poniedziałek, 31 sierpnia 2020

"Jojo Rabbit" (2019)

There are no weak Jews. 
I am descended from those who wrestle angels and kill giants.
We were chosen by God.
You were chosen by a fat man with greasy hair and half a moustache.

Chociaż czasy nie są łatwe, żyć trza umić, więc jedziemy dziarsko z kolejnym seansem w ramach Letniego Taniego Kinobrania. Tym razem los wskazał "Jojo Rabbit", który w tegorocznych Oscarach zebrał zawrotną cyfrę aż sześciu nominacji (najlepszy film, najlepsza aktorka drugoplanowa, najlepszy scenariusz adaptowany, najlepsza scenografia, najlepsze kostiumy oraz najlepszy montaż). Hojnie obdarowana przez Akademię produkcja, którą wyreżyserował Taika Waititi (tak, to ten od "Thor: Ragnarok") ostatecznie uzyskała statuetkę tylko w kategorii dotyczącej scenariusza adaptowanego. Film jest bowiem adaptacją powieści Niebo na uwięzi autorstwa Christine Leunens, czego nigdy bym się nie domyślił, gdybym nie przeczytał o tym na IMDB. Co prawda po obejrzeniu trailerów daleki byłem od optymizmu, a dodatkowo recenzje były przedstawiały najczęściej skrajne oceny produkcji, więc postanowiłem, że będzie to świetny materiał na kolejny, wakacyjny tekst.
źródło: Searchlight Pictures
"Jojo Rabbit" rozgrywa się u schyłku II wojny światowej w anonimowym niemieckim mieście, które dotychczas niezbyt ucierpiało od alianckich nalotów, a życie toczy się tu w miarę normalnie. Nieśmiały i wrażliwy 10-letni Jojo (Roman Griffin Davis) przygotowuje się właśnie do leśnego obozu organizowanego przez Deutsches Jungvolk, w trakcie którego ma uzyskać przydatne w III Rzeszy umiejętności. Chłopiec poznaje zdegenerowanego, zapijaczonego komendanta obozu, kapitana Klezendorfa (Sam Rockwell), który wskutek ran odniesionych na froncie został skazany na szkolenie nazistowskiej młodzieży. Niestety w porywie brawury Jojo odnosi poważne obrażenia, które wysoce frustrują jego matkę Rosie (Scarlett Johansson). Spędzając czas w domu na rozmowach z wyimaginowaną wersją samego Führera (Taika Waititi), chłopiec odkrywa, że nie wszyscy domownicy w 100% popierają III Rzeszę.
źródło: Searchlight Pictures
"Jojo Rabbit" w założeniu miał być satyrą, czarną komedią o schyłku drugiej wojny światowej. I rzeczywiście film jest wypełniony humorem, a widownia co chwilę wybuchała śmiechem, ale niestety ten rodzaj żartów w większości przypadków przypadł mi raczej średnio do gustu. Na pewno spodobały mi się motywy dotyczące cech narodu żydowskiego (świetna scena rysowania Żyda) oraz książka, w której Jojo zamierza zdemaskować ich wszystkie sztuczki. Te sceny znakomicie i z pomysłem ukazują absurdalne pseudoteorie, mity i przesądy promowane przez nazistowską propagandę (jakże smutne wydaje się natomiast, że ludzie dalej potrafią wierzyć w takie rzeczy). Także dziecięcy fanatyzm, bezgraniczne oddanie III Rzeszy i Führerowi oraz posyłanie 10-latków na samobójcze ataki z granatami w obliczu totalnej klęski zostało ukazane z dużą fantazją i humorem. Niestety jakoś ten ostatni element trochę średnio mnie bawi, w szczególności, że po Afryce przewalają się całe armie dzieciaków z kałaszami i maczetami (chociaż może robię się już zbyt poważny na starość). Jednakże najbardziej irytującym elementem "Jojo Rabbit" jest wyimaginowany Führer, kompletnie przeszarżowany przez samego reżysera. Ja rozumiem, że Taika Waititi ma w dupie Adolfa i nie chciało mu się robić żadnego reasearchu, a także, że jest to wypaczona dziecięca imaginacja, ale naprawdę, do kurwy nędzy, można było sobie odpuścić tak ułańską szarżę.
źródło: Searchlight Pictures
Już w trakcie seansu zacząłem się zastanawiać w jakim celu powstał "Jojo Rabbit" (pomijam oczywiście oczywisty aspekt finansowy) i co może wnieść do światowej kinematografii albo chociaż do mojego życia? Naszła mnie refleksja, że skoro przecież bohaterowie lubią tańczyć, to można było napisać parę fajnych, chwytliwych piosenek i zrobić z tego musical (polecam twórcom krótki monolog Poke’a z "Generation Kill" o Pocahontas). Przy tej okazji muszę także podkreślić, że zastosowanie w filmie dosyć współczesnej ścieżki dźwiękowej wypadło raczej średnio. Rozumiem, że nie każda wojenna produkcja musi być w 150% wypełniona powagą, łotewską mroźną zimą i halucynacjami z powodu chłodu i niedożywienia, ale jednak zestawienie tak absurdalnego humoru z wieszaniem czy rozstrzeliwaniem ludzi, a przede wszystkim posyłaniem na śmierć dzieci wydaje się być dla mnie zdecydowanie zbyt groteskowe (a mogę zdzierżyć naprawdę wiele). Jakoś zabrakło tutaj klimatu typowego choćby dla wybitnych "Bękartów wojny" Quentina Tarantino – zamiast tego dostajemy totalitarnie absurdalnego Hitlera i masę średnio udanych żartów. W tym zalewie niechęci muszę jednak zwrócić uwagę na bardzo fajne kostiumy bohaterów (zasłużona nominacja oscarowa), a w szczególności na genialny finałowy mundur bojowy kapitana Klezendorfa (choć dalej obracamy się w oparach absurdu i groteski).
źródło: Searchlight Pictures
Pod względem aktorstwa "Jojo Rabbit" wypada nieźle, aczkolwiek mamy parę wyjątków. Czemu Scarlett Johansson otrzymała nominację za rolę Rosie to wiedzą chyba tylko członkowie Akademii. Naprawdę, w tym występie nie zauważyłem nic wyjątkowego, więc kompletnie nie rozumiem tej decyzji. Uważam również, że Taika Waititi powinien raczej skupić się na reżyserii niż tworzyć tak przerysowane kreacje jak wyimaginowany Adolf. To naprawdę męczy na dłuższą metę. Również nie kupuję w pełni występu Rebel Wilson (Rahm), który momentami ociera się o najbardziej głupawe komedyjki jakie tylko możecie sobie wyobrazić. Na szczęście małoletni Roman Griffin Davis stworzył bardzo fajną kreację, dzięki czemu mogłem zapomnieć o raczej średnich występach jego starszych kolegów i koleżanek. Fajnie wypada w duecie z Archiem Yatesem (Yorki), grającym sympatycznego Grubego. Sprawa wygląda również podobnie u Thomasin McKenzie, w której wykonaniu Elsa potrafi zmienić się z zagubionej żydowskiej nastolatki w bezwzględnego oprawcę nazistowskiego dziecka. Jednak największym zwycięzcą, obok znakomitego Romana Griffina Davisa, jest kapitan Klezendorf w epickim wykonaniu Sama Rockwella oraz partnerujący mu małomówny Finkel, którego zagrał nasz ulubiony bohater z "Gry o tron", czyli Alfie Allen. Niby na pozór przerysowany, wyraźnie komediowy występ Rockwella można potraktować jednowymiarowo, ale jednak im bliżej końca, tym więcej można dostrzec głębi.
źródło: Searchlight Pictures
Niestety "Jojo Rabbit" nie jest filmem w pełni udanym. Niemniej wartka akcja, kilka niezłych żartów oraz parę znakomitych występów aktorskich sprawiają, że nie uświadczymy tutaj totalnego dramatu, a prawie dwugodzinny seans nie będzie się specjalnie dłużył.
źródło: Searchlight Pictures
Ocena: 6/10.

