czwartek, 18 października 2012

"Kill Bill Vol. 1 & Vol. 2"



Według legendy Quentin Tarantino spędził młodość pracując w wypożyczalni kaset video. Z tego właśnie wynika jego uwielbienie dla kina zwykle określanego mianem klasy B, które lansuje niemal w każdym swoim filmie. Nie inaczej jest w "Kill Billu" – w zasadzie jest to jeden wielki hołd oddany kinematografii. Ilość nawiązań do innych filmów naprawdę przytłacza i wymaga od widzów niezwykłej znajomości kina. Bez uwzględnienia powyższego kontekstu "Kill Bill" może wydawać się jedynie bezsensowną historyjką o zemście. Jako, że "Kill Bill" stanowi całość podzieloną jedynie na potrzeby kinowe, recenzja będzie traktować łącznie o obu częściach.
źródło: http://www.free-extras.com/
Panna Młoda (Uma Thurman), a właściwie jak dowiadujemy się w II części Beatrix Kiddo, budzi się w szpitalu z 4-letniej śpiączki. Młoda kobieta jako jedyna przeżyła masakrę w czasie próby ślubu w teksańskim kościele. Za tę zuchwałą zbrodnię odpowiadają jej byli współpracownicy – Deadly Viper Assassination Squad, ekipa świetnie wyszkolonych zabójców, której przywódcą jest tytułowy Bill (David Caradine). Z uwagi na fakt, że Panna Młoda była w ciąży przed zamachem na jej życie, poprzysięga krwawą zemstę swoim byłym kolegom i koleżankom, zostawiając na deser ich przywódcę. Warto przy tym zauważyć, że w pierwszej części pewne wątki zostają ledwie naszkicowane, by zostać wyjaśnione w finalnej odsłonie (m.in. za pomocą świetnych flashbacków).
źródło: http://www.starpulse.com/
Postać Panny Młodej wymyślili wspólnie Uma Thurman i Quentin Tarantino. Obie części są doskonale zrealizowane, przy czym od razu napiszę, że o wiele bardziej podobał mi się "Vol. 2". Dlaczego? Otóż w trakcie projekcji na karteczce wypisywałem sobie najlepsze momenty, aby nie uleciały mi z pamięci, i pod względem liczby druga odsłona wygrywa w cuglach. W obydwu częściach natomiast dominuje świetna muzyka, za którą odpowiadają m.in. Robert Rodrigez oraz RZA z Wu-Tang Clanu. Jest to naprawdę idealne dopełnienie akcji, które świetnie komponuje się z obrazem. I aktorstwo! Masakra, naprawdę momentami miażdży. Świetna Uma Thurman, boski David Caradine, wspaniały Michael Madsen – naprawdę jestem pełen podziwu.
źródło: http://www.pedestrian.tv/
Jak wspominałem wcześniej "Vol. 1" przynosi zdecydowanie mniej fajnych eventów, aczkolwiek na brak akcji nie można narzekać. W szczególności zachwycać może dynamiczna walka Panny Młodej z Obłędem 88 w japońskiej knajpie oraz znacznie bardziej kameralny pojedynek na śniegu z O-Ren (Lucy Liu). Bardzo podobał mi się również motyw z wykuwaniem miecza w Japonii przez Hattoriego Hanzo oraz nieśmiertelny już Pussy Wagon. Zdecydowanie za mało w tej części jest Billa, nad czym ubolewam po dzień dzisiejszy i z tego powodu też ocena końcowa "Vol. 1" będzie znacznie niższa.
źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/
"Kill Bill Vol. 1" – ocena: 8/10.

Na szczęście druga część uderza od razu niezwykle mocno – sekwencja otwierająca jest świetna, ale rozmowa Billa i Beatrix we flashbacku tuż przed masakrą to prawdziwa maestria kina. W zasadzie dla mnie film mógłby się składać wyłącznie z dialogów między tymi dwiema postaciami. Równie imponująco wypada scena przy ognisku, w której Bill opowiada o tym jak główny kapłan Białego Lotosu dokonał pacyfikacji klasztoru Shaolin. Postać mistrza Pai Mei to z kolei pomysł imponujący – wspaniałe są retrospekcje z treningu Beatrix, zwłaszcza gdy Pai Mei gładzi swoją długą, białą brodę. Również tutaj mamy trochę walki – świetna sceny akcji w czasie pojedynku z Elle (Daryl Hannah). Michael Madsen jako Budd – nie widzę lepszego aktora do tej roli. A pomysł zostawienia bezcennego miecza („w El Paso nie był bezcenny”) za 250 USD to jeden z najlepszych motywów w filmie. Poza tym upadły Budd pracujący w charakterze wykidajły w klubie go-go bardzo mnie rozbawił. Do tego zakopywanie żywcem, Esteban Vihaio, świetny monolog Billa o Supermanie i nieoczekiwane zakończenie. Podsumowując "Kill Bill vol. 2" to jeden z najlepszych filmów jakie obejrzałem w życiu i dlatego nagrodzę go najwyższą możliwą oceną.
źródło: http://www.hotflick.net/

