi tyle radości, iż warto marnować na to życie. Dzisiaj na warsztat trafił "Narc" z 2002 roku wyreżyserowany przez Joe Carnahana, na który natrafiłem całkiem przypadkowo w jakimś zestawieniu mało popularnych, acz rzekomo dobrych filmów. Reżyser nie jest do końca anonimową postacią, ponieważ nakręcił takie klasyki jak współczesny "The A-Team" oraz żenująco głupawy "The Grey". Gwoli sprawiedliwości "Narc" to dopiero drugi film w jego reżyserii, więc miałem nadzieję na zobaczenie czegoś wyjątkowego i nieskażonego hollywoodzkim blichtrem. Tym bardziej, że budżet był tak wyjątkowo drobniutki (7.5 miliona USD), iż główni aktorzy grali niemal za darmo.
źródło: http://www.impawards.com
"Narc" to kryminalna opowieść osadzona w mocno podupadłym Detroit. Jak wygląda to niegdyś kwitnące miasto, wszyscy wiemy, więc możecie liczyć na totalną nędzę i falę brudu wylewającą się z ekranu. Nick Tellis (Jason Patric), gliniarz pracujący pod przykrywką, w trakcie chaotycznej pogoni za niebezpiecznym przestępcą, rani ciężarną kobietę, która w efekcie odniesionych obrażeń traci nienarodzone dziecko. Po upływie kilku miesięcy odsunięty od pracy w terenie policjant zyskuje szansę na powrót do swoich obowiązków. Jednakże kapitan Cheevers (Chi McBride) uzależnia przywrócenie do czynnej służby od znalezienia sprawców brutalnego mordu innego tajniaka, Michaela Calvessa (Alan Van Sprang). Do rozwiązania zagadki Nick postanawia wykorzystać niestabilnego emocjonalnie przyjaciela zamordowanego, acz doświadczonego w policyjnym rzemiośle Henry’ego Oaka (Ray Liotta).
© 2002 - Paramount Pictures
"Narc" nie zalicza się do grona filmów, które w piękny i bezstresowy sposób ukazują życie w Ameryce. Praktycznie od samego początku mamy do czynienia z wyjątkowo depresyjną tonacją i klimatem. Pesymistyczny wydźwięk filmu dodatkowo podkreślają odpowiednio dobrane zdjęcia. Gdy tylko bohaterowie przebywają na świeżym powietrzu wszystko kręcone jest przy użyciu niebieskich filtrów, które wnoszą w ujęcia chłód oraz niebywałą szorstkość egzystencji. Obraz nędzy i rozpaczy wydatnie podkreślają również pora roku oraz poszczególne lokalizacje totalnie przygnębiającego Detroit. Jeżeli miałbym wskazać duże miasto, w którym można by nakręcić polską wersję "Narc" to zdecydowanie wybieram Łódź. Piotrkowska jest naprawdę spoko, ale wystarczy oddalić się dwie, trzy ulice dalej i witamy w miejskim piekle. Aczkolwiek porzućmy zbędne dygresje. Pod względem fabularnym "Narc" tapla się w najbrudniejszych zakamarkach narkotykowej działalności. Twórcy również bezpardonowo przedstawili wszelkie mniej sympatycznej aspekty policyjnego rzemiosła (m.in. uzależnienie od narkotyków często dotykające funkcjonariuszy pracujących pod przykrywką, niestabilnych emocjonalnie policjantów czy przełożonych, którym tak naprawdę nie zależy na odkryciu prawdy, lecz jak najszybszym zamknięciu śledztwa w celu poprawienia statystyk).