środa, 29 lipca 2020

"Midsommar" (2019)

Take from the yew tree. Feel no pain.
Take from the yew tree. Feel no fear.

Ponieważ mimo, iż rząd ogłosił przedwyborcze zwycięstwo w walce z pandemią, ale w rzeczywistości jednak COVID-19 jakoś się tym specjalnie nie przejął, nie spodziewałem się zbyt szybkiego powrotu na kinową salę. Jakież ogromne było zatem moje zaskoczenie, gdy przypadkowo dowiedziałem się, że 3 lipca wystartowała kolejna, czternasta już, edycja Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie pod Baranami. Niestety, jak to zwykle bywa, poszczególne tygodnie nasycone są nierównomiernie filmami, które chciałem zobaczyć, a dodatkowo wydaje mi się na pierwszy rzut oka, że sierpniowa część festiwalu jest o wiele mniej atrakcyjna pod tym względem. Abstrahuję już oczywiście od dosyć absurdalnych pór seansów, ale to przecież powtarza się co roku. Oczywiście, ponieważ prawie wszystko z wyjątkiem musztardy, drożeje (skurwysyny zrobili ze zwykłych krewetek dobro luksusowe!), to nastąpiła także podwyżka cen biletów do astronomicznej kwoty dziewięciu PLN. Nie przeszkodziło nam to jednak załapać się na seans zeszłorocznego wakacyjnego hitu, czyli "Midsommar" (oczywiście w Polszy nie mogło zabraknąć dodania kretyńskiego podtytułu - "W biały dzień").
źródło: A24 Films LLC
Dani (Florence Pugh) po tragicznej śmierci rodziców i siostry stara ułożyć sobie jakoś życie. Jej związek z Christianem (Jack Reynor) nie należy do zbyt udanych relacji i wydaje się wisieć jedynie na cieniutkim włosku. W ramach wakacyjnego wyjazdu kumpel Christiana, Pelle (Vilhelm Blomgren) proponuje całej paczce znajomych udział w wyjątkowym, ludowym święcie, odbywającym się jedynie raz na dziewięćdziesiąt lat w jego rodzinnej komunie w szwedzkim Hårga. Ekipa uzupełniona o Josha (William Jackson Harper) i Marka (Will Poulter) wyrusza dzielnie do Sztokholmu, a następnie przemieszcza się w północne rejony dzikiej i niedostępnej Szwecji. A ponieważ naszym bohaterom towarzyszą różnego rodzaju narkotyki sytuacja szybko wymyka się spod kontroli.
źródło: A24 Films LLC
Od razu muszę się przyznać, że bardzo rzadko oglądam horrory, dlatego też dotychczasowa twórczość Ari Astera („Hereditary”) była dla mnie nieznana. Niemniej zawsze warto otworzyć umysł na nowe doświadczenia, w szczególności, że niedawno przypomniałem sobie wypełniony grozą i makabrą "Event Horizon". Z drugiej strony warto sobie zadać pytanie czy "Midsommar" jest rzeczywiście czystej krwi horrorem? Czytałem opinie, iż przez część widowni i krytyków amerykańsko-szwedzka produkcja uznawana była raczej za czarną komedię. I nie sposób się z tym nie zgodzić, jeśli wzięlibyśmy pod uwagę regularne wybuchy śmiechu na kinowej sali. Z pewnością twórcom świetnie udało się połączyć elementy wysoce komiczne z tragedią bohaterów i groteskowo ukazaną przemocą (chociaż w tej kwestii warto sprawdzić oryginalną wersję filmu, z której wycięto ponoć wiele makabrycznych scen). Oglądając "Midsommar" możemy doświadczyć zatem prawdziwej huśtawki nastrojów: od depresyjno-tragicznego początku, przez coś w rodzaju głupawej komedii dla studentów (np. profanacja moczem świętego drzewa), po niesamowicie klimatyczną, surrealistyczną, tajemniczą i brutalną akcję rozgrywającą się w szwedzkiej komunie odciętej od świata zewnętrznego. Każdy z nas znajdzie zatem coś dla siebie.
źródło: A24 Films LLC
Obecnie mamy do czynienia z tak wysokim poziomem globalizacji, że film rozgrywający się w Szwecji jest kręcony w węgierskim raju Viktora Orbána. Ale mniejsza o to, ponieważ nie widać nawet tego specjalnie na ekranie. Na pewno trzeba natomiast docenić, że przy tak śmiesznie niskim budżecie (zaledwie 9 milionów USD) udało się wytworzyć tak genialny klimat, scenografię, a przede wszystkim kostiumy (finalny kostium Królowej Maja to jest kurwa, nie bójmy się użyć tego określenia, kwiatowe arcydzieło). A co jeszcze lepsze, to pomimo, że film jest skierowany raczej do masowego odbiorcy, twórcom udało się go naszpikować różnego rodzaju ludową i nordycką symboliką (począwszy od cyfry 9: tyleż dni wisiał Odyn na drzewie Yggdrasil, aby posiąść prawdziwą mądrość; jestem przekonany, że wielu polityków powinno spróbować podążyć tą ścieżką i obwiesić się w tym szlachetnym celu) oraz szczegółami dostępnymi dla prawdziwych bystrzaków. To wszystko sprawia, że mimo, iż "Midsommar" trwa prawie 150 minut, to wcale nie odczuwałem znużenia na seansie (podobnie jak bohaterowie niekończącym się szwedzkim dniem). Swoje robi również genialna ścieżka dźwiękowa, która czasem ograniczona jedynie do oddechów, znakomicie podkreśla akcję rozgrywającą się na ekranie. Na koniec chciałbym jeszcze zwrócić Waszą uwagę na fajnie ukazane efekty zażywania narkotyków (a jak wiemy w życiu bywa różnie).
źródło: A24 Films LLC
Jeśli chodzi o aktorstwo to już niestety nie jest kolorowo jak w kostiumie Królowej Maja. Na największe słowa uznania z mojej strony zasługuje oczywiście Florence Pugh. Angielska aktorka stworzyła złożoną i skomplikowaną kreację dziewczyny zagubionej w rzeczywistości po przeżyciu kolosalnej traumy wynikającej z utraty rodziców i siostry, a także niestabilności związku z dosyć słabym emocjonalnie Christianem. Za tę rolę należą się prawdziwe oklaski i pozostaje mi jedynie ubolewać, że reszta amerykańskie ekipy nie dostosowała się poziomem do swojej koleżanki. Jack Reynor niezbyt się wyróżnia, a mógł przecież wlać więcej dramatyzmu w niestabilny związek z Dani. William Jackson Harper gra typowego nerda, a z kolei Will Poulter nie zrobił nic, aby wyjść z roli głupawego amerykańskiego turysty-studenta dostarczającego masę śmiechu widowni. O wiele fajnie zagrali natomiast Vilhelm Blomgren wcielający się w Pelle oraz praktycznie niewypowiadająca żadnego słowa Isabelle Grill (Maya).
źródło: A24 Films LLC
Dawno nie zastanawiałem się tak długo (5 minut) jaką ocenę wystawić filmowi. Z jednej bowiem strony poczułem się troszkę rozczarowany zeszłorocznym pompowaniem balonika "Midsommar", ale z drugiej strony im więcej myślę o tej produkcji, tym lepsze mam wspomnienia. Ostatecznie, ponieważ przemawia przeze mnie euforyczny nastrój po skosztowaniu Dewar’s 8 Caribbean Smooth (chociaż osobiście nie polecam tej whisky) to daję ponieść się emocjom i jadę grubo!
źródło: A24 Films LLC
Ocena: 8/10.