Uwielbiam dialog:
The Bride: When will I see you again?
Bill: You know, that's the name of my favorite soul song from the '70s.

"Kill Bill Vol. 2" – ocena: 10/10.

wtorek, 16 października 2012

"State of Play"



Przyznam, że nienawidzę filmów o dziennikarzach. From day one napawają mnie obrzydzeniem oraz wywołują skrajnie negatywne emocje. Zapewne fatalne odczucia są dodatkowo spotęgowane wyjątkowo żenującym poziomem polskiego dziennikarstwa, którego doświadczam w ostatnich latach. Dlatego też ze strachem i odrazą (fear and loathing) zasiadłem do projekcji "State of Play” (u nas znane jako "Stan gry” – zaskakująco bliskie oryginałowi tłumaczenie).
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Główna researcher komisji Kongresu zajmującej się przyznawaniem bardzo intratnych kontraktów w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego ginie na stacji metra. Co gorsza okazuje się, że miała ona romans z przewodniczącym komisji, młodym i obiecującym politykiem, Stephenem Collinsem (Ben Affleck). Przyjaciel Collinsa, dziennikarz "Washington Globe” Cal MacAffrey, badając na pozór przypadkowe zabójstwo dostawcy pizzy odnajduje powiązania między obiema sprawami. Wraz z redakcyjną blogerką (Rachel McAdams) rozpoczyna śledztwo, którego przedmiotem są zabójstwa dokonywane w celu tuszowania wielkiej afery korupcyjnej. Sytuację komplikuje również przeszły romans Cala z żoną kongresmana Collinsa (Robin Wright).
źródło: http://thecia.com.au/
 Oprócz wymienionych w opisie fabuły gwiazd mamy również Helen Mirren w roli redaktorki naczelnej "Washington Globe” oraz Jeffa Danielsa wcielającego się w postać doświadczonego kongresmana. Generalnie jest pod tym względem przyzwoicie, tyle, że Crowe znowu wciela się w postać strasznego flejtucha, a Affleck wydaje się jakby drewniany. Irytuje mnie po raz kolejny gloryfikacja wspaniałego zawodu dziennikarza, jedynego i nieomylnego zbawcy ludzkości. Co prawda zatajenie pewnych faktów przed policją prowadzi do śmierci do najmniej jednej osoby, ale nobody gives a fuck. Także nasz heros sam prowadzi śledztwo i dzięki swojej inteligencji rozwiązuje wszystkie zagadki, a w finale doznaje iluminacji, co prowadzi do nieoczekiwanego twistu. Przez pierwszą połowę filmu fabuła mnie jeszcze interesowała, ale potem postanowiłem sobie odpuścić jakiekolwiek zaangażowanie emocjonalne. Film jest zrealizowany bardzo sprawnie, ale chociaż akcja płynie wartko to zacząłem się nudzić. Jednakże w szczególności irytuje mnie przesłanie „State of Play”, które potępia działalność PMC i prywatyzację bezpieczeństwa narodowego, upatrując w nim wszelkiego zła, które dotyka Wuja Sama. Nawet skorumpowani kongresmani takich batów nie zbierają!
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Point Corp, którą zajmuje się komisja, to tak jawne nawiązanie do najsłynniejszej i największej PMC (Private Military Company) Blackwater Worldwide, że brak pozwu dla twórców filmu za szkalowanie opinii firmy jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości to tekst o zakupie ziemi w Karolinie Północnej (gdzie mieści się po dziś dzień główna siedziba Blackwater) wyjaśnia wszystko. Warto zauważyć, że Blackwater lubi zmieniać nazwy i gdyby ktoś z Was był zainteresowany poznaniem jej historii to od 2007 roku była znana jako Xe Services LLC, natomiast obecnie występuje jako Academi. Do pogłębiania wiedzy polecam książkę Jeremy’ego Scahilla Blackwater. Powstanie najpotężniejszej na świecie armii najemników.