© 2002 - Paramount Pictures
Generalnie, gdy oglądałem "Narc" poczułem się trochę jak w legendarnym "The Wire", aczkolwiek należy podkreślić, że film Joe Carnahana jest kompletnie pozbawiony humoru charakterystycznego dla tego znakomitego serialu. Produkcję nakręcono bardzo sprawnie. Spore wrażenie zrobiła na mnie sekwencja, w której Henry i Nick wyruszają w miasto na poszukiwanie podejrzanych, a ekran zostaje podzielony na cztery niezależne części, na których dzieją się różne rzeczy. Fajny pomysł na ominięcie kilku zbędnych scen i jednoczesne ukazanie żmudności zbierania informacji w policyjnym fachu. Historia nie jest specjalnie epicka, a śledztwo nie dotyczy zbyt dużej liczby podejrzanych – łatwo zatem stwierdzić, że w rzeczywistości "Narc" to kameralna i wyjątkowo gorzka opowieść skupiająca się na trudnej relacji Henry’ego i Nicka, przy czym perypetii tego drugiego bohatera na ekranie oglądamy zdecydowanie więcej (m.in. wątek rodzinny, problemy małżeńskie). Na plus warto zaliczyć ciekawe zakończenie, ponieważ oglądając film spodziewamy się czegoś całkowicie innego w finale.
© 2002 - Paramount Pictures
W kwestii aktorstwa nie jestem w stanie kompletnie zrozumieć jednej rzeczy. W jaki sposób Jason Patric tworząc tak znakomitą kreację Nicka Tellisa i de facto emanując prawdziwym talentem aktorskim mógł spierdolić swoją karierę, by podążyć ścieżką totalnej nijakości. Naprawdę żal patrzeć na jego wysiłki, gdy dysponuje się wiedzą o tak bezsensownie zmarnowanym potencjale. Rola Nicka to jedna z najbardziej złożonych i realistycznie odegranych policjantów, jakie miałem okazję oglądać w swoim życiu. Na oklaski zasłużył również Ray Liotta, przy czym warto zauważyć, że również jego kariera nie rozwinęła się tak dobrze, jak początkowo zapowiadała się. Niemniej Henry Oak to ciekawa kreacja niestabilnego emocjonalnie policjanta, dla którego przemoc wobec podejrzanych oraz manipulacja dowodami nie stanowi żadnej przeszkody w wymierzaniu sprawiedliwości. Ponieważ, jak już wspomniałem, "Narc" ma zdecydowanie kameralny charakter, a opowieść skupia się na parze głównych bohaterów, wspomnę jedynie o postaciach drugoplanowych. Chi McBride wciela się w kapitana Cheeversa, który tak naprawdę głęboko w rzyci ma rozwiązanie sprawy. Rola w porządku, ale zawsze, gdy oglądam go na ekranie kojarzy mi się z "Boston Public". Na zdecydowanie większe uznanie zasłużyli natomiast Alan Van Sprang (chociaż powraca jedynie we flashbackach), a w szczególności Krista Bridges za znakomite wcielenie się w żonę Nicka, Audrey.
© 2002 - Paramount Pictures
"Narc" to wyjątkowo solidny film o policyjnym rzemiośle z niebanalnym zakończeniem oraz znakomitym aktorstwem. Dla wszystkich fanów tego rodzaju kina produkcja Joe Carnahana powinna stanowić obowiązkową pozycję. Można jedynie mocno ubolewać, że wyjątkowo kameralny "Narc" zyskał tak małą popularność.
© 2002 - Paramount Pictures
Ocena: 7/10.