wtorek, 30 czerwca 2020

"The Plot Against America" (2020)

Anything can happen to anyone, but it usually doesn't. Except when it does.

Po dłuższej przerwie spowodowanej przeróżnymi rodzajami lenistwa (doceńcie chociaż, że nie ładuję Wam bezczelnej ściemy, iż to z powodu pandemii) postanowiłem wrócić do gry w końcówce burzowego i nieprzewidywalnego pod względem pogodowym czerwca. Ponieważ w ostatni weekend odbyła się pierwsza tura wyborów prezydenckich, nadarzyła się idealna okazja (co prawda pierwotnie ten tekst miał powstać na długo zanim wyborcy poszli do urn), aby zrecenzować "The Plot Against America" oparty na powieści Philipa Rotha wydanej w 2004 roku pod tym samym tytułem. Moim zdaniem nie jest to zdecydowanie najlepsza książka tego utalentowanego autora, jaką miałem okazję przeczytać. W moim prywatnym rankingu o najwyższe laury zdecydowanie lepszą pozycję mają choćby Amerykańska sielanka (recenzja ekranizacji w linku), Kompleks Portnoya, a przede wszystkim rewelacyjna Ludzka skaza. Aczkolwiek na razie nie prowadzę jeszcze kącika literackiego, chociaż w zamierzchłych czasach studenckich zdarzało mi się opisywać i polecać książki na forum naszego roku. Niemniej to czasy tak stare, że i tak o nich pewnie nikt już nie pamięta, dlatego też, zanim pogrążę się w nostalgii, przejdę do sedna.
źródło: Home Box Office (HBO)
Urodzony w Newark amerykański pisarz żydowskiego pochodzenia w swojej twórczości wielokrotnie odnosił się do rodzinnych stron i nie inaczej jest także w Spisku przeciwko Ameryce. W książkowym pierwowzorze alternatywną wersję historii Ameryki oglądamy z perspektywy małoletniego Phillipa (Azhy Robertson), który wraz z rodziną zamieszkuje zdominowane przez społeczność żydowską Weequhic w Newark (stan New Jersey). Początek fabuły przedstawia burzliwy rok 1940, w którym nieoczekiwaną klęskę w wyborach prezydenckich w USA ponosi dotychczas urzędujący Franklin Delano Roosevelt. Czarnym koniem wyścigu o prezydenturę zostaje słynny lotnik Charles Lindbergh (Ben Cole), który po objęciu urzędu rozpoczyna dziwaczny flirt z III Rzeszą kategorycznie sprzeciwiając się przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do trwającego w Europie konfliktu. W wielką politykę mocarstw zostaje wpleciony los zwyczajnej żydowskiej rodziny zamieszkującej amerykańskie przedmieścia.
źródło: Home Box Office (HBO)
Chociaż "Spisek przeciwko Ameryce" przedstawia dosyć intrygującą wersję historii USA, to tak naprawdę jest to tło dla ukazania zwyczajnej egzystencji amerykańskiej rodziny o żydowskich korzeniach. Nie jest to może pokolenie, które totalnie wtopiło się w społeczeństwo zapominając całkowicie o swoim pochodzeniu, ale z drugiej strony trudno nazwać dom Hermana (Morgan Spector) i Bess Levinów (Zoe Kazan) świątynią judaizmu i pielęgnacji tradycji. Głowa rodziny to nieprzejednany zwolennik FDR, czerpiący przyjemność z słuchania audycji demaskującego naziolskie sympatie prezydenta nieprzejednanego komentatora politycznego Waltera Winchella (Billy Carter). Światopogląd Hermana wywiera ogromny wpływ na członków rodziny, w szczególności na jego bratanka Alvina (Anthony Boyle), który w pewnym momencie stwierdza, że słuchanie radia i nic nie robienie nie wystarczy do zmiany świata na lepsze. Ale w Newark nie wszyscy są aż tak wyrobieni politycznie lub po prostu pragną, aby ich działalność została pozostawiona w spokoju (m.in. zblatowany z żydowską przestępczością zorganizowaną brat Hermana).
źródło: Home Box Office (HBO)