Ocena: 5/10 (na pewno nie będę tego więcej oglądał).

poniedziałek, 15 października 2012

"Crank"



Jason Statham powraca! Tym razem w filmie pozbawionym jakiegokolwiek przesłania, głębszych refleksji czy też filozoficznych przemyśleń. Parafrazując Ojca Chrzestnego z "Generation Kill" najlepiej ideę "Crank" oddadzą 3 słowa: akcja, akcja, akcja. W zasadzie akcja nieustająca, która przypomina coś w rodzaju chorego rampage z serii GTA.
źródło: http://eu.movieposter.com/
Płatny zabójca, Chev Chelios (Jason Statham), budzi się we własnym domu i nie czuje się najlepiej. Sprawę fatalnego samopoczucia wyjaśnia płyta pod uroczym tytułem „Fuck you” (przetłumaczone jako „wal się” – doceniam inwencję). Okazuje się, że największy wróg Cheva, gangster Verona (Jose Pablo Cantillo), otruł go za pomocą tzw. chińskiego gówna. Chev ma przed sobą godzinę życia, którą postanawia poświęcić na krwawą zemstę. Dodatkowo po konsultacji ze swoim lekarzem (Dwight Yoakam) nasz bohater dowiaduje się, że wysoki poziom adrenaliny może trochę wydłużyć jego życie.
źródło: http://geekflavor.com/
Nie da się ukryć, że zarys fabuły brzmi trochę idiotycznie, aczkolwiek z powodu szybkości rozwoju akcji nie mamy czasu się nad tym zastanowić. Wszystko dzieje się w zawrotnym tempie: Chev nie porusza się nawet w normalny sposób, ale wszędzie gdzie nie może wjechać samochodem lub motorem stara się dobiec. Fajna praca kamery oraz montaż wydatnie podkreślają dynamikę „Crank”. Do tego parę świetnych pomysłów Cheva na podniesienie poziomu adrenaliny (m.in. seks w miejscu publicznym ku uciesze gawiedzi, jazda na motorze zakończona spektakularnym upadkiem, przypalenie ręki gofrownicą czy też zażywanie narkotyków niewiadomego pochodzenia). W filmie znalazło się naprawdę kilka wspaniałych momentów, w szczególności podobał mi się wyjątkowo szpetny portret pamięciowy Cheva sporządzony przez policję. Podsumowując: „Crank” nie ma żadnych wielkich ambicji i stawia na czystą rozrywkę. Dla mnie jest to esencja kina akcji, którą z pewnością powinni obejrzeć fani GTA.
źródło: http://www.theman-cave.com/

Ocena: 7/10.

niedziela, 14 października 2012

"Con Air"