wtorek, 6 września 2016

"Warcraft"



Dzisiaj na warsztacie wylądował przewidywany hit tegorocznych wakacji, czyli "Warcraft" (w Polszy wzbogacony wyjaśniającym podtytułem "Początek"). Od razu muszę przyznać, że do pisania recenzji przystępuję jako kompletny Janusz, ponieważ nigdy nie miałem okazji grać w żadną z gier tej serii Blizzarda, a moja wiedza na temat uniwersum ogranicza się do faktu, iż sojusz ludzi, krasnoludów oraz elfów srogo napierdala się z hordą orków. Z tego też powodu wydaję się być idealnym targetem dla amerykańskiego producenta gier komputerowych, gdyż (w założeniu) dobry film powinien zachęcić mnie do natychmiastowego rozpoczęcia przygody w epickim świecie Warcrafta. Jednakże, opierając się na dotychczasowych doświadczeniach dotyczących podobnych produkcji, nie miałem kompletnie żadnych oczekiwań odnośnie dzieła Duncana Jonesa (reżyser ciekawego "Moon" oraz niezłego "Source Code"). Pierwsza, niewielka iskierka nadziei pojawiła się, gdy Blizzard bardzo szybko odpalił doświadczonego Uwe Bolla, mającego wyraźną ochotę na reżyserski stolec. Obawiano się, że "Warcraft" w jego reżyserii będzie tak fatalny, iż zniechęci fanów gier i w efekcie doprowadzi do załamania się sprawnie dotychczas działającego mechanizmu finansowego. A zatem, pozbawiony jakichkolwiek oczekiwań, zasiadłem do projekcji!
źródło: http://www.impawards.com
"Warcraft", jak trafnie wskazuje polski podtytuł, opowiada historię początków konfliktu między Sojuszem a Hordą. Świat potężnych, acz barbarzyńskich orków ulega stopniowej zagładzie. Jedynym ratunkiem jest niszczycielska magia Gul’dana (Daniel Wu), zwana Spaczeniem (w oryginale Fel), która pozwala na otworzenie portalu do pełnej życia krainy Azeroth. Ponieważ zasoby wymagane do utrzymania połączenia są dosyć szczupłe, na podbój nieznanego świata wyruszają jedynie najsilniejsi wojownicy. Tymczasem król Llane (Dominic Cooper), kierujący przymierzem ludzi, elfów oraz krasnoludów, postanawia nie dopuścić do zniszczenia swojego królestwa przez plugawe, humanoidalne istoty. Wraz z wiernym przyjacielem i zarazem dowódcą wojsk Lotharem (Ragnar Lodbrok Travis Fimmel) oraz Strażnikiem Medivhem (Ben Foster) starają się uzyskać jak najwięcej informacji o najeźdźcach. Zwarte szeregi orków nie są jednakże do końca jednolite – Durotan (Toby Kebbell), wódz jednego z pomniejszych plemion, zaczyna coraz odważniej kwestionować okrutną cenę, jaką przychodzi płacić za Spaczenie.
© 2016 Universal Pictures Home Entertainment
Ponieważ, jak już wspominałem we wstępie, nie miałem kompletnie żadnych oczekiwań odnośnie "Warcraft" to muszę przyznać, że około dwugodzinny seans nie był szczególnie traumatycznym przeżyciem. Nie zrozumcie mnie źle: nie twierdzę, że jest to wybitne dzieło, przed którym należy padać na kolana i bić pokłony, ale w swojej kategorii jest po prostu niezgorsze i ogląda się całkiem nieźle. Co można zatem zaliczyć na plus? Po pierwsze brawa należą się za uniknięcie jednostronnego ukazania konfliktu – spodziewałem się raczej zobaczyć biednych ludzi mordowanych przez bezwzględne, krwiożercze orki. Natomiast wątek rodziny Durotana przedstawia sprawę najeźdźców w całkowicie innym świetle. Te istoty również pragną jedynie przeżyć, a gdy ich świat ulega zagładzie nie mają innego wyjścia i starają się najefektywniej zaadaptować do warunków panujących w ludzkiej krainie. Niby prostu zabieg, ale w rzeczywistości bardzo trudno osiągnąć przekonujące efekty bez popadania w tani sentymentalizm. W tym przypadku wyszło całkiem przyzwoicie. Druga sprawa to żenujący, międzyrasowy romans, który, jak się wydawało, zmierzał do sztampowego, jeszcze bardziej żenującego końca. Na szczęście twórcy postanowili sięgnąć po dosyć nietypowe rozwiązanie, które jedynie doda smaczku kolejnym częściom. Ścieżkę dźwiękową również uznaję za sporą zaletę filmu.