"Spisek przeciwko Ameryce" jest także fascynującym studium budzenia się nastrojów nacjonalistycznych i antysemickich (co można zobaczyć już w czołówce). Wykalkulowane działania prezydenta Lindbergha wprowadzają nieoczekiwany strach i przerażenie wśród żydowskiej społeczności, która wiodła dotychczas w miarę spokojną egzystencję. Kontrowersyjne programy relokacji osób żydowskiego pochodzenia do innych stanów, przyjmowane przez Kongres bez większego sprzeciwu, pokazują w jaki sposób demokratyczne metody działania rządzących mogą doprowadzić do prawdziwej tragedii i pogromów. Początkowe niedowierzanie, że ktokolwiek w USA może ograniczać w ten sposób wolności obywateli by wprowadzać drugą kategorię ludzi, zmienia się nagle w lęk o dalszą egzystencję w Newark i poważne rozważania nad emigracją do pobliskiej Kanady. Abstrahując od szokujących scen rozgrywających się w trakcie podróży po Seldona (Jacob Laval), warto zwrócić uwagę na początkowy moment, w którym Herman dostaje propozycję awansu i objęcia nowego rewiru dla towarzystwa ubezpieczeniowego. Rodzinna wycieczka w celu zbadania innej części miasta zamienia się w gorzką wyprawę do okolicy opanowanej przez wyraźnie sprzyjający III Rzeszy element. "Spisek przeciwko Ameryce" pokazuje także fatalne skutki podatności na propagandę dzieci i nastolatków – wbrew woli Hermana jego starszy syn Sandy (Caleb Malis) staje się twarzą jednego z rządowych programów integracji żydowskich dzieci. Warto także skupić się na tragicznej postaci rabina Bengelsdorfa (John Turturro), który od początku wspiera kandydaturę Charlesa Lindbergha. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że tacy ludzie jak Lindbergh czy Henry Ford istnieli naprawdę i naprawdę prezentowali tak kontrowersyjne poglądy.
źródło: Home Box Office (HBO)
Aktorstwo to z pewnością duża zaleta "Spisku przeciwko Ameryce". Chociaż Azhy Robertson, wcielający się w pociesznego Phillipa, wypada trochę blado, to jednak reszta obsady jest naprawdę dobra. Przede wszystkim warto pochwalić Morgana Spectora za wybitną kreację Hermana – twardego i niezłomnego ojca, z mocnym kręgosłupem moralnym i gotowego do walki za swoje przekonania, ale jednocześnie troszczącego się o swoją rodzinę. Anthony Boyle został po prostu idealnie obsadzony w roli bratanka Hermana. Alvin, jako młody gniewny, idzie znacznie dalej niż wuj, wcielając idee walki z nazizmem w życie. Późniejszy konflikt między Hermanem i Alvinem został przedstawiony niezwykle naturalistycznie (ogólnie Herman wydaje się być konfliktowym człowiekiem z powodu swojego uporu, kłócąc się ze starszym synem, Alvinem czy bratem Montym, który mimo wszystko wspiera go w trudniejszych chwilach). Fajnie wypada także Calib Malis (Sandy) jako inteligentny chłopak, który staje się propagandowym, bezwolnym narzędziem wielkiej polityki. Nie można również pomijać kreacji kobiecych. Zoe Kazan (Bess) wcieliła się w przejmującą rolę żony i matki, swoiste wcielenie zdroworozsądkowego i przyszłościowego myślenia. Z kolei Winona Ryder, grając siostrę Bess, Evelyn, świetnie sportretowała konformizm i oportunizm swojej bohaterki, który finalnie prowadzi do dramatycznego, rodzinnego konfliktu. Na koniec zostawiam genialną rolę Johna Turturro, który wcielając się w żydowskiego rabina z Południa (co brzmi trochę dziwnie), stał się jedną z najbardziej tragicznych postaci w serialu.
źródło: Home Box Office (HBO)
To jeśli jest tak fajnie, to co poszło nie tak? Jak już pisałem we wstępie, moim zdaniem nie jest to najlepsza powieść Philipa Rotha i twórcy serialu nie mogli po prostu wykrzesać więcej z literackiego pierwowzoru (ogólnie im bliżej było końca, tym bardziej autor szedł na skróty). Generalnie jest to dosyć wierna ekranizacja, aczkolwiek miałem wrażenie, że w pewnych (finalnych) momentach akcja potoczyła się trochę za szybko (w przeciwieństwie do początku serialu, gdzie wlokła się niemiłosiernie) i można ją było rozciągnąć na osiem, a nie tylko sześć odcinków. Oczywiście fantastycznie odwzorowano Amerykę w początkach lat 40-tych XX wieku, więc można polecić ten miniserial choćby z tego powodu. Ale ponieważ przed nami druga tura wyborów, to fajnie byłoby gdybyście sprawdzili do czego prowadzi kategoryzowanie ludzi, walka z wyimaginowanym wrogiem, inwigilacja podejrzanego elementu i wprowadzenie obywateli drugiej kategorii. Wszystko leży w Waszych głosach (na szczęście kandydata, którego wspierają wypierdy germańskiego ducha lubiące brunatne koszule i faszystowskie parady nie ma już z nami)!
źródło: Home Box Office (HBO)
Ocena: 7/10.