"Con Air” to chyba szczytowe osiągnięcie kariery Cage’a i jeden z najbardziej znanych poniedziałkowych megahitów Polsatu. Dlaczegóż? Otóż rzadko się zdarza, aby obok gwiazdy pokroju Cage’a ktoś ustawił rzeszę tak doskonałych aktorów dużego formatu dodając jednocześnie solidnych i rozpoznawalnych wyrobników jako dopełnienie całości. A wszystko to podlane sosem bezsensownej fabuły, „brutalnej przemocy”, ciętych dialogów oraz wielu eksplozji wynikających ze sporego budżetu (75 mln USD).
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Cameron Poe (Nicolas Cage), ex-Ranger, ma wkrótce wyjść z więzienia. Bardzo mu na tym zależy, gdyż po raz pierwszy ujrzy swoją ukochaną córkę. Ostatnim więziennym eventem, w którym Poe bierze udział jest transport skazańców samolotem. Niestety wszystko wymyka się spod kontroli, gdy grupa niebezpiecznych psychopatów pod wodzą Cyrusa „The Virus” (John Malkovich) opanowuje maszynę i zaczyna realizować wysoce bezsensowny plan. Chociaż Poe kocha swoją żonę i córkę, to jednak decyduje się zostać na pokładzie i walczyć o życie pojmanych strażników oraz czarnoskórego przyjaciela spod celi. Jednocześnie agent federalny Vince Larkin (John Cusack) próbuje udaremnić plan Cyrusa, ale oprócz przebiegłych geniuszy zbrodni, ma przeciwko sobie również tępych kolegów po fachu.
źródło: http://www.ugo.com/
Zacznę od wymienienia obsady: Cage, Malkovich, Cusack, Danny Trejo (w roli gwałciciela – czyż można było wybrać lepiej?), Steve Busceni (psychopata w stylu Hannibala Lectera), Ving Rhames (sławny Marsellus Wallace z "Pulp Fiction”), Dave Chappelle (zabawna rola), Rachel Ticotin (wielce zasłużona dla kina akcji), Emilio Rivera, Colm Meaney (znany ze "Star Trek”). Imponujące zestawienie prawda? Pod tym względem niewiele filmów mogło dorównać "Con Air”. Do czasów "The Expendables” lepszy był chyba jedynie "True Romance”. Jakiż jest nasz główny heros? Na szczęście, w przeciwieństwie do wielu ról w karierze, Cage nie jest w ogóle demoniczny. Ha, mogę powiedzieć, że takiego Cage’a (oprócz scen w których się rozkleja) mogę oglądać na co dzień bez żenady. Malkovich jest bardzo spoko, Busceni fajnie się wpasował w rolę totalnego pojeba, natomiast Trejo wygląda tak bardzo realistycznie jako gwałciciel, że nawet chyba nie musiał nic grać. Poza tym jest bardzo efektownie – ale niestety często efektownie w idiotyczny sposób. Fajnie, że jest dosyć brutalnie (dwie osoby zostają podpalone, sporo innych ginie w różny sposób), ale finałowa sekwencja to popis hollywoodzkiej żenady. Cage i Cusack na motorach ścigający wóź strażacki z Malkovichem i Rhamesem chwilę po wylądowaniu samolotem w środku Las Vegas. Przeczytajcie sobie to zdanie na głos, aby dotarł do Was jego sens (czy raczej bezsens).
źródło: http://fanboyz.net/
Całość ogląda się mimo bezsensownej fabuły całkiem nieźle, bo jak to zwykle w przypadku wysoko-budżetowych hollywoodzkich produkcji wszystko nakręcone jest niezwykle sprawnie i profesjonalnie. Ładne zdjęcia, fajne plenery w Nevadzie, eksplozje i rozmach cieszą oko. Najbardziej jednakże cieszy niedemoniczny Cage i aby uhonorować jego wyjątkową oraz godną naśladowania postawę wystawiłem „Con Air” odpowiednio wysoką notę.

Ocena: 5/10.


W filmie znalazła się świetna definicja ironii:

["Sweet Home Alabama" plays in background]
Garland Greene: Define irony. Bunch of idiots dancing on a plane to a song made famous by a band that died in a plane crash.

piątek, 12 października 2012

"Wodzirej"



Czasem w ramach odpoczynku od współczesności warto sięgnąć w głębokie odmęty polskiego kina i obejrzeć jakieś dzieło z okresu Rzeczpospolitej Ludowej. „Wodzirej” w reżyserii i na podstawie scenariusza Feliksa Falka to doskonały sposób, aby przekonać się jak wyglądały realia życia w socjalizmie, bez wstawek o krwawych prześladowaniach dzielnej opozycji i martyrologii narodu polskiego.
źródło: http://www.stopklatka.pl/
Lutek Danielak (fantastyczny Jerzy Stuhr) pracuje jako konferansjer czy też wodzirej w wojewódzkim oddziale „Estrady” (państwowe przedsiębiorstwo rozrywkowe – jak to ładnie określane zostało w filmie). Z powodu niskiej pozycji w hierarchii wodzirejów zajmuje się głównie prowadzeniem żenujących imprez dla dzieci lub rencistów. Życiową szansą na poprawienie trudnej sytuacji oraz zyskanie ogromnej popularności staje się bal z okazji otwarcia hotelu „Lux”, który ma być transmitowany przez telewizję. Jednakże, aby dostać fuchę konferansjera na tym evencie, Danielak musi wyeliminować kilku bardziej utytułowanych kolegów.
źródło: http://www.poland.gov.pl/
„Wodzirej” w imponujący sposób przedstawia układy panujące w „Estradzie”: każdy ma kwity na kolegów a połowa z pracowników zajmuje się machlojami i przekrętami lub też pała ogromną nienawiścią do reszty. Danielak jako rookie nie ma jeszcze nic na sumieniu, ale jest za to bezwzględny w dążeniu do wyznaczonego celu. Falk stworzył postać nie posiadającą choćby cienia moralności i niemal będącą uosobieniem zasady cel uświęca środki. Lutek jest zdolny do wszystkiego dla zdobycia upragnionej posady (m.in. szantaż, donos, obcowanie z wysublimowaną pederastią, prostytuowanie własnej dziewczyny a również i siebie samego, pobicie). Ogromne brawa dla Jerzego Stuhra, gdyż nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek inny mógłby zagrać Danielaka lepiej. Rola godna Oscara. Bardzo dobry był również Wiktor Sadecki wcielający się w doświadczonego konferansjera Lasotę. Poza tym „Wodzirej” niemal idealnie oddaje wysoce żenujący (przynajmniej dla mnie) klimat ówczesnych dansingów, bali i różnego rodzaju eventów przeznaczonych dla szarego człowieka. Chujowe lamperie, przykre zabawy i popisy wokalne poślednich wykonawców – polecam w szczególności piosenkę „Tika, tika”, którą wykonuje Rysiek Przybylski (Jerzy Kryszak). Naprawdę świetne kino godne polecenia!