© 2016 Universal Pictures Home Entertainment
A teraz przejdźmy do wad. O ile pod względem audio byłem kontent, o tyle wizualna strona "Warcraft" to dla mnie prawdziwy dramat. Wygenerowane komputerowo Azeroth wygląda kompletnie nieprzekonująco – twórcy zamiast pójść w realizm uderzyli w jakieś baśniowe (przynajmniej moim zdaniem) kierunki. Orki wyglądają bardzo sztucznie, chociaż warto docenić animację twarzy, która dobrze oddaje emocje. Praktycznie jedyna rzecz z CGI wyglądająca naprawdę wyjątkowo to magia – rzucanie poszczególnych czarów zrobiło na mnie spore wrażenie. Walki oraz sceny batalistyczne nie mają większego sensu, a o choćby elementarnych podstawach taktyki można jedynie pomarzyć. Co z tego, że Lothar (który de facto w jednej ze scen przyodziewa swoją plastikową zbroję w mniej niż 15 sekund) non stop drze się, żeby pilnować flanek, skoro nikt tego nie robi? Można się też zastanowić czy frontalny atak na orki, przy uwzględnieniu ich siły oraz możliwości fizycznych jest najlepszym możliwym rozwiązaniem… Czyżby radziecka myśl strategiczna przeniknęła do Azeroth niczym Spaczenie? Tak naprawdę mam wrażenie, że pod wieloma względami zabrakło epickości. Oczywiście trudno porównywać bezpośrednio "Warcraft" do "Władcy pierścieni", ale od pewnych analogii po prostu nie można uciec: gryfy zamiast orłów, Lothar – Aragorn, Medivh – Saruman czy Khadgar jako odmłodzona wersja Gandalfa. A dodatkowo jedna z kluczowych sekwencji filmu bardzo przypomina mi Pieśń o stworzeniu Éa z cyklu Ziemiomorze Ursuli K. Le Guin:
Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie:
na pustym niebie jasny jest lot sokoła.
© 2016 Universal Pictures Home Entertainment
Jeśli chodzi o aktorstwo oraz konstrukcję poszczególnych postaci to żywię dosyć mieszane uczucia. Król Llane to niemal podręcznikowy wzorzec średniowiecznego, sprawiedliwego monarchy – chodzące uosobienie honoru i poświęcenia. Dominic Cooper nie zrobił kompletnie nic, aby jego bohater wydał się chociaż przez chwilę interesujący. Trochę lepiej jest z Lotharem – tutaj można dostrzec jakąś śladową głębię psychologiczną kierującą poczynaniami postaci. W porównaniu do kolegi po fachu Travis Fimmel wypada o wiele lepiej i ciekawiej, ale po obejrzeniu czterech sezonów "Vikings" nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to troszkę mniej brutalna i przewrotna wersja Ragnara Lodbroka sprzed okresu uzależnienia od chińskich prochów. Jednakże oklaski za najlepszą kreację moim zdaniem należą się Benowi Fosterowi za znakomitą rolę Medivha. Nie spodziewałem się, że w filmie tego pokroju uświadczę tak znakomitą grę aktorską. Na propsy zasłużył również Ben Schnetzer, wcielający się w młodego adepta magii, Khadgara. Jeśli chodzi o role żeńskie to Ruth Negga (Taria) wypada bardzo średnio, natomiast Paula Patton (Garona) nawet się postarała, aby ożywić swoją postać.
© 2016 Universal Pictures Home Entertainment
Oczywiście, nie da się ukryć, że film Duncana Jonesa charakteryzuje się ogromną ilością ułomności oraz poważnych wad, ale mimo wszystko zachowam raczej umiarkowanie pozytywne wrażenia i będę czekał na kolejną odsłonę. "Warcraft" przedstawił konflikt ludzi oraz orków na tyle ciekawie, że jestem gotów poświęcić kolejne dwie godziny na następną odsłonę krwawej i bezlitosnej batalii, której stawką jest przetrwanie.
© 2016 Universal Pictures Home Entertainment
Ocena: 5/10.