sobota, 23 maja 2020

"The Mule" (2018)

For what it's worth, I'm sorry for everything.

Siedziałem sobie ostatnio w błogim nastroju w wannie rozmyślając czy każdy wstęp do recenzji musi wyglądać tak samo, no chyba jednak nie, doszedłem do wniosku, siedemsetna strona opowiadań zbioru Książę Nocy Nowakowskiego Marka przecież na liczniku, a w pamięci cały czas dobrej reminiscencje prozy Myśliwskiego Wiesława znakomitej, a także kiedyś młodej nadziei pisarstwa polskiego Masłowskiej Doroty Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną zawsze na propsie, w filmowym nawet wydaniu doskonała, z Szycem Borysem w Silnego pięknie roli zagranej, ale do tematu głównego powrócić należałoby, co by czytelnik zdezorientowany się nie czuł dłużej, no i ten Nowakowski, gites, grypsera, frajernia ciągle, to może by coś o przestępczości obejrzeć, o akurat na HBO GO "The Mule" się pojawił Eastwooda Clinta, legendy hollywoodzkiej w reżyserii i wykonawstwie pierwszoplanowym, o kartelach i narkotykach, to myślę sobie czemu nie, świeża pozycja, aż od koksu się bieli, nowością promieniuje, a do kina i tak nie pójdziemy ni chuja, fajnie, że do parku i lasu już można, po co było w ogóle zamykać, decyzja absurdalna i nonsensowna co najmniej, no ale to nie o tym dzisiaj tutaj piszemy, a o fabułę jeśli zaś się rozchodzi do akapitu poniższego zapraszam.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Earl Stone (Clint Eastwood) to weteran wojny w Korei, który poświęcił się całkowicie uprawie kwiatów, zyskując spore uznanie i wiele nagród w swojej branży. Jednakże z powodu wiekowości naszego bohatera oraz niedoceniania potęgi Internetu nasz botaniczny heros musi zwinąć kiedyś dobrze prosperujący biznes i zwolnić swoich wiernych Portoryków. W obliczu życiowej porażki odwiedza swoją byłą żonę Mary (Dianne West), która przygotowuje wesele ich wnuczki Ginny (Taissa Farmiga). Jeden ze znajomych dziewczyny zachęca Earla do odwiedzin w pewnym warsztacie samochodowym, prowadzonym przez zaprzyjaźnionych meksykańskich ese. W efekcie nasz bohater zostaje amatorskim przemytnikiem na usługach potężnego meksykańskiego kartelu.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Jakkolwiek fabuła brzmi absurdalnie to jest to produkcja oparta na faktach (w rzeczywistości wiekowy weteran II wojny światowej pracował dla meksykańskiego kartelu Sinaloa, któremu do niedawna przewodził niesławny Joaquín "El Chapo" Guzmán). Warto gloryfikować zasługi Clinta Eastwooda dla światowej kinematografii i docenić, że jeszcze żyje i mu się chce kręcić filmy, ale "Przemytnik" to naprawdę nie jest nawet solidne kino. Absurdalne rozwiązania i skróty fabularne (jakiś randomowy koleś kieruje nieznanego sobie człowieka do przemytniczej dziupli potężnego meksykańskiego kartelu, by podjął się przewozu narkotyków wartych setki tysięcy albo nawet miliony dolarów) kompletnie pozbawiają produkcję jakiegokolwiek realizmu. Dodajmy, że Earl w uznaniu zasług i wybitnych osiągnięć w przemycie poznaje samego przywódcę kartelu na grubym melanżu zorganizowanym ku jego czci w epickiej hacjendzie. Naprawdę już na etapie pisania scenariusza coś musiało zdecydowanie pójść nie tak, ponieważ wiele wątków zostanie po prostu niewyjaśnionych w żaden sposób (np. dalsze losy Julia, który miał nadzorować przerzuty Earla, czy też meksykańskich asasynów). W takiej wersji był to wymarzony stolec dla Nicolasa Cage’a, tylko należałoby podkręcić trochę tempo i dodać więcej akcji. Podobny pod względem starości "The Old Man & the Gun" z Robertem Redfordem miał o wiele więcej uroku i był zdecydowanie przyjemniejszy w odbiorze.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Jednak najbardziej wkurwia mnie to, że "The Mule" w żaden sposób nie ukazuje szkodliwości procederu Earla. Nasz bohater wykonując kolejne kursy kosi coraz większy pieniądz, który rozpierdala na lokalne dziwki, alko na wesele wnuczki i przypałowe autko. Nie uświadczymy tu żadnej, nawet najmniejszej refleksji, że może jednak przemyt narkotyków dla meksykańskiego kartelu nie jest do końca moralnie w porządku i może wyrządzać poważne szkody w amerykańskim społeczeństwie. Nie, w "Przemytniku" to po prostu emocjonująca, beztroska wręcz przygoda dla staruszka u kresu życia. To trochę dziwne, zważywszy, że bohaterem jest zahartowany i twardy weteran wojny w Korei, który powinien posiadać sztywny kręgosłup moralny. Kolejna sprawa, że fakt, że Earl tak naprawdę ma w dupie swoją rodzinę, mimo wygłaszanych deklaracji, że jest inaczej. No bo czy lepiej spędzić te kilka pozostałych lat w gronie bliskich czy samotnie w więzieniu stanowym uprawiając kwiaty? Warto także zwrócić uwagę na dosyć pozytywny obraz DEA, raczej rzadko spotykany w Hollywood (chociaż kierownictwo agencji naciska na wyniki w korporacyjnym stylu). Absurdalnie wypadła scena z afroamerykańską rodziną i wymianą koła w aucie – kompletnie nie rozumiem czemu miało to służyć.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Aktorstwo w "Przemytniku" nie jest może totalnie koszmarne, ale jest po prostu do bólu przeciętne. Z wyjątkiem Clinta Eastwooda, który de facto gra chyba znowu samego siebie albo postać z "Gran Torino", to ciężko kogokolwiek wyróżnić. Bradley "Tell Me Something Girl" Cooper (Bates), Laurence Fishburne (nawet nikomu nie chciało się wymyślić mu nazwiska) i  Michael Peña (Treviňo) są totalnie bezbarwni i nie robią praktycznie nic, abyśmy mogli zapamiętać ich występy. Ignacio Serrichio miał potencjał na fajną, dramatyczną rolę, ale postanowił kompletnie nic z tym nie zrobić.  Na Croma co tu w ogóle robi Andy Garcia?! Trochę lepiej jest w przypadku występów kobiecych: w szczególności dotyczy to grającej byłą żonę Earla Dianne West, jego córkę Alison Eastwood oraz wnuczkę Taissa Farmiga. W zasadzie najsympatyczniej wypada ekipa Meksów z warsztatu samochodowego.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Chuj z rodziną, chuj z moralnością, nie wyszedł biznes z kwiatami, to będziemy rozwozić koks dla meksykańskiego kartelu. To jest skrótowy przekaz filmu Clinta Eastwooda. Sami zdecydujcie czy warto rozciągać to jedno zdanie na prawie dwie godziny seansu.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Ocena: 4/10*

*Normalnie dałbym trójeczkę, ale przyznaję dodatkową gwiazdkę z szacunku dla Clinta za to, że jeszcze żyje, może i mu się chce.

niedziela, 12 kwietnia 2020

"The Lighthouse" (2019)

Should pale death, with treble dread,
make the ocean caves our bed,
God who hears the surges roll
deign to save our suppliant soul.