Ocena: 8/10.

czwartek, 11 października 2012

"Prometheus"



Space: The final frontier. Science fiction to zdecydowanie mój ulubiony gatunek filmowy. Oglądałem wszystkie współczesne klasyki, średniawki oraz całkowite chujozy, a na dodatek setki seriali: od kultowego "Star Trek” przez "Battlestar Galactica”, "Space: Above and Beyond”, "Firefly” po dzieła w rodzaju "Andromedy” z Kevinem Sorbo (jakby ktoś nie wiedział, to jest to niesławny Herkules). Ostatnio, z braku dobrego s-f, oglądałem nawet szwajcarskie produkcje tego rodzaju ("Cargo”). Dlatego też kiedy usłyszałem o "Prometeuszu” ucieszyłem się licząc na powrót dobrego s-f klasy co najmniej "Alien”. Przyznam, że raczej negatywne recenzje trochę mnie zniechęciły do projekcji, bo bałem się, że będę zmuszony wystawić klasyczne 3/10. Dlatego też seans trochę odwlókł się w czasie – ale wreszcie mogę się podzielić wrażeniami.
źródło: http://www.prometheus-movie.com/
W niezbyt odległej przyszłości grupa badaczy pod przewodnictwem dr Shaw (Noomi Rapace) i dr Hollowaya (Logan Marshall-Green) odkrywa na Isle of Skye starożytne malunki skalne. Okazuje się, że w wielu miejscach na świecie występuje podobny wzór – zaproszenie do odległej galaktyki. Naukowcy przekonują szefa potężnej korporacji Weyland (późniejszej Weyland-Yutani z serii "Alien”) do sfinansowania wyprawy tytułowym "Prometeuszem” na zadupie wszechświata, jak to określił kapitan Janek. Shaw i Holloway liczą na rozwiązanie odwiecznej zagadki – początków ludzkości i spotkania z tzw. Inżynierami, którzy w ich opinii stworzyli gatunek ludzki. U kresu podróży badacze odnajdują starożytne ruiny obcej cywilizacji.
źródło: http://www.prometheus-movie.com/
Fabularnie było zatem przynajmniej interesująco, niestety akcja rozwinęła się bardzo niekorzystnie dla filmu. Niektóre rozwiązania fabularne są po prostu tragiczne, momentami głupota bohaterów jest nie do opisania (np. jak można bujać się po obcej planecie bez broni?), a oni sami zachowują się jak istoty pozbawione wyobraźni – a przypominam, iż to nie są ludzie zwerbowani do pracy za 5 PLNów na godzinę, a wykwalifikowani naukowcy wykonujący misję na obcej planecie. To naprawdę momentami poraża mózg. Końcowe nawiązanie do serii "Alien” nie jest dla mnie ani zajebiste ani żenujące. Po prostu jest mi całkowicie obojętne – jeśli była potrzeba wstawienia takiej sekwencji to można było ją wymyślić zdecydowanie lepiej. Jako fan serii "Alien” mogę się również przyczepić do wyglądu statku, bo korporacja Weyland urządziła „Prometeusza” jakby miał brać udział w kosmicznym MTV Cribs (m.in. stoły bilardowe, nieprzebrane zapasy alkoholu). Poza tym skoro nawiązujemy do Aliena to chciałbym przypomnieć jak ascetycznie wyglądał "Nostromo” i jakich bajerów nie posiadał. Jasne, że to był statek transportowy, ale akcja działa się o wiele później, więc trochę to problematyczne (wiadomo, kiedy go kręcono nie było odpowiedniej technologii). Miałem również wylać hektolitry hejtingu za obsadzenie Guya Pierce’a jako Petera Weylanda, ale trivia z IMDb wyjaśniła sprawę (nie będę spoilował dla tych, którzy jeszcze nie oglądali). Niemniej jak się ostatecznie okazało zabieg ten był i tak bezcelowy, a więc szkoda, że to nie Max von Sydow dostał tę rolę.
źródło: http://www.prometheus-movie.com/
Tym razem na koniec zostawiam zalety. Na pewno solidne aktorstwo, chociaż dla mnie w filmach sf nie ma to większego znaczenia, bo liczą się głównie rozwiązania fabularne. W szczególności podobał mi się Michael Fassbender w roli androida Davida, Idris Elba jako kapitan statku Janek (na Bełta, co za imię dla postaci) oraz Charlize Theron (Vickers). Efekty naprawdę świetne (szczeniaki, a w szczególności hologramy), zdjęcia, plenery bardzo przekonujące – pod względem wizualnym film jest doskonały. „Prometeusz” to nie jest tragiczne kino, ale niestety nie ma w sobie oczekiwanej krzty boskości. Na szczęście nie jest to także wtórne kosmiczne Pocahontas i dlatego chciałbym zobaczyć sequel.