Praktycznie co roku w oscarowych nominacjach pomijany jest jakiś znakomity film (lub nawet kilka), który obiektywnie powinien mieć choćby szansę zawalczyć z nominowanymi mizeriami albo nawet zgarnąć parę statuetek. W tegorocznej edycja ta mało zaszczytna rola przypadła "The Lighthouse" w reżyserii Roberta Eggersa, znanego z fantastycznego "The VVitch: A New-England Folktale". Czarno-biała produkcja zyskała uznanie wyłącznie w jednej kategorii (nominacja za najlepsze zdjęcia), co osobiście uważam za absurd i nonsens, ale przecież się nie wkurwiam, ponieważ to nie ma znaczenia bo nic go w końcu nie ma. W zasadzie chyba powinien przyznawać własne nagrody i przestać wreszcie oglądać się na werdykty Akademii. Jednakże zanim to nastąpi postaram się Was jak najlepiej zachęcić do obejrzenia "The Lighthouse" w jakże ciężkich czasach zarazy. Od razu muszę przyznać, że od czasów studenckich mam bardzo wiele wspólnego z marynistyką, ponieważ często zdarzało mi się przebywać w przesyconych unikalnym zapachem piwnicach krakowskiego Starego Portu.
źródło: https://www.imdb.com/
Tworząc scenariusz Robert i Max Eggers zainspirowali się makabryczną historią, która wydarzyła się na początku XIX wieku w latarni Smalls Lighthouse położonej niedaleko półwyspu Marloes w Pembrokeshire u wybrzeży Walii. Niemniej akcja "The Lighthouse" została osadzona na małej, odludnej wysepce u wybrzeży Nowej Anglii, mniej więcej pod koniec XIX stulecia. Doświadczony latarnik i wilk morski Thomas Wake (Willem Dafoe) oraz były drwal Ephraim Winslow (Robert Pattinson) wyruszają do trudno dostępnej latarni morskiej na kilkutygodniową zmianę. Od samego początku panowie nie pałają do siebie zbytnią sympatią, ale w obliczu potężnego sztormu, który uziemia ich na oddalonym od lądu skrawku ziemi, ich wzajemne relacje zaczynają się znacząco pogarszać.
źródło: https://www.imdb.com/
"The Lighthouse" oczarował mnie już od pierwszych kadrów. Przede wszystkim należy docenić kolosalną pracę odpowiedzialnego za zdjęcia Jarina Blaschke (pracował również przy "The VVitch"), któremu udało się osiągnąć prawdziwą maestrię. Odnośnie czarno-białych zdjęć czytałem kiedyś wywiad z Davidem Lynchem o trudach kręcenia filmów w takiej kolorystyce dzięki czemu zyskałem świadomość, że piekielnie trudno zrobić to poprawnie i żeby przy okazji wyglądało dobrze na ekranie. Tutaj wszystko zagrało idealnie: wspaniałe zdjęcia, podkreślone rzadko spotykanym, prawie kwadratowym formatem obrazu (1.19 : 1), który de facto postarza film, znakomite kostiumy i charakteryzacja (Dafoe i Pattinson zapuścili naturalne brody i wąsy) oraz bezbłędna scenografia (plenery kręcono na przylądku Forchu w Nowej Szkocji) tworzą niepowtarzalną atmosferę. Dodatkowo trzeba oczywiście pochwalić przejmującą realizmem ścieżkę dźwiękową idealnie wprowadzającą grozę brutalnego, oceanicznego żywiołu oraz przeżycia bohaterów skłaniające ich ku szaleństwu (w szczególności powtarzający się stale, przerażający dźwięk syreny mgłowej). To wszystko czynniki, które złożyły się na wywołanie u widza nieustannego poczucia niepokoju oraz zatarcia się wrażenia między prawdziwymi wydarzeniami a halucynacjami czy też wytworami wyobraźni bohaterów. Klimat, klimat i jeszcze raz klimat! I teraz można sobie zadać pytanie dlaczego "The Lighthouse" nie dostał nominacji choćby za scenariusz, role męskie, reżyserię, najlepszy film, kostium, scenografię, dźwięk czy jeszcze wiele innych?
źródło: https://www.imdb.com/
Oczywiście trzeba także pamiętać, że nie jest to film łatwy i przystępny dla masowego widza (zapomnijcie o seansie przy niedzielnym obiadku i pomyślcie raczej o ciemnej, listopadowej nocy, gdy dmie mroźny wiatr, a drzewa wydają się czymś innym niż są w rzeczywistości, chociaż kto tam wie, ale sowy na pewno nie są tym, czym się wydają). Pod względem fabularnym trudno połapać się w rzeczywistości i fikcji tworzonej przez bohaterów i można pokusić się o wiele interpretacji. Twórcy oczywiście wskazują na inspirację motywami mitologicznymi: zazdrośnie strzegący ognia latarni Wake ma być swoistym Proteuszem (bóstwo morskie, syn Posejdona i Tetydy), natomiast ciekawy tejże tajemnicy, energiczny i młody Winslow uosabia Prometeusza (którego nikomu przedstawiać nie trzeba). Nie sposób w tym kontekście nie zwrócić uwagi na trytony, syreny i tym podobne stworzenia wprowadzające atmosferę fantastyczną. Oprócz greckich mitów można także dostrzec wpływy twórczości uznanych pisarzy takich jak choćby Herman Melville (m.in. Moby Dick) czy mistrz powieści grozy H.P. Lovecraft, a także wiele legend i przesądów typowo marynistycznych (np. o duszach marynarzy mieszkających w ptakach morskich).
źródło: https://www.imdb.com/
"The Lighthouse" to przede wszystkim popis aktorskich umiejętności dwóch aktorów. Robert Pattinson po raz kolejny dobitnie udowadnia, że potrafi być znakomitym aktorem zmywając z siebie błyszczącą się hańbę sagi "Zmierzch". Jego przejmująca rola Winslowa to prawdziwy popis powolnego popadania w szaleństwo, podlanego sosem okrutnej tajemnicy z przeszłości. Partnerujący mu na ekranie Willem Dafoe nie musi co rusz udowadniać swojej aktorskiej klasy, ale tym razem naprawdę zasłużył na co najmniej nominację do Oscara, a gdyby nawet otrzymał statuetkę wcale nie czułbym się z tym źle. Aktor znakomicie wcielił się w postać doświadczonego marynarza, kreując Wake’a na bezwzględnego, acz morzobojnego i wysoce zabobonnego wilka morskiego, który lubi najebać się w wolnej chwili i poznęcać nad żółtodziobem Winslowem, traktując go niemal jak niewolnika. Dafoe świetnie oddał również fascynację swojej postaci ogniem latarni, stając się kimś w rodzaju strażnika/kapłana płomienia. Zdecydowanie warto pochwalić obu aktorów także za świetne przygotowanie pod względem językowym – w szczególności wiązanki morskich przekleństw wyrzucane taśmowo przez Dafoe robią piorunujące wrażenie.
źródło: https://www.imdb.com/
"The Lighthouse" to znakomite, acz niełatwe i niebanalne kino, które wymaga od widza uwagi i pełnego zaangażowania. Uwielbiam tego rodzaju filmy i szczerze boleję nad prawie kompletnym pominięciem dzieła braci Eggers w tegorocznym Oscarach. Niemniej Wy się tym nie przejmujcie i śmiało bierzcie się za tę doskonałą produkcję z wyjątkowo niespokojnym klimatem.
źródło: https://www.imdb.com/
Ocena: 9/10.

Ps.
Nigdy nie zabijajcie morskich ptaków.

poniedziałek, 30 marca 2020

"Dolor y gloria"/"Ból i blask" (2019)

The nights that coincide several pains, those nights I believe In God and pray to him.
The days when I only suffer a type of pain I’am an atheist.

Jeśli chodzi o tegoroczne nominacje oscarowe, to zdecydowanie najlepiej zaznajomiliśmy się z kategorią najlepszy film nieanglojęzyczny, ponieważ udało się nam obejrzeć już trzy spośród pięciu nominowanych produkcji. Oprócz "Parasite" (recenzja miałem nadzieję, że się pojawi wkrótce, ale chyba nie pojawi się nigdy) i niedawno recenzowanego "Bożego Ciała" ostatnio udało się zaliczyć seans "Bólu i blasku" uznanego hiszpańskiego reżysera, Pedro Almodóvara. Wstyd się przyznać, ale twórczości tego słynnego na całym świecie twórcy nie znam aż tak dobrze jak powinienem. Niestety ponieważ przez lata fascynowało mnie przeważnie kino hollywoodzkie i chłonąłem niemal każde gówno niczym gąbka, poświęcałem swój cenny czas na nawet najgorsze produkcje z Fabryki Snów (na moim blogu znajdziecie przecież wiele recenzji takich właśnie nikomu niepotrzebnych stolców). Jednak im więcej się podróżuje po Europie czy reszcie świata, tym większa jest potrzeba poznania fascynujących kultur odwiedzanych państw, co przekłada się równie na historię, literaturę czy właśnie kino. A w zalewie popkulturowej papki w postaci kolejnych produkcji Marvela, DC Comics, remake’ów innych remake’ów czy na przykład totalnie absurdalnego disnejowskiego "Aladdina" (hajs się zgadza) warto czasem poświęcić chwilę na bardziej refleksyjne i głębsze doznania.
źródło: https://www.imdb.com/
Salvador Mallo (Antonio Banderas), znany hiszpański reżyser filmowy w jesieni życia, cierpi na wiele dolegliwości, które uniemożliwiają mu kontynuowanie kariery. Spędzając samotnie czas w swoim genialnie urządzonym mieszkaniu oddaje się głównie wspomnieniom z dzieciństwa spędzonego pod czujnym okiem opiekuńczej matki (Penélope Cruz) na wyjątkowo ubogiej hiszpańskiej prowincji. Pewną szansą na powtórną aktywizację społeczną bohatera staje się seria pokazów jego największego dzieła "Sabor". W związku z tymi eventami Salvador postanawia pogodzić się z gwiazdą tejże produkcji, Albertem Crespo (Asier Etxeandia), z którym nie rozmawiał od trzydziestu lat po wygłoszeniu dosyć krytycznych opinii o wypaczeniu sensu zagranej przez niego postaci. Odnowienie znajomości z aktorem grającym obecnie chałtury w meksykańskim telenowelach skutkuje jednakże rozpoczęciem nieoczekiwanej przygody z zażywaniem heroiny w celu ukojenia bólu kręgosłupa.
źródło: https://www.imdb.com/
"Ból i blask" to na pozór wyświechtana klisza upadłego bohatera, który chciałby, acz nie może ponownie pławić się w blasku chwały. Oczyma wyobraźni już widzę hollywoodzki totalnie miałki remake, w którym protagonista zarzucając co chwilę widzów banalnymi prawdami przezwycięża własne ułomności i wspina się powtórnie na szczyt przy akompaniamencie patetycznej ścieżki dźwiękowej. Ale na szczęście film powstał w Europie i tym razem możemy po prostu cieszyć się bogatym warsztatem Pedro Almodóvara oraz znakomitym aktorstwem (Antonio Banderas otrzymał nominację do Oscara za najlepszą główną rolę męską). "Ból i blask" to przede wszystkim bardzo gorzka produkcja, ukazująca bezczynnego, a przede wszystkim bardzo cierpiącego twórcę rozliczającego swoją egzystencję. Ból nie ogranicza się jednakże do wyłącznie fizycznej formy, gdyż determinując również niemoc twórczą Salvadora skazuje go na jeszcze gorsze dla niego męki psychiczne. Jako twórca niepierwszej młodości reżyser stara się znajdować ukojenie we wspomnieniach nie do końca sielskiego dzieciństwa (bieda, bieda, bieda!), często myśląc również o własnej matce. Dlatego też chociaż w filmie praktycznie nic się nie dzieje pod względem fabularnym, to obraz Almodóvara potrafi zachwycić właśnie nieśpiesznym tempem oraz nutką nostalgii (chociaż należy uczciwie przyznać, że dzieciństwo Salvadora nie było do pozazdroszczenia).
źródło: https://www.imdb.com/
"Ból i blask" ujął mnie wieloma aspektami. Oprócz nieśpiesznego tempa duże wrażenie zrobiły na mnie piękne zdjęcia, kompozycje kadrów, scenografia czy kostiumy (choćby zajebista stylówka Alberta czy też elegancki styl Federica). Niektóre ze scen, podkreślone pięknymi kolorami, wyglądały niemalże jak obrazy! Przedstawiona na ekranie hiszpańska, niezwykle uboga prowincja z analfabetyzmem, rolą kościoła i innymi problemami społecznymi wydaje się być niezwykle naturalistyczna. Swoją drogą w kwestii analfabetyzmu polecam Wam sprawdzić ile wynosi ten wskaźnik choćby w takim Arkansas (czego dowiedziałem się dzięki świetnej, podróżniczej książce Paula Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji). Warto również docenić bardzo dobrze napisane dialogi oraz sporą dozę humoru, która wiąże się głównie z wątkiem narkotykowym. Oprócz wspomnianych wyżej zalet bardzo duże wrażenie zrobiło na mnie fantastyczne wręcz zakończenie filmu, które spina całość swoistą klamrą fabularną.
źródło: https://www.imdb.com/
Antonio Banderas w pełni zasłużył na swoją nominację oscarową, tworząc pełnokrwistą postać, którą nie każdy musi od razu lubić. To nie do końca prawda, że cierpienie zmieniło niegdyś uznanego reżysera w nieznośnego kutasa, gdyż już w czasach świetności potrafił skutecznie zniechęcać do siebie ludzi. Niemniej emocje na twarzy Banderasa, w szczególności w świetnej scenie z Federico (Leonardo Sbaraglia), to prawdziwy popis aktorstwa. Swoją drogą panowie stworzyli na ekranie świetną chemię, lepszą niż w niejednym romansie. Warto również pamiętać o zabawnej roli Asiera Etxeandia, którego Alberto przynosi wiele ekranowej radości. Zaczęliśmy od mężczyzn, ponieważ w dużej mierze jest to film męski, ale na koniec muszę pochwalić za wspaniałą rolę Penélope Cruz, która zagrała czułą, lecz niezwykle silną i zdeterminowaną matkę głównego bohatera, która jest gotowa poświęcić niemalże wszystko dla dobra swojego syna.
źródło: https://www.imdb.com/
"Ból i blask" to wspaniały przykład nieśpiesznego opowiadania subtelnej opowieści o kryzysie twórczym i rachunku dotychczasowego żywota, w której duże znaczenie ma nie tylko słowo, ale także piękne kadry. Jeżeli macie czasem ochotę odpocząć od natłoku bezsensownych zdarzeń, to w dziele Pedro Almodóvara znajdziecie prawdziwe ukojenie.
źródło: https://www.imdb.com/
Ocena: 8/10.

niedziela, 2 lutego 2020

"Boże Ciało"/"Corpus Christi" (2019)

Każdy z nas jest kapłanem Chrystusa.