Ocena: 6/10 (ocena zdecydowanie podniesiona za wizualia).

środa, 10 października 2012

"Iron Sky"



Kiedy usłyszałem o czym ma być "Iron Sky” nie mogłem wyjść z podziwu dla inwencji scenarzystów. Zaiste pomysł wydawał się mi przedniej jakości, to też nie mogłem się doczekać kiedy wreszcie będę mógł zobaczyć film. Coś tak absurdalnego w kinie zdarza się niezmiernie rzadko, a w naszym kraju to już nigdy.
źródło: http://moviecarpet.com/
O czym jest zatem "Iron Sky”? W 1945 roku niedobitki nazistów zbiegły na ciemną stronę Księżyca, gdzie zdołały wybudować całkiem niezłą bazę kosmiczną. Niemcy, znani ze świetnej organizacji, zaczęli wydobywać Helium 3, dzięki czemu zyskali ogromne rezerwy energii. Ideologia nazistowska przetrwała w niezmienionej formie, dlatego też księżycowa IV Rzesza snuła plany zemsty na USA. W 2018 roku amerykańscy astronauci przypadkowo odkryli nazistowską bazę, ale skończyło się to tragicznie: dowódca misji zginął na miejscu, natomiast czarnoskóry James Washington (Christopher Kirby) dostał się do niewoli. Naziści, pod wrażeniem możliwości telefonu komórkowego, postanowili wysłać na Ziemię ambitnego oberführera Klausa Adlera (Götz Otto), który miał zdobyć więcej tego typu urządzeń. W jakim celu? Oczywiście na potrzeby najnowszej wunderwaffe – tym razem flagowego statku kosmicznego IV Rzeszy nazwanego Götterdämmerung.
źródło: http://www.nosferadio.dk/
"Iron Sky” przy odrobinie wysiłku mogło być naprawdę fajnym filmem. Niestety twórcy od razu uderzyli w komediowy ton, przy czym naprawdę rzadko jest zabawnie. Na palcach jednej ręki mogę policzyć zabawne momenty m.in.: dosłowne wybielanie skóry wybielaczem, stanowisko Księżycowego Führera (Mondführer), motyw ze stacją kosmiczną Mir czy też sposób w jaki życie ocaliła Vivian. Na plus zasłużył również Udo Kier, gdyż Księżycowy Führer w jego wykonaniu wypadł naprawdę przekonująco. Poza tym bardzo fajne odwzorowano niemiecką technikę, która mimo upływu czasu zachowała charakterystyczne elementy (kosmiczne Zeppeliny, bardzo fajne skafandry kosmiczne, monumentalna architektura). A zatem do plusów można dodać efekty specjalne. I to właściwie tyle – o reszcie najlepiej zapomnieć. Szybko wkradają się idiotyczne rozwiązania fabularne, przykre przerysowanie postaci oraz przewidywalne lovestory. "Iron Sky” to niestety kolejny przypadek zmarnowania interesującego pomysłu na film. Naprawdę szkoda.

Ocena: 4/10 (dwie gwiazdki za zachwycenie mnie samym pomysłem).