Chociaż "Boże Ciało" w reżyserii Jana Komasy miało premierę już 11 października 2019 roku, to nam udało się wybrać na seans dopiero w trakcie renesansu wywołanego przez nominację do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Film reżysera "Sali samobójców" i "Miasta 44" (recenzja) uznałem na początku za niezbyt interesujący z uwagi na kościelną tematykę (tak, nie oglądałem nawet jeszcze "Kleru" Wojtka Smarzowskiego!). I chociaż w trakcie podróży mniejszych i większych wiele czasu spędzamy w kościołach w różnych częściach Europy, to jednak wynika to całkowicie z zainteresowania architekturą a nie obrządkami czy rytuałami. Niemniej oscarowa nominacja jednak coś jeszcze znaczy (ciekawe jak długo?), więc postanowiłem przekonać się czy mamy do czynienia z kolejnym obrazoburczym, antypolskim i antykatolickim tworem, który przed pokazem w jedynej prawdziwej TVP zostanie poprzedzony pogadanką z wyjaśnieniami (vide zdobywca Oscara "Ida")?
źródło: https://www.filmweb.pl/
Akcja "Bożego Ciała" rozpoczyna się w dosyć nieprzyjaznym poprawczaku, zwanym przez podopiecznych zakładem. Charyzmatyczny ksiądz Tomasz (Łukasz Simlat) stara się trafić do młodzieży odprawiając mszę w wysoce niekonwencjonalny sposób. Pełniący rolę ministranta Daniel (Bartosz Bielenia) wkrótce ma opuścić mury ośrodka i podjąć pracę w tartaku na Podkarpaciu. Chłopak ma akurat dużo szczęścia, ponieważ do zakładu wraca jego stary znajomy Bonus (Mateusz Czwartosz), który pragnie wyrównać stare rachunki. Po przybyciu do wsi Daniel przypadkowo poznaje miejscowego proboszcza (Zdzisław Wardejn), któremu wkręca bajerę, że jest podróżującym młodym księdzem. Wskutek zdrowotnej niedyspozycji farorza, chłopak tymczasowo obejmuje małą parafię w posiadanie.
źródło: https://www.filmweb.pl/
Na wstępie warto zauważyć, że scenariusz autorstwa Mateusza Pacewicza został zainspirowany prawdziwą historią. W 2011 roku w jednej ze wsi na Mazowszu charyzmatyczny osiemnastolatek, wykorzystując chorobę lokalnego proboszcza, przez dwa miesiące udawał księdza zastępując go w pełnieniu posługi kapłańskiej. Oczywiście twórcy nie przenieśli tej opowieści w skali 1:1, dodając m.in. fikcyjny origin story w poprawczaku, ale wcale nie wpłynęło to na poziom realizmu filmu. Niestety zanim zaczęliśmy oglądać "Boże Ciało" zostaliśmy ponownie (jak to zwykle w przypadku polskiego kina) uraczeni długą listą sponsorów oraz różnych instytucji, które przyczyniły się do powstania tego dzieła. Czy naprawdę nie można tego zrobić w bardziej gustowny i mniej widoczny sposób? Wracając jednakże do fabuły historia Daniela pragnącego zostać księdzem (co jest niemożliwe wskutek jego problemów z prawem i pobytu w poprawczaku) jest naprawdę fascynująca i zaskakująca. Sporym zaskoczeniem wydaje się być przemiana głównego bohatera w udawanego kapłana, który mimo pewnych wad, nie ma na celu krzywdzić czy wyzyskiwać finansowo swoich parafian. Głównym celem bohatera staje się po prostu obnażenie hipokryzji i zakłamania mieszkańców wsi, a przede wszystkim wyjaśnienie traumatycznego wypadku samochodowego, w którym zginęło siedem osób. Społeczny ostracyzm dotykający wdowę (Barbara Kurzaj) po jednej z ofiar może wydawać się szokujący, ale doskonale przecież wiecie, że takie rzezy dzieją się obok nas.
źródło: https://www.filmweb.pl/
A ja mam już dość oglądania filmów o takiej Polsce! – podsumowała brutalnie seans w kinie Mikro młoda dama w eleganckich, czarnych szpilkach z kokardkami. Czymże jest zatem taka Polska? "Boże Ciało" nakręcono głównie we wsi Jaśliska położonej w powiecie krośnieńskim w województwie podkarpackim – a zatem Polska B, pełna rozczarowań, przemocy domowej, ciemnoty, biedy i alkoholizmu! Trzeba jednak przyznać, że wspomniana miejscówka ma bardzo ładne położenie i krajobrazy Beskidu Niskiego mogą robić spore wrażenie. Niemniej lokalna młodzież pozbawiona perspektyw wali alko na przystanku PKS, tak jak i za moich młodych lat się waliło w wakacje spędzane u babci w gminie Kije (choć i tak zawsze wolałem miejscówkę na peronie PKP - dzisiaj straszliwie zarośnięte i opuszczone Stawiany Pińczowskie). Wierni chodzą do kościoła raczej z przyzwyczajenia niż z potrzeby wiary, a zaraz po opuszczeniu progów świątyni zapominają o naukach Jezusa obarczając winą za śmierć bliskich niewinne osoby. Genialne wypadła scena z klękaniem w błocie, a przecież motyw z kucaniem zamiast klękania w brudzie możemy znaleźć w znakomitej książce Zimowla mojej serdecznej koleżanki Dominiki Słowik (laureatka tegorocznego Paszportu Polityki). Jan Komasa przedstawia tę historię w niezwykle uniwersalny sposób (trochę przypomina to genialne duńskie "Polowanie"), dzięki czemu mogłaby się wydarzyć w każdym miejscu w Polsce. Oczywiście, świetnie przedstawiono polską prowincję zarówno pod względem scenografii, jak i dialogów, niemniej nie stanowi to o istocie opowiadanej historii. Jedyne moje większe rozczarowanie dotyczy tak naprawdę kwestii technicznych (a pamiętam doskonale "Miasto 44"), chociaż gdyby się głębiej zastanowić to może takie zdjęcia idealnie podkreślają urodę paździerza polskiej prowincji?
źródło: https://www.filmweb.pl/
Jeśli chodzi o aktorstwo to oczywiście Bartosz Bielenia zasłużył na owację na stojąco. Daniel w jego wykonaniu to postać pełna sprzeczności, ale jednocześnie oddana Bogu i naukom księdza Tomasza o wiele bardziej niż niejeden zawodowy kapłan. Fantastyczne jest to, że ten młody aktor potrafi tak dużo wyrazić wyłącznie swoją twarzą, a w szczególności oczami. Mam nadzieję, że będzie to początek wielkiej i pięknej kariery aktorskiej! Partnerująca mu na ekranie Eliza Rycembel (Eliza) stworzyła także bardzo dobrą kreację dziewczyny borykającej się z matką dewotką i tragiczną śmiercią brata, ale także mającą świadomość kto mógł naprawdę spowodować wypadek. Podium uzupełnia natomiast Łukasz Simlat, wcielający się w niezwykle charyzmatycznego księdza Tomasza, który od samego początku zawłaszcza każdą scenę, w której się pojawia. Warto także docenić casting do roli Bonusa – Mateusz Czwartosz ma taką facjatę, że wyskoczylibyście z telefonu i portfela nawet bez groźby rychłego wpierdolu. Z pozostałych ról warto zwrócić uwagę na Aleksandrę Konieczną (Lidia) oraz Tomasza Ziętka (Pinczer).
źródło: https://www.filmweb.pl/
"Boże Ciało" wydaje się być godnym oscarowym reprezentantem naszej wstającej z kolan ojczyzny, niemniej poziom wyznaczony przez koreański "Parasite" wydaje się być nieosiągalny. Tym razem TVP chyba nie będzie musiało poprzedzać filmu Komasy pogadanką ideologiczną (chociaż nigdy nie wiadomo). Abstrahując od niepoważnej telewizji i jej wysoce szkodliwego przekazu to szczerze polecam "Boże Ciało" – dla roli Bartosza Bielenia, a przede wszystkim dla pouczającej historii o hipokryzji i obłudzie. Ku chwale naszej przaśnej ojczyzny!
źródło: https://www.filmweb.pl/
Ocena: 8/10.